Zjawa - Fragment VI

– Gdzie teraz? – zapytał detektyw, wychodząc z komisariatu.
            – Zawieź mnie do domu. – Wypowiedziany przez lekko bladą Annę rozkaz, zagrał mu na nerwach.
            Dlaczego bowiem miał robić za jej szofera. Już miał je więc coś odpowiedzieć, gdy nagle dotarło do niego, iż ją tu przywiózł i w zasadzie powinien ją odwieźć.  Westchnął więc i ruszył do auta.
            Przez całą drogę Anna ani razu się nie odezwała. Wcześniej nie podała również żadnego adresu. Gapiła się tylko przez okno na mijany krajobraz. Przyjechał więc pod swój blok z myślą, iż jeśli przyszła do niego rano, to powinna mieć gdzieś tutaj samochód. Po zaparkowaniu i opuszczeniu pojazdu, udał się do swojej klatki, całkowicie zapominając o pożegnaniu się. Powodem tego, było zadowolenie, iż będzie mógł odpocząć od tej kobiety.
            Zaczynając wchodzić po schodach umknął gdzieś myślami, tracąc kontakt z rzeczywistością. W pewnym momencie rozbrzmiewające echem kroki, przywróciły mu przytomność i zmusiły do zatrzymania się. W tym momencie wszystko całkowicie ucichło. Skonsternowany, ruszył więc, by po chwili znów usłyszeć dwojący się odgłos kroków. Myśląc, iż to znowu jakieś przesłyszenia, postanowił to zignorować i ukończył wędrówkę na swoje piętro. Tu zbliżył się do drzwi wyjął klucze i zamarł. Tym bowiem razem kroki nie ucichły, a skierowały się ku końcowi korytarza. Spojrzał więc w ich kierunku i ku zaskoczeniu ujrzał Annę, zbliżającą się do sąsiednich drzwi, by je otworzyć.
            To by wiele wyjaśniało.
            W końcu ogarnął się i przekręciwszy klucz w zamku, przekroczył próg własnego mieszkania. Po tym zdjął płaszcz i udał się na kanapę. Nim jednak do niej dotarł, usłyszał pukanie. Zawrócił więc i otworzył drzwi, by zobaczyć Annę.
            – Już – mruknął, domyślając się czego chce i poszedł po akta Remigiusza zalegające na ławie.
            Następnie wręczył je blondynce, bezceremonialnie zamknął jej drzwi przed nosem i wreszcie doczłapał się do kanapy, by upaść w jej objęcia.

 

W całym pomieszczeniu unosił się biały dym o charakterystycznym zapachu. Z okna spoglądał zielonooki nieznajomy, a wychudła postać w masce przeciwgazowej rozmasowywała ramiona, siedzącego na kanapie detektywa.
            – Szszsz… Rozluźnij się… Pozwól sobie odpłynąć.
            Wsłuchując się w jej słowa, detektyw nabierał coraz większego pragnienia, aby poddać się dziwnego uczuciu rozpływania się. Nie czynił tego jednak, gdyż dobrze wiedział, iż nie może. Za drzwiami czekała na niego rzeczywistość. Świat o dwóch obliczach, w któremu nie mógł już uciec, mimo iż dym wypełniający jego płuca i zatruwający umysł, sugerował inaczej.
            – Płyń mój przyjacielu…
            Och jak bardzo tego pragnął. Poddać się iluzji. Ale nie. Zamknął więc oczy i zebrawszy w sobie siły, poderwał się na równe nogi.
            Stał tak przez chwilę z pustką w głowie i poczuciem, iż musi iść. W końcu ruszył do drzwi, założył płaszcz i opuścił mieszkanie. Przekręcając klucz w zamku, spojrzał się ku końcu białego korytarza, jakby miało tam coś być. Nic jednak nie dostrzegłszy, ruszył do samochodu.


*****

Fragment V

Spis treści

Fragment VII

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła