Katatonia

    Krajobraz skąpanego w najczystszej bieli świata owładniętego wieczną śnieżycą, pośród którego nie ma miejsca dla jakiegokolwiek ciepła, zaburzała marna, wśród panującego chaosu, istota powłócząca nogami i wyczerpana do granic możliwości. Stawiała ona kolejny niewielki krok za krokiem, brnąc przez tak ciężki, mimo swej lekkości, puch. Nie mając siły patrzeć przed siebie, głowę trzymała opuszczoną nisko, wiedząc iż nie ważnym jest kierunek, w którym będzie się podążać w przypadku, gdy jedynym celem jest ucieczka. Majestat Szklistej Bramy zniknął już na dobre z jej pola widzenia. Wycieńczona, odnajdując czasami zagubioną świadomość, pytała się sama siebie w jaki sposób tak daleko zaszła, jeśli co chwila padała nie mając już poczucia swego ciała. Odpowiedź na to zapytanie nigdy nie padało, było tylko puste, płytkie westchnięcie, na które mógł sobie jeszcze pozwolić jej organizm. Nagle jedyna osoba, snująca się po tym zapomnianym przez Boga świecie, potknęła się i upadając bezwładnie w bielutki puch, stoczyła się w dół jakiegoś wgłębienia, na dnie którego lodowaty wiatr nie znajdował dla siebie miejsca. W zagłębieniu tym panował niespodziewany spokój, a zawierucha panująca wkoło powstrzymywana była przez jakiegoś rodzaju niewidzialną kopułę. Bezsilna i oblodzona postać nie potrafiła podnieść się choćby o milimetr, czując obejmujące ją szpony błogiego snu, nie starała się nawet walczyć. W jednej chwili, cała świadomość uleciała w nieprzebytą pustkę, z której tak trudno jest powrócić. Po chwili jednak poderwała się gwałtownie i zdejmując z głowy puchaty kaptur ukazała swe cudowne, kobiece oblicze, a także nieskazitelne bordowe włosy. Następnie zaśmiała się radośnie, po czym zaczęła rzucać się w otaczającą ją wodę w stanie stałym i bawić się jak dziecko krzycząc co chwila „Śnieg!”. Jej radości nie było końca, a spostrzeżenie mężczyzny w czerni, spotęgowało tylko to przepiękne uczucie.

- Śnieg! Widzisz? Śnieg! Jest taki wspaniały! Słyszałam o nim tylko, z opowiadań, a teraz go widzę i dotykam! Prawda, że to cudowne?! – krzyczała, zbliżając się w podskokach do stojącego niedaleko jegomościa.

     Ten nic nie odpowiedział, a jedynie spoglądał na mówiącą do niego osobę z nieskrywanym znudzeniem. Ta zaś stojąc już przy nim, przytuliła go mocno i cieszyła się chwilą. Jednakowoż w jednym momencie jej całe ciało zesztywniało, a na oblicze wkradł się szyderczy uśmieszek. Wszystkie jej kości poczęły strzykać, gdy zaczęła się nienaturalnie sztywno poruszać, zbliżając delikatne dłonie do szyi mężczyzny. W czasie, gdy zmarznięte palce zaczynały się zaciskać w celu uniemożliwienia dopływu powietrza do płuc ofiary, stało się coś dziwnego. Dziewczyna zastygła na powrót, a gdy znów się poruszyła, postąpiła trzy kroki w tył, wpatrując się w swoje dłonie z ogromnym zaszokowaniem.

- Myślałam, że cię zgubiłam. – powiedziała, przenosząc wzrok na mężczyznę.
- Musimy iść. – odpowiedział srogo i ruszył przed siebie, narzucając dość szybkie tempo.

     Kobieta ruszyła za nim bez namysłu i wkraczając ponownie w śnieżycę nasunęła na głowę swój kaptur.






     Kolejne wyjątkowe miejsce pośród wielkiego zamieszania. Przystań dla wyczerpanych, którym udało się wspiąć pod następne z kolei wzniesienie. Na tym skrawku opanowanej przez biel rzeczywistości znalazła się powłócząca nogami istota, która szła, wydobywając z siebie ostatki sił. Jak co chwila i tym razem zatrzymała się znużona i zwróciła się w stronę, z której przyszła, aby spróbować dostrzec dystans przez nią przebyty. Od dłuższego jednak czasu było to niemożliwe, albowiem za nią rysował się ogarnięty nieskazitelnym kolorem krajobraz zabójczej zawieruchy. Śnieg! Rozległ się krzyk na skraju wpół uśpionego umysłu. Dziewczyna zaczęła tracić władzę w nogach i osuwać się bezwładnie, jednakowoż w połowie drogi na lodowaty puch, podskoczyła pełna energii, a następnie rzuciła się w śnieg, by tarzać się w nim dla zabawy. Następnie wstała i radując się jak niespełna rozumu dzieciak, który pierwszy raz w życiu zobaczył wodę pod tą postacią, rzuciła się z rozbiegu w stojącego niedaleko mężczyznę w czerni. Obaliła go i z okrzykiem radości zapytała:

- Pobawimy się?! Proszę! To śnieg! Widzisz? Pobawmy się! Jesteśmy razem! Pobawmy się!

