Smok
Na brązowej
ławce, pośród cieni drzew, siedział dostojny jegomość, w osobliwym jak na tę
porę roku stroju, czytając pewną książkę.
- Hier, czy wiesz może dlaczego umiera się tylko dwa razy? – zapytał spokojnie, przewracając stronę.
- Nie mój panie.
- A czy wiesz, czemu tutaj jestem?
- Ponieważ czeka pan na list.
- Od kogo? – rzekł przerywając na chwilę swe zajęcie.
- Szanownej panny Licentii.
- Pokaż proszę. – rzekł, wyciągając rękę w stronę sługi.
- Nie jestem Hier mój panie. – odparł rozmówca.
- Wiem, po prostu to zdrobnienie jest łatwiejsze niż twoje pełne imię. – powiedział z westchnieniem.
- Mam tego świadomość mój panie, lecz ja nie jestem Hier. – powtórzył ponownie służący i dodał - Jestem Rier.
- A gdzie jest Hier?
- Zgodnie z rozkazem wyruszył na Haliaedę.
- Zapomniany dwór? Po co go tam wysłałem?
- Odnośnie zapisu.
- „Pierwszy krzyż. Odnajdzie się. Na Haliaedzie. Gdzie życia wstaje dzień.” Wyspa życia.
- Yhym.
- Chcę z nim pomówić. – zażądał surowo.
- Tak jest mój panie. – odrzekł, by po sekundzie odezwać się ponownie - Słucham?
- Witaj Hier. Jak Ci mija czas? – łagodne i miłe słowa z nutką sarkazmu wypłynęły powoli z ust skupionego na tekście osobnika.
- Bardzo dobrze. Miło, że pan pyta. Aktualnie prowadziłem pokojowe rozmowy z upiorami. – powiedział sarkastycznie.
- Ach tak? I co one na to?
- Z największą chęcią przyjęły me żądania i prowadzą mnie właśnie do celu.
- Toż to wspaniale. A jaki był warunek? – kontynuował tym samym tonem nadal nie odrywając wzroku od czytanego tekstu.
- Nijaki. Pragnęli w końcu umrzeć.
- Yhym. Tak sami z siebie, czy z twoją pomocą?
- Któż to wie mój panie?
- Ech... – westchnął przeciągle, po czym dodał dodał poważniejąc i spoglądając na jaśniejące bielą słońce, którego promienie przebijały się przez gęste gałęzie – Wiesz czemu Haeliada, nazywana przez nas zapomnianym dworem, była kiedyś zwana wyspą życia?
- Niestety nie mój panie.
- Niegdyś ogromny, nizinny teren otoczony z każdej strony oceanem i kolumnami, zwanymi szponami śmierci.
- Te poniszczone filary tworzące barierę? W ogóle nie rozumiem jak można żyć w takim miejscu. Ciśnienie na dnie jest tak duże, że dziwię się, iż ta słabiutka osłona jeszcze nie padła.
- Ona się jeszcze trzyma? – zapytał zdziwiony.
- Inaczej bym tam nie dotarł.
- Tyle istnień... – wymamrotał.
- Istnień?
- Na każdej z kolumn wyryte są wzory symbolizujące życia przez nie zabrane.
- Umierających wysyłano za filary, dlatego nikt na wyspie nie umierał?
- Tak było do momentu, gdy piąty księżyc nie uniósł wszystkich wód. Pewien czarnoksiężnik zebrał całą moc i stworzył barierę, którą mieszkańcy karmili umierającymi.
- Co na to mag?
- Zapadł w kolejny sen, tak długi, że miejsce jego spoczynku nazwano grobowcem.
- Którego teraz szukam.
- Nie inaczej. Musisz tam zanieść to co ci dałem.
- Pojemnik, z którego odrodzi się...
- On. – rzekł z smutkiem wspomnień.
- Nie tracę więc czasu. Poza tym Rier pewnie traci swoje zmysły. – powiedział z lekkim ukłonem.
- Rier, przygotuj proszę dyliżans. Jedziemy na bal. – rzekł siedzący na ławce mężczyzna, podając dochodzącemu do siebie słudze otwarty list.
- Tak jest mój panie. – odparł ten, skłaniając się nisko i wycofując powoli.
Gdy pojazd
zajechał pod ogromne popielate schody, zamyślony hrabia próbował sobie
przypomnieć jak dotarł do swego celu i co stało się ze wspaniałym miastem,
skąpanym niegdyś w tajemniczej radości egzystencji. Wciąż siedząc w dyliżansie,
zastanawiał się nad swym zdrowiem fizycznym jak i psychicznym. Jego przemyślenia
zostały jednakowoż niespodziewanie przerwane przez otwarcie niewielkich
drzwiczek. Działając jakby automatycznie, wysiadł wyprostowawszy się dumnie.
- Witaj szanowny Hrabio. – rzekł młody lokaj o popielatych włosach, podając na tacy niewielką, czarno-szarą przypinkę.
Jegomość ujął przedmiot w dłoń, rozglądając się wkoło w lekkim zdziwieniu. Posiadłość, której intrygująca, głęboka czerń karmiła kiedyś jego stłumione zmysły, jawiła się teraz w nieskończonej, refleksyjnej popieli, rzucającej jego myśli w wysysający siły trans. Mimo to mężczyzna zebrawszy się w sobie, ruszył do niepokojącego wnętrza, zionącego chłodnym ciepłem. Znalazłszy się już w budynku, spostrzegł, że ogromna sala wypełniona jest tłumem osób o różnorakim statusie. Byli tam głównie wielcy panowie układający ten świat i ich małżonki, ale też pomniejsi lordowie, hrabiowie, a także inni, których nie warto było wymieniać. Nie było to dziwne, czy zaskakujące, a raczej normalne, iż wszyscy okazują, swoją obecnością, szacunek niegdyś tak potężnej rodzinie. Widokiem niecodziennym były zaś tłumy bladych sługi i służek o popielatym kolorze włosów, uwijających się pośród gości. „Witam panie Hrabio.” „Jak się pan dziś miewa?” „Interesy dobrze idą?” „Co pan myśli o sytuacji na...?” Pytania i powitania rozbrzmiewały dookoła, dekoncentrując hrabiego, który starał się odpowiadać na każde z nich. Zrobiło mu się duszno i gorąco. Plecy zalewane były przez zimne poty, a umysł tracił powoli kontakt z rzeczywistością. Niespodziewanie sytuację uratowała młoda dziewczyna, w sukni wyglądającej jakby stworzona była z popiołu, schodząca nieśpiesznie po schodach prowadzących na kolejne piętro. Znajdując się w połowie drogi przystanęła i przerwała nagłą ciszę swoim cichym, lecz władczym głosem, który ranił i pieścił jednocześnie.
- Witam wszystkim na mym skromnym balu. Świętujemy dziś objęcie przeze mnie obowiązków głowy rodziny, a także odejście mojego chwalebnego poprzednika. Proszę więc, aby wszyscy się dobrze bawili tej nocy i nie żałowali sobie niczego. – skończywszy swoją wypowiedź, skinęła na orkiestrę ustawioną pod oknami, aby zaczęła grać.
Muzyka rozbrzmiała, oczarowując wszystkich swym kunsztem. Niektórzy mężczyźni prosili damy do tańca, a inni usuwali się ku zastawionym stołom i ścianom, robiąc miejsce tańczącym parom. Hrabia chciał szybko umknąć gdzieś przed matkami różnych niewiast, starających się go zeswatać lub przynajmniej wymusić dostojne pląsy w rytm wypełniającego salę utworu. Niestety, nie udało mu się to. Nim zdołał wykonać niewielki krok w tył, stał już otoczony potencjalnymi żonami, teściowymi i nawet partnerami biznesowymi, chcącymi dobrze ulokować swój majątek. W tym momencie czuł jak resztki sił z niego uciekają. Potężny gorąc ponownie zalał jego czoło, a głowa zaczynała denerwująco boleć. Po chwili, tak jak poprzednio, mężczyznę z opresji uratowała przepiękna panienka o włosach koloru sczerniałej popieli.
- Panie Hrabio. Być może nie wypada mi prosić, ale czy zatańczy pan? – zapytała delikatnie z lekkim, przepraszającym uśmiechem rysującym się na jej obliczu, wyciągając w jego stronę lekko bladą dłoń.
- Oczywiście. – odrzekł osobnik ubrany osobliwie jak na wydarzenie, w którym uczestniczył, zaskoczony propozycją.
Wyszedł za kobietą na sam środek pomieszczenia, skłonił się nisko, a następnie łapiąc ją w pasie i za rękę, ruszył w takt wygrywanego utworu.
Arystokracja. Znajome twarze. Bawią się. Świętują. Po wszystkim nóż w plecy. Kodeks!? Ha! Za nic mają honor. Szczury i wiarołomcy. Nie wszyscy tacy są. Młody chłopak. Jak on miał na imię? Wspaniałe dziecko. Dziadek jest z niego dumny. Tak. Staruch. Każe do siebie mówić dziadek. Poczciwy człowiek, lecz jego majątek się kurczy. Utrzymuję się tylko dzięki życzliwości starych znajomych, którzy powoli odchodzą. Ech… Nic to. Ważniejsze jest teraz jak uciec przed całym tym zgiełkiem.
- Wspaniale pan tańczy. – szepnęła ledwo słyszalnie, przerywając jego przemyślenia.
- Dziękuję. Miałem wymagającą nauczycielkę. – odpowiedział miło, szukając wzrokiem drogi ucieczki, którą podąży, gdy tylko zakończy swoje pląsy.
- Czy źle mi idzie? – zapytała ze smutkiem w głosie.
- Nie. Dlaczegóż to? – odrzekł zaszokowany, trzeźwiejąc trochę i prostując ponownie plecy.
- Szuka pan ucieczki, a jest pan w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Czegoś się pan obawia? – pytała z wyraźnym zmartwieniem.
- Skądże. Najmocniej przepraszam jeśli sprawiłem, iż tak pani pomyślała. Po prostu nie czuję się dziś najlepiej i chciałbym uniknąć trosk życia codziennego. – tłumaczył się zbyt gorączkowo.
Partnerka zaśmiała się lekko i ponownie skinęła na orkiestrę. Tempo zwolniło, a wraz z nim kroki wszystkich tańczących par. Przepiękna dama zbliżyła się bardziej do przystojnego rozmówcy, kładąc ręce na jego ramionach i krzyżując je za nimi. Mężczyzna podążył za nią chwytając obiema dłońmi tuż nad pośladkami swojej partnerki.
Gdyby on mnie teraz widział. Już słyszę jego głupie docinki. „Hrabio! Wszyscy, ale ty?! No nie spodziewałbym się!” Czy jestem już na to wszystko za stary mój przyjacielu?
- W tę jedną chwilę jedyne czego nie chcemy to marnych trosk. – wyszeptała do jego ucha.
- Tańczmy ten taniec, co przyniósł nam los. – odpowiedział, wpatrując się w pustą przestrzeń.
- Więc zna pan ten wiersz? – uśmiech zadowolenia na jej twarzy tylko się powiększył.
- Znam większość tak sądzę. – odparł skupiając się na przepięknych oczach młodej dziewczyny, będącej w jego objęciach.
- Zabawne. Nie myślałam, że lubi pan poezję.
- Ja też tak myślałem, lecz coś minie urzekło w twórczości mojego przyjaciela.
- Och? A cóż to takiego?
- Zapewne te jego dziwne wywody, które często zaczynał. – po tych słowach zamilkł.
- Chciała bym go poznać lepiej. Szkoda, że nie miałam okazji. – rzekła potwornie smutniejąc.
- Wyjątkowy był to osobnik, lecz najzwyklejszy zarazem. – westchnął z nieukrywaną tęsknotą.
Dziwnym zrządzeniem losu, po jego słowach zaległa chwilowa cisza, podczas której grajkowie dogadali się na temat następnego utworu. Gdy muzyka rozbrzmiała ponownie młoda dama rzekła:
- Przepraszam pana, lecz muszę się na chwilę oddalić. Dziękuję, za wspaniały taniec. Chciałabym to kiedyś jeszcze powtórzyć.
- Ja również. – odrzekł hrabia z lekkim ukłonem, po czym rozejrzał się wokoło.
Czując powracające objawy, które dziwnym trafem były nieobecne podczas przyjemnego tańca, czmychnął szybko gdzieś na bok, unikając wszystkich, kierowanych w jego stronę spojrzeń. W kilka sekund poruszając się wcześniej wytyczoną wzrokiem trasą, znalazł się w pustym korytarzu, gdzie odgłosy zabawy stały się jedynie przytłumionym hałasem. Wziął głęboki wdech i przyśpieszył kroku. Po niedługim czasie znalazł niedużą toaletę. Wszedł do niej, stanął przed lustrem i spojrzał na siebie. Wyglądał zdrowo, w przeciwieństwie do tego jak się czuł. Westchnął więc ciężko, odkręcił kurek i łapiąc wodę w dłonie, opłukał sobie twarz. Chłodna woda wydawała się upragnionym zbawieniem. W tej jednej chwili Hrabia zapragnął gorącej kąpieli, która zmyłaby wszystkie jego troski. Wiedział jednak, że ten moment długo nie nastąpi i musi jakoś przetrwać całą noc. Spojrzał więc raz jeszcze w swe odbicie, po czym wytarł swe zacne oblicze i złapał za klamkę. Mając już otwierać drzwi, usłyszał ciche rozmowy i przytłumione kroki. Nie wiedząc czemu, nie wyszedł, a zamiast tego przyczaił się nasłuchując uważnie.
- Co ona sobie myśli? – zapytał głos nadpobudliwego młodzieńca.
- Musimy dać jej czas. Każdy na początku taki był. – odezwał się staruszek.
- Panowie. Co jak co, ale nie podoba mi się to. Tym bardziej, że siedzi w tym Hrabia. Będziemy musieli coś z nim zrobić. – rzekł ktoś inny.
Czemu zawsze dowiaduję się ostatni, że jestem w coś wplątany?
- Co masz na myśli? – zapytał ponownie strzec.
- Cicho! Co to jest? Hrabia jest szanującą się, wysoko postawioną osobą o mocnych moralnych zasadach, a wy plotkujecie o robieniu czegoś z nim? Nie wstyd wam? Do reszty wam władza odbiła? Chcecie skrzywdzić niewinnego? – wołał ktoś, kto głosem bardzo przypominał syna pewnego, zmarłego niedawno szejka.
- Dobra, już. Spokojnie. Nie wznośmy wrzawy. Załatwmy spotkanie szybko i wracajmy. Niepokoję się o moją córeczkę. – odrzekł jegomość z lekko piskliwym głosikiem.
Po tych słowach wszyscy umilkli i przyśpieszyli kroku. Gdy wszystkie odgłosy w korytarzu już ucichły, hrabia wyszedł z łazienki.
- Tajne spotkanie. I ja nie jestem zaproszony? Pf! – fukną obrażony i ruszył przed siebie w drogę, z której przyszedł.
Szedł nieprędko, rozmyślając nad całą sytuacją, a złość w nim narastała.
- Hrabia. To ważny ktoś. Musimy się z nim liczyć. Wartościowy członek. Nasz „wielki skarbnik”. Tak mi się odpłacają. Żmije, kłamcy, wiarołomcy, nieprzyjemni… Ech… - westchnął ponownie przystając przed oknem, które pojawiło się przed nim jakby znikąd.
Lekko zdezorientowany, spojrzał za siebie, tylko po to by uświadomić sobie, iż się zgubił. Niemożliwe. Pomyślał sobie, a następnie, gdy właśnie miał ruszyć skąd przybył, usłyszał dźwięk pióra muskającego kartkę papieru. Podążył więc za odgłosem, tak bardzo przypominającym mu o zagubionym przyjacielu. W kilka kroków dotarł pod jedyne w zamku, czarne drzwi. Otworzył je i wkroczył to znanego sobie pokoju, przywołującego wspomnienia. Rozglądał się z lekkimi łzami w oczach, lecz nagle poczuł za sobą kogoś obecność.
- Najmocniej przepraszam, lecz zgubił to pan. – odezwał się nienaturalnie blady, podstarzały sługa podając hrabiemu niewielką przypinkę.
- Dziękuję. Nie zauważyłem. Czy mógłby…? – mówił przypinając niewielki przedmiot w swoje miejsce, jednakowoż mężczyzny, który mu go podał już nie było.
Czemu, gdy trzeba, nie myśli się o niczym?
Zatroskany jegomość, martwiąc się jak odnajdzie drogę powrotną opuścił głowę i westchną ociężale. Następnie zwrócił się na lewo i podszedł do szklanych drzwi balkonowych, przez które padało przepiękne, księżycowe światło. Naraz spostrzegł w odbiciu, bezkształtną istotę wyrastającą znad jego prawego ramienia. Przestraszony odwrócił się, by ujrzeć jak znajomo wyglądająca cienista postać, łapie niespotykaną pokrakę i umieszcza ją na powrót w popielatej przypince na piersi hrabiego, po to by za chwilę ją zerwać i rzucić ognia płonącego w kominku. W tym momencie osłupienia zamknięte drzwi prowadzące do pokoju zaczęły się otwierać. Zlękniony mężczyzna podbiegł więc do dużego biurka, którego wierzch pokrywała cienka warstwa szkła lapis luna i schował się za nim. Oddychał ciężko, starając się pozostać bezgłośnym. Jego serce waliło jak oszalałe jakby chciało zamanifestować swoją obecność w pokoju. Na szczęście ten kto wkroczył do środka, nie zauważył nic co odchodziłoby od normy i wyszedł zamykając za sobą wejście.
