Pokój
Delikatny
wiaterek wpadał do wnętrza niewielkiego pokoju, przez otwarte drzwi balkonowe,
niosąc ze sobą ciepłe powietrze i radosny śpiew niedużych ptaszków. W
pomieszczeniu tym młoda kobieta siedząca na kanapie obitej skórą w kolorze
malachitu, napawała się błogim spokojem, popijając cudowny, gorący napar. Wsłuchiwała
się również w cichutki odgłos pióra muskającego kartki papieru, które
prowadzone było przez zimne palce cienistej postaci, w którą dziewczyna
wpatrywała się z oczarowaniem, zapisującej przeróżne słowa w czarnej księdze,
znajdującej się na biurku. Za każdym razem, gdy te dwie istoty znajdowały się w
pokoju, czas wydawał się pędzić, zwalniając jednocześnie. Było w tym coś
magicznego. Jakieś wyniosłe zaciekawienie. Silne uzależnienie. Spokój i pewnego
rodzaju upragniona stagnacja, sprawiały, iż w umyśle niewiasty pojawiały się plany
i nadzieje, a jednocześnie paraliżujący strach. Co jeśli on zniknie na zawsze? Co jeśli już się nie pojawi? Jak szybko
o nim zapomnę? A jeśli nie? Pytania zaczęły świdrować jej głowę, powodując
denerwujący ból. Zagłuszone dotąd ciszą głosy, powoli przybierały na sile,
szepcząc i mamrocząc wszelkie tajemnice. Upragniony stan zerwał się
błyskawicznie jakby wisiał na cienkiej nitce. W jego miejsce wszedł szał, drażniące
spragnienie i niezaspokojone pożądanie. Świat dookoła stał się
szaro-czarnobiałym tłem, w którym ciągle coś było nie tak. Łaknienie pomocy
narastało, a głucha na jej słowa postać właśnie rozpływała się pośród podłej
rzeczywistości. Emocje młodej damy balansowały na krawędzi, gdy niespodziewanie
rozległo się delikatne pukanie, raniące jak zdradziecki cios. Wraz z wejściem
kogokolwiek rozpętać miał się chaos goryczy, jednakowoż ostry zapach gorącego
naparu, który rozniósł się po pomieszczeniu zaraz po otwarciu drzwi, błyskawicznie
wytłumił całe zło, zwracając błogosławioną obojętność.
- Witaj moja pani. Jak się dziś czujesz? Przygotowania idą pełną parą, a problemy jak na razie były nikłe i nieszkodliwe. Krawcowa właśnie kończy zniewalającą kreację. Rad jestem, iż nasz pusty domek znów napełni się pąkiem zacnych i mniej zacnych gości. – rzekł podstarzały sługa, wkraczający do pokoju i niosący kubek wypełniony po brzegi gorącym płynem.
- Witaj Daranie. Jak zawsze. – odpowiedziała, po czym dodała z sarkazmem – A ty? Jak się czujesz? Widzę, iż humor ci dopisuje. Cały promieniejesz.
- Jak zawsze moja pani. – odparł jak zawsze bez jakichkolwiek emocji.
- Nigdy nie mogę stwierdzić, czy jesteś obojętnie zły, obojętnie radosny, czy może obojętnie obojętny. Wszystkie twe oblicza co dzień wprawiają mnie w niemałe zakłopotanie. – rzuciła trochę weselej, popijając już podany jej napój.
- Rad jestem, że sprawiam pani dziwną, bezsensowną przyjemność. – powiedział kłaniając się lekko.
Dziewczyna zaśmiała się lekko na te słowa i dodała:
- Przygotuj proszę konie. Mam ochotę udać się do świątyni.
- Jak sobie pani życzy. – wymówił cicho, opuszczając pomieszczenie.
Pozostała samotnie popielatowłosa kobieta spostrzegła ze smutkiem, iż cienista postać zdążyła już zniknąć pozostawiając po sobie pewnego rodzaju melancholijną pustkę.
- A gdyby zapomniał coś napisać? Powiedzmy zamienić słowo okręt na fregatę? Zmieniłby to, czy uznał, że powinno pozostać bez zmian? – zapytała sama siebie, spoglądając w zmatowiałe w promieniach słonecznych szkło lapis luna, pokrywające wierzch czarnego, mahoniowego biurka.
W kilka dużych łyków opróżniła naczynie trzymane w rękach, a następnie wstała, rozciągając się i ziewając przeciągle chcąc się dotlenić. Po tym ruszyła do wyjścia, a opuszczając pokój wezbrała jeszcze raz powietrze z niego. Wypuściła je dopiero, stając w pustym korytarzu. Wtedy to złapała za klamki znajdujących się przed nią drzwi i powoli je zamknęła. Wraz z delikatnym uderzeniem drewna o drewno, rozległ się wyraźny szczęk ciężkich zbroi dwóch strażników pilnujących przejścia i dwóch patrolujących przydzielone im skrzydło zamku. Razem z tym dźwiękiem do uszu młodej damy dotarł szelest fartucha przepięknej, bladej służki, skłaniającej się nisko i pragnącej odebrać puste naczynie z rąk swej pani.
- Nie sądzisz, że spotkanie w ogrodzie, może okazać się naszym gościom nieco zbyt nietaktowne? – zapytała spokojnie cienista postać, siedząca na parapecie, jedząc idealnie zielone jabłko.
- W moim domu panują moje zasady. Mogą sobie myśleć co chcą. – warknęła zdenerwowana.
- Od myśli do czynu niedługa jest droga, czy jakoś tak. Ktoś tak chyba mawiał. Wybierasz się do świątyni? Z jakiej okazji? W którego boga wierzymy? – pytał z lekkim sarkazmem, utrzymując wesoły ton.
- Nie twoja sprawa. Nie miałeś się przypadkiem czymś zająć?
- Ależ się właśnie zajmuję. Szybko i dokładnie tak jak najwspanialsza pani pragnęła. – rzucił niemal żartobliwie, skłaniając się, aż do samej podłogi.
- W takim razie nie zawracaj mi głowy. – mruknęła, ruszywszy w drogę do wyjścia.
- Przecież wiadomo jaka będzie ich odpowiedź. Nie możemy sobie tego wszystkiego odpuścić i przejść do rzeczy? Zacząć wreszcie działać? – jęczał podenerwowany.
- Ile razy ci powtarzałam, abyś zwracał uwagę na to jak się do mnie odnosisz? Wracaj do swych zadań, albo sam wiesz co będzie. – odparła, wzdychając z dziwnego zmęczenia.
- Wiesz co? Jest taki wiersz. Mowa w nim o sadzie. A co autor miał na myśli? Czy nie ogród?
- Przez to pokój. Czemu wciąż to powtarzasz? Męczysz mnie.
- Zastanawiałem się tylko. Czasem mi to po prostu ucieka. Jak mgliste… – rzekł melancholijnie i rozpłynął się zamyślony wśród nikłych cieni, znajdujących się w korytarzu.
Gdy jego sylwetka już na dobrze zdołała zniknąć, kobiecie wydało się, iż słyszy prześmiewcze parsknięcie, odbite od granic jej umysłu. Z tego powodu na jej obliczu pojawił się prawie niewidoczny grymas, który umiejętnie przerodził się w miły uśmiech, skierowany do bladego sługi, podającego cienkie rękawiczki swej pracodawczyni.
- Pani. – skłonił się podstarzały mężczyzna, stojący przy wielkim, majestatycznym, czarnym koniu, którego określić jednym słowem, nie było możliwym.
- Dziękuję Daranie. Gdzie twój wierzch?
- Właśnie do nas zmierza. – powiedział, wskazując na pospolicie brązową klacz, prowadzoną w ich stronę.
- Patrząc na nią, na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo… pospolity.
- Nie inaczej moja pani. Jego pospolitość sama w sobie jest pospolita. Dlatego ten koń jest taki jak inne. Średni. Jak rzekł jego poprzedni właściciel, jest symbolem ogółu, masy, w której wszystko co wyjątkowe tonie, ponieważ staje się tym samym co inne.
- Interesująca teoria.
- Lub głupie słowa pozwalające drożej sprzedać zwierzę.
- Odchodząc od tematu. Czy mógłbyś w jakiś sposób określać swój nastrój? Strasznie trudno zgadnąć, czy, na przykład coś jest komplementem, czy obrazą.
- Pani poprzednik określał to mianem obojętnego sarkazmu. Ponieważ, tu cytuję, nigdy nie wiesz. – powiedział wspinając się na swoją klacz.
- Ech… Może damy ci kolorowe chorągiewki? – westchnęła, szturchnąwszy delikatnie konia, aby ruszył.
- Jak sobie pani życzy, choć poprzednim razem się to nie udało. Wielki geniusz, nie potrafił spamiętać kolorków… – odparł podążając za oddalającą się kobietą.
Odgłos cichych kroków dwóch osób roznosił się po przeogromnej komnacie, wspieranej na niezliczonej liczbie kolumn. Ostre światło słoneczne padające na kunsztowne witraże, było przez nie wytłumiane do idealnej intensywności, tworząc romantyczną atmosferę, w której dominowała tajemniczość i pewnego rodzaju wyniosła sakralność. Przechadzając się wśród całej tej cudowności, młoda dziewczyna oglądała wielkie obrazy przeróżnych osób, wiszące na ścianach.
- Pełno tu obrazów. Kim są osoby, na nich ukazane? – zapytała cichym szeptem, jakby bojąc się rozproszyć zaległą wokół ciszę.
- Nie wiem moja pani. Jeśli dobrze pamiętam, zostały one namalowane przez pewnego starego ślepca, którego ręce, którymi ledwie poruszał, drżały tak, iż nie mógł on utrzymać w rękach pędzla. Mimo to, ciężko w to uwierzyć, patrząc na ideał każdej kreski, każdej linii zawartej w tych arcydziełach. – odparł, stojąc lekko za swoją panią.
- A co mówił o nich mój poprzednik?
- Mawiał, że są to ci, których jeszcze nie ma, a jednak będą. Tak naprawdę są i byli, zależy w jakim czasie ich postrzegamy. Twierdził, że ten budynek to jedna z „Hal Pamięci”. Gdyby poznała pani kogoś, kto jest wyjątkowy, czy nie chciałaby pani tej osoby uczcić wspaniałym dziełem, na które patrzeć będą kolejne pokolenia, zachwycając się do granic możliwości? Każdy ma swoje miejsce, a to miejsce jest domem dla wszystkich.
- Czym trzeba sobie zasłużyć, aby tu trafić? – ponownie spytała, rozglądając się za malunkiem przedstawiającym postać swego sługi.
- Niczym. Trzeba się jedynie zrodzić.
Dziewczyna wsłuchiwała się w wyjaśnienia podstarzałego mężczyzny, przeglądając obrazy. Po pewnym czasie stanęła przy jednym z nich, który wyjątkowo przykuł jej uwagę. Przed sobą widziała postać mężczyzny koło czterdziestki, odzianego w długą ciemnogranatową szatę ze srebrnymi zdobieniami. Stał pewnie, trzymając delikatnie w jednej ręce butelkę z wysokoprocentowym trunkiem. Drugą zaś uniesioną miał na wysokość swego ramienia. W tej dłoni nie trzymał nic, lecz coś sugerowało, że próbuje w nią złapać ulatujący czas, odbierający mu coś ważnego. Spoglądając wyżej, dostrzegało się srogie oblicze, wyrażające obojętność i nietrzeźwość, zza których przebijała się bolesna nostalgia, a także strach. Niewielkie zmarszczki dające pogląd nie tylko na wiek, nakierowywały także na to jakie życie wiódł ów osobnik. Wszystko to wieńczyły nieprzeniknione oczy, w które nie dało się spoglądać długo. Było w nich trywialne kłamstwo, oplecione siecią niedopowiedzeń, które utrzymywało wątpliwe zdrowie psychiczne i fizyczne mężczyzny. Kobieta oglądająca dzieło, już miała od niego odejść, gdy naraz dostrzegła coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się jedynie zwykłym tłem. Była to sylwetka potężnego, człekokształtnego wilka, który stał jakby w połowie w postaci, a w połowie poza nią. Było w tym coś wymownego. Idealna interpretacja nasuwająca się na myśl. Bo kim można było nazwać mężczyznę z malunku, jak nie starym, samotnym wilkiem zatraconym wśród przyjaznego świata?
- Kim jesteś…? – zapytała sama siebie, po czym podeszła bliżej, aby odczytać słowa wyryte na granatowej tabliczce, umieszczonej w potężnej czarnej ramie, a zrobiwszy to szepnęła w pustkę – Pan M?
Odchodząc od obrazu i zmierzając dalej, młoda dama spostrzegła inne dzieło, również przedstawiające mężczyznę. Ten jednak ubrany był w czarny, elegancki strój godny najwynioślejszego dżentelmena. Stał w on w lekkim rozkroku, trzymając jedną dłoń w kieszeni. W drugiej zaś trzymał lśniący, wzorzysty, opalowy zegarek kieszonkowy, w który wpatrywał się z delikatnym szarmanckim uśmiechem, mając w oczach chytry błysk. Istotną rzeczą odróżniającą ten malunek od poprzedniego był złoty podpis nad głową osobnika mówiący: „Liczy się tylko czas”. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła do kolejnego dzieła, podzielonego jakby na dwie części. Na jednej z nich widniał mężczyzna w kwiecie wieku, o krótkich blond włosach, miłych niebieskich oczach i ostrych rysach twarzy. Posiadał on idealnie zaokrąglone uszy, odstające minimalnie za dużo od głowy. Do nich dochodził delikatnie kwadratowy, wąski nos i uwydatnione kości policzkowe. Również uwagę w jego młodocianym, zawadiackim obliczu, przykuwały cienkie usta i mocno wysunięty podbródek. Wzrok młodej dziewczyny nie mógł oderwać się od mocno wyrzeźbionej sylwetki postaci i licznych blizn ją przecinających. Zadziwiające były również wyraźnie rysujące się kości i mocno przebijające się błękitne żyły. Ciekawą rzeczą były też zwęglone końcówki palców, czy ogromne stopy nie pasujące do wzrostu postaci, który wynosił prawdopodobnie koło metra i dziewięćdziesięciu centymetrów. Osobnik ten nie tyle rysował się na żołnierza z wyglądu, co ze swego ubioru. Ubrany był bowiem jedynie w czarno-szare wojskowe spodnie, wysokie czarne buty i przepasany był jedwabnym granatowym pasem z licznymi nożami do rzucania i dwoma do walki wręcz. Stał tak w pewnym sensie smutnie wpatrując się w swoje odbicie umieszczone po przeciwnej stronie płótna. Ono zaś przedstawiało wysokiego na jakieś dwa metry, trzydzieści centymetrów jegomościa po pięćdziesiątce. Przyodziany on był w długą, ciemną szatę. Nie posiadał butów, co można było dostrzec po śladach zostawionych przez niego na śniegu, który znajdował się na jego połowie malowidła. Różnił się od swojego młodszego ja. Posiadał bowiem szpiczasto zakończone, zrośnięte z głową uszy, na końcach których widniały niewielkie srebrne łuski. Posiadał też długie, kruczoczarne włosy i brodę wystylizowaną zgodnie z krzacią modłą. Oblicze rysowało się mocnymi rysami, które nadawały jednak jego postaci miły i troskliwy charakter. Największą zaś uwagę przykuwały jego oczy. Duże, smocze, których źrenice stanowiło osiem złączonych ze sobą półksiężyców w kolorze platyny, a w ich centrum wąski, czarny kształt, przypominający źrenicę smoka. Tęczówkę stanowiły również półksiężyce, jednakowoż tu były je tylko dwa i złączone były swoimi końcówkami. Na lekko szarawych białkach widniały zaś delikatnie wyblakłe kształty, przypominające najostrzejsze kły.
- Pragniesz uwolnić jednego z nich? – zapytała cienista postać opierająca się o jeden z masywnych filarów, a gdy kobieta nie odpowiedziała, dodała – To nie ich miejsce.