     Zabij… Cichy szept rozległ się w świadomości uradowanej damy, która zastygła nagle w dość nienaturalnej pozycji. Po dłuższej chwili wygięty kręgosłup, który zaczął się prostować, począł przeraźliwie strzykać podobnie do reszty kości. Z ust wykrzywionych w szyderczy uśmiech szaleństwa wydobyły się ciche jęki rozkoszy i westchnięcia przyjemności. Zesztywniała ręka złapała niewielką ilość śniegu, która w mig zamieniła się w cienki, lecz ostry jak brzytwa sopel lodu. Następnie całe ciało istoty wygięło się przesadnie w potężnym zamachu i na powrót uległo długiej, milczącej stagnacji. Gdy zaś się poruszyło z przemarzniętych dłoni wysunął się topniejący sopel, upadając gdzieś niedaleko, a z przekrwawionych oczu polały się niewielkie łzy. Z pomiędzy bladych warg, wydarł się zaś cichy jęk rozpaczy. Ciężkie oddechy, zdawały się niebezpiecznie skracać, gdy zrozpaczona dziewczyna zwiesiła się, w ogarniającej ją bezsilności, nad mężczyzną, na którym siedziała. Nagle na jego oblicze zaczęły spadać, niewielkie kryształki lodu, utworzone z łez zamarzających w locie. On jednak na to nie reagował. Czekał tylko obojętnie, na zakończenie tej sytuacji i kontynuowanie podróży.  W umyśle kobiety krążyły zaś niezliczone myśli, na których nie mogła się skupić, a także odzywały się dwa głosy, z których jeden krzyczał bez przerwy z nieskrywaną radością słowo „Śnieg!”, a drugi szeptał nieprzerwanie, z okropną nienawiścią „Zabij…”. Nie mogąc już tego wytrzymać, dama będąca na skraju załamania psychicznego wezbrała lodowate powietrze w swoje zmarniałe płuca i najgłośniej jak mogła wrzasnęła, uwalniając zgromadzony w sobie ból. Gdy skończyła, zorientowała się, że na jej wezwanie odpowiedziały otaczające ją góry i roznosząc echo jej głosu, zrzuciły z siebie zastały śnieg, tworząc śmiercionośną, pędzącą bez opamiętania falę bieli. Dziewczyna słysząc docierający do niej rumor, chciała opaść, poddając się już ostatecznie. Jednak naraz poczuła silne pchnięcie w klatkę piersiową i uświadomiła sobie, iż patrzy na świat jak przez grubą taflę szkła. Nie panowała nad swoim ciałem, ani umysłem. Obserwowała tylko jak biegnie co sił w nogach, na skraj klifu i skacze bez zastanowienia, a następnie łapie się w ostatniej chwili jakiejś wystającej, oszronionej skały i przytula się do niej, unikając uderzenia przez spadający z góry śnieg. W tym momencie gdzieś na granicy umysłu zaczęły pojawiać się marne słowa zachwytu, mówiące „Ach, jakiż wspaniały wodospad…”. Czas mijał, a świadomość kobiety usypiała z coraz większą siłą.  Nie wiedząc nawet kiedy zanurzyła się w najgłębsze czeluści nieprzebytej pustki, z której miała znów powrócić. Zaś jej ciało, pozbawione kontroli, zesztywniało i osunęło się w nieprzejrzystą, śnieżną wichurę, ogarniającą wszystko coraz bardziej i bardziej…






     Młoda dziewczyna przedzierająca się przez nieprzyjazny świat ogarnięty wieczną zimą wywracała się co chwila, z braku sił. Mimo to za każdym razem wstawała i brnęła dalej, ku pewnemu mglistemu celowi. Właśnie udało jej się wspiąć pod kolejne wzniesienie, gdy niespodziewanie potknęła się o coś i upadła boleśnie uderzając głową o lodowatą stal. Rozbudzona tym tak odmiennym zdarzeniem, nabrała trochę więcej sił i podniosła się dość szybko. Zaskoczona spostrzegła że stoi na torach. To co właśnie zobaczyła było tak irracjonalne, iż nawet nie starała  się temu zaprzeczyć. Stanęła tylko obok i zaczęła czekać. Sterczała tak kilka godzin nie zamierzając się poddawać. Wiedziała, że to co robi jest naiwne, ale wiedząc, iż nie ma nic do stracenia, kontynuowała tą głupotę.






     Ponury, mroźny świat owładnięty wieczną wichurą spowiła spokojna, gwieździsta noc, sprowadzająca szalejący wiatr do niewielkich zimnych podmuchów. Pośród tego wspaniałego, martwego krajobrazu siedziała młoda dziewczyna z zamkniętymi oczami, kołysząca się delikatnie w przód i w tył. W jej owładniętym pustką umyśle rozlegały się zaś niosące się echem dźwięki skapującej wody. Kap, kap. Kap, kap. Nieprzerwane uderzenia cieczy o ciecz. Kap i kap. Odgłosy odliczające płynący czas. Kap, kap. Wspaniały śnieg. Odezwało się radosne westchnienie. Wtem znów. Kap, kap. Głupoty grzech. Rzekł sfrustrowany głos. Kap, kap. Spadły znów dwie krople. Żyjący zbieg. Kap, kap.  Ciągły bezdech. Kap, kap. Gdzie on, tam ja. Kap, kap. Nie żyje, ja tak. Kap, kap. Nie! Kap, kap. Tak! Kap, kap. Nagle zastana w transie kobieta uniosła błyskawicznie powieki, ukazując swe przepiękne, lecz wyblakłe oczy, uciszając tym samym wszystkie dźwięki obecne w jej świadomości. W jednej chwili przestała się kołysać i podniosła się z zadziwiającą lekkością. Następnie spojrzała w prawą i lewą stronę, po czym podniosła wzrok na gwieździste niebo. Wpatrując się w nie nawet nie spostrzegła kiedy przed nią zaczęły przemykać kolorowe wagony nieskończenie długiego pociągu. Gdy opuściła wzrok, zobaczyła zatrzymujący się powoli wagon, który stanąwszy w miejscu, otworzył się gościnnie wypuszczając ciepło, które momentalnie zawładnęło ciałem dziewczyny i zaciągnęło ją do wygodnego wnętrza.






     Stojący za ladą niski, rudobrody mężczyzna czyścił zabrudzone kufle i rzucał rozkazami do podbiegających do niego co chwila niziołków, którzy mimo zmęczenia pracowali z niepohamowaną radością. Z kuchni co jakiś czas rozlegał się hipnotyzujący dźwięk dzwonka i zachrypnięty kobiecy głos, oświadczający gotowość kolejnego dania. Do tego czasami słychać było docierające stamtąd odgłosy drewnianych przedmiotów uderzających o żelazne garnki. Między tymi dosyć rzadkimi zdarzeniami pomieszczenie wypełnione było cichymi rozmowami, różnymi pomrukami, a także mlaskaniem i ciamkaniem towarzyszącym pałaszowaniu zamówionej strawy ze smakiem.

- Przepraszam. Czy pani już coś zamówiła? – zapytał fioletowo-włosy niziołek, który pojawił się jakby znikąd.
- Nie… Ja… - zaczęła odpowiadać osłabiona dziewczyna, gdy nagle rozległo się donośne pukanie, po którym do wnętrza domostwa wkroczyła spora grupa rosłych, wysokich mężczyzn.


     Za nimi próg przekroczyli nieco mniejsi osobnicy, za którymi znajdowali się ci średniego wzrostu.

- Zapraszam, zapraszam. Zimno dzisiaj co? Siadajcie panowie. Zaraz podam grzańca, a młodzi odbiorą zamówienia. – rzekł z zachętą gospodarz, mobilizując się nagle.
- To… Co pani zamawia? Jeśli nie jest pani pewna, to mogę dziś polecić mięso niedźwiedzia lodowego w sosie z grzybowym, z dodatkiem czerwonego wina wytrawnego wprost z naszego strychu. – odezwał się ponownie stojący przy kobiecie niski osobnik.


     Ta zaś nie wiedząc co odpowiedzieć, sprawdziła ponownie swoje kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek pieniędzy, lecz niestety nic nie znalazła. Myśląc nad tym w jaki sposób odesłać młodzieńca, by dać sobie więcej czasu na rozmyślania, nie spostrzegła jak ktoś przysiadł się do niej. Zauważyła ten fakt dopiero, gdy ów osobnik się odezwał.

- Brzmi smacznie. Poprosimy razy dwa. Strasznie wyczerpująca ta pogoda. Na szczęście na chwile wszystko zelżyło, tak że zdołaliśmy tutaj dotrzeć. Ech… No nic. Do tego poprosiłbym solidnie podgrzane wino, ponieważ za niedługo musimy ruszać. – rzekł bardzo miłym i entuzjastycznym tonem nieznajomy.
- Już się robi! – odkrzyknął niziołek i ruszył biegiem do swych obowiązków.
- Nosimy maski. Nie ma od tego ucieczki. Czy nie powinniśmy więc częściej ubierać tej polubownej? – skierował swoje słowa do siedzącej obok dziewczyny.
- Myślałam, że cię zgubiłam. – odrzekła na to cała zalana we łzach, rzucając się na niego.
- Ja też tak myślałem. Na szczęście mnie znalazłaś. – odpowiedział spokojnie, głaszcząc ją swymi lodowatymi rękami po głowie.
- Nie mam pieniędzy. – powiedziała cicho, wciskając swą twarz mocno w ubranie towarzysza.
- Pieniądze… Stworzone ze zwykłych metali, lecz niemożliwe do podrobienia. Wiesz czemu? Ten mały klejnot w środku. Zawiera esencję magiczną pewnego małego jegomościa. Jedyną taką na świecie. To ona decyduje o prawdziwości pieniądza i jego wartości. Na szczęście lub nieszczęście tu nie płaci się pieniędzmi. Choć cena nie wydaje się tak wysoka, jeśli spojrzeć na to co się za nią otrzymuje.







     Ciepłe wnętrze karczmy wypełnione było głośnymi rozmowami, gromkimi śmiechami, przeraźliwie różnorodnymi beknięciami i niezbyt częstymi uderzeniami dłoni o drewniane stoły, służącymi do podkreślenia mocy wypowiedzi.

- Zaśpiewajmy coś! – wrzasnął entuzjastycznie ktoś, kto ewidentnie wypił za dużo, po czym zaczął nucić jakąś nieskładną melodię.

Chwilę później przyjaciele nieznajomego przyłączyli się do niego i pomieszczenie wypełniło się głębokim, męskim, gardłowym buczeniem. Nie trzeba było czekać długo na to, aż wszyscy inni zaczęli się dołączać tworząc innego rodzaju dźwięki, czy to za pomocą ust, dłoni, instrumentów, czy zwykłych rzeczy codziennego użytku takich jak na przykład kufle lub noże. Gdy melodia została nakreślona, tempo dobrane, a tonacja dopasowana ktoś zaczął śpiewać nostalgicznym głosem.

„Spośród bieli.
Śniegów stu.
My jesteśmy teraz tu.
Wstanie brzask.
Odejdzie świat.
Lecz puki co przyłącz się.
Złap kufel i chodź!”

Po tym niedługim solowym występie do samotnego śpiewaka dołączyli się wszyscy inni i z niewypowiedzianym natchnieniem wypełniali przestrzeń swoimi poruszającymi do głębi głosami.

„Hej i ty! Chodź i pij.
Hej i ty! Chodź i pij.
Zimno długie szpony ma.
Jego kły i krzyki zna.
Każdy kto tu dotrzeć miał.
Chodź i pij.
Choć jest mróz.
Hej fałszywe ciepło tu.
Wrzask wichury.
Krwawy tron.
Nie dał rady Dziki Gon.
Nie dał rady Ognia Pan.
Stopić serca jedynej z dam.
Więc chodź i pij!
Chodź i pij!
Póki dychasz!
Pókiś żyw!
Chodź i pij.
Choć jest mróz.
Hej fałszywe ciepło tu.
Mnie już zabrał lodu dół.
Dla mnie nie ma innych dni.
Dla mnie wszystko.
Nie ma nic.
Chodź i pij!
Mówię ci.
Chodź i pij.
Pókiś żyw…”

     Niespodziewanie wszyscy umilkli, pozostawiając wielką nostalgię w powietrzu, tak aby mogła sączyć się do umysłu każdego zgromadzonego.

- Kiedy on wróci? Obiecał, że skończy tę piosenkę… – zapytał przerywając ciszę beżowo włosy niziołek, który właśnie przyniósł kolejny kufel zamawianego przez kogoś napoju.
- Kiedyś wróci… Kiedyś… - wyszeptał w odpowiedzi rosły osobnik, po czym razem ze wszystkimi usiadł ciężko na ławie i wziął niezwykle długi łyk mocnego trunku z naczynia przed sobą.






     - Dlaczego słuchasz wspomnień dawnych dni? Zamknij oczy. Śpij. To już ciebie nie dotyczy. Jesteś tylko marnym kryształkiem. Pozostałością po niej. Pamiętasz co mu zrobiłaś. Co im zrobiłaś. On do nich nie wróci. Dlaczego więc słuchasz? Spoglądasz z nienawiścią. Prawdy i kłamstwa. Odzwierciedlenie duszy. Jak gdybym był kiedyś poetą. To twoja bajka na dobranoc. Leciwe dźwięki moich słów. Zamknij oczy. Uśnij znów. – szeptał mężczyzna siedzący na krześle niedaleko łóżka.

     Leżąca na niewielkim, poniszczonym łóżku z brunatnego drewna kobieta spoglądała zaś na niego swoim nienawistnym wzrokiem, nie poruszając żadną, nawet najmniejszą częścią swego ciała. Zesztywniałe palce pragnęłyby zacisnąć się na szyi mówcy, jednak zmrożone jak lód i niemożliwe były do dźwignięcia.

- Śpij… - szepnął osobnik na krześle jeszcze raz.

     Dziewczyna nie podejmowała jednak nadal żadnego działania. Leżała zesztywniała i wpatrywała się swoim, w połowie pustym, okrutnym wzrokiem w szepczącą do niej postać.  Trwała w tym tak długo, iż nie dało się rozróżnić, czy ta dama żyje, czy może już odeszła pozostawiając po sobie skostniałe ciało skute wiecznym lodem. Mężczyzna znajdujący się obok niej jednak ustawicznie powtarzał jedno słowo: „Śpij…”.






     W podziemnym pomieszczeniu, którego kamienne ściany skute były niemal przeźroczystymi taflami lodu, pośród ogromnej ilości łóżek, na których przeróżni nieznajomi zagłębieni byli w swój niekończący się sen, stała kobieta o cudownie bordowych włosach, które gdy zwisały niezwiązane sięgały aż po kostki. Oddychała ona ciężko, lecz powoli, obserwując zimne i zesztywniałe postacie zastygłe na swych posłaniach jak umarli ułożeni w trumnach i czekający na pochówek. Mając zamknięte oczy czekała, nasłuchując dźwięków z zewnątrz. Wszystko to, bowiem nie mogła się ruszyć nie rozproszywszy ciszy ogarniającej noc. Wyczekiwała więc kolejnego mocnego podmuchu mroźnego wiatru, który byłby dla niej zbawienny w tej beznadziejnej chwili. Nagle zaczął odzywać się cichy świst, który momentalnie zaczął przybierać na sile. Nie czekając na nic dziewczyna zaczęła wykonywać delikatne, niewielkie kroki, które wraz ze wzrostem hałasu, zaczynały stawać się coraz cięższe i pewniejsze. Po chwili wszystkie dźwięki błyskawicznie umilkły, a strwożona tym kobieta zatrzymała się natychmiastowo. Spoglądając bez przerwy na drzwi prowadzące na schody, irytowała się coraz bardziej, mając świadomość brakującej odległości, którą należy pokonać przy kolejnym podmuchu. Strwożywszy się nagle, pomyślawszy o tym, iż ten podmuch mógł kogoś obudzić stojąca samotnie dama obrzuciła swym zamglonym wzrokiem przepastną salę, nie dostrzegając niczego nadzwyczajnego. Następnie skupiła się na uspokojeniu swego oddechu, w oczekiwaniu na kolejny podmuch, który mógł nadejść szybko lub wcale.






     Dziwnego rodzaju zastój i chłód panował w sali, w która niedawno pełna była rozmów, śmiechów, zapachów i ciepła wielu ciał. Nie przejmująca się tym jednak dziewczyna przyśpieszyła kroku mając nadzieję, iż nikogo nie ma w pobliżu. W kilku szybkich krokach pokonała odległość dzielącą ją od drzwi wyjściowych i z dziwnym przeczuciem, że stoi za nią tłum osób wypadła spanikowana na zewnątrz wprost w spokojny, niedotknięty żadną wichurą, rozległy krajobraz świata pokrytego śnieżnym puchem. Niespodziewanie ogarnęła ją jakaś dawno zapomniana magia chwili, która sprawiała, iż świat był nieopisanie piękny, czas nagle zwalniał, a rzeczywistość ograniczała się tylko do jednego momentu i zawartej w nim osoby. Oczarowana tym wszystkim bordowo włosa dama wyciągnęła zziębniętą dłoń, aby złapać w nią spadające zwolna płatki śniegu, które tańczyły w rzadkim powietrzu swój krótki i wymyślny taniec.

- Ruszajmy. – rzekł męski, obojętny głos, gdy ktoś założył na ramiona dziewczyny grube, lekko ciepłe futro.
- Tak… - odpowiedziała, bezmyślnie począwszy stawiać kolejne kroki wyprowadzające ją z tego czarującego miejsca.







    - Trzymaj się i weź tu trochę podgrzej, bo strasznie tu zimno. – rzucił serdecznie jeden z wychodzących.
- Powiedział ten, który idzie w to zimno. Dobijasz mnie. – odpowiedział zamykający drzwi mężczyzna.


    Gdy w niedużym domostwie na powrót zagościł spokój samotnie stojący jegomość rozciągnął się jęcząc przeciągle, po czym zbliżył się do okna.

- Choć widzę ten widok codziennie i tak nie mogę przyswoić jego piękna i się nim znudzić. Ech… Dzięki tato za posadę. Lepiej zrobię sobie coś do picia i zapalę w piecu. Hmm… Drewno się kończy… Napiszę do Lovelasa. Najpierw jednak piciu! – mówił do siebie chuchając na szybę i czyszcząc zaległy na niej brud rękawem swojego pomarańczowego swetra, a następnie podszedł do kominka, na którym stało naczynie z gotującą się już wodą.

     Gdy je złapał i zalał wrzątkiem wsypane do dużego, beżowego kubka zioła, westchnął i rzekł do siebie wesoło, lecz z wyraźnym wyrzutem:

- Zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła co robię z jej prezentem… Na szczęście nie żyje! Ha! Czarny humor. Nie no. Siedzi tam na dole i nie raczy napisać… Gówniara.

     Po tych słowach skierował się w stronę biurka i siadając przy nim złapał za w miarę czystą kartkę i zaczął pisać, dyktując sobie zdania.

- Witaj kochanie. Co tam u ciebie? Wspominałem, że jesteś piękny i mi cię brakuje. Co by tam jeszcze? Hmm… Dzięki za ciastka, ale czy mógłbyś przysłać mi więcej drewienka, bo mi zimno się tu robi? Kocham Cię mój Lovelasku. Papa. Powinno być dobrze. Teraz tylko to podpisać i wsadzić w odpowiednią dziurkę. Heh... Dziurkę… Gówniara…

     Następnie wstał i podszedł do jednej ze ścian pełnej dziur, nad którymi wisiały niewielkie tabliczki z literami i numerami. Po drodze wsadził swoją wiadomość do przeźroczystej kuli i stojąc już przed wyborem odpowiedniego adresata przerzucał ją z ręki do ręki.

- Lovi, Lovi. Jak to ty szedłeś? Sześć i dziewięć. L i a. – mrucząc to sobie pod nosem umieścił trzymany w dłoniach przedmiot w otworze podpisanym Lia, a następnie pchnął go z impetem.

    Zadowolony obrócił się błyskawicznie na pięcie i skierował się w stronę tracącego na sile ognia szalejącego w kominku.

- Szlag by to! – zakrzyknął zdenerwowany, orientując się, iż znów pomylił sobie adresatów.

     Uspokoił się jednak szybko wiedząc, iż osoba do której jego wiadomość dotrze nie zobaczy go przez na tyle długi czas, iż zdąży o sprawie zapomnieć. Tak przynajmniej mu się wydawało. Machnął więc tylko ramionami i już miał zrobić co zamierzał, ale nagle usłyszał gwałtowne pukanie do drzwi.

- Tak szybko? Mówiłem, że zmrozi im dupy. – zdziwił się i skierował swoje kroki w stronę wyjścia.

     Otworzył je szeroko z głupkowatym uśmiechem na twarzy, z zamiarem wykrzyczenia ile to mu kto nie wisi, ale ku swojemu zdziwieniu nie ujrzał nikogo.

- Aż tak ze mną źle? – zapytał się, drapiąc swój zarośnięty podbródek.

     Nie zamknął jednak drzwi, a zamiast tego złapał za wiszący przy wejściu płaszcz, a następnie zakładając go wkroczył w owładniętą zimnem i bielą krainę.

- Cholera by to… Nienawidzę tego uczucia. Jakby mnie ktoś wrzucił do rzeki i zaczął prać. Brr... – mruknął do siebie oddalając się coraz bardziej od ciepłego wnętrza swojej chaty.

     Wzdrygając się już z zimna i blednąc nienaturalnie miał ochotę wrócić, lecz słysząc ciche nawoływanie na granicy swego umysłu, szedł ciągle w kierunku, z którego wydawało mu się, iż ono dochodzi. Kroczył powoli, wiedząc co ten nieprzyjazny świat może zrobić z kimś, kto stracił czujność. Tym bardziej, że z jego talentem utrata rozumu była zbyt prosta.

- Fak…! – zakrzyknął wściekle potknąwszy się o coś, a gdy jego twarz znalazła się w lodowatym śniegu dodał spokojniej – …tycznie.

     Po tym odwrócił się na plecy i począł śmiać się nerwowo.

- Chyba zaczynam widzieć… Muszę wracać. Wiedziałem, żeby tu nie wychodzić. Prawda ta…? Nie! Nie, nie, nie! Wracać! Wracaj! – zaczął krzyczeć spanikowany, rozglądając się dookoła jakby był ścigany.

    Następnie podniósł się na tyle szybko na ile mógł i chciał ruszyć biegiem z powrotem do bezpiecznej chaty, lecz potknął się ponownie, rozbijając sobie tym razem nos o fragment lodowej skały, wystającej spod puchowego śniegu.

- Co jest?! – warknął, dławiąc się krwią spływającą do jego krtani.

     Wytarłszy łzy, które pojawiły się na jego rzęsach, spojrzał w miejsce, gdzie powinno znajdować się to co było przyczyną jego upadku. Dostrzegł tam coś dużego i brązowego. Zaciekawił się wielce i zapominając o wszystkim, zbliżył się zaciekawiony do tego czegoś. Praktycznie od razu, gdy się przy tym znalazł dotknął tego, aby poczuć dobrze znaną sobie fakturę.

- Co tu robi niedźwiedź? Może już mi odbiło?- zapytał sam siebie, przytulając się do, jak uważał, zamarzniętego niedźwiedzia i wąchając go dodał – Czyżby dziś było mięsko na obiadek? Mniam…

     W momencie zaczął się nadmiernie ślinić, a w jego brzuchu zaburczało doniośle.

- Tylko go zaciągnąć do domu. A może to ona? – powiedział zamyślając się niespodziewanie.

     Ten stan nie trwał jednak długo, albowiem nie wiedzieć czemu mężczyzna zaczął wymachiwać rękami jakby otaczało go stado szarańczy i wykrzykiwać przeróżne przekleństwa w stronę niedaleko znajdującego się wzniesienia.

- Żeby was pochłonęło! Nie oddam! To mój niedźwiedź! Możecie się wypchać! Oby was piorun strzelił! Spadać! Moje!

     Krzycząc tak bez opamiętania, złapał za brązową sierść i zaczął wracać do ocieplonej chaty. Nie zdziwiła go w ogóle lekkość z jaką przyszło mu nieść swoje znalezisko. Zamiast tego ucieszył się tylko i w kilku susach pokonał dzielącą go od drzwi wejściowych odległość. W chwili, gdy znalazł się przy nich z impetem otworzył je i wpadł do bijącego ciepłem wnętrza. Następnie rzucił swą zdobycz pod przeciwległą ścianę i zatrzasnął z hukiem drzwi. Potem oparł się o nie i zaczął śmiać się radośnie, iż udało mu się powrócić.

- Aha! Następnym razem powinienem wziąć narty! – zakrzyknął wesoło i podszedł do okna.

    Znalazłszy się przy nim, pochuchał oszronioną szybę i przetarł ją jednym z rękawów. Następnie spojrzał przez przeźroczysty kawałek szkła i z lekkim zdziwieniem, lecz nad wyraz spokojnie zareagował na to co ujrzał.

- O... – wyrwało mu się z ust – Czyżbym nie wrócił?

     Zadawszy sobie to pytanie, odwrócił się szybko i machnął dłonią, rozwiewając pojawiające się we wnętrzu jego domu zjawy. Po tym ruszył szybko w stronę drzwi wyjściowych, które otworzył od razu, gdy się przy nich znalazł i wyszedł na zewnątrz. Stojąc na ganku, rozglądnął się wkoło, podziwiając rozległy krajobraz nieba, na którym stała jego chata.

- Przynajmniej mam miły widok, prawda tato? – zapytał zgarbioną, niewyraźną postać stojącą pół metra od niego.

     Po chwili ciszy, jakiej pozwolił trwać, mężczyzna wykonał brutalne kopnięcie, którym strącił istotę stojącą naprzeciwko. Następnie splunął za nią i wrócił z powrotem do pomieszczenia.

- No! Pozamiatane. Pora spać… - rzekł coraz bardziej zmęczony i nagle upadł na podłogę zmorzony ciężkim snem.






     - Ech… - w oziębionym pomieszczeniu rozległo się głębokie westchnięcie pełne zmartwienia.

     Następnie rozległy się głośne kroki. Gdy zaś ucichły rozległo się głośne trzaśnięcie zamykanych drzwi. Ten odgłos wyrwał mężczyznę zaległego na podłodze. Gwałtownie obudzony, wzdrygnął się i zaczął przecierać oczy przy akompaniamencie nieznośnego mlaskania. Widząc już mniej więcej na oczy, zaspany osobnik podniósł się i zbliżył się do stojącego niedaleko stołu. Następnie złapał za szklaną, oszronioną butelkę i przyłożył ją do ust, chcąc uchylić z niej choć łyk wody. Gdy z przykrością zorientował się, iż nic z niej nie wypływa, a do tego jest zimna jak lód, popatrzył do jej wnętrza, by zaraz odłożyć ją na swoje miejsce.

- Cholera… Jak tu zimno… - jęknął, pocierając dłońmi swoje ramiona.
- Cześć. J… - zaczął stojący przy drzwiach przybysz.
- Daruj sobie grubasie. Mam to gdzieś. Lepiej gadaj po co przylazłeś? Za dobrze ci było tam na dole? –
 przerwał wypowiedź rozmówcy, nie zaprzestając poszukiwań niezamrożonego napoju.
- Uwierz mi, że mam lepsze rzeczy do roboty, niż przyłażenie tu do ciebie i ratowanie cię przed kolejną hipotermią… - żachnął się mężczyzna, po czym podszedł do kominka, aby w nim napalić.
- Pisałem. Tyle że wysłałem do kogoś innego. Kiedyś dojdzie. A co tam u wysokiej? Słyszałem, że w końcu celujesz w jej „wysokie progi”. Heh… I gdzie ten słodziak, co? Nie mów, że znowu kazałeś mu tachać te głupie narzędzia przez pół miasta… - mówił, kładąc głowę na zimnym stole, by choć trochę ją schłodzić i załagodzić jej ból.
- Stoją obok ciebie… – odparł rozmówca, grzebiąc pogrzebaczem w zajmującym się ogniem drewnie.
- Ach… No tak. Nie zauważyłem… - westchnął zaspany, a następnie odezwał się do sięgającej sufitu kobiety – Hej! Jaka pogoda tam na górze?!
- Ech… - westchnął jegomość spoglądający w ciepłe płomienie.
- Uwielbiam to, że mnie nie rozumie. – odparł zadowolony, po czym skoncentrował się na
  niewielkim, szarym i prawie nagim stworzeniu stojącym tuż obok niego – Malutki! Jak się cieszę, że cię widzę! Nie męczą cię tam za bardzo? Pewnie cię tam głodzą… Chcesz ciasteczko? Upiekłem specjalnie dla ciebie.

     Mówiąc to wziął na ręce niskiego osobnika, który uśmiechał się radośnie. Następnie posadził go na stole w miejscu, które było w miarę czyste i podszedł do stojących za nim szafek. Z jednej z nich wyciągnął duży słoik z wypiekami, po czym otworzył go i położył obok swego ulubieńca.

- No masz malutki. Jedz. – odezwał się radośnie.
- Twoja była prosiła mnie bym tu przyszedł. Sprawdził, czy żyjesz. Martwi się o ciebie wiesz? Ugotowała dla ciebie zupę, wiedząc jak się odżywiasz i się tu pofatygowała… No a ciebie tu znów nie było.
  – rzekł smętnie mężczyzna przy kominku.
- Zupa? O to ci chodzi? – wskazał na stojący niedaleko garnek – Lubię jej zupę. Będzie co jeść. Tak… Czyli ten tępak jeszcze sobie nie przypomniał? Wspaniale. Tak mi się bardziej podoba. Przynajmniej może wyjść na ludzi.
- Czemu jesteś dla niej taki wredny co? – zapytał zbliżający się do okna niski osobnik.
- A czemu ta twoja olbrzymka zawsze tak stoi jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić? – odparł kąśliwie.
- Ty jej to zrobiłeś. – odrzekł wpatrując się w krajobraz za oszronioną szybą.
- Serio? Jestem aż taki onieśmielający? – mówiąc to przeczesał włosy, a następnie skierował swoje słowa do znajdującej się niedaleko kobiety – Usiądziesz? Nie obrażę się. Sufit też nie…
- Nie zmieniaj tematu. Czemu taki jesteś? Mógłbyś być dla niej milszy.
- Powiedz mi czemu miałbym być dla niej lepszy, niż jestem teraz? Po co niby mam się starać być miły? Dla niej? Dla wszystkich?
- Kiedyś byłeś miły.
- Kiedyś miałem wizję. Kiedyś myślałem, że… I dałem sobie z tym spokój. Nie mały? Smakują ciasteczka? Jedz, jedz. Niech grubasek patrzy. Wiemy, że się odchudza. Niech cierpi. Tak. Taki słodziak. – gospodarz znów chciał zmienić temat.
- Dlaczego więc jej to zrobiłeś?
- Zepsułem ją. Przepiękną, czystą duszę. Niewinną. Głupią. Zmarnowałem. Widziała tylko mnie, a ja ją zniszczyłem. Gdy się obudziłem, było za późno. Stała się brudną, zepsutą zabawką, której brak najważniejszych części. Popękaną i skrzywdzoną. Nie tego chciałem. Zwróciłem więc czas, który jej odebrałem. Przykryłem wady, grubą warstwą farby. Odebrałem możliwości, by zaczęła od nowa. Dałem jej po prostu drugą szansę. Świat bez mojej osoby. I pomogło. Spójrz kim teraz jest.
- Nadal cię kocha…
- Jakby to kiedykolwiek była prawda. Byłem jedynie jej zabawką, która szybko się znudziła.
- Jak możesz tak mówić?
- Widziałeś jak mnie traktowała. Potem to już była zemsta. One wszystkie takie są. Mściwe suki. Chociaż przyznam, że prawdziwi mężczyźni są już na wymarciu. Brakuje takich jak ja, czy ty. Było minęło, prawda?
- Nigdy nie byłem taki jak ty.
- I za to cię kocham, mój przyjacielu. Czy możemy zmienić temat? Tak czuję się świetnie, a ty? Zimno. Biało. Ciągle wieje. Czasami mam już dość. Chce zejść… Tylko nie mam do czego.
- Dobrze. Interes się rozrasta. Choć nie cieszy mnie zwiększona zachorowalność. Niby taka pora roku, ale nie wiem…
- Ty to masz życie. Jak ty to robisz, że się tym wszystkim jeszcze nie zaraziłeś?
- Używam maseczek.
- Aha… To ma sens…
- Tak przy okazji, to co to jest?
- Co?
- To brązowe na ziemi. W sumie miałem o to zapytać wcześniej, ale zapomniałem.
- Yyy… Pojęcia zielonego nie mam. – powiedział i podszedł do przyjaciela stojącego nad zagadkowym obiektem.
- Co żeś znów przytachał?
- Ja przytachałem?! Może to to wlazło jak spałem?
- Po to zamyka się drzwi, wiesz?
- Geniusz się znalazł. Sam zamykaj jak jesteś taki mądry.
- To by było skrajnie głupie. Jak wtedy wszyscy by to mnie dotarli?
- Dobra… Pierdolisz, czy o drogę pytasz?
- Odczep się wreszcie. Trzeba sprawdzić co to.


     Usłyszawszy te słowa gospodarz kopnął mocno i w tej samej chwili odskoczył do tyłu łapiąc się za stopę.

- Cholerstwo jest jakieś twarde…
- Jak sobie coś złamałeś to nie naprawię.
- Ależ z ciebie altruista… - żachnął się, rozmasowując obolałe miejsce.
- I kto to mówi? Trzeba delikatnie… Z finezją. Ty jednak od razu z brutalną siłą… - westchnął jegomość, kucający przy nieznanym obiekcie.


     Następnie nieśpiesznie wyciągnął rękę,  znalazłszy dogodne miejsce zamachnął się aż za bardzo, po czym wyprowadził potężny cios. Niestety cel, który sobie postawił nie został osiągnięty. Skończyło się jedynie na potężnym chrupnięciu i nagłym opuchnięciu w miejscu, gdzie przedramię spotkało się z twardym jak skała nieznanym ciałem.

- Kuuuu…! Kulki czerwone toczą się. Kulki czerwone… Jakże boli mnie. Kulki kuleczki. Ała, ała. Co mnie skusiło, by tak próbować? – zaczął śpiewać przez zaciśniętą z bólu szczękę.

     Sytuacja, która się nagle wyklarowała, wyglądała wielce niecodziennie i niezrozumiale. Było to sprawką dwóch dorosłych mężczyzn turlających się w agonii po ziemi i masujących obolałe miejsca, z których jeden śpiewał pozbawione sensu pieśni, a drugi przepraszał na głos wszystkich, którym kiedykolwiek wyrządził jakieś szkody. Niezwykłości temu wszystkiemu dodawał jeszcze fakt, że na środku pomieszczenia stała wysoka kobieta, wpatrująca się beznamiętnie w to co się działo, a przy na rozległym stole, zawalonym przeróżnymi rzeczami, siedział mały, szary osobnik wcinający z radością wątpliwej jakości ciastka. Co jednak stało się po chwili, było tak niespodziewane i w pewnym sensie przerażające, iż ktokolwiek by się znalazł wśród tych osób, zapragnął by uciec z tego szalonego koszmaru. Otóż nie wiedzieć kiedy wszystkie zgromadzone  w chacie istoty przemieściły się, by znaleźć się na klęczkach przy zagadkowej rzeczy, czy istocie i z powagą wpatrywać się w nią, zastanawiając się cóżby począć.

- To jest tak w ogóle tym, czy nie? – zapytał niski mężczyzna.
- Nie jestem pewien. To czy nie to, każde coś mówi. To jednak nic nie mówi. – odparł gospodarz, drapiąc się po swym zarośniętym podbródku.


     Dwaj jegomoście skupiający się na swoich bezwartościowych, w tym momencie, myślach nie spostrzegli, gdy mały osobnik, który właśnie kończył swego ostatniego smakołyka, podniósł się lekko i łapiąc delikatnie za wciąż zimne, brązowe futro, zdjął je powoli, ukazując tym samym prawie niebieskie, okryte szronem ciało.

- Czy to jest…? – chciał zapytać niewysoki mężczyzna, lecz jego pytanie przerwane zostało nagłym hukiem i wypowiedzianymi w panice słowami.
- Zabierz! Zabierz ją stąd! Nie! Nie! Ja nie chce! Nie! Zabierz! – krzyczał gospodarz, wywracając stół, leżące na nim przedmioty i krzesła stojące obok niego. 


     Następnie oddychając szybko i płytko, niemal się dusząc, zaczął przewalać szafki w poszukiwaniu jakiegoś potrzebnego mu w tej chwili przedmiotu.

- Gdzie to jest?! No gdzie?! Gdzie?! Ja nie chce! Nie! Tyle lat! Nie chcę tam wracać! – jęczał żałośnie raniąc swoje dłonie, o różne ostre przedmioty.
- Tem! Uspokój się! Tem! Tem! Słyszysz mnie?! Tem! – jegomość krzyczał do swego przyjaciela, zbliżając się do niego powoli.
- Gdzie?! Gdzie do cholery! Jest! Jest! Jest! Nie dam się! Nie! Nie! – oszalały mężczyzna wydawał z siebie ledwo zrozumiałe krzyki, przeplatane z łkaniem i dławiącym śmiechem.
- Tem! Nie rób tego! Tem! To się nie musi tak skończyć! Tem! Słuchaj mnie!


     On jednak już nie słuchał. Mimo otaczających go słów, nie potrafił ich zrozumieć. Mógł tylko iść chwiejnym krokiem w stronę wychłodzonej kobiety.

- Ja… Ja… Nie chcę cierpieć… Nie dopuszczę…  Ja…  Ja… - mamrotał pod nosem, nieświadomy otaczającej go rzeczywistości.

    Stojąc już nad swoim celem, uniósł poranioną dłoń z zakrwawionym przedmiotem, lecz nie dał rady nic zrobić, albowiem w tej chwili jego wzrok ogarnął mrok, a umysł odpłyną gdzieś daleko, skąd nie dało się go już przywieść tak łatwo.






     Odgłos trzaskającego w kominku ognia, który pożerał łapczywie drewno jasnego koloru i suchość gardła, która niemiłosiernie męczyła gardło były pierwszym, czego doświadczył ogarnięty jeszcze snem mężczyzna, który właśnie się przebudził. Nie potrafiąc wyciągnąć z pamięci tego co się działo zanim stracił przytomność, chciał zacząć jęczeć jak to miał w zwyczaju w takich chwilach, lecz niespodziewanie usłyszał obok siebie odgłosy kroków. Postanowił więc nie ruszać się puki co i na spokojnie rozeznać się w sytuacji. Gdy wiec tylko wszelkie dźwięki poruszania się ucichły, spróbował otworzyć lekko oczy. Udało mu się to z wielkim trudem. Było tak ponieważ jego powieki sklejone były jakąś wydzieliną, co nie pozwalało na ich dostateczne rozdzielenie. Z tego też powodu jegomość widział jedynie rozmazane kształty. Jednakowoż wydawało mu się, iż ktoś kto znajduje się z nim w pomieszczeniu odwrócony jest do niego tyłem. Nie tracąc więc czasu, poderwał się gwałtownie, chcąc szybko zaatakować i powalić przeciwnika. Ku swojemu zdziwieniu to co nastąpiło po chwili nie było takie jak zakładał, albowiem oto leżał na podłodze z zakrwawionym i obolałym nosem, kręcąc przywiązanymi do czegoś rękami i nogami.