- Nie dam rady… - jękną zestresowany Hrabia, podnosząc się na nogi.
W tej samej chwili zauważył jak istota, która go uratowała, pojawia się znowu i muskając po grzbietach kilku ksiąg otwiera tajemne przejście, po czym ulatując jak dym wskazuje, aby przez nie podążyć. Nie myśląc za dużo skonfundowany osobnik, ruszył w nieprzeniknioną ciemność, która zdawała się być nieprzepastną pustką. Snop światła padający zza jego pleców zniknął nagle, obwieszczając brak możliwości powrotu. Przełykając suchą ślinę przez szorstkie gardło, mężczyzna ruszył przed siebie, wystawiając ręce, aby wyczuć ściany, lecz wydawało się, że znajduje się w jakimś ogromnym pomieszczeniu. Czy to jakiś żart? Czy może wszystko mi się śni? Pomyślał w głębi umysłu, gdy nagle usłyszał słowa, które rozbrzmiały tak blisko jakby osoba je wypowiadająca znajdowała się tuż obok.
- Kolejny sen? A o czym ty śnisz?
- Ja? Nie ustaję w letargu, gdzie przewijają się wspomnienia dawnych dni. – odezwał się inny niski, dudniący głos.
- Więc jednak śnisz?
- To ty jesteś śniącym. Ja tylko wspominam.
- Nie wymówisz się. Czekaj, czekaj. Czujesz to? Mamy gościa. Witamy pana, w naszych skromnych progach. Co pana sprowadza w ten piękny sen?
Hrabia chciał odpowiedzieć, lecz nie dano mu ku temu okazji.
- Być może jest kimś, kto zobaczyć chce mnie? Wspomnienie dawnych dni? Ja z czasów, gdy nikt nie mówił nic?
- W tej ciemności? Nie widzi, lecz zagadkę może chce.
- No, czy ja wiem?
- Zabawmy się.
- Jest wielki i groźny.
- Potulny jak pies.
- Sieje wciąż zamęt.
- Choć niewinny jest.
- Wciąż lata pod chmurami.
- Tak widzisz go.
- I z niego się bierze?
- Okropny smog.
Okropne rymy. Cóż to za zagadka?
- Nie żartuj. Aż tak nie jest źle. – wrzasnął wesoły głos, brzmiący jakby należał do siedemnastolatka.
- A czy nasz gość nie wie? Tak mu łatwiej będzie. Prawda?
- Więc może tak. Maska jest jedna, lecz twarze są dwie. Jeden jest dwór, lecz tłum w nim jest. Kto wzniesie mój pałac? Da poczuć mi? Nie będę to ja. Czy może ty? – mówił śmiejąc się szalenie, jak małe dziecko cieszące się zwykłym kawałkiem drewna.
- Smok? – wychrypiał cicho hrabia, a jego głos rozniósł się echem po pustej przestrzeni, w której stał tylko on.
Niespodziewanie
ostre światło oślepiło jego oczy, tak że musiał je przesłonić dłonią. Wspólnie
z tym zaczął czuć potworny ból w boku jakby ktoś go kopnął.
- Wstawaj szczurze lądowy! Nie opierdalać się! Leć na maszt. Trzeba co zrobić! – krzyczał zachrypnięty głos.
- Refować żagle! – wrzasnął ktoś inny.
- Słyszałeś?! Biegiem! – krzyknął ten pierwszy i oddalił się ze stukotem.
„Płynie czas. Spływa dzień. To fale kołyszą mnie. Do domu wraz. Zapomień czas. Gdy morza usłyszysz wrzask. To chmurki te. Niebieskie szło. Tak sztuczne, czy uwierzy kto? Spójrz na horn. Wdzięczny ton. Gdy łajby nie złapie sztorm…” Słowa pieśni bombardowały obolałe uszy mężczyzny, który dopiero po ciężkiej chwili zdołał przejrzeć na oczy. Pierwszym co udało mu się dostrzec było dziwne, sztuczne niebo, którego kolory wydawały się jakieś nienaturalne. Nie wpatrywał się w nie jednak długo, ponieważ wulgaryzmy, przekleństwa i groźby skłoniły go do błyskawicznego powstania i rozpoczęcia wspinaczki po wyblinkach. Będąc już w połowie drogi, zorientował się, że ktoś wrzeszczy na niego z góry.
- Ej! Co ty tu robisz?! Won na dół! Kto mu tu kazał przyleźć?!
- Ja! – odkrzyknął na pytanie zachrypnięty głos z dołu.
- Przecież od razu widać, że się na niczym nie zna! Niech pokład wyszoruje!
- Słyszałeś! Łap za wiadro, szmatę i do mycia!
Zdezorientowany jegomość błyskawicznie zszedł na deski pokładu i dorywając potrzebne mu przedmioty, zabrał się za narzucone mu czynności.
Dzień zbliżał się
ku zachodowi, kiedy blask słońca powoli znikał za horyzontem. Mężczyzna w
kwiecie wieku, zmęczony różnymi pracami zlecanymi mu przez bosmana usiadł,
opierając się o maszt.
- Trzymaj. Narobiłeś się. – rzekł spokojnie mężczyzna o zachrypniętym głosie.
- Dziękuję. – odpowiedział.
- Wiatr się wzmaga. – westchnął rozglądając się po bezkresnych wodach morskich.
- Sztorm? – zapytał zapychając sobie usta, przedziwną, lecz smaczną zupą.
- Gorzej. Zjedź. Będą nam potrzebne wszystkie dłonie. Potrafisz walczyć?
- A jakże! – żachnął się jakby poruszona kwestia była oczywistością.
- Broń wydaje Kulawy. Zgłoś się do niego jak najszybciej. – powiedział rozmówca wstając, po czym oddalił się, kaszląc i smarkając kilkukrotnie.
Gdy schrypnięty osobnik zniknął już pod podkładem mężczyzna, który właśnie skończył jeść, spojrzał na oddalony horyzont, w który prostopadle z nieba zatapiały się fragmenty roztrzaskanych kolumn, podtrzymywanych przez dawno zapomniane zaklęcia.
Porywisty wiatr
świszczał, uderzając z ogromną siłą w spróchniałe deski kupieckiego statku,
przelatując przez liczne dziury, które wyżarte zostały poprzez niewielkie
istoty, lubujące się w tego rodzaju pokarmie. Wszyscy marynarze znajdowali się
pod podkładem, gdzie siedzieli jak na szpilkach, ostrząc i gotując broń do
walki. Tylko jeden z nich co chwila wybiegał na zewnątrz i wracał w pośpiechu,
by pomachać przecząco swą bujną, rudo-siwą grzywą. Nikt nie ważył się przerwać złowrogiego
milczenia, aby nie wymówić dobrze znanych wszystkim słów. Po chwili rozległo
się głośne stukanie drewna o drewno.
- Panowie... Miło się z wami pływało. – rzekł kapitan statku stojący na schodach.
Po tych słowach mężczyźni wstali, by powoli i mozolnie, lecz z każdą chwilą żwawiej, przygotować się na plugawą śmierć. Jedynym z nich, którego strach się nie imał, był osobliwe ubrany jak na żeglarza jegomość, który z braku jakiegokolwiek pojęcia, choćby chciał, nie mógł się bać. Wyszedł on ostatni, a wyprostowawszy się, rzucił wkoło wzrokiem, by dostrzec jedynie nieprzejrzystą, białą jak mleko mgłę. Naraz ktoś przeklął kogoś za cholerny wiatr, który tylko nawiał co nawiał i zniknął. Nastroje były co raz bardziej niepokojące. Wśród ogólnej ślepoty, słychać było jedynie nieduże fale uderzające o pokład i ciężkie oddechy przerażonych, zziębniętych osób. Niespodziewanie błękitne nici przeszyły otaczającą statek przestrzeń. Nagłe poruszenie wywołało krótkie wstrzymanie oddechów, które gdy zostały uwolnione, pojawiły się już w postaci pary rozpraszanej przez ciężkie krople wody, spadające z nieba i dudniące o deski. Gęsta mgła zastana dookoła, opadła błyskawicznie, odsłaniając ogromny, czerwony statek zbliżający się coraz bliżej. Pierwsza salwa wystrzelona z wrogich dział uderzyła razem z bladymi wstęgami, upadającymi z ciemnogranatowego nieboskłonu. Wszyscy jakby zapominając o strachu, rzucili się z krzykiem ku broni i odpowiadali ogniem, na każdy atak. Niestety jakiekolwiek próby skrzywdzenia wroga spalały na panewce, albowiem kule nie imały się jego statku. Zupełnie jakby był jakimś widmem, a nie rzeczą materialną. Mimo to nikt się nie poddawał, nie ustając w wojennych wrzaskach, zza których zionęła bezkresna rozpacz i tęsknota.
- Uderz raz. Uderz dwa. Mnie nie trafi pięść twa zła. Uderz raz. Raz po raz. Tak wciąż próbuj. Bij i wal. Raz po raz. Uderz dwa. Trzy w mą twarz. Cztery krach. Bij bez przerwy. Bij bo ja. Nie odpowiem. Mam swój świat. – nucił cicho Hrabia, podający właśnie amunicję jednemu z kamratów.
Nie minęło kilka chwil, gdy potężny okręt zbliżył się na tyle, iż rozpoczął się abordaż. Na pokład wskakiwały istoty, których oblicza zakrywały przerażające maski, mające dać do zrozumienia, że ci którzy je noszą są jak potępieńcy prosto z najgłębszych czeluści oceanów. Rozgorzała walka. Ktoś uderzał z prawej, a następnie ginął, by inny mógł uderzyć z lewej. Przeciwników ciągle przybywało podobnie jak ofiar. Kto jeszcze stał żyw, wiedział iż nie ma nadziei i że właśnie nadszedł koniec. Jedynie osobliwie jak na marynarza ubrany mężczyzna walczył zaparcie, zalany łzami, mamrocząc pod nosem słowa obietnicy złożonej samemu sobie. Gdy pacyfista musi zabijać. Przeszło mu nagle przez myśl, gdy kolejny przeciwnik upadł przed nim, zalany ciemną posoką. Niespodziewanie tuż obok, prosto w beczkę z prochem, znajdującą się tam z nieznanego powodu, uderzył promień ciemnozielonej energii, wysadzając ją. Nie mogąc nic zrobić, Hrabia jedynie przesłonił oczy dłońmi. Po chwili nieświadomości poczuł, że unosi się w powietrzu. Straszliwy ból i gorąc przeszywał jego lewe ucho. Niemiłosierny pisk nie chciał odejść, a mroczki zasłaniały cały świat, który i tak pozostawał ledwo widoczny, przez gęstą ulewę, rozświetlaną błękitnymi przebłyskami. Na jeden dziwny moment wszystko straciło sens, a jegomościa zajęła dziwna obojętność. Stało się to, gdy jego umęczone ciało uderzyło w nierówną taflę wody. To co nastąpiło zaraz po tym, było czymś najprzyjemniejszym co mogło nastąpić. Uczucie towarzyszące tonięciu wydawało się być podobne do zanurzenia w najdelikatniejszych posłaniach po wyczerpującym dniu. Tak wspaniałe, iż chciało się tylko zamknąć oczy i odpłynąć gdzieś w nieskończoności.
Leżąc w piachu, czasami zastanawiasz się,
czemu raz tak bardzo przeszkadza, a raz nie? Czemu gdy nie ma się sił, wszystko
jest nieskończenie przyjemne?
Rozmyślania pijanego bólem mężczyzny przerwane zostały przez skrzypienie piachu pod ciężkimi krokami. Nie przejmujący się nimi jednak jegomość nadal wpatrywał się w zaskakująco nienaturalne niebo, przedzielone kremowym chmurami.
- Czy w czasach mych słowa nie znaczą nic? – wychrypiał sam do siebie, gdy ujrzał nad sobą dwie postacie w diabelskich maskach, z których jedna natychmiastowo zdzieliła go czymś po głowie, przez co świadomość znowu uciekła gdzieś daleko od bezsilnego ciała.
Uczucie spadania,
a następnie bolesny upadek na zimną kamienną posadzkę, rozbudziły trwale
nieprzytomnego mężczyznę, który podniósł się z ciężkim stęknięciem i spojrzał
przed siebie mrugając kilkukrotnie, aby pozbyć się mgły przesłaniającej mu
widok.
- Hier! Jakże się cieszę, iż cię widzę! – wykrzyczał radośnie swym cichym, zachrypniętym i załamanym głosem.
- Hrabia?! Co ty tu…?! Przecież… – zdziwił się stojący przed nim osobnik w purpurowej szacie.
- Czy Rier? Trudno was poznać. To dziwne zważając na wasze imiona, których przepraszam, ale nie chce mi się próbować wymówić. – mówił z lekkim uradowaniem.
- Hrabio. Nie powinno cię tu być. To nie twój świat. Wracaj szybko do siebie.
- O czym ty mówisz Ri…, a może Hie…
- Dier. – przerwał mu jegomość.
- Dier? – jęknął zrozpaczony i ledwo powstrzymując płacz zwiesił głowę.
- No już, już. Chodź. Coś wymyślimy. Najpierw się tobą zajmiemy. Napoimy, pożywimy, umyjemy. Będzie dobrze. – mówił spokojnie mężczyzna zwany Dierem, chwytając umęczonego osobnika pod pachą i unosząc go.
- Placki? – zapytał z nadzieją.
- Twoje ulubione Hrabio. – odrzekł ten pocieszającym głosem, równocześnie skinąwszy głową na otaczające ich sługi.
Po tych słowach dwaj jegomoście udali się bez pośpiechu do przestronnej łaźni, w której mieli zamiar zmyć z rozbitka okropny odór i przywrócić mu jego osobliwy jak na kogoś takiego zapach.
- Obiecałem go
odnaleźć… Obiecałem, że jeszcze kiedyś skoczymy z tamtego klifu. Obiecałem, że
będzie drużbą na mym ślubie. Obiecałem, że ja będę drużbą na jego. Obiecał mi…
Obiecał… - mamrotał Hrabia ze łzami w oczach, gdy jakaś młoda dziewczyna
zszywała jego rany.
Dier przyglądał się osobnikowi, siedzącemu w potwornym zgięciu jakby ogromny ciężar spoczywał na jego barkach, zachowującemu się nazbyt dziwnie jak na siebie. W taki sposób urata przyjaciela odebrała sens jego życia, a przeszkody w dotrzymaniu obietnicy tylko dobijały jego wpół martwą duszę. Widok ten ściskał żołądek i przyprawiał o mdłości. Aż chciało się podejść i jakoś pocieszyć. Przytulić, powiedzieć, iż się współczuje. Jednak jak można współczuć coś czego nigdy się nie przeżyło? Jak pocieszyć kogoś kim się nie jest? I gdzie ukryć cały strach, kłębiący się w czeluściach umysłu, czekając na najbardziej nieodpowiedni moment? Czy można się tylko patrzeć na cierpienie innych? Pytania te przelatywały przez głowę kontemplującego mężczyzny.
- Dier… - zagaił niespodziewanie jegomość.
- Tak Hrabio?
- Czemu uważam, że on wciąż gdzieś tu jest? Czy to przez te jego głupie wiersze? Bezsensowne opowiastki, które snuł? Słowa bez znaczenia wypływające z jego ust? „Jestem Bogiem. Ja nie mogę umrzeć. Ja już nie żyję i żyję. Wszystko i nic. To co da się opisać i nie da. A także coś pomiędzy. To wszystko i nic. To jest Bóg. To jesteś ty. To jestem ja. To jest ten świat. Każdy i żaden. Ten bezsens zwykłej paplaniny.” – nucił zapamiętane słowa jak pieśń chwalebną ku najwyższej czci.
- Być może chcesz by on żył. Na pewno żyje w tobie. Póki żyje ktoś kto go trzyma w pamięci, póty będzie żył. Czyż nie tak?
- Wszystkie słowa zapisane. Marnotrawstwo tuszu i papieru. Nikt tego nie przeczyta. Zginie pośród nieskończoności. Coś pomiędzy niczym. Ha! Nic pomiędzy czymś. Tak… - mówił już do siebie, jakby na powrót wpadł w jakiś chorobliwy trans, ignorując wszystko wokół.
- Biedny ty. Biedny ja. Kiepski nam los wybrał czas. Żyję u schyłku swej epoki. Za niedługo wszystko skończy się. Ty zaś nigdy jej nie miałeś i wybrakowany starasz się żyć. Gdyby tylko można cofnąć czas. Gdyby wtedy Hier nie wrócił tam… - powiedział odwracając się i odchodząc w poszukiwaniu rozwiązania pewnego istotnego problemu, który uparcie nie trzymał się jego głowy.
Słońce chyliło
się ku zachodowi, gdy dwaj mężczyźni siedzący na balkonie, popijali czarny jak
smoła napar z dodatkiem cynamonu. Obserwując odległe zrujnowane filary trzymane
resztkami energii z starożytnych czasów, nie myśleli o niczym. Niespodziewanie
z niewielkiego cienia, rzucanego przez balustradę wyłoniła się niewysoka postać
skłaniająca się nisko z szacunkiem. Nie odzywając się słowem, wyciągnęła przed
siebie dłonie i skierowała je w stronę dwóch jegomości, którzy nie zareagowali
w ogóle na zaistniałą sytuację. Jednakowoż ocknąwszy się z nostalgii, odłożyli
puste już kubki i złapali ręce istoty, aby razem z nią, w jednym momencie, zlać
się w zwykły, szaroczarny cień.
Pośród
przeogromnego tłumu nie było za dużo widać. Panowała jednak nieprzenikniona
cisza, ponieważ nikt nawet nie śmiał wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
Jedynie zaniepokojony Hrabia wiercił się lekko w poszukiwaniu znajomych twarzy,
lecz mimo usilnych wysiłków nie mógł dostrzec żadnego oblicza, albowiem
wszystkie spowijała nieprzejrzana ciemność. Stanął wiec w miejscu i zaczął
wsłuchiwać się w intrygujące dźwięki, które zaczynały właśnie rozbrzmiewać. Z
początku były to tylko cichutkie, wysokie głosy męskie, do których po chwili
zaczęły dołączać niższe. Wprawiająca każdego w osłupienie pieśń niezliczonego
chóru wypełniła naraz uszy wszystkich obecnych. Dziwne to było uczucie, gdy
słyszało się słowa niewymawiane. Jednakowoż było w tym coś wspaniałego, co było
wprost nie do opisania. Zauroczony jegomość wsłuchiwał się przepiękne arie
bombardujące jego ciało niewymowną ekstazą. Wszystko to trwało jakby sekundę, a
jednak dwie wieczności. Potem skończyło się, pozostawiając po sobie nienasycone
pragnienie. Niespodziewanie tłum zaczął się poruszać, pchając lekko ogłuszonego
mężczyznę jak fale do przodu. Nie mogąc nic począć i tak już zrezygnowany
hrabia, ruszył przed siebie, starając się nikogo nie podeptać. Po kilku krokach
zatrzymał się jednak zorientowawszy się, iż stoi przed wielkim ołtarzem, na
którym leżą puste szaty, elementy zbroi, maski, pierścienie, naszyjniki,
zawieszki i inne rzeczy, ułożone tak jakby, ktoś pod nimi się znajdował.
Powoli, lecz w dość gwałtownym ruchu, z tego całego stosu zsunęła się wyjątkowa
maska. Hrabia złapał ją, chcąc odłożyć na miejsce, lecz nagle dotarło do niego,
że nie może tego zrobić. Coś kazało mu ją założyć i nosić dumnie, aż do pewnego
smutnego dnia. Sterczał więc tak wpatrując się w jakby znajome sobie oblicze
rysujące się na przedmiocie trzymanym w rękach, gdy z lekkim zaskoczeniem odczuł,
iż coś ciągnie go do tyłu oddalając szybko od miejsca, w którym się znajdował.
Nim zdążył jakkolwiek zareagować, wszystko się zatrzymało i tak oto jegomość
ubrany jak na miejsce, w którym się znajdował, postawiony został przed zniszczonym,
niewielkim zamczyskiem, którego ruiny zionęły duszliwym zapomnieniem.
Spoglądając na trzymaną w rękach wyjątkowo bliską mu rzecz, a za razem rzucając
co chwila wzrokiem na budynek, w myślach Hrabiego zrodziła się odpowiedź na
zadaną mu niegdyś zagadkę.
- Hier, czy wiesz może dlaczego umiera się tylko dwa razy? – zapytał spokojnie, przewracając stronę.
- Nie mój panie.
- A czy wiesz, czemu tutaj jestem?
- Ponieważ czeka pan na list.
- Od kogo? – rzekł przerywając na chwilę swe zajęcie.
- Szanownej panny Licentii.
- Pokaż proszę. – rzekł, wyciągając rękę w stronę sługi.
Ten podał mu popielatą
kopertę i stanął z boku, czekając na rozkazy.
- Hier. – powiedział jakby chcąc o coś prosić.- Nie jestem Hier mój panie. – odparł rozmówca.
- Wiem, po prostu to zdrobnienie jest łatwiejsze niż twoje pełne imię. – powiedział z westchnieniem.
- Mam tego świadomość mój panie, lecz ja nie jestem Hier. – powtórzył ponownie służący i dodał - Jestem Rier.
- A gdzie jest Hier?
- Zgodnie z rozkazem wyruszył na Haliaedę.
- Zapomniany dwór? Po co go tam wysłałem?
- Odnośnie zapisu.
- „Pierwszy krzyż. Odnajdzie się. Na Haliaedzie. Gdzie życia wstaje dzień.” Wyspa życia.
- Yhym.
- Chcę z nim pomówić. – zażądał surowo.
- Tak jest mój panie. – odrzekł, by po sekundzie odezwać się ponownie - Słucham?
- Witaj Hier. Jak Ci mija czas? – łagodne i miłe słowa z nutką sarkazmu wypłynęły powoli z ust skupionego na tekście osobnika.
- Bardzo dobrze. Miło, że pan pyta. Aktualnie prowadziłem pokojowe rozmowy z upiorami. – powiedział sarkastycznie.
- Ach tak? I co one na to?
- Z największą chęcią przyjęły me żądania i prowadzą mnie właśnie do celu.
- Toż to wspaniale. A jaki był warunek? – kontynuował tym samym tonem nadal nie odrywając wzroku od czytanego tekstu.
- Nijaki. Pragnęli w końcu umrzeć.
- Yhym. Tak sami z siebie, czy z twoją pomocą?
- Któż to wie mój panie?
- Ech... – westchnął przeciągle, po czym dodał dodał poważniejąc i spoglądając na jaśniejące bielą słońce, którego promienie przebijały się przez gęste gałęzie – Wiesz czemu Haeliada, nazywana przez nas zapomnianym dworem, była kiedyś zwana wyspą życia?
- Niestety nie mój panie.
- Niegdyś ogromny, nizinny teren otoczony z każdej strony oceanem i kolumnami, zwanymi szponami śmierci.
- Te poniszczone filary tworzące barierę? W ogóle nie rozumiem jak można żyć w takim miejscu. Ciśnienie na dnie jest tak duże, że dziwię się, iż ta słabiutka osłona jeszcze nie padła.
- Ona się jeszcze trzyma? – zapytał zdziwiony.
- Inaczej bym tam nie dotarł.
- Tyle istnień... – wymamrotał.
- Istnień?
- Na każdej z kolumn wyryte są wzory symbolizujące życia przez nie zabrane.
- Umierających wysyłano za filary, dlatego nikt na wyspie nie umierał?
- Tak było do momentu, gdy piąty księżyc nie uniósł wszystkich wód. Pewien czarnoksiężnik zebrał całą moc i stworzył barierę, którą mieszkańcy karmili umierającymi.
- Co na to mag?
- Zapadł w kolejny sen, tak długi, że miejsce jego spoczynku nazwano grobowcem.
- Którego teraz szukam.
- Nie inaczej. Musisz tam zanieść to co ci dałem.
- Pojemnik, z którego odrodzi się...
- On. – rzekł z smutkiem wspomnień.
- Nie tracę więc czasu. Poza tym Rier pewnie traci swoje zmysły. – powiedział z lekkim ukłonem.
- Rier, przygotuj proszę dyliżans. Jedziemy na bal. – rzekł siedzący na ławce mężczyzna, podając dochodzącemu do siebie słudze otwarty list.
- Tak jest mój panie. – odparł ten, skłaniając się nisko i wycofując powoli.
- Witaj szanowny Hrabio. – rzekł młody lokaj o popielatych włosach, podając na tacy niewielką, czarno-szarą przypinkę.
Jegomość ujął przedmiot w dłoń, rozglądając się wkoło w lekkim zdziwieniu. Posiadłość, której intrygująca, głęboka czerń karmiła kiedyś jego stłumione zmysły, jawiła się teraz w nieskończonej, refleksyjnej popieli, rzucającej jego myśli w wysysający siły trans. Mimo to mężczyzna zebrawszy się w sobie, ruszył do niepokojącego wnętrza, zionącego chłodnym ciepłem. Znalazłszy się już w budynku, spostrzegł, że ogromna sala wypełniona jest tłumem osób o różnorakim statusie. Byli tam głównie wielcy panowie układający ten świat i ich małżonki, ale też pomniejsi lordowie, hrabiowie, a także inni, których nie warto było wymieniać. Nie było to dziwne, czy zaskakujące, a raczej normalne, iż wszyscy okazują, swoją obecnością, szacunek niegdyś tak potężnej rodzinie. Widokiem niecodziennym były zaś tłumy bladych sługi i służek o popielatym kolorze włosów, uwijających się pośród gości. „Witam panie Hrabio.” „Jak się pan dziś miewa?” „Interesy dobrze idą?” „Co pan myśli o sytuacji na...?” Pytania i powitania rozbrzmiewały dookoła, dekoncentrując hrabiego, który starał się odpowiadać na każde z nich. Zrobiło mu się duszno i gorąco. Plecy zalewane były przez zimne poty, a umysł tracił powoli kontakt z rzeczywistością. Niespodziewanie sytuację uratowała młoda dziewczyna, w sukni wyglądającej jakby stworzona była z popiołu, schodząca nieśpiesznie po schodach prowadzących na kolejne piętro. Znajdując się w połowie drogi przystanęła i przerwała nagłą ciszę swoim cichym, lecz władczym głosem, który ranił i pieścił jednocześnie.
- Witam wszystkim na mym skromnym balu. Świętujemy dziś objęcie przeze mnie obowiązków głowy rodziny, a także odejście mojego chwalebnego poprzednika. Proszę więc, aby wszyscy się dobrze bawili tej nocy i nie żałowali sobie niczego. – skończywszy swoją wypowiedź, skinęła na orkiestrę ustawioną pod oknami, aby zaczęła grać.
Muzyka rozbrzmiała, oczarowując wszystkich swym kunsztem. Niektórzy mężczyźni prosili damy do tańca, a inni usuwali się ku zastawionym stołom i ścianom, robiąc miejsce tańczącym parom. Hrabia chciał szybko umknąć gdzieś przed matkami różnych niewiast, starających się go zeswatać lub przynajmniej wymusić dostojne pląsy w rytm wypełniającego salę utworu. Niestety, nie udało mu się to. Nim zdołał wykonać niewielki krok w tył, stał już otoczony potencjalnymi żonami, teściowymi i nawet partnerami biznesowymi, chcącymi dobrze ulokować swój majątek. W tym momencie czuł jak resztki sił z niego uciekają. Potężny gorąc ponownie zalał jego czoło, a głowa zaczynała denerwująco boleć. Po chwili, tak jak poprzednio, mężczyznę z opresji uratowała przepiękna panienka o włosach koloru sczerniałej popieli.
- Panie Hrabio. Być może nie wypada mi prosić, ale czy zatańczy pan? – zapytała delikatnie z lekkim, przepraszającym uśmiechem rysującym się na jej obliczu, wyciągając w jego stronę lekko bladą dłoń.
- Oczywiście. – odrzekł osobnik ubrany osobliwie jak na wydarzenie, w którym uczestniczył, zaskoczony propozycją.
Wyszedł za kobietą na sam środek pomieszczenia, skłonił się nisko, a następnie łapiąc ją w pasie i za rękę, ruszył w takt wygrywanego utworu.
Arystokracja. Znajome twarze. Bawią się. Świętują. Po wszystkim nóż w plecy. Kodeks!? Ha! Za nic mają honor. Szczury i wiarołomcy. Nie wszyscy tacy są. Młody chłopak. Jak on miał na imię? Wspaniałe dziecko. Dziadek jest z niego dumny. Tak. Staruch. Każe do siebie mówić dziadek. Poczciwy człowiek, lecz jego majątek się kurczy. Utrzymuję się tylko dzięki życzliwości starych znajomych, którzy powoli odchodzą. Ech… Nic to. Ważniejsze jest teraz jak uciec przed całym tym zgiełkiem.
- Wspaniale pan tańczy. – szepnęła ledwo słyszalnie, przerywając jego przemyślenia.
- Dziękuję. Miałem wymagającą nauczycielkę. – odpowiedział miło, szukając wzrokiem drogi ucieczki, którą podąży, gdy tylko zakończy swoje pląsy.
- Czy źle mi idzie? – zapytała ze smutkiem w głosie.
- Nie. Dlaczegóż to? – odrzekł zaszokowany, trzeźwiejąc trochę i prostując ponownie plecy.
- Szuka pan ucieczki, a jest pan w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Czegoś się pan obawia? – pytała z wyraźnym zmartwieniem.
- Skądże. Najmocniej przepraszam jeśli sprawiłem, iż tak pani pomyślała. Po prostu nie czuję się dziś najlepiej i chciałbym uniknąć trosk życia codziennego. – tłumaczył się zbyt gorączkowo.
Partnerka zaśmiała się lekko i ponownie skinęła na orkiestrę. Tempo zwolniło, a wraz z nim kroki wszystkich tańczących par. Przepiękna dama zbliżyła się bardziej do przystojnego rozmówcy, kładąc ręce na jego ramionach i krzyżując je za nimi. Mężczyzna podążył za nią chwytając obiema dłońmi tuż nad pośladkami swojej partnerki.
Gdyby on mnie teraz widział. Już słyszę jego głupie docinki. „Hrabio! Wszyscy, ale ty?! No nie spodziewałbym się!” Czy jestem już na to wszystko za stary mój przyjacielu?
- W tę jedną chwilę jedyne czego nie chcemy to marnych trosk. – wyszeptała do jego ucha.
- Tańczmy ten taniec, co przyniósł nam los. – odpowiedział, wpatrując się w pustą przestrzeń.
- Więc zna pan ten wiersz? – uśmiech zadowolenia na jej twarzy tylko się powiększył.
- Znam większość tak sądzę. – odparł skupiając się na przepięknych oczach młodej dziewczyny, będącej w jego objęciach.
- Zabawne. Nie myślałam, że lubi pan poezję.
- Ja też tak myślałem, lecz coś minie urzekło w twórczości mojego przyjaciela.
- Och? A cóż to takiego?
- Zapewne te jego dziwne wywody, które często zaczynał. – po tych słowach zamilkł.
- Chciała bym go poznać lepiej. Szkoda, że nie miałam okazji. – rzekła potwornie smutniejąc.
- Wyjątkowy był to osobnik, lecz najzwyklejszy zarazem. – westchnął z nieukrywaną tęsknotą.
Dziwnym zrządzeniem losu, po jego słowach zaległa chwilowa cisza, podczas której grajkowie dogadali się na temat następnego utworu. Gdy muzyka rozbrzmiała ponownie młoda dama rzekła:
- Przepraszam pana, lecz muszę się na chwilę oddalić. Dziękuję, za wspaniały taniec. Chciałabym to kiedyś jeszcze powtórzyć.
- Ja również. – odrzekł hrabia z lekkim ukłonem, po czym rozejrzał się wokoło.
Czując powracające objawy, które dziwnym trafem były nieobecne podczas przyjemnego tańca, czmychnął szybko gdzieś na bok, unikając wszystkich, kierowanych w jego stronę spojrzeń. W kilka sekund poruszając się wcześniej wytyczoną wzrokiem trasą, znalazł się w pustym korytarzu, gdzie odgłosy zabawy stały się jedynie przytłumionym hałasem. Wziął głęboki wdech i przyśpieszył kroku. Po niedługim czasie znalazł niedużą toaletę. Wszedł do niej, stanął przed lustrem i spojrzał na siebie. Wyglądał zdrowo, w przeciwieństwie do tego jak się czuł. Westchnął więc ciężko, odkręcił kurek i łapiąc wodę w dłonie, opłukał sobie twarz. Chłodna woda wydawała się upragnionym zbawieniem. W tej jednej chwili Hrabia zapragnął gorącej kąpieli, która zmyłaby wszystkie jego troski. Wiedział jednak, że ten moment długo nie nastąpi i musi jakoś przetrwać całą noc. Spojrzał więc raz jeszcze w swe odbicie, po czym wytarł swe zacne oblicze i złapał za klamkę. Mając już otwierać drzwi, usłyszał ciche rozmowy i przytłumione kroki. Nie wiedząc czemu, nie wyszedł, a zamiast tego przyczaił się nasłuchując uważnie.
- Co ona sobie myśli? – zapytał głos nadpobudliwego młodzieńca.
- Musimy dać jej czas. Każdy na początku taki był. – odezwał się staruszek.
- Panowie. Co jak co, ale nie podoba mi się to. Tym bardziej, że siedzi w tym Hrabia. Będziemy musieli coś z nim zrobić. – rzekł ktoś inny.
Czemu zawsze dowiaduję się ostatni, że jestem w coś wplątany?
- Co masz na myśli? – zapytał ponownie strzec.
- Cicho! Co to jest? Hrabia jest szanującą się, wysoko postawioną osobą o mocnych moralnych zasadach, a wy plotkujecie o robieniu czegoś z nim? Nie wstyd wam? Do reszty wam władza odbiła? Chcecie skrzywdzić niewinnego? – wołał ktoś, kto głosem bardzo przypominał syna pewnego, zmarłego niedawno szejka.
- Dobra, już. Spokojnie. Nie wznośmy wrzawy. Załatwmy spotkanie szybko i wracajmy. Niepokoję się o moją córeczkę. – odrzekł jegomość z lekko piskliwym głosikiem.
Po tych słowach wszyscy umilkli i przyśpieszyli kroku. Gdy wszystkie odgłosy w korytarzu już ucichły, hrabia wyszedł z łazienki.