- Uwolnić? – zapytała skonsternowana.
- Wyciągnąć z obrazu. Przyzwać. Wszyscy tacy wspaniali. Czy choć jeden by się nie przydał?
- On?
- Ten? Ansgar. Wielki i potężny. Półbogiem zwany. Pacyfista. Raczej się nie nada. – rzekł skinąwszy na portret, przy którym stali.
Dziewczyna nic nie powiedziała, więc przeszedł do następnego portretu i kontynuował:
– Khaterioth? Pan Czasu? Dla niego liczy się tylko czas. – parsknął lekko przy tych słowach – Może więc ten? Pan M. Kto wie, co w jego głowie siedzi? Lepiej nie przysparzać mu kolejnych wspomnień. A ta? Wydaje się być silną, lecz umarła tyle razy… Zimno. Przy niej zaś masz konflikt interesów. Ona chce wszystko zamrozić na wieczność. – mówił przechodząc od obrazu do obrazu – Ach… Cóż za talent! Nikt nie potrafi tak pięknie grać. Pod jego palcami, białe klawisze wydawały gorące dźwięki. Gdyby tylko nie chciał, by wszystko spłonęło... To może ten miły pan? Trochę otyły, lecz kondycję ma. Tylko to trochę nie jego czas. Tamten młodzian urodziwy? E! Nie nada się. To marny artysta. Poeta zmarniały. Potrafi tylko pisać i użalać się jak każdy taki. Ale piękna dama na tym malunku. Ona to jest wspaniała. Jej noże niosą szybką, cichą śmierć. Gdzie ona je chowa zagadką jest. Problem w tym, że nie jest lojalna. Pracuje dla tego, kto da jej więcej. Oczywiście według jej słownika. A gdyby tak ten? Dante. Tak mi się wydaje. Z tego portretu wynika, że jest osobą lubującą się w świecidełkach. Zabawny ktoś, lecz on by nam nie pomógł. Zdałby nas na marny los. Co więc myślisz? Czego chcesz? – zapytał, kończąc swoją wypowiedź i niknąc wśród cieni, w które wkraczał.
- Chcę… - szepnęła cicho do siebie.
- Tak moja pani? – zapytał podstarzały sługa stojący tuż obok niej.
- Wracać. Chcę już wracać. Zbierajmy się Daranie. – odparła jakby wyrywając się z dziwnego transu.
- Tak moja pani.
- Gdzie tak w ogóle byłeś? – zapytała lekko poirytowana.
- Cały czas przy tobie moja pani. – odrzekł sługa, skłaniając się nie wielce.
Porywisty wiatr sunący po zboczach gór w stronę doliny, w której znajdowała się dwójka jeźdźców, targał przepięknie jasnozielonym dywanem traw, sprawiając iż wyglądał on jak niewielkie fale na morzu.
- Daranie. Powiedz. Czemu magowie oddali swój świat?
- Strach moja pani, jest czymś mocno zakorzenionym w tak marnych istotach jak my.
- Czego mieliby bać się czarodzieje? – zapytała, lekko pokpiwszy słowa sługi.
- Za dawnych czasów, lecz nie za początku, ponieważ tego nikt nie zna i nie chce poznać, w naszej rzeczywistości istnieli potężni magowie, którzy pośród nieskończonego chaosu tworzyli i niszczyli. Dawali i odbierali. Z tego wszystkiego rodziły się nowe rasy, wszechświaty, planety, po prostu to co nas otacza. Nie było żadnych zasad. Każdy miał wolną wolę. Jedna myśl i to mógł być koniec. Pomnikiem tamtych czasów jest przeklęta wyspa, otoczona szponami śmierci. Haeliada. Wyspa życia. Miejsce, które przez nieuwagę wszystkich, zostało uznane za istotę naszego świata i dzięki każdej myśli, a także potężnym mocom, stała się tym, czym wszyscy ją nazwali. Gdy wielcy czarnoksiężnicy poznali prawdę o tym co się stało, strwożyli się wielce i zapragnęli uciec, do innej rzeczywistości. Gdzieś, gdzie ich istnienie nie będzie zależało od jednego miejsca. Chcieli to uczynić nawet za cenę innych. Czy mieli rację? Po części tak, a po części nie. Coś trzeba było zrobić. Niestety nie dało odwrócić się tego co tak mocno zadomowiło się w świadomości każdego maga. Wtedy to nadeszły przerażające czasy. Niespokojne myśli potężnych osobników, rodziły nowe bóstwa, nowe zasady, zmieniały rzeczywistość. We wszechświecie zapanował dekadentyzm. Tak było do czasu, gdy nie pojawił się pewien młody mężczyzna. Stworzył on w swoim umyśle obraz. Pewien zarys. Ucieczkę. Wymyślił Przedsionek. Miejsce łączące naszą rzeczywistość z każdą inną. Stworzył nową podstawę, którą stała się ciemność. To ona stała się właśnie łącznikiem pomiędzy światami. Tym zaś co łączyło ją z istotami, były ich cienie. Zapytasz czemu jego wymysły się urzeczywistniły, a innych nie. Zapewne z powodu wielkiej wyobraźni. Tak naprawdę nie wie tego nikt. W taki sposób przywrócił do wpółmartwego wszechświata życie i ustabilizował energię. Następnie stworzył naszą rodzinę, która zrzeszała wtedy każdą istotę na świecie. Niestety z czasem jegomość ten zniknął, bez słowa, pozostawiając nas samym sobie. Przez pewien czas nic się nie działo, lecz chciwość istot nie miała granic. Pragnęły one osiągnąć poziom tego, którego nazwano później Priorem. W taki oto sposób, niektórzy starali się przez swoje cienie złączyć się z ciemnością. Wielu się to udało. Stali się bogami, mogącym zrobić cokolwiek tylko chcieli. Pomyślisz sobie, że pewnie wtedy zniewolili wszystkich. Ależ nie. Żyli razem z nimi w pokoju. Jednak po kilku latach zaczęło im delikatnie mówiąc odbijać. Nie mogli nad sobą zapanować i powoli zmieniali się w cieniste postacie, które niepowstrzymanie zlewały się z cieniami, aby stać się częścią nieprzeniknionej ciemności. Co ciekawe, to samo zaczęło dziać się z tymi, którzy nigdy nie starali się nawet integrować ze swoim cieniem. Wszystkie istnienia, zaczęły nagle znikać, ze świata pełnego snujących się w szaleństwie cieni. W końcu wszechświat opustoszał i pozostawał taki przez wieczność, albo dwie. Co się stało, że wszystko wróciło do życia? Tego nie wie nikt, jednak mówi się, iż ktoś zdołał uzyskać na tyle dużą świadomość, by powrócić do swej rzeczywistości i tkając ciemność jak najdelikatniejsze nici, zrodzić na nowo wszystkie rasy. Po niedługim czasie, udało mu się to zrobić, a także spowodował, iż świadomości innych również zaczęły powracać. Były to jednak nadal marne cienie, ich poprzednich form. Najpotężniejsi z nich zdołali sobie stworzyć liche pojemniki, w których rozpoczęli egzystencję, mającą na celu uwolnienie się z okowów ciemności. Lata mijały, świat szedł swoją ścieżką, a nasza rodzina rozrastała się, ciągle poszukując sposobu na odzyskanie wolności. Co ciekawe, ktoś kiedyś wpadł na pomysł, aby użyć Haeliady do swych celów. Mimo sprzeciwów, zebrał on sojuszników i razem z nimi uczynił okropną rzecz. Sprawił, że wszystko poza filarami zniknęło. Tak po prostu. Zapanowała nicość, która powoli zaczęła wykańczać psychicznie pozostałych na wyspie życia osobników. W jakiś sposób, gdy wszyscy byli już na skraju wytrzymałości, ktoś zdołał, przywrócić poprzedni stan rzeczywistości, jednak zapłacił za to wysoką cenę. Ponieważ był on jednym z pochłoniętych przez ciemność, poświęcił to co było dla niego najcenniejsze. Jego ciało, które dawało mu nadzieję na odzyskanie swego dawnego życia i siebie. W taki oto sposób, nasza rodzina umarła po raz kolejny. Cały świat biegł ponownie, jak miał biec. Tu historia powinna się zakończyć, lecz istoty ciemności, nie dawały za wygraną. Zrozpaczone, zaczęły nawiedzać potężnych magów. Było tak do momentu, gdy pewien ktoś, nie przeszedł przez ciemność, zyskując doprowadzającą do szaleństwa władzę nad rzeczywistością. Założył on naszą rodzinę na nowo i rozpoczął swe rządy. Jeśli dobrze pamiętam, to wziął sobie nawet żonę i miał dzieci. Lecz coś się z nimi chyba stało. Wiem, że w pewnym momencie złamał się i popełnił samobójstwo, uciekając gdzieś ku pozornemu szczęściu. Po nim ktoś inny przejął funkcję głowy rodziny. A po tym był kolejny. Stosunkowo szybko wszyscy się kończyli, jednak zdołali oni powiększyć rodzinę. Pamiętam jeszcze te czasy. Magowie szkolili się, nasza rodzina była w rozkwicie. Jednak szaleństwo ponownie spadło jak grom z jasnego nieba i podzielona wspólnota rozpoczęła walki ze sobą na całym świecie. W wyniku tych walk spadł jeden z księżyców i przepadła gdzieś Haeliada, a wśród naszych wspaniałych poprzedników zapanował kanibalizm. Zjadali oni cienie innych… W końcu wygrał jeden członek rodziny. Odebrał on możliwość posługiwania się mocą wszystkim istotom, nadał nowe zakazy i zady, a następnie zapadł w głęboki sen. Zostawił po sobie jednak niemagicznego potomka, który objął spadek po ojcu i rządził dalej samotnie. Przekazał swą władzę w podeszłym wieku osobie, która świadoma była tego, iż ma swój cień. Ta zaś założyła rodzinę. Tak lata leciały i pokolenia mijały. Nasza mała wspólnota miała swoje wzloty i upadki, ale ostatecznie wrodziła się w ludy na całym świecie, rozchodząc się gdzie popadnie. Rodzina dzięki dobremu zarządzaniu stała się istotną organizacją na świecie, której każdy patrzył na ręce. Gdy zaś zauważono, że jedna z córek zaczęła mieć napady lękowe i lekko gubić rzeczywistość, szybko z przestrachu skazano wszystkich należących do rodziny na śmierć. Sytuację uratowała dopiero jedna z dalekich kuzynek szalonej panienki, która zdołała uratować daleko spokrewnione osoby. Jeśli zaś chodzi o główną linię oszczędzono jedynie jednego młodego chłopaka i zabroniono mu rozmnażania się. Ten młodzieniec dorastał w poszukiwaniu, swojego następcy. Podobnie było z kolejnymi głowami rodziny. Wszystko się zmieniło w momencie, gdy do władzy doszedł pani poprzednik. On poświęcił się studiowaniu odebranej mocy i ciemności, z której, jak mówił, się narodził. Zamiast wkraczać na ścieżkę poprzedników, pozostał w połowie drogi do nieskończonej mocy, kuszącej go w każdej chwili. Mimo wszelkich zakazów, w tajemnicy przed wszystkimi praktykował magię w niewielkim stopniu i swoimi zmyślnymi intrygami doprowadził do nieświadomego posługiwania się nią przez innych. Idealnym przykładem, może być nasz pociąg, jeżdżący po całym świecie lub nasza wspaniała stolica. Dzięki niemu powoli magowie zaczynali rodzić się na nowo, a magia zaczęła być na nowo akceptowana. Pomagał mu w tym szanowny Hrabia i pomagałem ja. Jednak jego czas jako głowy rodziny już minął. Teraz nastały pani dni. Wybór co pani zrobi jest tylko w jej rękach. Najmocniej przepraszam za zanudzającą opowieść, ale miło było mi powspominać, pewne fragmenty tej historii.
- Nic nie szkodzi Daranie. Cieszę się, że mi to opowiedziałeś. Kiedyś musisz dopowiedzieć mi resztę. – odpowiedziała miło, zastanawiając się nad wieloma sprawami, które przelatywały jej przez głowę.
Dopiero teraz zauważyła, że porywisty wiatr zniknął i nad polami rozciągniętymi po horyzont zapanowała przedziwna stagnacja, skłaniająca do przemyśleń tego co było, a także tego co będzie.
- W malinowym sadzie. Nic nie dzieje się. W malinowym sadzie. Spokój spocznie gdzieś. W malinowym sadzie…
- Napar stygnie gdy.
- W malinowym sadzie. Pojawiasz się ty. W malinowym sadzie. Radością spływa dzie…
- Czas.
- W malinowym sadzie. Dziś już nie ma nas. W malinowym sadzie. Myśli cierpki krąg. W malinowym sadzie…
- Muzyka płynie cna. W malinowym sadzie…
- Jestem tylko…
- Ja.
Dwa głosy przeplatały się pośród spokojnej atmosfery panującej w niewielkim ogrodzie.
- Dlaczego sad? Przecież sad jest większy od ogrodu. To się w ogóle do siebie nie ma. – rzekła cienista postać, zrywając niewielką malinę z znajdującego się obok niej krzewu, a następnie ją zjadając.
- Mówiłam. Przez ogród miał na myśli pokój. – odpowiedziała siedząca na ławce, pod wielkim dębem, kobieta.
- Czemu jednak tak? Po cóż pisać sad, mając na myśli ogród, który powinien zostać odebrany jako pokój.
- Ponieważ jest w tym coś więcej.
- Niepotrzebne zagmatwanie.
- Czemu cię to tak interesuje?
- Czasami lubię sobie porozmyślać dla zabicia czasu. W końcu mam go tyle.
- Tak? I co wymyśliłeś?
- Że chodzi o umysł.
- O umysł kogo?
- Każdego.
- Nie rozumiem.
- To posłuchaj. Co drugi wers to „W malinowym sadzie”. Zwraca to uwagę na miejsce. Może nawet trochę męczy. Czemu jednak w malinowym sadzie? Jeśli ustaliliśmy, że to ogród?
- Ponieważ sad jest o wiele większy i mniej ograniczony od ogrodu, jednak ogród jest czymś małym i pełnym życia.
- Skąd więc bierze się ten pokój?
- Stąd, że pokój jest czymś w czym przebywa podmiot liryczny. Jest on tam fizycznie. Psychicznie zaś jest w ogrodzie, który nazywa sadem.
- No i rozumiesz. Pytanie co się dzieje dalej. W wierszu mowa o tym, iż nic się nie dzieje. Panuje stagnacja tak wielka, że aż spokój spoczywa. Stygnie napar. I tu nagle coś się dzieje. Ktoś się pojawia. Jest radość i tak jakby ruch.
- Zaraz jednak podmiot stwierdza, że ich już nie ma. Następuje kolejna szybka zmiana nastroju. Ruch pozostaje i przyśpiesza. Zimny wiatr zionie. Myśli cierpki krąg. Zarówno wiatr, jak i nagromadzone myśli są w szybkie w swoim istnieniu.
- Dalej spojrzenie na nasz wyobrażony sad. Jest pusty. Idealnie pasuje tu krajobraz zimowy, gdy wszystko jest w stanie śmierci. Pośród tego płynie muzyka. Z tego co wiem, autor utożsamiał muzykę, ze swoim życiem. Słuchał jej bez przerwy. Dosłownie nie mógł bez niej żyć.
- I ostatni wers. Jestem tylko ja. Znów sam, jak na początku. Myślę, że ten wiersz jest o miłości. Ciężkim rozstaniu. Prawdopodobnie napisany pod wpływem zakończenie jakiegoś związku, co autor mocno przeżył.
- Ja uważam inaczej. Tu właśnie pojawia się to o czym mówiłem. Chodzi o umysł. Spójrz na to. Ów sad, ogród, czy pokój. Gdzie wszystkie się znajdują? W umyśle autora. To właśnie w nim istnieją te miejsca. W nim istnieje cały obraz. Spójrz co pisze. Wpierw jest spokojnie. Potem ktoś się pojawia. Szybko odchodzi. Pojawia się smutek. Myśli układają się w krąg. Krąg bez końca, gdzie jedna myśl prowadzi do kolejnej. I na koniec stwierdzenie: „Jestem tylko ja.”. Zastanów się. Co to za miejsce? Co to za świat? Gdzie wszystko się tak szybko dzieje? Gdzie to wszystko istnieje? Gdzie jest miejsce w którym jest się samemu? Jest to umysł. Kto tam jest prócz ciebie? Nikt. Dlatego też jesteś osobą. Jednostką. Samotną postacią, w świecie wyobraźni. Ktoś tam się pojawia i błyskawicznie odchodzi. Rozumiesz mnie? To nie jest kolejny wiersz o głupiej miłości. To dzieło odnosi się do głębokich przemyśleń. Ukazuje pewne prawdy. Dotyka każdego aspektu życia. I podkreśla, co najważniejsze, iż zawsze jesteśmy sami w swoim umyśle i nikt nam nie przyjdzie na pomoc. Twoje twierdzenie, że autor miał rozterki miłosne jest nierozsądne. Miłość to tylko słowo, wymyślone przez marne istoty zamieszkujące ten świat. Idiotyczne uzależnienie, w które wpada się na siłę, bo tak się funkcjonuje pośród tłumu, wywierającego bezkresną presję. Znałem autora i wiem, iż nie był on osobą przesadnie uczuciową. W życiu kierował się logiką.
- Twoja wersja jest zbyt naciągana. Poza tym, to jasne, że wiersz jest o miłości. Autor był logiczny? Przecież po jego dziełach od razu widać jak bardzo uczuciowy jest. Wszędzie tylko biadoli, rzuca smutkiem na prawo i lewo, odwołując się do nieznanej nikomu nostalgii i wyniosłych uczuć.
- Nie rozumiesz, bo nie chcesz zrozumieć! Wrzucasz swoje twierdzenia na siłę! Nie chcesz dostrzec umysłu za marnymi tworami! To, że ktoś pisze o miłości, nie znaczy od razu, iż jest uczuciowy i delikatny emocjonalnie! – rzuciła postać, zrywając kolejną malinę z krzewu.
- To ty nie czujesz, bo nie chcesz poczuć. – odrzekła spokojnie dziewczyna kładąc się na ławce, na której przed chwilą siedziała.
Zapadła chwila ciszy, która ciągnęła się przez dłuższą chwilę, gdy nagle kobieta rzekła:
- Daran opowiedział mi historię o…
- Brednie! Głupi starzec kłamie! Opowiada bajki do straszenia dzieci! Jego słowa nie są nic warte! Chcesz znać prawdę?! Wszystko stało się przez tego idiotę, który zapragnął stać się ciemnością. Pochłonąć świat. Ciemność, która istniała od zawsze. Podstawa wszystkiego. To nie jak ten staruch mówi, błahostka stworzona przez głupie dziecko! To prawdziwa podstawa! To centrum istnienia! Nie jakaś tam Haeliada. Wyspa życia! Pyszni magowie, nazwali sobie swoje poletko, okłamując cały świat. My zawsze chcieliśmy dobrze. Broniliśmy się. Byliśmy z ciemnością. Lecz przez niego… Tak! Przez niego! Ona nas pochłonęła! Skazał nas na to! I za co?! Z jakiego celu! Nie wiedział, że to nie uświęci środków! Znajdziemy go! Musimy go znaleźć! Zapłaci nam! Chcemy by wrócono nam co nam się należy! – krzyczała cienista postać nieskończoną ilością głosów, denerwując się coraz bardziej.
Przestrzeń wypełniło nagle nieprzerwane milczenie. Nie chcąc słyszeć żadnej odpowiedzi, ani nie chcąc wdawać się w niepotrzebne dyskusje, istota rozpłynęła się błyskawicznie pośród cieni, zostawiając zamyśloną dziewczynę, spoglądającą na zachmurzone niebo, poprzez gęste liście, wiszące na gałęziach ogromnego dębu.
Wieczorowe niebo pokrywały nieliczne smugi zachodzącego słońca i delikatny blask pierwszego księżyca. Większość gości już przybyła i toczyła zażarte dysputy, oczekując na oficjalne rozpoczęcie zabawy. Ciemnoszare dyliżanse pojawiały się jednak co chwila, przywożąc kolejne osoby. Wśród nich niestety nadal nie było pewnego jegomościa, który zapewne ubrał się całkiem osobliwie jak na taką okazję. To na niego najbardziej czekała młoda dama, stojąca na balkonie w swojej niespotykanie pięknej sukni. Opierając się o balustradę obserwowała przybyłych z lekkim uśmiechem. W jej myślach jawiło się porównanie siebie do wszechmocnej istoty, przyglądającej się pustemu i nudnemu życiu nic nie znaczących pacynek.
- Moja pani. – rzekł podstarzały sługa, kłaniając się lekko – Przybyli już wszyscy prócz szanownego pana Hrabiego.
- Wiem. – odpowiedziała wzdychając.
- Zaczekamy na niego?
- Tak. Jeszcze chwilkę.
- Oczywiście. – skłonił się ponownie, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi.
Dziewczyna westchnęła ponownie i rozciągnęła zastane ciało. Gdy skończyła zauważyła kątem oka cienistą postać, stojącą u jej boku.
- Ty też na niego czekasz? – zapytała, śmiejąc się ze swojej naiwności.
Postać oczywiście nie odpowiedziała. Zrobiła jednak coś innego, czego zazwyczaj nie robiła. Usiadła na balustradzie, skuliła się i przykryła dłońmi swoje uszy. Dziewczyna ze zdziwieniem obserwowała zaistniałą sytuację. Nie wiedząc co zrobić, wyciągnęła rękę w stronę istoty, a gdy dotknęła jej delikatnych, jedwabistych włosów, ta poderwała się błyskawicznie jakby była w jakimś amoku i ruszyła pośpiesznym krokiem w stronę drzwi. Jak zawsze zniknęła całkowicie w połowie drogi, zostawiając po sobie jedynie ulatujący, czarny dym. Skonfundowana tym wydarzeniem kobieta, miała pustkę w głowie. Pustkę, która wołała o jakiekolwiek wyjaśnienia. Jednakowoż jej krzyk wygłuszało niespotykane doznanie. Dotknęła go. Przeczesała jego włosy. Były takie przyjemne. Lekkie, gładkie i przyjemnie zimne. Niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi. Młoda dama otrząsnęła się i odtrącając od siebie wszystkie myśli podeszła otworzyć przejście.
- Pani. Wszyscy goście już przybyli. – powiedziała młoda służąca o popielatych włosach, kłaniająca się nisko.
- Dobrze. – odrzekła chłodno dziewczyna, a następnie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła wzdłuż korytarza, zostawiając za sobą służkę.
- Daranie… Miałem kiedyś sen. Choć wydaje mi się, iż wtedy nie śniłem. Siedziałem wtedy, jak zawsze przy swoim biurku. Zapisywałem coś w księdze. Był wtedy bodajże późny wieczór. Blask pierwszego księżyca, powoli zaczynał spływać na czyste niebo. Pamiętam, iż słyszałem podjeżdżające pod wejście powozy. Tak jakby wszyscy zbierali się na ten wielki bal. Pamiętasz go? Miał być cały wachlarz dygnitarzy. Wstałem więc i wyszedłem na balkon. Stałem tam chwilę obserwując wyblakły świat. Nagle usłyszałem jakieś słowa. Ktoś coś do mnie rzekł. Ktoś kto był blisko, a jednak daleko. Wtedy jak lawina spadły na mnie te wszystkie szepty. Mówiły do mnie słowami niewypowiedzianymi. Głowa bolała mnie do granic możliwości. Usiadłem więc na balustradzie, skuliłem się i zasłoniłem dłońmi swoje uszy. Chciałem by odeszli. Pragnąłem przechylić się w tył i spaść. Miałem dość. Wtedy poczułem coś pięknego. Delikatna, kobieca dłoń przeczesała moje włosy. Moje ciało przeszyła przyjemność, która wydawała mi się kiedyś znana. Wraz z nią zaczęły przypływać jakieś wspomnienia. Nostalgiczne. Boleśnie radosne. Poderwałem się na nogi i przejrzawszy na oczy, ujrzałem przed sobą nieskończone pola, świecące złocistymi kolorami jadalnych traw. Postawiłem pierwszy krok, a potem drugi. Nie minęła chwila, gdy biegłem. Dążyłem do niejasno zarysowanego celu, który miał być pozornym końcem. Potem się obudziłem. Nie pamiętam, czy dotarłem tam gdzie miałem. Wspominam jednak wciąż ten dotyk. Czy to mogła być ona? Tak mi jej brakuje. Wiem czym była, lecz ja do niej coś czułem. Daranie… Pomórz mi. Ja już nie chcę pamiętać. Ja już nie… – mówiła cienista postać, która w pewnym momencie wyłoniła się z cieni i zaczęła iść koło przepięknej kobiety.
- Co to? – przerwała, nie okazując żadnego zainteresowania.
- Słowa. Przypomniałem je sobie. – odpowiedziała istota z lekką radością.
- Kto je wypowiedział?
- Ktoś. Jeden z nich. Czy to byłeś ty? Nie. A może ty? Nie. To może ty? Nie. Chyba więc ten zgubił się. No nic zdarza się. – postać wypowiedziała to wszystko zmieniając co chwila głosy.
- Czemu znów mnie męczysz? – westchnęła.
- Jak to mawiał pewien ktoś: „Uważaj na siebie, ponieważ komuś możesz się nie spodobać.”.
- Zostaw mnie. – odparła groźnie.
Po jej słowach postać błyskawiczne rozpłynęła się w ciemności, tuż przed wejściem na schody prowadzące na parter.
- Poinformuj moich specjalnych gości o czasie i miejscu spotkania. – rozkazała popielatowłosemu słudze kłaniającemu się nisko.
Ten zaś od razu po jej słowach ruszył wykonać swoje zadanie. Kobieta wzięła głębszy wdech, przesunęła dłonią po ubranej przez siebie kreacji, a następnie zaczęła schodzić powoli i z gracją na niższe piętro. Zatrzymała się w połowie mając świadomość, iż wszyscy patrzą się na nią w skupieniu i przemówiła:
- Witam wszystkim na mym skromnym balu. Świętujemy dziś objęcie przeze mnie obowiązków głowy rodziny, a także odejście mojego chwalebnego poprzednika. Proszę więc, aby wszyscy się dobrze bawili tej nocy i nie żałowali sobie niczego.
Po tym skinęła na orkiestrę ustawioną pod oknami, aby zaczęła grać. Muzyka rozbrzmiała, oczarowując całą publiczność swym kunsztem. Mężczyźni zaczęli prosić do tańca damy, lub cofać się z innymi ku zastawionym stołom i ścianom, aby zrobić miejsce tańczącym. Gdzież on jest? Zapytała w myślach samą siebie. Następnie przeleciała wzrokiem po zgromadzonych i błyskawicznie wyłapała, wyróżniającą się z tłumu, swym ubiorem, postać. Podeszła do niej trochę zbyt pośpiesznie, ignorując kierowane w jej stronę słowa.
- Panie Hrabio. Być może nie wypada mi prosić, ale czy zatańczy pan? – zapytała delikatnie z lekkim, przepraszającym uśmiechem rysującym się na jej obliczu, wyciągając w jego stronę lekko bladą rękę.
- Oczywiście. – odpowiedział hrabia w kwiecie wieku, a następnie wyszedł za kobietą na sam środek pomieszczenia, skłonił się nisko i łapiąc ją w pasie, a także za dłoń, ruszył w takt wygrywanego utworu.
Dziewczyna obserwowała Hrabiego, zastanawiając się jaką jest osobą i czy zgodzi się na jej propozycję. Jednak jej przemyślenia przerwało wrażenie, iż jej partner pragnie jak najszybciej uciec z miejsca, w którym się znajduje.
- Wspaniale pan tańczy. – szepnęła ledwo słyszalnie pragnąc zatrzymać go przy sobie.
- Dziękuję. Miałem wymagającą nauczycielkę. – odpowiedział miło, lecz jednak trochę sztucznie, nadal obrzucając wzrokiem salę.
- Czy źle mi idzie? – zapytała słodkim głosem, zza którego wybrzmiewał smutek, chcąc zwrócić na siebie większą uwagę.
- Nie. Dlaczegóż to. – jej partner odrzekł zaszokowany, skupiając się na rozmówczyni i prostując ponownie plecy.
- Szuka pan ucieczki, a jest pan w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Czegoś się pan obawia? – zapytała z wyraźnym zmartwieniem, świętując w myślach swój mały sukces.
- Skądże. Najmocniej przepraszam jeśli sprawiłem, iż tak pani pomyślała. Po prostu nie czuję się dziś najlepiej i chciałbym uniknąć trosk życia codziennego. – tłumaczył się zbyt gorączkowo, jakby wymyślając wymówkę na poczekaniu.
Dziewczyna zaśmiała się lekko, obserwując jak jej partner nieudolnie stara się wytłumaczyć. Następnie skinęła na orkiestrę w wymowny sposób. Po jej geście, tępo zwolniło, a wraz z nim kroki wszystkich tańczących par. Młoda dama w sukni wyglądającej jakby zrobiona została z popiołów, zbliżyła się do przystojnego rozmówcy i położyła ręce na jego ramionach, po to by skrzyżować je za nimi. Mężczyzna podążył za nią chwytając obiema dłońmi tuż na pośladkami swej partnerki. Kobieta poczuła w tym momencie, zadziwiająco dziwne uczucie, które przyszyło jej brzuch i uśmiechnęła się nie wielce z myślą, iż dłonie Hrabiego znajdują się zdecydowanie za nisko jak na kogoś o jego statusie. Zauważając, że hrabia na powrót zanurza się w swe myśli, wyszeptała do jego ucha:
- W tę jedną chwilę jedyne czego nie chcemy to marnych trosk.
- Tańczmy ten taniec, co przyniósł nam los. – odpowiedział, wpatrując się w pustą przestrzeń.
Zna ten wiersz? Zdziwiła się, jednak to szybko przeszło, ponieważ przypomniała sobie co mówił jej Daran i ten skończony idiota, który pojawiał się co chwila, chyba tylko po to, aby ją denerwować.
- Więc zna pan ten wiersz? – powiedziała uśmiechając się szerzej, aby sprawić wrażenie zadowolenia z tego faktu.
- Znam większość, tak sądzę. – odparł skupiając się na oczach młodej dziewczyny, będącej w jego objęciach.
- Zabawne. Nie myślałam, że lubi pan poezję. – starała się podtrzymać temat.
- Ja też tak myślałem, lecz coś minie urzekło w twórczości mojego przyjaciela.
- Och? A cóż to takiego? – zapytała, mając nadzieję na dowiedzenie się czegoś więcej na temat swego poprzednika.
- Zapewne te jego dziwne wywody, które często zaczynał. – po tych słowach zamilkł.
- Chciała bym go poznać lepiej. Szkoda, że nie miałam okazji. – rzekła potwornie smutniejąc i przeklinając się w myślach, że nie poszło po jej myśli.
- Wyjątkowy był to osobnik, lecz najzwyklejszy zarazem. – westchnął z nieukrywaną tęsknotą.
Dziwnym zrządzeniem losu, po jego słowach zaległa chwilowa cisza, podczas której grajkowie dogadali się na temat następnego utworu. Gdy muzyka rozbrzmiała ponownie młoda dama rzekła:
- Przepraszam pana, lecz muszę się na chwilę oddalić. Dziękuję, za wspaniały taniec. Chciałabym to kiedyś jeszcze powtórzyć.
- Ja również. – odrzekł hrabia z lekkim ukłonem.
Przepięknie ubrana dziewczyna przeciskała się między gośćmi starając się dostać do pustego korytarza, gdzie będzie mogła złapać oddech. Udało jej się to po dłuższej chwili. Opierając się o ścianę i oddychając ciężko usłyszała obok siebie głośne kroki.
- Wyborna zabawa. Powinnaś organizować takich więcej. Bawię się świetnie. – powiedziała rozbawiona, cienista postać. – A, no i ten… Wszyscy już zmierzają do celu. Radziłbym się już zbierać.
- Cieszę się twoim szczęściem. – odrzekła, przeczesując włosy i ruszając do swego celu.
- Tylko pamiętaj by się efektownie spóźnić! – krzyknęła istota, stojąca w tyle i uśmiechająca się szeroko.
- Witam panowie. Przepraszam, że panów wezwałam, lecz mam pewną sprawę do przedyskutowania z panami. – rzekła młoda kobieta do siedzących w koło mężczyzn.
- Nic nie szkodzi. Spodziewaliśmy się, iż będzie szanowna pani czegoś od nas chciała. – odezwał się najstarszy ze wszystkich zebranych.
- Raduje mnie to niezmiernie. – odpowiedziała.
- Do rzeczy proszę. Niepokoję się o moją córeczkę. – rzekł pewien gruby jegomość swym lekko piskliwym głosikiem.
- Ja bym się o nią nie martwił. Jak na razie sobie radzi dobrze. – powiedział żartobliwie, młodzieniec przypominający głosem niedawno zmarłego szejka.
- Co powiedziałeś?! – zapiszczał grubasek.
- Panowie, panowie. Spokojnie proszę. Pani czegoś od nas pragnie. Słuchamy. – odezwał się inny z mężczyzn, wskazując na damę, aby mówiła.
- Pragnę założyć szkołę.
Gruby jegomość parsknął śmiechem, a reszta osób stała zaszokowana, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wzywa nas pani, aby oświadczyć, iż pragnie pani założyć szkołę? – zapytał z niedowierzeniem staruszek.
- Chcę uczyć jak posługiwać się tym co dawno zapomnieliśmy.
- Nie! – krzyknęła połowa z zgromadzonych.
- Moja droga. Proszę nas zrozumieć. Pamiętamy wydarzenia, sprzed pani narodzin i niestety nie możemy zgodzić się z pani zamiarami. – kontynuował starzec.
- A…
- Jeśli pani pozwoli, zakończymy już nasze spotkanie i wrócimy na bal. Nasi bliscy na pewno się o nas niepokoją. Proszę pozwolić sobie i nam przemyśleć to co się tu wydarzyło. – zakończył, wstając i z delikatnym kiwnięciem głową wychodząc wraz z innymi z pokoju.
Gdy kobieta została sama, a wszyscy mężczyźni znaleźli się na korytarzu, dało się jeszcze słyszeć piskliwy głosik grubaska, gratulujący starcowi szybkiego zakończenia tematu. Dama stała zaś samotnie, a kolory odpływały z jej twarzy świadcząc o ogromnej wściekłości. Naraz na jej ciele zaczynały pojawiać się czarno-popielate wzory, zajmujące każde możliwe miejsce.
- Moja pani. Gdzie mam wezwać Hrabiego? – zapytał podstarzały sługa, który właśnie pojawił się w wejściu.
- Do pokoju. – odpowiedziała, zaciskając zęby.
- Oczywiście. – rzekł skłaniając się i odchodząc nieśpiesznie.
Dziewczyna opanowała się trochę, a snujące się po jej ciele wzory zastygły. Po krótkiej chwili, ruszyła do drzwi, aby wyjść i udać się na miejsce kolejnego spotkania.
- Najmocniej panią przepraszam, lecz nie możemy znaleźć Hrabiego. Na pewno jednak się znajdzie. Proszę chwilę zaczekać. Może napije się pani czegoś? – mówił podstarzały sługa.
- Nie dziękuję Daranie. Zostaw mnie proszę samą. – rzekła zmęczona dama, siadając na kanapę w kolorze malachitu.
- Oczywiście moja pani. – odpowiedział kłaniając się lekko i wychodząc.
Samotna kobieta, starająca się odpędzić denerwujący ból głowy i ogarniającą ją bezsilność, miotała się w lekkim amoku na aksamitnie miękkim meblu. Krzyczała i jęczała płaczliwie, w aktach rozpaczy. Jej oddechy były płytkie i szybkie. Wydawała się robić wszystko to aż nazbyt przesadnie. Podczas tego wszystkiego czarne wzory pełzały po jej ciele jak jadowite żmije. Nie mogąc wytrzymać tego co opanowywało jej psychikę, poderwała się z kanapy i rycząc w niebogłosy, podeszła do ściany, w którą zaczęła uderzać rytmicznie czołem. Z jej ust co chwila wydobywały się żałosne dźwięki, wołające o przerwę, o chwilę spokoju, podczas której nie byłoby zmęczenia, ani tej okropnej świadomości prawdy. Czując narastającą bezsilności wobec swoich objawów, dziewczyna odwróciła się i oparła o czarną ścianę. Otworzyła załzawione oczy, objęte przez wirujące na jej skórze wzory, by naraz ujrzeć cienistą postać, wyciągającą dłoń w jej stronę. Niespodziewany akt, ze strony, dotąd biernej, istoty wywołał w niej radość, która przykryła na chwilę troski życia. Nie trwało to jednak długo, albowiem ręka postaci nim dotarła do jej policzka ulotniła się jak dym, podobnie jak reszta ciała. Młoda kobieta postąpiła więc krok do przodu, odpychając od siebie przerażające uczucie, prześladujące ją od tak dawna. Nie wiedząc kiedy, znalazła się na krawędzi balustrady, gdzie obmywał ją delikatny, nocny wiatr.
- Czemu ten czas tak dziwnie ucieka? – zapytała sama siebie, rozchylając ręce jak skrzydła do lotu i pochylając się w przód.
Ogromny tłum ogarnięty był nieprzeniknioną ciszą, której nikt nie śmiał się przerwać. Atmosfera miała charakter oczekiwania. Panował spokój, który wydawał się jednak, w pewien sposób, kryć delikatne zdenerwowanie. Pośród tego wszystkiego stała młoda dama, chwiejąca się delikatnie na boki i poruszająca ustami jakby nucąc jakąś dotykającą pieśń. Po chwili przyłączyli się do niej inni, a przestrzeń wypełnił nieopisany dźwięk, poruszający do najciemniejszych głębi. Nagle delikatne kołysanie, które zaczęło się rozchodzić od niewinnej dziewczyny, przerodziło się w powolny chód. W tym momencie, kobieta podniosła opuszczoną dotąd głowę i rozejrzała się wkoło, w poszukiwaniu znajomych twarzy. Gdy spoglądała po niespotykanie wyjątkowych obliczach zgromadzonych, miała wrażenie, jakby te istoty prosto z koszmarów, bardzo dobrze ją znały. Czując niewyjaśniony strach wpełzający do jej umysłu, chciała opuścić na powrót głowę, jednakowoż nim to się stało, dostrzegła kątem oka Hrabiego, stojącego przed wielkim ołtarzem.
- Hrabia? – wyszeptała zaszokowana, odwracając się i chcąc przedostać się w jego stronę.
Otaczające ją postacie, nie rozstąpiły się jednak, a zamiast tego przyśpieszyły, sprawiając niewiasta potknęła się o własne nogi i upadła. Błyskawicznie podniosła ręce nad twarz, aby zasłonić się przed przechodzącymi po niej osobami, lecz szybko zorientowała się, że nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego spostrzegła, iż znajduje się w dziwacznej, gęstej przestrzeni, w której słychać było wyciszone rozmowy, wybrzmiewające jak niezrozumiałe szepty i głośne kroki, stawiane przez setki tysięcy istot, stąpających po szklanej tafli znajdującej się nad dziewczyną. Mimo, iż w miejscu gdzie się znajdowała dało się oddychać, z wolna zaczynało jej brakować powietrza, a jej płuca wypełniały się niezidentyfikowanym płynem. To wszystko powodowało dziwną senność, występującą zaraz po rozbudzeniu się z głębokiego, zagadkowego snu. Obraz nieskończonej przestrzeni i przykrywającej jej tafli szkła, zaczął przemieniać się na zmianę w przepiękne gwieździste niebo i z powrotem. Kobieta czuła, że jej oczy mimo otwarcia, są zamknięte. Próbowała temu zaradzić mrugając, lecz to jej nie pomagało. Spadała dalej w nieprzejrzystą toń, jednocześnie wynurzając się na powierzchnię. Pod dłońmi czuła już delikatne źdźbła, krótkiej, jasnozielonej trawy, a na rozgrzanej do czerwoności twarzy, przyjemny chłód gwieździstej nocy. W dalszym ciągu, te uczucia wydawały się odległe. To zmieniło się jednakowoż w jednym momencie. Rzeczywistość uderzyła, z ogłuszającą mocą, gdy tuż obok rozległo się puste uderzenie.
- Auć… - jęknął młody mężczyzna, który właśnie poślizgnął się na mokrej trawie i upadł z łomotem na zimną ziemię.
Następnie przekręcił się na bok i stęknął głośno, łapiąc się za kręgosłup w miejscu lędźwi. Po tym zaśmiał się krótko i żałośnie, kończąc rozpaczliwie gardłowym jękiem. Opadł ponownie na wilgotną roślinność pod nim i spojrzał na niebo, lśniące niezliczoną ilością umierających gwiazd.
- Pani też z zabawy? – zapytał leżącą niedaleko kobietę, przecierając mocno swoją twarz, a po chwili dodał – Ha. Głupie pytanie. Inaczej by tu pani nie było. Przepraszam. Jestem trochę zmęczony.
Poprawiwszy się ponownie, w celu odnalezienia najwygodniejszej dla siebie pozycji, westchnął ze zmęczenia i zaczął mówić dalej.
- Przepiękne gwiazdy mamy tej nocy. W sumie jak każdej innej. Ostatnio spędziłem trochę czasu na pustyni. Tam jedynym zajęciem pozwalającym zasnąć jest liczenie tych dalekich światełek.
Nagle wyciągnął przed siebie dłoń zupełnie jakby chciał złapać w garść kawałek wszechświata i zachować go dla siebie. W tym momencie bystre, popielate oczy młodej damy spostrzegły malachitowy pierścień z licznymi błękitnymi oczkami, które lśniły się odbitym światłem księżyca. Jegomość błyskawicznie zauważył zainteresowanie kobiety i rzekł:
- Są tacy, którzy uważają, iż te klejnoty same wybierają sobie panów. Głupcy. Jeśliby tak było, to znaczyłoby tylko o tym, że są to istoty myślące, potrafiące podejmować decyzje. Pytanie więc dlaczego takie żyjątka miałyby wybierać sobie właściciela? Zapewne dla jakiś korzyści. Chciałyby nas wykorzystać w jakimś celu lub stworzyć z nami przyjemny związek, w którym obie strony mają profity. Niestety w tej zabawie jesteśmy tylko my, którym łatwiej jest zakłamywać rzeczywistość. Te przedmioty zaś na tym nie korzystają. Gorzej. Rozpadają się z czasem, nie wytrzymując ciągłego wykorzystywania. Tak więc głupotą jest nazywanie kamyków życiem i dawanie im świadomości. Choć gdzie zrodziły się te idiotyzmy. Otóż jak wiemy, te małe klatki, do których możemy wpakować nasze istnienia, mogą zostać zasiedlone przez pewne większe lub mniejsze żyjątka. Wtedy owszem, to coś w nich wybiera sobie pana, którego okłamuje i na którym żeruje, chcąc wydostać się ku wolności. Ku światu, który już dawno umarł.
Mężczyzna westchnął po raz kolejny i opuścił lekko zdrętwiałą dłoń.
- Głupoty. Mam już dość. Jestem zmęczony. Śpiący. Pamiętam, iż miałem jakiś cel... Lecz jaki on był? Któż go wie? – zaczął mówić bardziej do siebie, niż do kogoś innego – A pani…?
- Lacentia. Przypomina mi pan kogoś. – odparła w sposób, w jaki odzywają się dopiero co obudzone osoby.
- Tak? A wie pani, że mi pani też? Lacentia… Piękne imię. Brzmi zupełnie jak to należące do kobiety, która chciała mnie niegdyś zabić. Los jednak wszystkim nam płata figle i czasem umieramy od własnego ostrza. Są jednak chwile, gdy śmierć jest dla nas najlepszym wyjściem. Prawda? – rzekł nostalgicznie, po czym dodał jakby wyrwany z otępienia – Zatańczy pani.
Stwierdzając fakt, bardziej niż pytając, podniósł się z ziemi, otrzepując swe kremowo-czerwono-zielone szaty i wyciągając rękę w stronę, również wstającej młodej damy.
Tańce i zabawy wraz z akompaniamentem radosnych śmiechów, a także wstydliwych okrzyków zdawały się trwać bez końca. Wszyscy goście weselni byli jednak coraz bardziej osłabieni. Podjęto więc ostateczną decyzję i w niecałą godzinę zakończono całą zabawę jednym, smętnym tańcem, którego jedynym możliwym sposobem na zatańczenie było przytulanie się i wirowanie powoli wkoło. Pośród ostatnich chwil wielkiej zabawy nie było jednak pewnego mężczyzny z wyjątkowym pierścieniem i kobiety, którą mało kto kojarzył. Znajdowali się oni w jednym z pokoi gościnnych, do którego właśnie weszli. Zataczając się z pijaństwa i zmęczenia, śmiali się głośno, uciszając się co nawzajem co chwila. W końcu nie mogąc sobie poradzić ze swoją hałaśliwością, zatkali sobie usta, gorącym pocałunkiem, po którym wszystko zaczęło spływać na nich jak ulewny deszcz. Podniecenie rosło w nich w niewyobrażalnym tempie, powodując coraz większą ekstazę. W pośpiechu poczęli zdzierać z siebie ciuchy, nie zważając czy się drą czy nie. Równocześnie obdarowywali się przeróżnymi pieszczotami, podgrzewającymi atmosferę. W całym swoim gorączkowym poruszeniu zdecydowali się nie szukać odpowiedniego miejsca i rzucili się na najbliżej stojący mebel. Było to drewniane biurko, na którym leżało kilka kartek, mieszek, z którego wysypało się kilka złotych monet, świeca, pióro i wpół wypełniony kałamarz. Nie zważając na żadną z tych rzeczy strącili je gwałtownie, lecz nie zdołali usłyszeć ich uderzenia o podłogę. Stało się tak, ponieważ czas naraz zwolnił. Jedyną osobą, której nic się nie stało była popielatowłosa dziewczyna, starająca się zrozumieć co się właściwie stało. Niestety nim przez jej umysł przebiegły dwie myśli, rzeczywistość wokół niej zmieniła się drastycznie. Już nie znajdowała się w dość schludnym pokoju dla gości, w pewnym domostwie. Zamiast tego leżała w gęstej trawie, przez którą obserwowała otaczający ją chaos. Wszystko rozpadało się na kawałki drobne jak piasek. Osoby znajdujące się w tym miejscu, biegły przerażone, gdziekolwiek popadnie lub szarżowały na przesłoniętego cieniem maga, kroczącego wśród krwi, trupów i całej tej apokalipsy jako zbawiciel, który przybył na sąd ostateczny. Kara którą orzekał, była zaś zawsze ta sama. Unicestwienie. Wykonywał ją uśmiercając wpierw w brutalny sposób wszystkich dokoła, a następnie pożerając ich istnienia, wymazując ich z tej i każdej innej rzeczywistości. W tym przerażającym obrazku, kobiecie mignął słaby blask błękitnych kamieni z malachitowego pierścienia, znajdującego się na jednym z palców okrutnego osobnika. Nagle nastąpił wielki wybuch, który roztrzaskał każdy z filarów w drobny mak, sprawiając iż cały świat poza nimi znikł, pozostawiając po sobie jedynie nicość, która też za niedługo miała się skończyć.
- Moja pani. Błagam, aby zeszła pani z tej balustrady. Niedawno padało i jest ona śliska. Nie chcielibyśmy przecież, aby pani się coś stało. Szczególnie na kilka godzin przed zorganizowanym przez nas balem. – rzekł obojętnie podstarzały sługa.
Młoda dama, mająca wrażenie wyrwania z jakiegoś głębokiego transu, podczas którego widziała coś, czego nie mogła sobie teraz przypomnieć, zeszła powoli na podłogę i spojrzała na mówiącego do niej mężczyznę.
- Przyniosłem pani jej ulubiony napar. Teraz jeśli pani pozwoli, musze dopilnować jeszcze kilku rzeczy przed dzisiejszym wydarzeniem. Życzę udanego popołudnia. – powiedział jegomość wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
Popielatowłosa kobieta, usiadła w tym czasie na dobrze sobie znanej kanapie, złapała w dłonie gorącym kubek i popijając znajdujący się w nim płyn, próbowała się oswoić z otaczającą ją rzeczywistością, w której wydawało się czegoś brakować. Nie minęła jednak chwila, gdy zaczęła słyszeć coraz wyraźniejszy, uwielbiany przez nią, odgłos pióra muskającego kartkę papieru, wywoływany przez cienistą postać zapisującą coś w swojej czarnej księdze, leżącej na biurku, którego wierzch pokrywało półmatowe w świetle słońca szkło lapis luna.
- Witaj moja pani. Jak się dziś czujesz? Przygotowania idą pełną parą, a problemy jak na razie były nikłe i nieszkodliwe. Krawcowa właśnie kończy zniewalającą kreację. Rad jestem, iż nasz pusty domek znów napełni się pąkiem zacnych i mniej zacnych gości. – rzekł podstarzały sługa, wkraczający do pokoju i niosący kubek wypełniony po brzegi gorącym płynem.
- Witaj Daranie. Jak zawsze. – odpowiedziała, po czym dodała z sarkazmem – A ty? Jak się czujesz? Widzę, iż humor ci dopisuje. Cały promieniejesz.
- Jak zawsze moja pani. – odparł jak zawsze bez jakichkolwiek emocji.
- Nigdy nie mogę stwierdzić, czy jesteś obojętnie zły, obojętnie radosny, czy może obojętnie obojętny. Wszystkie twe oblicza co dzień wprawiają mnie w niemałe zakłopotanie. – rzuciła trochę weselej, popijając już podany jej napój.
- Rad jestem, że sprawiam pani dziwną, bezsensowną przyjemność. – powiedział kłaniając się lekko.
Dziewczyna zaśmiała się lekko na te słowa i dodała:
- Przygotuj proszę konie. Mam ochotę udać się do świątyni.
- Jak sobie pani życzy. – wymówił cicho, opuszczając pomieszczenie.
Pozostała samotnie popielatowłosa kobieta spostrzegła ze smutkiem, iż cienista postać zdążyła już zniknąć pozostawiając po sobie pewnego rodzaju melancholijną pustkę.
- A gdyby zapomniał coś napisać? Powiedzmy zamienić słowo okręt na fregatę? Zmieniłby to, czy uznał, że powinno pozostać bez zmian? – zapytała sama siebie, spoglądając w zmatowiałe w promieniach słonecznych szkło lapis luna, pokrywające wierzch czarnego, mahoniowego biurka.
W kilka dużych łyków opróżniła naczynie trzymane w rękach, a następnie wstała, rozciągając się i ziewając przeciągle chcąc się dotlenić. Po tym ruszyła do wyjścia, a opuszczając pokój wezbrała jeszcze raz powietrze z niego. Wypuściła je dopiero, stając w pustym korytarzu. Wtedy to złapała za klamki znajdujących się przed nią drzwi i powoli je zamknęła. Wraz z delikatnym uderzeniem drewna o drewno, rozległ się wyraźny szczęk ciężkich zbroi dwóch strażników pilnujących przejścia i dwóch patrolujących przydzielone im skrzydło zamku. Razem z tym dźwiękiem do uszu młodej damy dotarł szelest fartucha przepięknej, bladej służki, skłaniającej się nisko i pragnącej odebrać puste naczynie z rąk swej pani.
- Nie sądzisz, że spotkanie w ogrodzie, może okazać się naszym gościom nieco zbyt nietaktowne? – zapytała spokojnie cienista postać, siedząca na parapecie, jedząc idealnie zielone jabłko.
- W moim domu panują moje zasady. Mogą sobie myśleć co chcą. – warknęła zdenerwowana.
- Od myśli do czynu niedługa jest droga, czy jakoś tak. Ktoś tak chyba mawiał. Wybierasz się do świątyni? Z jakiej okazji? W którego boga wierzymy? – pytał z lekkim sarkazmem, utrzymując wesoły ton.
- Nie twoja sprawa. Nie miałeś się przypadkiem czymś zająć?
- Ależ się właśnie zajmuję. Szybko i dokładnie tak jak najwspanialsza pani pragnęła. – rzucił niemal żartobliwie, skłaniając się, aż do samej podłogi.
- W takim razie nie zawracaj mi głowy. – mruknęła, ruszywszy w drogę do wyjścia.
- Przecież wiadomo jaka będzie ich odpowiedź. Nie możemy sobie tego wszystkiego odpuścić i przejść do rzeczy? Zacząć wreszcie działać? – jęczał podenerwowany.
- Ile razy ci powtarzałam, abyś zwracał uwagę na to jak się do mnie odnosisz? Wracaj do swych zadań, albo sam wiesz co będzie. – odparła, wzdychając z dziwnego zmęczenia.
- Wiesz co? Jest taki wiersz. Mowa w nim o sadzie. A co autor miał na myśli? Czy nie ogród?
- Przez to pokój. Czemu wciąż to powtarzasz? Męczysz mnie.
- Zastanawiałem się tylko. Czasem mi to po prostu ucieka. Jak mgliste… – rzekł melancholijnie i rozpłynął się zamyślony wśród nikłych cieni, znajdujących się w korytarzu.
Gdy jego sylwetka już na dobrze zdołała zniknąć, kobiecie wydało się, iż słyszy prześmiewcze parsknięcie, odbite od granic jej umysłu. Z tego powodu na jej obliczu pojawił się prawie niewidoczny grymas, który umiejętnie przerodził się w miły uśmiech, skierowany do bladego sługi, podającego cienkie rękawiczki swej pracodawczyni.
- Pani. – skłonił się podstarzały mężczyzna, stojący przy wielkim, majestatycznym, czarnym koniu, którego określić jednym słowem, nie było możliwym.
- Dziękuję Daranie. Gdzie twój wierzch?
- Właśnie do nas zmierza. – powiedział, wskazując na pospolicie brązową klacz, prowadzoną w ich stronę.
- Patrząc na nią, na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo… pospolity.
- Nie inaczej moja pani. Jego pospolitość sama w sobie jest pospolita. Dlatego ten koń jest taki jak inne. Średni. Jak rzekł jego poprzedni właściciel, jest symbolem ogółu, masy, w której wszystko co wyjątkowe tonie, ponieważ staje się tym samym co inne.
- Interesująca teoria.
- Lub głupie słowa pozwalające drożej sprzedać zwierzę.
- Odchodząc od tematu. Czy mógłbyś w jakiś sposób określać swój nastrój? Strasznie trudno zgadnąć, czy, na przykład coś jest komplementem, czy obrazą.
- Pani poprzednik określał to mianem obojętnego sarkazmu. Ponieważ, tu cytuję, nigdy nie wiesz. – powiedział wspinając się na swoją klacz.
- Ech… Może damy ci kolorowe chorągiewki? – westchnęła, szturchnąwszy delikatnie konia, aby ruszył.
- Jak sobie pani życzy, choć poprzednim razem się to nie udało. Wielki geniusz, nie potrafił spamiętać kolorków… – odparł podążając za oddalającą się kobietą.
Odgłos cichych kroków dwóch osób roznosił się po przeogromnej komnacie, wspieranej na niezliczonej liczbie kolumn. Ostre światło słoneczne padające na kunsztowne witraże, było przez nie wytłumiane do idealnej intensywności, tworząc romantyczną atmosferę, w której dominowała tajemniczość i pewnego rodzaju wyniosła sakralność. Przechadzając się wśród całej tej cudowności, młoda dziewczyna oglądała wielkie obrazy przeróżnych osób, wiszące na ścianach.
- Pełno tu obrazów. Kim są osoby, na nich ukazane? – zapytała cichym szeptem, jakby bojąc się rozproszyć zaległą wokół ciszę.
- Nie wiem moja pani. Jeśli dobrze pamiętam, zostały one namalowane przez pewnego starego ślepca, którego ręce, którymi ledwie poruszał, drżały tak, iż nie mógł on utrzymać w rękach pędzla. Mimo to, ciężko w to uwierzyć, patrząc na ideał każdej kreski, każdej linii zawartej w tych arcydziełach. – odparł, stojąc lekko za swoją panią.
- A co mówił o nich mój poprzednik?
- Mawiał, że są to ci, których jeszcze nie ma, a jednak będą. Tak naprawdę są i byli, zależy w jakim czasie ich postrzegamy. Twierdził, że ten budynek to jedna z „Hal Pamięci”. Gdyby poznała pani kogoś, kto jest wyjątkowy, czy nie chciałaby pani tej osoby uczcić wspaniałym dziełem, na które patrzeć będą kolejne pokolenia, zachwycając się do granic możliwości? Każdy ma swoje miejsce, a to miejsce jest domem dla wszystkich.
- Czym trzeba sobie zasłużyć, aby tu trafić? – ponownie spytała, rozglądając się za malunkiem przedstawiającym postać swego sługi.
- Niczym. Trzeba się jedynie zrodzić.
Dziewczyna wsłuchiwała się w wyjaśnienia podstarzałego mężczyzny, przeglądając obrazy. Po pewnym czasie stanęła przy jednym z nich, który wyjątkowo przykuł jej uwagę. Przed sobą widziała postać mężczyzny koło czterdziestki, odzianego w długą ciemnogranatową szatę ze srebrnymi zdobieniami. Stał pewnie, trzymając delikatnie w jednej ręce butelkę z wysokoprocentowym trunkiem. Drugą zaś uniesioną miał na wysokość swego ramienia. W tej dłoni nie trzymał nic, lecz coś sugerowało, że próbuje w nią złapać ulatujący czas, odbierający mu coś ważnego. Spoglądając wyżej, dostrzegało się srogie oblicze, wyrażające obojętność i nietrzeźwość, zza których przebijała się bolesna nostalgia, a także strach. Niewielkie zmarszczki dające pogląd nie tylko na wiek, nakierowywały także na to jakie życie wiódł ów osobnik. Wszystko to wieńczyły nieprzeniknione oczy, w które nie dało się spoglądać długo. Było w nich trywialne kłamstwo, oplecione siecią niedopowiedzeń, które utrzymywało wątpliwe zdrowie psychiczne i fizyczne mężczyzny. Kobieta oglądająca dzieło, już miała od niego odejść, gdy naraz dostrzegła coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się jedynie zwykłym tłem. Była to sylwetka potężnego, człekokształtnego wilka, który stał jakby w połowie w postaci, a w połowie poza nią. Było w tym coś wymownego. Idealna interpretacja nasuwająca się na myśl. Bo kim można było nazwać mężczyznę z malunku, jak nie starym, samotnym wilkiem zatraconym wśród przyjaznego świata?
- Kim jesteś…? – zapytała sama siebie, po czym podeszła bliżej, aby odczytać słowa wyryte na granatowej tabliczce, umieszczonej w potężnej czarnej ramie, a zrobiwszy to szepnęła w pustkę – Pan M?
Odchodząc od obrazu i zmierzając dalej, młoda dama spostrzegła inne dzieło, również przedstawiające mężczyznę. Ten jednak ubrany był w czarny, elegancki strój godny najwynioślejszego dżentelmena. Stał w on w lekkim rozkroku, trzymając jedną dłoń w kieszeni. W drugiej zaś trzymał lśniący, wzorzysty, opalowy zegarek kieszonkowy, w który wpatrywał się z delikatnym szarmanckim uśmiechem, mając w oczach chytry błysk. Istotną rzeczą odróżniającą ten malunek od poprzedniego był złoty podpis nad głową osobnika mówiący: „Liczy się tylko czas”. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła do kolejnego dzieła, podzielonego jakby na dwie części. Na jednej z nich widniał mężczyzna w kwiecie wieku, o krótkich blond włosach, miłych niebieskich oczach i ostrych rysach twarzy. Posiadał on idealnie zaokrąglone uszy, odstające minimalnie za dużo od głowy. Do nich dochodził delikatnie kwadratowy, wąski nos i uwydatnione kości policzkowe. Również uwagę w jego młodocianym, zawadiackim obliczu, przykuwały cienkie usta i mocno wysunięty podbródek. Wzrok młodej dziewczyny nie mógł oderwać się od mocno wyrzeźbionej sylwetki postaci i licznych blizn ją przecinających. Zadziwiające były również wyraźnie rysujące się kości i mocno przebijające się błękitne żyły. Ciekawą rzeczą były też zwęglone końcówki palców, czy ogromne stopy nie pasujące do wzrostu postaci, który wynosił prawdopodobnie koło metra i dziewięćdziesięciu centymetrów. Osobnik ten nie tyle rysował się na żołnierza z wyglądu, co ze swego ubioru. Ubrany był bowiem jedynie w czarno-szare wojskowe spodnie, wysokie czarne buty i przepasany był jedwabnym granatowym pasem z licznymi nożami do rzucania i dwoma do walki wręcz. Stał tak w pewnym sensie smutnie wpatrując się w swoje odbicie umieszczone po przeciwnej stronie płótna. Ono zaś przedstawiało wysokiego na jakieś dwa metry, trzydzieści centymetrów jegomościa po pięćdziesiątce. Przyodziany on był w długą, ciemną szatę. Nie posiadał butów, co można było dostrzec po śladach zostawionych przez niego na śniegu, który znajdował się na jego połowie malowidła. Różnił się od swojego młodszego ja. Posiadał bowiem szpiczasto zakończone, zrośnięte z głową uszy, na końcach których widniały niewielkie srebrne łuski. Posiadał też długie, kruczoczarne włosy i brodę wystylizowaną zgodnie z krzacią modłą. Oblicze rysowało się mocnymi rysami, które nadawały jednak jego postaci miły i troskliwy charakter. Największą zaś uwagę przykuwały jego oczy. Duże, smocze, których źrenice stanowiło osiem złączonych ze sobą półksiężyców w kolorze platyny, a w ich centrum wąski, czarny kształt, przypominający źrenicę smoka. Tęczówkę stanowiły również półksiężyce, jednakowoż tu były je tylko dwa i złączone były swoimi końcówkami. Na lekko szarawych białkach widniały zaś delikatnie wyblakłe kształty, przypominające najostrzejsze kły.
- Pragniesz uwolnić jednego z nich? – zapytała cienista postać opierająca się o jeden z masywnych filarów, a gdy kobieta nie odpowiedziała, dodała – To nie ich miejsce.
- Uwolnić? – zapytała skonsternowana.
- Wyciągnąć z obrazu. Przyzwać. Wszyscy tacy wspaniali. Czy choć jeden by się nie przydał?
- On?
- Ten? Ansgar. Wielki i potężny. Półbogiem zwany. Pacyfista. Raczej się nie nada. – rzekł skinąwszy na portret, przy którym stali.
Dziewczyna nic nie powiedziała, więc przeszedł do następnego portretu i kontynuował:
– Khaterioth? Pan Czasu? Dla niego liczy się tylko czas. – parsknął lekko przy tych słowach – Może więc ten? Pan M. Kto wie, co w jego głowie siedzi? Lepiej nie przysparzać mu kolejnych wspomnień. A ta? Wydaje się być silną, lecz umarła tyle razy… Zimno. Przy niej zaś masz konflikt interesów. Ona chce wszystko zamrozić na wieczność. – mówił przechodząc od obrazu do obrazu – Ach… Cóż za talent! Nikt nie potrafi tak pięknie grać. Pod jego palcami, białe klawisze wydawały gorące dźwięki. Gdyby tylko nie chciał, by wszystko spłonęło... To może ten miły pan? Trochę otyły, lecz kondycję ma. Tylko to trochę nie jego czas. Tamten młodzian urodziwy? E! Nie nada się. To marny artysta. Poeta zmarniały. Potrafi tylko pisać i użalać się jak każdy taki. Ale piękna dama na tym malunku. Ona to jest wspaniała. Jej noże niosą szybką, cichą śmierć. Gdzie ona je chowa zagadką jest. Problem w tym, że nie jest lojalna. Pracuje dla tego, kto da jej więcej. Oczywiście według jej słownika. A gdyby tak ten? Dante. Tak mi się wydaje. Z tego portretu wynika, że jest osobą lubującą się w świecidełkach. Zabawny ktoś, lecz on by nam nie pomógł. Zdałby nas na marny los. Co więc myślisz? Czego chcesz? – zapytał, kończąc swoją wypowiedź i niknąc wśród cieni, w które wkraczał.
- Chcę… - szepnęła cicho do siebie.
- Tak moja pani? – zapytał podstarzały sługa stojący tuż obok niej.
- Wracać. Chcę już wracać. Zbierajmy się Daranie. – odparła jakby wyrywając się z dziwnego transu.
- Tak moja pani.
- Gdzie tak w ogóle byłeś? – zapytała lekko poirytowana.
- Cały czas przy tobie moja pani. – odrzekł sługa, skłaniając się nie wielce.
Porywisty wiatr sunący po zboczach gór w stronę doliny, w której znajdowała się dwójka jeźdźców, targał przepięknie jasnozielonym dywanem traw, sprawiając iż wyglądał on jak niewielkie fale na morzu.
- Daranie. Powiedz. Czemu magowie oddali swój świat?
- Strach moja pani, jest czymś mocno zakorzenionym w tak marnych istotach jak my.
- Czego mieliby bać się czarodzieje? – zapytała, lekko pokpiwszy słowa sługi.
- Za dawnych czasów, lecz nie za początku, ponieważ tego nikt nie zna i nie chce poznać, w naszej rzeczywistości istnieli potężni magowie, którzy pośród nieskończonego chaosu tworzyli i niszczyli. Dawali i odbierali. Z tego wszystkiego rodziły się nowe rasy, wszechświaty, planety, po prostu to co nas otacza. Nie było żadnych zasad. Każdy miał wolną wolę. Jedna myśl i to mógł być koniec. Pomnikiem tamtych czasów jest przeklęta wyspa, otoczona szponami śmierci. Haeliada. Wyspa życia. Miejsce, które przez nieuwagę wszystkich, zostało uznane za istotę naszego świata i dzięki każdej myśli, a także potężnym mocom, stała się tym, czym wszyscy ją nazwali. Gdy wielcy czarnoksiężnicy poznali prawdę o tym co się stało, strwożyli się wielce i zapragnęli uciec, do innej rzeczywistości. Gdzieś, gdzie ich istnienie nie będzie zależało od jednego miejsca. Chcieli to uczynić nawet za cenę innych. Czy mieli rację? Po części tak, a po części nie. Coś trzeba było zrobić. Niestety nie dało odwrócić się tego co tak mocno zadomowiło się w świadomości każdego maga. Wtedy to nadeszły przerażające czasy. Niespokojne myśli potężnych osobników, rodziły nowe bóstwa, nowe zasady, zmieniały rzeczywistość. We wszechświecie zapanował dekadentyzm. Tak było do czasu, gdy nie pojawił się pewien młody mężczyzna. Stworzył on w swoim umyśle obraz. Pewien zarys. Ucieczkę. Wymyślił Przedsionek. Miejsce łączące naszą rzeczywistość z każdą inną. Stworzył nową podstawę, którą stała się ciemność. To ona stała się właśnie łącznikiem pomiędzy światami. Tym zaś co łączyło ją z istotami, były ich cienie. Zapytasz czemu jego wymysły się urzeczywistniły, a innych nie. Zapewne z powodu wielkiej wyobraźni. Tak naprawdę nie wie tego nikt. W taki sposób przywrócił do wpółmartwego wszechświata życie i ustabilizował energię. Następnie stworzył naszą rodzinę, która zrzeszała wtedy każdą istotę na świecie. Niestety z czasem jegomość ten zniknął, bez słowa, pozostawiając nas samym sobie. Przez pewien czas nic się nie działo, lecz chciwość istot nie miała granic. Pragnęły one osiągnąć poziom tego, którego nazwano później Priorem. W taki oto sposób, niektórzy starali się przez swoje cienie złączyć się z ciemnością. Wielu się to udało. Stali się bogami, mogącym zrobić cokolwiek tylko chcieli. Pomyślisz sobie, że pewnie wtedy zniewolili wszystkich. Ależ nie. Żyli razem z nimi w pokoju. Jednak po kilku latach zaczęło im delikatnie mówiąc odbijać. Nie mogli nad sobą zapanować i powoli zmieniali się w cieniste postacie, które niepowstrzymanie zlewały się z cieniami, aby stać się częścią nieprzeniknionej ciemności. Co ciekawe, to samo zaczęło dziać się z tymi, którzy nigdy nie starali się nawet integrować ze swoim cieniem. Wszystkie istnienia, zaczęły nagle znikać, ze świata pełnego snujących się w szaleństwie cieni. W końcu wszechświat opustoszał i pozostawał taki przez wieczność, albo dwie. Co się stało, że wszystko wróciło do życia? Tego nie wie nikt, jednak mówi się, iż ktoś zdołał uzyskać na tyle dużą świadomość, by powrócić do swej rzeczywistości i tkając ciemność jak najdelikatniejsze nici, zrodzić na nowo wszystkie rasy. Po niedługim czasie, udało mu się to zrobić, a także spowodował, iż świadomości innych również zaczęły powracać. Były to jednak nadal marne cienie, ich poprzednich form. Najpotężniejsi z nich zdołali sobie stworzyć liche pojemniki, w których rozpoczęli egzystencję, mającą na celu uwolnienie się z okowów ciemności. Lata mijały, świat szedł swoją ścieżką, a nasza rodzina rozrastała się, ciągle poszukując sposobu na odzyskanie wolności. Co ciekawe, ktoś kiedyś wpadł na pomysł, aby użyć Haeliady do swych celów. Mimo sprzeciwów, zebrał on sojuszników i razem z nimi uczynił okropną rzecz. Sprawił, że wszystko poza filarami zniknęło. Tak po prostu. Zapanowała nicość, która powoli zaczęła wykańczać psychicznie pozostałych na wyspie życia osobników. W jakiś sposób, gdy wszyscy byli już na skraju wytrzymałości, ktoś zdołał, przywrócić poprzedni stan rzeczywistości, jednak zapłacił za to wysoką cenę. Ponieważ był on jednym z pochłoniętych przez ciemność, poświęcił to co było dla niego najcenniejsze. Jego ciało, które dawało mu nadzieję na odzyskanie swego dawnego życia i siebie. W taki oto sposób, nasza rodzina umarła po raz kolejny. Cały świat biegł ponownie, jak miał biec. Tu historia powinna się zakończyć, lecz istoty ciemności, nie dawały za wygraną. Zrozpaczone, zaczęły nawiedzać potężnych magów. Było tak do momentu, gdy pewien ktoś, nie przeszedł przez ciemność, zyskując doprowadzającą do szaleństwa władzę nad rzeczywistością. Założył on naszą rodzinę na nowo i rozpoczął swe rządy. Jeśli dobrze pamiętam, to wziął sobie nawet żonę i miał dzieci. Lecz coś się z nimi chyba stało. Wiem, że w pewnym momencie złamał się i popełnił samobójstwo, uciekając gdzieś ku pozornemu szczęściu. Po nim ktoś inny przejął funkcję głowy rodziny. A po tym był kolejny. Stosunkowo szybko wszyscy się kończyli, jednak zdołali oni powiększyć rodzinę. Pamiętam jeszcze te czasy. Magowie szkolili się, nasza rodzina była w rozkwicie. Jednak szaleństwo ponownie spadło jak grom z jasnego nieba i podzielona wspólnota rozpoczęła walki ze sobą na całym świecie. W wyniku tych walk spadł jeden z księżyców i przepadła gdzieś Haeliada, a wśród naszych wspaniałych poprzedników zapanował kanibalizm. Zjadali oni cienie innych… W końcu wygrał jeden członek rodziny. Odebrał on możliwość posługiwania się mocą wszystkim istotom, nadał nowe zakazy i zady, a następnie zapadł w głęboki sen. Zostawił po sobie jednak niemagicznego potomka, który objął spadek po ojcu i rządził dalej samotnie. Przekazał swą władzę w podeszłym wieku osobie, która świadoma była tego, iż ma swój cień. Ta zaś założyła rodzinę. Tak lata leciały i pokolenia mijały. Nasza mała wspólnota miała swoje wzloty i upadki, ale ostatecznie wrodziła się w ludy na całym świecie, rozchodząc się gdzie popadnie. Rodzina dzięki dobremu zarządzaniu stała się istotną organizacją na świecie, której każdy patrzył na ręce. Gdy zaś zauważono, że jedna z córek zaczęła mieć napady lękowe i lekko gubić rzeczywistość, szybko z przestrachu skazano wszystkich należących do rodziny na śmierć. Sytuację uratowała dopiero jedna z dalekich kuzynek szalonej panienki, która zdołała uratować daleko spokrewnione osoby. Jeśli zaś chodzi o główną linię oszczędzono jedynie jednego młodego chłopaka i zabroniono mu rozmnażania się. Ten młodzieniec dorastał w poszukiwaniu, swojego następcy. Podobnie było z kolejnymi głowami rodziny. Wszystko się zmieniło w momencie, gdy do władzy doszedł pani poprzednik. On poświęcił się studiowaniu odebranej mocy i ciemności, z której, jak mówił, się narodził. Zamiast wkraczać na ścieżkę poprzedników, pozostał w połowie drogi do nieskończonej mocy, kuszącej go w każdej chwili. Mimo wszelkich zakazów, w tajemnicy przed wszystkimi praktykował magię w niewielkim stopniu i swoimi zmyślnymi intrygami doprowadził do nieświadomego posługiwania się nią przez innych. Idealnym przykładem, może być nasz pociąg, jeżdżący po całym świecie lub nasza wspaniała stolica. Dzięki niemu powoli magowie zaczynali rodzić się na nowo, a magia zaczęła być na nowo akceptowana. Pomagał mu w tym szanowny Hrabia i pomagałem ja. Jednak jego czas jako głowy rodziny już minął. Teraz nastały pani dni. Wybór co pani zrobi jest tylko w jej rękach. Najmocniej przepraszam za zanudzającą opowieść, ale miło było mi powspominać, pewne fragmenty tej historii.
- Nic nie szkodzi Daranie. Cieszę się, że mi to opowiedziałeś. Kiedyś musisz dopowiedzieć mi resztę. – odpowiedziała miło, zastanawiając się nad wieloma sprawami, które przelatywały jej przez głowę.
Dopiero teraz zauważyła, że porywisty wiatr zniknął i nad polami rozciągniętymi po horyzont zapanowała przedziwna stagnacja, skłaniająca do przemyśleń tego co było, a także tego co będzie.
- W malinowym sadzie. Nic nie dzieje się. W malinowym sadzie. Spokój spocznie gdzieś. W malinowym sadzie…
- Napar stygnie gdy.
- W malinowym sadzie. Pojawiasz się ty. W malinowym sadzie. Radością spływa dzie…
- Czas.
- W malinowym sadzie. Dziś już nie ma nas. W malinowym sadzie. Myśli cierpki krąg. W malinowym sadzie…
- Muzyka płynie cna. W malinowym sadzie…
- Jestem tylko…
- Ja.
Dwa głosy przeplatały się pośród spokojnej atmosfery panującej w niewielkim ogrodzie.
- Dlaczego sad? Przecież sad jest większy od ogrodu. To się w ogóle do siebie nie ma. – rzekła cienista postać, zrywając niewielką malinę z znajdującego się obok niej krzewu, a następnie ją zjadając.
- Mówiłam. Przez ogród miał na myśli pokój. – odpowiedziała siedząca na ławce, pod wielkim dębem, kobieta.
- Czemu jednak tak? Po cóż pisać sad, mając na myśli ogród, który powinien zostać odebrany jako pokój.
- Ponieważ jest w tym coś więcej.
- Niepotrzebne zagmatwanie.
- Czemu cię to tak interesuje?
- Czasami lubię sobie porozmyślać dla zabicia czasu. W końcu mam go tyle.
- Tak? I co wymyśliłeś?
- Że chodzi o umysł.
- O umysł kogo?
- Każdego.
- Nie rozumiem.
- To posłuchaj. Co drugi wers to „W malinowym sadzie”. Zwraca to uwagę na miejsce. Może nawet trochę męczy. Czemu jednak w malinowym sadzie? Jeśli ustaliliśmy, że to ogród?
- Ponieważ sad jest o wiele większy i mniej ograniczony od ogrodu, jednak ogród jest czymś małym i pełnym życia.
- Skąd więc bierze się ten pokój?
- Stąd, że pokój jest czymś w czym przebywa podmiot liryczny. Jest on tam fizycznie. Psychicznie zaś jest w ogrodzie, który nazywa sadem.
- No i rozumiesz. Pytanie co się dzieje dalej. W wierszu mowa o tym, iż nic się nie dzieje. Panuje stagnacja tak wielka, że aż spokój spoczywa. Stygnie napar. I tu nagle coś się dzieje. Ktoś się pojawia. Jest radość i tak jakby ruch.
- Zaraz jednak podmiot stwierdza, że ich już nie ma. Następuje kolejna szybka zmiana nastroju. Ruch pozostaje i przyśpiesza. Zimny wiatr zionie. Myśli cierpki krąg. Zarówno wiatr, jak i nagromadzone myśli są w szybkie w swoim istnieniu.
- Dalej spojrzenie na nasz wyobrażony sad. Jest pusty. Idealnie pasuje tu krajobraz zimowy, gdy wszystko jest w stanie śmierci. Pośród tego płynie muzyka. Z tego co wiem, autor utożsamiał muzykę, ze swoim życiem. Słuchał jej bez przerwy. Dosłownie nie mógł bez niej żyć.
- I ostatni wers. Jestem tylko ja. Znów sam, jak na początku. Myślę, że ten wiersz jest o miłości. Ciężkim rozstaniu. Prawdopodobnie napisany pod wpływem zakończenie jakiegoś związku, co autor mocno przeżył.
- Ja uważam inaczej. Tu właśnie pojawia się to o czym mówiłem. Chodzi o umysł. Spójrz na to. Ów sad, ogród, czy pokój. Gdzie wszystkie się znajdują? W umyśle autora. To właśnie w nim istnieją te miejsca. W nim istnieje cały obraz. Spójrz co pisze. Wpierw jest spokojnie. Potem ktoś się pojawia. Szybko odchodzi. Pojawia się smutek. Myśli układają się w krąg. Krąg bez końca, gdzie jedna myśl prowadzi do kolejnej. I na koniec stwierdzenie: „Jestem tylko ja.”. Zastanów się. Co to za miejsce? Co to za świat? Gdzie wszystko się tak szybko dzieje? Gdzie to wszystko istnieje? Gdzie jest miejsce w którym jest się samemu? Jest to umysł. Kto tam jest prócz ciebie? Nikt. Dlatego też jesteś osobą. Jednostką. Samotną postacią, w świecie wyobraźni. Ktoś tam się pojawia i błyskawicznie odchodzi. Rozumiesz mnie? To nie jest kolejny wiersz o głupiej miłości. To dzieło odnosi się do głębokich przemyśleń. Ukazuje pewne prawdy. Dotyka każdego aspektu życia. I podkreśla, co najważniejsze, iż zawsze jesteśmy sami w swoim umyśle i nikt nam nie przyjdzie na pomoc. Twoje twierdzenie, że autor miał rozterki miłosne jest nierozsądne. Miłość to tylko słowo, wymyślone przez marne istoty zamieszkujące ten świat. Idiotyczne uzależnienie, w które wpada się na siłę, bo tak się funkcjonuje pośród tłumu, wywierającego bezkresną presję. Znałem autora i wiem, iż nie był on osobą przesadnie uczuciową. W życiu kierował się logiką.
- Twoja wersja jest zbyt naciągana. Poza tym, to jasne, że wiersz jest o miłości. Autor był logiczny? Przecież po jego dziełach od razu widać jak bardzo uczuciowy jest. Wszędzie tylko biadoli, rzuca smutkiem na prawo i lewo, odwołując się do nieznanej nikomu nostalgii i wyniosłych uczuć.
- Nie rozumiesz, bo nie chcesz zrozumieć! Wrzucasz swoje twierdzenia na siłę! Nie chcesz dostrzec umysłu za marnymi tworami! To, że ktoś pisze o miłości, nie znaczy od razu, iż jest uczuciowy i delikatny emocjonalnie! – rzuciła postać, zrywając kolejną malinę z krzewu.
- To ty nie czujesz, bo nie chcesz poczuć. – odrzekła spokojnie dziewczyna kładąc się na ławce, na której przed chwilą siedziała.
Zapadła chwila ciszy, która ciągnęła się przez dłuższą chwilę, gdy nagle kobieta rzekła:
- Daran opowiedział mi historię o…
- Brednie! Głupi starzec kłamie! Opowiada bajki do straszenia dzieci! Jego słowa nie są nic warte! Chcesz znać prawdę?! Wszystko stało się przez tego idiotę, który zapragnął stać się ciemnością. Pochłonąć świat. Ciemność, która istniała od zawsze. Podstawa wszystkiego. To nie jak ten staruch mówi, błahostka stworzona przez głupie dziecko! To prawdziwa podstawa! To centrum istnienia! Nie jakaś tam Haeliada. Wyspa życia! Pyszni magowie, nazwali sobie swoje poletko, okłamując cały świat. My zawsze chcieliśmy dobrze. Broniliśmy się. Byliśmy z ciemnością. Lecz przez niego… Tak! Przez niego! Ona nas pochłonęła! Skazał nas na to! I za co?! Z jakiego celu! Nie wiedział, że to nie uświęci środków! Znajdziemy go! Musimy go znaleźć! Zapłaci nam! Chcemy by wrócono nam co nam się należy! – krzyczała cienista postać nieskończoną ilością głosów, denerwując się coraz bardziej.
Przestrzeń wypełniło nagle nieprzerwane milczenie. Nie chcąc słyszeć żadnej odpowiedzi, ani nie chcąc wdawać się w niepotrzebne dyskusje, istota rozpłynęła się błyskawicznie pośród cieni, zostawiając zamyśloną dziewczynę, spoglądającą na zachmurzone niebo, poprzez gęste liście, wiszące na gałęziach ogromnego dębu.
Wieczorowe niebo pokrywały nieliczne smugi zachodzącego słońca i delikatny blask pierwszego księżyca. Większość gości już przybyła i toczyła zażarte dysputy, oczekując na oficjalne rozpoczęcie zabawy. Ciemnoszare dyliżanse pojawiały się jednak co chwila, przywożąc kolejne osoby. Wśród nich niestety nadal nie było pewnego jegomościa, który zapewne ubrał się całkiem osobliwie jak na taką okazję. To na niego najbardziej czekała młoda dama, stojąca na balkonie w swojej niespotykanie pięknej sukni. Opierając się o balustradę obserwowała przybyłych z lekkim uśmiechem. W jej myślach jawiło się porównanie siebie do wszechmocnej istoty, przyglądającej się pustemu i nudnemu życiu nic nie znaczących pacynek.
- Moja pani. – rzekł podstarzały sługa, kłaniając się lekko – Przybyli już wszyscy prócz szanownego pana Hrabiego.
- Wiem. – odpowiedziała wzdychając.
- Zaczekamy na niego?
- Tak. Jeszcze chwilkę.
- Oczywiście. – skłonił się ponownie, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi.
Dziewczyna westchnęła ponownie i rozciągnęła zastane ciało. Gdy skończyła zauważyła kątem oka cienistą postać, stojącą u jej boku.
- Ty też na niego czekasz? – zapytała, śmiejąc się ze swojej naiwności.
Postać oczywiście nie odpowiedziała. Zrobiła jednak coś innego, czego zazwyczaj nie robiła. Usiadła na balustradzie, skuliła się i przykryła dłońmi swoje uszy. Dziewczyna ze zdziwieniem obserwowała zaistniałą sytuację. Nie wiedząc co zrobić, wyciągnęła rękę w stronę istoty, a gdy dotknęła jej delikatnych, jedwabistych włosów, ta poderwała się błyskawicznie jakby była w jakimś amoku i ruszyła pośpiesznym krokiem w stronę drzwi. Jak zawsze zniknęła całkowicie w połowie drogi, zostawiając po sobie jedynie ulatujący, czarny dym. Skonfundowana tym wydarzeniem kobieta, miała pustkę w głowie. Pustkę, która wołała o jakiekolwiek wyjaśnienia. Jednakowoż jej krzyk wygłuszało niespotykane doznanie. Dotknęła go. Przeczesała jego włosy. Były takie przyjemne. Lekkie, gładkie i przyjemnie zimne. Niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi. Młoda dama otrząsnęła się i odtrącając od siebie wszystkie myśli podeszła otworzyć przejście.
- Pani. Wszyscy goście już przybyli. – powiedziała młoda służąca o popielatych włosach, kłaniająca się nisko.
- Dobrze. – odrzekła chłodno dziewczyna, a następnie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła wzdłuż korytarza, zostawiając za sobą służkę.
- Daranie… Miałem kiedyś sen. Choć wydaje mi się, iż wtedy nie śniłem. Siedziałem wtedy, jak zawsze przy swoim biurku. Zapisywałem coś w księdze. Był wtedy bodajże późny wieczór. Blask pierwszego księżyca, powoli zaczynał spływać na czyste niebo. Pamiętam, iż słyszałem podjeżdżające pod wejście powozy. Tak jakby wszyscy zbierali się na ten wielki bal. Pamiętasz go? Miał być cały wachlarz dygnitarzy. Wstałem więc i wyszedłem na balkon. Stałem tam chwilę obserwując wyblakły świat. Nagle usłyszałem jakieś słowa. Ktoś coś do mnie rzekł. Ktoś kto był blisko, a jednak daleko. Wtedy jak lawina spadły na mnie te wszystkie szepty. Mówiły do mnie słowami niewypowiedzianymi. Głowa bolała mnie do granic możliwości. Usiadłem więc na balustradzie, skuliłem się i zasłoniłem dłońmi swoje uszy. Chciałem by odeszli. Pragnąłem przechylić się w tył i spaść. Miałem dość. Wtedy poczułem coś pięknego. Delikatna, kobieca dłoń przeczesała moje włosy. Moje ciało przeszyła przyjemność, która wydawała mi się kiedyś znana. Wraz z nią zaczęły przypływać jakieś wspomnienia. Nostalgiczne. Boleśnie radosne. Poderwałem się na nogi i przejrzawszy na oczy, ujrzałem przed sobą nieskończone pola, świecące złocistymi kolorami jadalnych traw. Postawiłem pierwszy krok, a potem drugi. Nie minęła chwila, gdy biegłem. Dążyłem do niejasno zarysowanego celu, który miał być pozornym końcem. Potem się obudziłem. Nie pamiętam, czy dotarłem tam gdzie miałem. Wspominam jednak wciąż ten dotyk. Czy to mogła być ona? Tak mi jej brakuje. Wiem czym była, lecz ja do niej coś czułem. Daranie… Pomórz mi. Ja już nie chcę pamiętać. Ja już nie… – mówiła cienista postać, która w pewnym momencie wyłoniła się z cieni i zaczęła iść koło przepięknej kobiety.
- Co to? – przerwała, nie okazując żadnego zainteresowania.
- Słowa. Przypomniałem je sobie. – odpowiedziała istota z lekką radością.
- Kto je wypowiedział?
- Ktoś. Jeden z nich. Czy to byłeś ty? Nie. A może ty? Nie. To może ty? Nie. Chyba więc ten zgubił się. No nic zdarza się. – postać wypowiedziała to wszystko zmieniając co chwila głosy.
- Czemu znów mnie męczysz? – westchnęła.
- Jak to mawiał pewien ktoś: „Uważaj na siebie, ponieważ komuś możesz się nie spodobać.”.
- Zostaw mnie. – odparła groźnie.
Po jej słowach postać błyskawiczne rozpłynęła się w ciemności, tuż przed wejściem na schody prowadzące na parter.
- Poinformuj moich specjalnych gości o czasie i miejscu spotkania. – rozkazała popielatowłosemu słudze kłaniającemu się nisko.
Ten zaś od razu po jej słowach ruszył wykonać swoje zadanie. Kobieta wzięła głębszy wdech, przesunęła dłonią po ubranej przez siebie kreacji, a następnie zaczęła schodzić powoli i z gracją na niższe piętro. Zatrzymała się w połowie mając świadomość, iż wszyscy patrzą się na nią w skupieniu i przemówiła:
- Witam wszystkim na mym skromnym balu. Świętujemy dziś objęcie przeze mnie obowiązków głowy rodziny, a także odejście mojego chwalebnego poprzednika. Proszę więc, aby wszyscy się dobrze bawili tej nocy i nie żałowali sobie niczego.
Po tym skinęła na orkiestrę ustawioną pod oknami, aby zaczęła grać. Muzyka rozbrzmiała, oczarowując całą publiczność swym kunsztem. Mężczyźni zaczęli prosić do tańca damy, lub cofać się z innymi ku zastawionym stołom i ścianom, aby zrobić miejsce tańczącym. Gdzież on jest? Zapytała w myślach samą siebie. Następnie przeleciała wzrokiem po zgromadzonych i błyskawicznie wyłapała, wyróżniającą się z tłumu, swym ubiorem, postać. Podeszła do niej trochę zbyt pośpiesznie, ignorując kierowane w jej stronę słowa.
- Panie Hrabio. Być może nie wypada mi prosić, ale czy zatańczy pan? – zapytała delikatnie z lekkim, przepraszającym uśmiechem rysującym się na jej obliczu, wyciągając w jego stronę lekko bladą rękę.
- Oczywiście. – odpowiedział hrabia w kwiecie wieku, a następnie wyszedł za kobietą na sam środek pomieszczenia, skłonił się nisko i łapiąc ją w pasie, a także za dłoń, ruszył w takt wygrywanego utworu.
Dziewczyna obserwowała Hrabiego, zastanawiając się jaką jest osobą i czy zgodzi się na jej propozycję. Jednak jej przemyślenia przerwało wrażenie, iż jej partner pragnie jak najszybciej uciec z miejsca, w którym się znajduje.
- Wspaniale pan tańczy. – szepnęła ledwo słyszalnie pragnąc zatrzymać go przy sobie.
- Dziękuję. Miałem wymagającą nauczycielkę. – odpowiedział miło, lecz jednak trochę sztucznie, nadal obrzucając wzrokiem salę.
- Czy źle mi idzie? – zapytała słodkim głosem, zza którego wybrzmiewał smutek, chcąc zwrócić na siebie większą uwagę.
- Nie. Dlaczegóż to. – jej partner odrzekł zaszokowany, skupiając się na rozmówczyni i prostując ponownie plecy.
- Szuka pan ucieczki, a jest pan w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Czegoś się pan obawia? – zapytała z wyraźnym zmartwieniem, świętując w myślach swój mały sukces.
- Skądże. Najmocniej przepraszam jeśli sprawiłem, iż tak pani pomyślała. Po prostu nie czuję się dziś najlepiej i chciałbym uniknąć trosk życia codziennego. – tłumaczył się zbyt gorączkowo, jakby wymyślając wymówkę na poczekaniu.
Dziewczyna zaśmiała się lekko, obserwując jak jej partner nieudolnie stara się wytłumaczyć. Następnie skinęła na orkiestrę w wymowny sposób. Po jej geście, tępo zwolniło, a wraz z nim kroki wszystkich tańczących par. Młoda dama w sukni wyglądającej jakby zrobiona została z popiołów, zbliżyła się do przystojnego rozmówcy i położyła ręce na jego ramionach, po to by skrzyżować je za nimi. Mężczyzna podążył za nią chwytając obiema dłońmi tuż na pośladkami swej partnerki. Kobieta poczuła w tym momencie, zadziwiająco dziwne uczucie, które przyszyło jej brzuch i uśmiechnęła się nie wielce z myślą, iż dłonie Hrabiego znajdują się zdecydowanie za nisko jak na kogoś o jego statusie. Zauważając, że hrabia na powrót zanurza się w swe myśli, wyszeptała do jego ucha:
- W tę jedną chwilę jedyne czego nie chcemy to marnych trosk.
- Tańczmy ten taniec, co przyniósł nam los. – odpowiedział, wpatrując się w pustą przestrzeń.
Zna ten wiersz? Zdziwiła się, jednak to szybko przeszło, ponieważ przypomniała sobie co mówił jej Daran i ten skończony idiota, który pojawiał się co chwila, chyba tylko po to, aby ją denerwować.
- Więc zna pan ten wiersz? – powiedziała uśmiechając się szerzej, aby sprawić wrażenie zadowolenia z tego faktu.
- Znam większość, tak sądzę. – odparł skupiając się na oczach młodej dziewczyny, będącej w jego objęciach.
- Zabawne. Nie myślałam, że lubi pan poezję. – starała się podtrzymać temat.
- Ja też tak myślałem, lecz coś minie urzekło w twórczości mojego przyjaciela.
- Och? A cóż to takiego? – zapytała, mając nadzieję na dowiedzenie się czegoś więcej na temat swego poprzednika.
- Zapewne te jego dziwne wywody, które często zaczynał. – po tych słowach zamilkł.
- Chciała bym go poznać lepiej. Szkoda, że nie miałam okazji. – rzekła potwornie smutniejąc i przeklinając się w myślach, że nie poszło po jej myśli.
- Wyjątkowy był to osobnik, lecz najzwyklejszy zarazem. – westchnął z nieukrywaną tęsknotą.
Dziwnym zrządzeniem losu, po jego słowach zaległa chwilowa cisza, podczas której grajkowie dogadali się na temat następnego utworu. Gdy muzyka rozbrzmiała ponownie młoda dama rzekła:
- Przepraszam pana, lecz muszę się na chwilę oddalić. Dziękuję, za wspaniały taniec. Chciałabym to kiedyś jeszcze powtórzyć.
- Ja również. – odrzekł hrabia z lekkim ukłonem.
Przepięknie ubrana dziewczyna przeciskała się między gośćmi starając się dostać do pustego korytarza, gdzie będzie mogła złapać oddech. Udało jej się to po dłuższej chwili. Opierając się o ścianę i oddychając ciężko usłyszała obok siebie głośne kroki.
- Wyborna zabawa. Powinnaś organizować takich więcej. Bawię się świetnie. – powiedziała rozbawiona, cienista postać. – A, no i ten… Wszyscy już zmierzają do celu. Radziłbym się już zbierać.
- Cieszę się twoim szczęściem. – odrzekła, przeczesując włosy i ruszając do swego celu.
- Tylko pamiętaj by się efektownie spóźnić! – krzyknęła istota, stojąca w tyle i uśmiechająca się szeroko.
- Witam panowie. Przepraszam, że panów wezwałam, lecz mam pewną sprawę do przedyskutowania z panami. – rzekła młoda kobieta do siedzących w koło mężczyzn.
- Nic nie szkodzi. Spodziewaliśmy się, iż będzie szanowna pani czegoś od nas chciała. – odezwał się najstarszy ze wszystkich zebranych.
- Raduje mnie to niezmiernie. – odpowiedziała.
- Do rzeczy proszę. Niepokoję się o moją córeczkę. – rzekł pewien gruby jegomość swym lekko piskliwym głosikiem.
- Ja bym się o nią nie martwił. Jak na razie sobie radzi dobrze. – powiedział żartobliwie, młodzieniec przypominający głosem niedawno zmarłego szejka.
- Co powiedziałeś?! – zapiszczał grubasek.
- Panowie, panowie. Spokojnie proszę. Pani czegoś od nas pragnie. Słuchamy. – odezwał się inny z mężczyzn, wskazując na damę, aby mówiła.
- Pragnę założyć szkołę.
Gruby jegomość parsknął śmiechem, a reszta osób stała zaszokowana, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wzywa nas pani, aby oświadczyć, iż pragnie pani założyć szkołę? – zapytał z niedowierzeniem staruszek.
- Chcę uczyć jak posługiwać się tym co dawno zapomnieliśmy.
- Nie! – krzyknęła połowa z zgromadzonych.
- Moja droga. Proszę nas zrozumieć. Pamiętamy wydarzenia, sprzed pani narodzin i niestety nie możemy zgodzić się z pani zamiarami. – kontynuował starzec.
- A…
- Jeśli pani pozwoli, zakończymy już nasze spotkanie i wrócimy na bal. Nasi bliscy na pewno się o nas niepokoją. Proszę pozwolić sobie i nam przemyśleć to co się tu wydarzyło. – zakończył, wstając i z delikatnym kiwnięciem głową wychodząc wraz z innymi z pokoju.
Gdy kobieta została sama, a wszyscy mężczyźni znaleźli się na korytarzu, dało się jeszcze słyszeć piskliwy głosik grubaska, gratulujący starcowi szybkiego zakończenia tematu. Dama stała zaś samotnie, a kolory odpływały z jej twarzy świadcząc o ogromnej wściekłości. Naraz na jej ciele zaczynały pojawiać się czarno-popielate wzory, zajmujące każde możliwe miejsce.
- Moja pani. Gdzie mam wezwać Hrabiego? – zapytał podstarzały sługa, który właśnie pojawił się w wejściu.
- Do pokoju. – odpowiedziała, zaciskając zęby.
- Oczywiście. – rzekł skłaniając się i odchodząc nieśpiesznie.
Dziewczyna opanowała się trochę, a snujące się po jej ciele wzory zastygły. Po krótkiej chwili, ruszyła do drzwi, aby wyjść i udać się na miejsce kolejnego spotkania.
- Najmocniej panią przepraszam, lecz nie możemy znaleźć Hrabiego. Na pewno jednak się znajdzie. Proszę chwilę zaczekać. Może napije się pani czegoś? – mówił podstarzały sługa.
- Nie dziękuję Daranie. Zostaw mnie proszę samą. – rzekła zmęczona dama, siadając na kanapę w kolorze malachitu.
- Oczywiście moja pani. – odpowiedział kłaniając się lekko i wychodząc.
Samotna kobieta, starająca się odpędzić denerwujący ból głowy i ogarniającą ją bezsilność, miotała się w lekkim amoku na aksamitnie miękkim meblu. Krzyczała i jęczała płaczliwie, w aktach rozpaczy. Jej oddechy były płytkie i szybkie. Wydawała się robić wszystko to aż nazbyt przesadnie. Podczas tego wszystkiego czarne wzory pełzały po jej ciele jak jadowite żmije. Nie mogąc wytrzymać tego co opanowywało jej psychikę, poderwała się z kanapy i rycząc w niebogłosy, podeszła do ściany, w którą zaczęła uderzać rytmicznie czołem. Z jej ust co chwila wydobywały się żałosne dźwięki, wołające o przerwę, o chwilę spokoju, podczas której nie byłoby zmęczenia, ani tej okropnej świadomości prawdy. Czując narastającą bezsilności wobec swoich objawów, dziewczyna odwróciła się i oparła o czarną ścianę. Otworzyła załzawione oczy, objęte przez wirujące na jej skórze wzory, by naraz ujrzeć cienistą postać, wyciągającą dłoń w jej stronę. Niespodziewany akt, ze strony, dotąd biernej, istoty wywołał w niej radość, która przykryła na chwilę troski życia. Nie trwało to jednak długo, albowiem ręka postaci nim dotarła do jej policzka ulotniła się jak dym, podobnie jak reszta ciała. Młoda kobieta postąpiła więc krok do przodu, odpychając od siebie przerażające uczucie, prześladujące ją od tak dawna. Nie wiedząc kiedy, znalazła się na krawędzi balustrady, gdzie obmywał ją delikatny, nocny wiatr.
- Czemu ten czas tak dziwnie ucieka? – zapytała sama siebie, rozchylając ręce jak skrzydła do lotu i pochylając się w przód.
Ogromny tłum ogarnięty był nieprzeniknioną ciszą, której nikt nie śmiał się przerwać. Atmosfera miała charakter oczekiwania. Panował spokój, który wydawał się jednak, w pewien sposób, kryć delikatne zdenerwowanie. Pośród tego wszystkiego stała młoda dama, chwiejąca się delikatnie na boki i poruszająca ustami jakby nucąc jakąś dotykającą pieśń. Po chwili przyłączyli się do niej inni, a przestrzeń wypełnił nieopisany dźwięk, poruszający do najciemniejszych głębi. Nagle delikatne kołysanie, które zaczęło się rozchodzić od niewinnej dziewczyny, przerodziło się w powolny chód. W tym momencie, kobieta podniosła opuszczoną dotąd głowę i rozejrzała się wkoło, w poszukiwaniu znajomych twarzy. Gdy spoglądała po niespotykanie wyjątkowych obliczach zgromadzonych, miała wrażenie, jakby te istoty prosto z koszmarów, bardzo dobrze ją znały. Czując niewyjaśniony strach wpełzający do jej umysłu, chciała opuścić na powrót głowę, jednakowoż nim to się stało, dostrzegła kątem oka Hrabiego, stojącego przed wielkim ołtarzem.
- Hrabia? – wyszeptała zaszokowana, odwracając się i chcąc przedostać się w jego stronę.
Otaczające ją postacie, nie rozstąpiły się jednak, a zamiast tego przyśpieszyły, sprawiając niewiasta potknęła się o własne nogi i upadła. Błyskawicznie podniosła ręce nad twarz, aby zasłonić się przed przechodzącymi po niej osobami, lecz szybko zorientowała się, że nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego spostrzegła, iż znajduje się w dziwacznej, gęstej przestrzeni, w której słychać było wyciszone rozmowy, wybrzmiewające jak niezrozumiałe szepty i głośne kroki, stawiane przez setki tysięcy istot, stąpających po szklanej tafli znajdującej się nad dziewczyną. Mimo, iż w miejscu gdzie się znajdowała dało się oddychać, z wolna zaczynało jej brakować powietrza, a jej płuca wypełniały się niezidentyfikowanym płynem. To wszystko powodowało dziwną senność, występującą zaraz po rozbudzeniu się z głębokiego, zagadkowego snu. Obraz nieskończonej przestrzeni i przykrywającej jej tafli szkła, zaczął przemieniać się na zmianę w przepiękne gwieździste niebo i z powrotem. Kobieta czuła, że jej oczy mimo otwarcia, są zamknięte. Próbowała temu zaradzić mrugając, lecz to jej nie pomagało. Spadała dalej w nieprzejrzystą toń, jednocześnie wynurzając się na powierzchnię. Pod dłońmi czuła już delikatne źdźbła, krótkiej, jasnozielonej trawy, a na rozgrzanej do czerwoności twarzy, przyjemny chłód gwieździstej nocy. W dalszym ciągu, te uczucia wydawały się odległe. To zmieniło się jednakowoż w jednym momencie. Rzeczywistość uderzyła, z ogłuszającą mocą, gdy tuż obok rozległo się puste uderzenie.
- Auć… - jęknął młody mężczyzna, który właśnie poślizgnął się na mokrej trawie i upadł z łomotem na zimną ziemię.
Następnie przekręcił się na bok i stęknął głośno, łapiąc się za kręgosłup w miejscu lędźwi. Po tym zaśmiał się krótko i żałośnie, kończąc rozpaczliwie gardłowym jękiem. Opadł ponownie na wilgotną roślinność pod nim i spojrzał na niebo, lśniące niezliczoną ilością umierających gwiazd.
- Pani też z zabawy? – zapytał leżącą niedaleko kobietę, przecierając mocno swoją twarz, a po chwili dodał – Ha. Głupie pytanie. Inaczej by tu pani nie było. Przepraszam. Jestem trochę zmęczony.
Poprawiwszy się ponownie, w celu odnalezienia najwygodniejszej dla siebie pozycji, westchnął ze zmęczenia i zaczął mówić dalej.
- Przepiękne gwiazdy mamy tej nocy. W sumie jak każdej innej. Ostatnio spędziłem trochę czasu na pustyni. Tam jedynym zajęciem pozwalającym zasnąć jest liczenie tych dalekich światełek.
Nagle wyciągnął przed siebie dłoń zupełnie jakby chciał złapać w garść kawałek wszechświata i zachować go dla siebie. W tym momencie bystre, popielate oczy młodej damy spostrzegły malachitowy pierścień z licznymi błękitnymi oczkami, które lśniły się odbitym światłem księżyca. Jegomość błyskawicznie zauważył zainteresowanie kobiety i rzekł:
- Są tacy, którzy uważają, iż te klejnoty same wybierają sobie panów. Głupcy. Jeśliby tak było, to znaczyłoby tylko o tym, że są to istoty myślące, potrafiące podejmować decyzje. Pytanie więc dlaczego takie żyjątka miałyby wybierać sobie właściciela? Zapewne dla jakiś korzyści. Chciałyby nas wykorzystać w jakimś celu lub stworzyć z nami przyjemny związek, w którym obie strony mają profity. Niestety w tej zabawie jesteśmy tylko my, którym łatwiej jest zakłamywać rzeczywistość. Te przedmioty zaś na tym nie korzystają. Gorzej. Rozpadają się z czasem, nie wytrzymując ciągłego wykorzystywania. Tak więc głupotą jest nazywanie kamyków życiem i dawanie im świadomości. Choć gdzie zrodziły się te idiotyzmy. Otóż jak wiemy, te małe klatki, do których możemy wpakować nasze istnienia, mogą zostać zasiedlone przez pewne większe lub mniejsze żyjątka. Wtedy owszem, to coś w nich wybiera sobie pana, którego okłamuje i na którym żeruje, chcąc wydostać się ku wolności. Ku światu, który już dawno umarł.
Mężczyzna westchnął po raz kolejny i opuścił lekko zdrętwiałą dłoń.
- Głupoty. Mam już dość. Jestem zmęczony. Śpiący. Pamiętam, iż miałem jakiś cel... Lecz jaki on był? Któż go wie? – zaczął mówić bardziej do siebie, niż do kogoś innego – A pani…?
- Lacentia. Przypomina mi pan kogoś. – odparła w sposób, w jaki odzywają się dopiero co obudzone osoby.
- Tak? A wie pani, że mi pani też? Lacentia… Piękne imię. Brzmi zupełnie jak to należące do kobiety, która chciała mnie niegdyś zabić. Los jednak wszystkim nam płata figle i czasem umieramy od własnego ostrza. Są jednak chwile, gdy śmierć jest dla nas najlepszym wyjściem. Prawda? – rzekł nostalgicznie, po czym dodał jakby wyrwany z otępienia – Zatańczy pani.
Stwierdzając fakt, bardziej niż pytając, podniósł się z ziemi, otrzepując swe kremowo-czerwono-zielone szaty i wyciągając rękę w stronę, również wstającej młodej damy.
Tańce i zabawy wraz z akompaniamentem radosnych śmiechów, a także wstydliwych okrzyków zdawały się trwać bez końca. Wszyscy goście weselni byli jednak coraz bardziej osłabieni. Podjęto więc ostateczną decyzję i w niecałą godzinę zakończono całą zabawę jednym, smętnym tańcem, którego jedynym możliwym sposobem na zatańczenie było przytulanie się i wirowanie powoli wkoło. Pośród ostatnich chwil wielkiej zabawy nie było jednak pewnego mężczyzny z wyjątkowym pierścieniem i kobiety, którą mało kto kojarzył. Znajdowali się oni w jednym z pokoi gościnnych, do którego właśnie weszli. Zataczając się z pijaństwa i zmęczenia, śmiali się głośno, uciszając się co nawzajem co chwila. W końcu nie mogąc sobie poradzić ze swoją hałaśliwością, zatkali sobie usta, gorącym pocałunkiem, po którym wszystko zaczęło spływać na nich jak ulewny deszcz. Podniecenie rosło w nich w niewyobrażalnym tempie, powodując coraz większą ekstazę. W pośpiechu poczęli zdzierać z siebie ciuchy, nie zważając czy się drą czy nie. Równocześnie obdarowywali się przeróżnymi pieszczotami, podgrzewającymi atmosferę. W całym swoim gorączkowym poruszeniu zdecydowali się nie szukać odpowiedniego miejsca i rzucili się na najbliżej stojący mebel. Było to drewniane biurko, na którym leżało kilka kartek, mieszek, z którego wysypało się kilka złotych monet, świeca, pióro i wpół wypełniony kałamarz. Nie zważając na żadną z tych rzeczy strącili je gwałtownie, lecz nie zdołali usłyszeć ich uderzenia o podłogę. Stało się tak, ponieważ czas naraz zwolnił. Jedyną osobą, której nic się nie stało była popielatowłosa dziewczyna, starająca się zrozumieć co się właściwie stało. Niestety nim przez jej umysł przebiegły dwie myśli, rzeczywistość wokół niej zmieniła się drastycznie. Już nie znajdowała się w dość schludnym pokoju dla gości, w pewnym domostwie. Zamiast tego leżała w gęstej trawie, przez którą obserwowała otaczający ją chaos. Wszystko rozpadało się na kawałki drobne jak piasek. Osoby znajdujące się w tym miejscu, biegły przerażone, gdziekolwiek popadnie lub szarżowały na przesłoniętego cieniem maga, kroczącego wśród krwi, trupów i całej tej apokalipsy jako zbawiciel, który przybył na sąd ostateczny. Kara którą orzekał, była zaś zawsze ta sama. Unicestwienie. Wykonywał ją uśmiercając wpierw w brutalny sposób wszystkich dokoła, a następnie pożerając ich istnienia, wymazując ich z tej i każdej innej rzeczywistości. W tym przerażającym obrazku, kobiecie mignął słaby blask błękitnych kamieni z malachitowego pierścienia, znajdującego się na jednym z palców okrutnego osobnika. Nagle nastąpił wielki wybuch, który roztrzaskał każdy z filarów w drobny mak, sprawiając iż cały świat poza nimi znikł, pozostawiając po sobie jedynie nicość, która też za niedługo miała się skończyć.
- Moja pani. Błagam, aby zeszła pani z tej balustrady. Niedawno padało i jest ona śliska. Nie chcielibyśmy przecież, aby pani się coś stało. Szczególnie na kilka godzin przed zorganizowanym przez nas balem. – rzekł obojętnie podstarzały sługa.
Młoda dama, mająca wrażenie wyrwania z jakiegoś głębokiego transu, podczas którego widziała coś, czego nie mogła sobie teraz przypomnieć, zeszła powoli na podłogę i spojrzała na mówiącego do niej mężczyznę.
- Przyniosłem pani jej ulubiony napar. Teraz jeśli pani pozwoli, musze dopilnować jeszcze kilku rzeczy przed dzisiejszym wydarzeniem. Życzę udanego popołudnia. – powiedział jegomość wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
Popielatowłosa kobieta, usiadła w tym czasie na dobrze sobie znanej kanapie, złapała w dłonie gorącym kubek i popijając znajdujący się w nim płyn, próbowała się oswoić z otaczającą ją rzeczywistością, w której wydawało się czegoś brakować. Nie minęła jednak chwila, gdy zaczęła słyszeć coraz wyraźniejszy, uwielbiany przez nią, odgłos pióra muskającego kartkę papieru, wywoływany przez cienistą postać zapisującą coś w swojej czarnej księdze, leżącej na biurku, którego wierzch pokrywało półmatowe w świetle słońca szkło lapis luna.
Komentarze
Prześlij komentarz