- Tajne spotkanie. I ja nie jestem zaproszony? Pf! – fukną obrażony i ruszył przed siebie w drogę, z której przyszedł.
Szedł nieprędko, rozmyślając nad całą sytuacją, a złość w nim narastała.
- Hrabia. To ważny ktoś. Musimy się z nim liczyć. Wartościowy członek. Nasz „wielki skarbnik”. Tak mi się odpłacają. Żmije, kłamcy, wiarołomcy, nieprzyjemni… Ech… - westchnął ponownie przystając przed oknem, które pojawiło się przed nim jakby znikąd.
Lekko zdezorientowany, spojrzał za siebie, tylko po to by uświadomić sobie, iż się zgubił. Niemożliwe. Pomyślał sobie, a następnie, gdy właśnie miał ruszyć skąd przybył, usłyszał dźwięk pióra muskającego kartkę papieru. Podążył więc za odgłosem, tak bardzo przypominającym mu o zagubionym przyjacielu. W kilka kroków dotarł pod jedyne w zamku, czarne drzwi. Otworzył je i wkroczył to znanego sobie pokoju, przywołującego wspomnienia. Rozglądał się z lekkimi łzami w oczach, lecz nagle poczuł za sobą kogoś obecność.
- Najmocniej przepraszam, lecz zgubił to pan. – odezwał się nienaturalnie blady, podstarzały sługa podając hrabiemu niewielką przypinkę.
- Dziękuję. Nie zauważyłem. Czy mógłby…? – mówił przypinając niewielki przedmiot w swoje miejsce, jednakowoż mężczyzny, który mu go podał już nie było.
Czemu, gdy trzeba, nie myśli się o niczym?
Zatroskany jegomość, martwiąc się jak odnajdzie drogę powrotną opuścił głowę i westchną ociężale. Następnie zwrócił się na lewo i podszedł do szklanych drzwi balkonowych, przez które padało przepiękne, księżycowe światło. Naraz spostrzegł w odbiciu, bezkształtną istotę wyrastającą znad jego prawego ramienia. Przestraszony odwrócił się, by ujrzeć jak znajomo wyglądająca cienista postać, łapie niespotykaną pokrakę i umieszcza ją na powrót w popielatej przypince na piersi hrabiego, po to by za chwilę ją zerwać i rzucić ognia płonącego w kominku. W tym momencie osłupienia zamknięte drzwi prowadzące do pokoju zaczęły się otwierać. Zlękniony mężczyzna podbiegł więc do dużego biurka, którego wierzch pokrywała cienka warstwa szkła lapis luna i schował się za nim. Oddychał ciężko, starając się pozostać bezgłośnym. Jego serce waliło jak oszalałe jakby chciało zamanifestować swoją obecność w pokoju. Na szczęście ten kto wkroczył do środka, nie zauważył nic co odchodziłoby od normy i wyszedł zamykając za sobą wejście.
- Nie dam rady… - jękną zestresowany Hrabia, podnosząc się na nogi.
W tej samej chwili zauważył jak istota, która go uratowała, pojawia się znowu i muskając po grzbietach kilku ksiąg otwiera tajemne przejście, po czym ulatując jak dym wskazuje, aby przez nie podążyć. Nie myśląc za dużo skonfundowany osobnik, ruszył w nieprzeniknioną ciemność, która zdawała się być nieprzepastną pustką. Snop światła padający zza jego pleców zniknął nagle, obwieszczając brak możliwości powrotu. Przełykając suchą ślinę przez szorstkie gardło, mężczyzna ruszył przed siebie, wystawiając ręce, aby wyczuć ściany, lecz wydawało się, że znajduje się w jakimś ogromnym pomieszczeniu. Czy to jakiś żart? Czy może wszystko mi się śni? Pomyślał w głębi umysłu, gdy nagle usłyszał słowa, które rozbrzmiały tak blisko jakby osoba je wypowiadająca znajdowała się tuż obok.
- Kolejny sen? A o czym ty śnisz?
- Ja? Nie ustaję w letargu, gdzie przewijają się wspomnienia dawnych dni. – odezwał się inny niski, dudniący głos.
- Więc jednak śnisz?
- To ty jesteś śniącym. Ja tylko wspominam.
- Nie wymówisz się. Czekaj, czekaj. Czujesz to? Mamy gościa. Witamy pana, w naszych skromnych progach. Co pana sprowadza w ten piękny sen?
Hrabia chciał odpowiedzieć, lecz nie dano mu ku temu okazji.
- Być może jest kimś, kto zobaczyć chce mnie? Wspomnienie dawnych dni? Ja z czasów, gdy nikt nie mówił nic?
- W tej ciemności? Nie widzi, lecz zagadkę może chce.
- No, czy ja wiem?
- Zabawmy się.
- Jest wielki i groźny.
- Potulny jak pies.
- Sieje wciąż zamęt.
- Choć niewinny jest.
- Wciąż lata pod chmurami.
- Tak widzisz go.
- I z niego się bierze?
- Okropny smog.
Okropne rymy. Cóż to za zagadka?
- Nie żartuj. Aż tak nie jest źle. – wrzasnął wesoły głos, brzmiący jakby należał do siedemnastolatka.
- A czy nasz gość nie wie? Tak mu łatwiej będzie. Prawda?
- Więc może tak. Maska jest jedna, lecz twarze są dwie. Jeden jest dwór, lecz tłum w nim jest. Kto wzniesie mój pałac? Da poczuć mi? Nie będę to ja. Czy może ty? – mówił śmiejąc się szalenie, jak małe dziecko cieszące się zwykłym kawałkiem drewna.
- Smok? – wychrypiał cicho hrabia, a jego głos rozniósł się echem po pustej przestrzeni, w której stał tylko on.
- Wstawaj szczurze lądowy! Nie opierdalać się! Leć na maszt. Trzeba co zrobić! – krzyczał zachrypnięty głos.
- Refować żagle! – wrzasnął ktoś inny.
- Słyszałeś?! Biegiem! – krzyknął ten pierwszy i oddalił się ze stukotem.
„Płynie czas. Spływa dzień. To fale kołyszą mnie. Do domu wraz. Zapomień czas. Gdy morza usłyszysz wrzask. To chmurki te. Niebieskie szło. Tak sztuczne, czy uwierzy kto? Spójrz na horn. Wdzięczny ton. Gdy łajby nie złapie sztorm…” Słowa pieśni bombardowały obolałe uszy mężczyzny, który dopiero po ciężkiej chwili zdołał przejrzeć na oczy. Pierwszym co udało mu się dostrzec było dziwne, sztuczne niebo, którego kolory wydawały się jakieś nienaturalne. Nie wpatrywał się w nie jednak długo, ponieważ wulgaryzmy, przekleństwa i groźby skłoniły go do błyskawicznego powstania i rozpoczęcia wspinaczki po wyblinkach. Będąc już w połowie drogi, zorientował się, że ktoś wrzeszczy na niego z góry.
- Ej! Co ty tu robisz?! Won na dół! Kto mu tu kazał przyleźć?!
- Ja! – odkrzyknął na pytanie zachrypnięty głos z dołu.
- Przecież od razu widać, że się na niczym nie zna! Niech pokład wyszoruje!
- Słyszałeś! Łap za wiadro, szmatę i do mycia!
Zdezorientowany jegomość błyskawicznie zszedł na deski pokładu i dorywając potrzebne mu przedmioty, zabrał się za narzucone mu czynności.
- Trzymaj. Narobiłeś się. – rzekł spokojnie mężczyzna o zachrypniętym głosie.
- Dziękuję. – odpowiedział.
- Wiatr się wzmaga. – westchnął rozglądając się po bezkresnych wodach morskich.
- Sztorm? – zapytał zapychając sobie usta, przedziwną, lecz smaczną zupą.
- Gorzej. Zjedź. Będą nam potrzebne wszystkie dłonie. Potrafisz walczyć?
- A jakże! – żachnął się jakby poruszona kwestia była oczywistością.
- Broń wydaje Kulawy. Zgłoś się do niego jak najszybciej. – powiedział rozmówca wstając, po czym oddalił się, kaszląc i smarkając kilkukrotnie.
Gdy schrypnięty osobnik zniknął już pod podkładem mężczyzna, który właśnie skończył jeść, spojrzał na oddalony horyzont, w który prostopadle z nieba zatapiały się fragmenty roztrzaskanych kolumn, podtrzymywanych przez dawno zapomniane zaklęcia.
- Panowie... Miło się z wami pływało. – rzekł kapitan statku stojący na schodach.
Po tych słowach mężczyźni wstali, by powoli i mozolnie, lecz z każdą chwilą żwawiej, przygotować się na plugawą śmierć. Jedynym z nich, którego strach się nie imał, był osobliwe ubrany jak na żeglarza jegomość, który z braku jakiegokolwiek pojęcia, choćby chciał, nie mógł się bać. Wyszedł on ostatni, a wyprostowawszy się, rzucił wkoło wzrokiem, by dostrzec jedynie nieprzejrzystą, białą jak mleko mgłę. Naraz ktoś przeklął kogoś za cholerny wiatr, który tylko nawiał co nawiał i zniknął. Nastroje były co raz bardziej niepokojące. Wśród ogólnej ślepoty, słychać było jedynie nieduże fale uderzające o pokład i ciężkie oddechy przerażonych, zziębniętych osób. Niespodziewanie błękitne nici przeszyły otaczającą statek przestrzeń. Nagłe poruszenie wywołało krótkie wstrzymanie oddechów, które gdy zostały uwolnione, pojawiły się już w postaci pary rozpraszanej przez ciężkie krople wody, spadające z nieba i dudniące o deski. Gęsta mgła zastana dookoła, opadła błyskawicznie, odsłaniając ogromny, czerwony statek zbliżający się coraz bliżej. Pierwsza salwa wystrzelona z wrogich dział uderzyła razem z bladymi wstęgami, upadającymi z ciemnogranatowego nieboskłonu. Wszyscy jakby zapominając o strachu, rzucili się z krzykiem ku broni i odpowiadali ogniem, na każdy atak. Niestety jakiekolwiek próby skrzywdzenia wroga spalały na panewce, albowiem kule nie imały się jego statku. Zupełnie jakby był jakimś widmem, a nie rzeczą materialną. Mimo to nikt się nie poddawał, nie ustając w wojennych wrzaskach, zza których zionęła bezkresna rozpacz i tęsknota.
- Uderz raz. Uderz dwa. Mnie nie trafi pięść twa zła. Uderz raz. Raz po raz. Tak wciąż próbuj. Bij i wal. Raz po raz. Uderz dwa. Trzy w mą twarz. Cztery krach. Bij bez przerwy. Bij bo ja. Nie odpowiem. Mam swój świat. – nucił cicho Hrabia, podający właśnie amunicję jednemu z kamratów.
Nie minęło kilka chwil, gdy potężny okręt zbliżył się na tyle, iż rozpoczął się abordaż. Na pokład wskakiwały istoty, których oblicza zakrywały przerażające maski, mające dać do zrozumienia, że ci którzy je noszą są jak potępieńcy prosto z najgłębszych czeluści oceanów. Rozgorzała walka. Ktoś uderzał z prawej, a następnie ginął, by inny mógł uderzyć z lewej. Przeciwników ciągle przybywało podobnie jak ofiar. Kto jeszcze stał żyw, wiedział iż nie ma nadziei i że właśnie nadszedł koniec. Jedynie osobliwie jak na marynarza ubrany mężczyzna walczył zaparcie, zalany łzami, mamrocząc pod nosem słowa obietnicy złożonej samemu sobie. Gdy pacyfista musi zabijać. Przeszło mu nagle przez myśl, gdy kolejny przeciwnik upadł przed nim, zalany ciemną posoką. Niespodziewanie tuż obok, prosto w beczkę z prochem, znajdującą się tam z nieznanego powodu, uderzył promień ciemnozielonej energii, wysadzając ją. Nie mogąc nic zrobić, Hrabia jedynie przesłonił oczy dłońmi. Po chwili nieświadomości poczuł, że unosi się w powietrzu. Straszliwy ból i gorąc przeszywał jego lewe ucho. Niemiłosierny pisk nie chciał odejść, a mroczki zasłaniały cały świat, który i tak pozostawał ledwo widoczny, przez gęstą ulewę, rozświetlaną błękitnymi przebłyskami. Na jeden dziwny moment wszystko straciło sens, a jegomościa zajęła dziwna obojętność. Stało się to, gdy jego umęczone ciało uderzyło w nierówną taflę wody. To co nastąpiło zaraz po tym, było czymś najprzyjemniejszym co mogło nastąpić. Uczucie towarzyszące tonięciu wydawało się być podobne do zanurzenia w najdelikatniejszych posłaniach po wyczerpującym dniu. Tak wspaniałe, iż chciało się tylko zamknąć oczy i odpłynąć gdzieś w nieskończoności.
Rozmyślania pijanego bólem mężczyzny przerwane zostały przez skrzypienie piachu pod ciężkimi krokami. Nie przejmujący się nimi jednak jegomość nadal wpatrywał się w zaskakująco nienaturalne niebo, przedzielone kremowym chmurami.
- Czy w czasach mych słowa nie znaczą nic? – wychrypiał sam do siebie, gdy ujrzał nad sobą dwie postacie w diabelskich maskach, z których jedna natychmiastowo zdzieliła go czymś po głowie, przez co świadomość znowu uciekła gdzieś daleko od bezsilnego ciała.
- Hier! Jakże się cieszę, iż cię widzę! – wykrzyczał radośnie swym cichym, zachrypniętym i załamanym głosem.
- Hrabia?! Co ty tu…?! Przecież… – zdziwił się stojący przed nim osobnik w purpurowej szacie.
- Czy Rier? Trudno was poznać. To dziwne zważając na wasze imiona, których przepraszam, ale nie chce mi się próbować wymówić. – mówił z lekkim uradowaniem.
- Hrabio. Nie powinno cię tu być. To nie twój świat. Wracaj szybko do siebie.
- O czym ty mówisz Ri…, a może Hie…
- Dier. – przerwał mu jegomość.
- Dier? – jęknął zrozpaczony i ledwo powstrzymując płacz zwiesił głowę.
- No już, już. Chodź. Coś wymyślimy. Najpierw się tobą zajmiemy. Napoimy, pożywimy, umyjemy. Będzie dobrze. – mówił spokojnie mężczyzna zwany Dierem, chwytając umęczonego osobnika pod pachą i unosząc go.
- Placki? – zapytał z nadzieją.
- Twoje ulubione Hrabio. – odrzekł ten pocieszającym głosem, równocześnie skinąwszy głową na otaczające ich sługi.
Po tych słowach dwaj jegomoście udali się bez pośpiechu do przestronnej łaźni, w której mieli zamiar zmyć z rozbitka okropny odór i przywrócić mu jego osobliwy jak na kogoś takiego zapach.
Dier przyglądał się osobnikowi, siedzącemu w potwornym zgięciu jakby ogromny ciężar spoczywał na jego barkach, zachowującemu się nazbyt dziwnie jak na siebie. W taki sposób urata przyjaciela odebrała sens jego życia, a przeszkody w dotrzymaniu obietnicy tylko dobijały jego wpół martwą duszę. Widok ten ściskał żołądek i przyprawiał o mdłości. Aż chciało się podejść i jakoś pocieszyć. Przytulić, powiedzieć, iż się współczuje. Jednak jak można współczuć coś czego nigdy się nie przeżyło? Jak pocieszyć kogoś kim się nie jest? I gdzie ukryć cały strach, kłębiący się w czeluściach umysłu, czekając na najbardziej nieodpowiedni moment? Czy można się tylko patrzeć na cierpienie innych? Pytania te przelatywały przez głowę kontemplującego mężczyzny.
- Dier… - zagaił niespodziewanie jegomość.
- Tak Hrabio?
- Czemu uważam, że on wciąż gdzieś tu jest? Czy to przez te jego głupie wiersze? Bezsensowne opowiastki, które snuł? Słowa bez znaczenia wypływające z jego ust? „Jestem Bogiem. Ja nie mogę umrzeć. Ja już nie żyję i żyję. Wszystko i nic. To co da się opisać i nie da. A także coś pomiędzy. To wszystko i nic. To jest Bóg. To jesteś ty. To jestem ja. To jest ten świat. Każdy i żaden. Ten bezsens zwykłej paplaniny.” – nucił zapamiętane słowa jak pieśń chwalebną ku najwyższej czci.
- Być może chcesz by on żył. Na pewno żyje w tobie. Póki żyje ktoś kto go trzyma w pamięci, póty będzie żył. Czyż nie tak?
- Wszystkie słowa zapisane. Marnotrawstwo tuszu i papieru. Nikt tego nie przeczyta. Zginie pośród nieskończoności. Coś pomiędzy niczym. Ha! Nic pomiędzy czymś. Tak… - mówił już do siebie, jakby na powrót wpadł w jakiś chorobliwy trans, ignorując wszystko wokół.
- Biedny ty. Biedny ja. Kiepski nam los wybrał czas. Żyję u schyłku swej epoki. Za niedługo wszystko skończy się. Ty zaś nigdy jej nie miałeś i wybrakowany starasz się żyć. Gdyby tylko można cofnąć czas. Gdyby wtedy Hier nie wrócił tam… - powiedział odwracając się i odchodząc w poszukiwaniu rozwiązania pewnego istotnego problemu, który uparcie nie trzymał się jego głowy.
Komentarze
Prześlij komentarz