- Oho. Obudził się. – zauważył ze spokojem nieznajomy i rzekł do mężczyzny, podnosząc go z łatwością – Przepraszam za to, ale nie zachowywałeś się normalnie. Zapomniałeś zażyć leki, które ci dałem?

     Odpowiedzią na te słowa był jedynie jakiś niezrozumiały bełkot i bolesne jęknięcie.

- Co?
- Rozwiąż mnie ty gruba beczko! Cholero jedna! Kto niby ogłusza przyjaciela, potem go związuje i wita w taki sposób? – narzekał związany osobnik.
- Daj spokój Tem... Ile razy zostawiłeś mnie w gorszej sytuacji? – westchnął rozwiązując rozmówcę.
- To były wyjątkowe sytuacje. Nadzwyczajne wręcz. – zaczął się tłumaczyć, wycierając krew cieknącą mu z nosa – Co się stało?
- Odwaliło ci, więc cię ogłuszyliśmy i związaliśmy. Potem podałem ci dożylnie twoje lekarstwa i zostałem tu, żeby was przypilnować.
- Aha… A gdzie twoja trzódka? – zapytał wstając i przechodząc do salonu – Ależ tu syf… Już więcej z tobą imprez nie robię… Masz okropnych znajomych.
- Moi znajomi… - chciał odpowiedzieć, lecz szybko mu przerwano.
- To snoby. Nadęte dupki, które…
- Nie kończ już. Trzódkę, wysłałem do gabinetu.
 Ktoś musi odwalać moją robotę, gdy ja ratuję twoje marne dupsko.
- Niby tak… - wymamrotał do siebie, łapiąc niezbitą butelkę z wodą, a następnie pociągając z niej łyk dodał – To? Jak mój stan panie doktorze?
- Psychiczny, czy fizyczny?
- Śmieszek… Fizyczny.
- Żyjesz. Masz się dobrze. Musisz tylko pamiętać o lekach.
- Tak, tak.
- Może wybierzesz się do mnie. Opracowałem nową formułę i muszę ją przetestować. Co ty na to?
- Chętnie grubasku, ale nie mogę opuści posterunku, gdy numerek pięć jeszcze nie wrócił. – westchnął zmęczony.
- Co? – zapytał zaszokowany rozmówca.
- Co, co? Taka robota. Nie mogę sobie tak po prostu stąd iść wiesz?
- Powiedz mi… Kiedy ósemka wyruszyła? – zapytał lekko zaniepokojony.
- Nie wiesz? Czy to nie przypadkiem ty zaopatrzasz ich w te dziwne prochy, co? Skleroza nie boli. Wyszli dzień, dwa temu. Zależy od tego ile leżałem nieprzytomny.
- Wczoraj była tu twoja była.
- No i co z tego? Musisz o niej mi cały czas gadać? Nie wrócę do niej i nie będę ci tłumaczył dlaczego, bo już mnie to wkurzać zaczyna. – mówił denerwując się coraz bardziej.
- Nie o to mi chodzi… Gdy ona była, to ciebie tu nie było.
- I? – zapytał biorąc kolejny łyk wody.
- Chodź tu! – wrzasnął spanikowany.
- Co?
- No chodź.
- Już, już. Toczę się… - odparł podchodząc do rozmówcy.


     Ten zaś, gdy tylko jego przyjaciel znalazł się w zasięgu rąk, złapał go mocno za dłoń i podwinął zabrudzony rękaw jego pomarańczowego swetra.

- Zabiłaby cię, gdyby się dowiedziała.
- E tam… To się wypierze, a ty ani mru, mru i wszyscy będą żyć szczęśliwie. Co tak w ogóle robisz? – powiedział i natychmiast poczuł lekki ból, spowodowany grubą igłą wbijającą się w jego ciało.
- Może cię trochę zmorzyć. – usłyszał słowa dobiegające z oddali, nie czując nóg i upadając na bezwładnie na podłogę.


     Jego oczy straciły nagle połysk, a źrenice rozszerzyły się najbardziej jak mogły. Nagle całe jego ciało zaczęło sztywnieć, a żyły zaczęły czarnieć i stawać się coraz wyraźniejsze na tle blednącego ciała. Oddech już dawno ustał, a serce spowolniło tak bardzo, że ledwo dało się wyczuć jego bicie. Ten stan trwał jedynie chwilę, ale dla tego kto go doświadczał wydawał się nieskończenie długi. W mig ciało powróciło do swego poprzedniego stanu, a jego właściciel leżał skulony na ziemi łapiąc gorączkowo oddech.

- Ch… Ch… Ch… Chci… Chciałeś mi… mi… - próbował z siebie wykrztusić, lecz słowa nie przychodziły tak łatwo jakby tego pragnął.
- Chciałem cię zabić, ale nie wyszło. – rzekł z ironią i natychmiast spoważniał - Teraz słuchaj mnie uważnie, bo dwa razy nie chce mi się powtarzać. Ósemka wyruszyła półtora miesiąca temu. Do tej pory nikt nie wrócił. Ruszyła za nimi dziewiątka jakieś cztery dni temu w niewielkim składzie. Bodajże trzy osoby. Wrócili wszyscy i zdali raport. Ósemka zniknęła, a razem z nią wyprawy z Zjednoczonych Krain. Wysłaliśmy też wiadomość do Drugiego Kręgu, z zapytaniem o ich wyprawę. Dlatego teraz musisz mi wyjaśnić, gdzie byłeś i co robiłeś. Mów!
- J… Ja… Ni… Nie.. Prze… T.. Nie… - starał się sklecić jakąś wypowiedź.
- Spokojnie. Za chwilę przejdzie. Usiądź, odpocznij i zacznij mówić, gdy poczujesz się lepiej. – powiedział pomagając wstać i usiąść swojemu przyjacielowi na stojącym nieopodal krześle.


     Po tym nastąpiła chwila ciszy, przerywana jedynie przez trzaskający wesoło ogień w kominku i miarowe oddechy mężczyzny siedzącego na meblu, który do tego celu służył. Podczas niej gospodarz starał się przyswoić nowe informacje i próbował ułożyć sobie to wszystko w głowie. Przychodziło mu to o wiele łatwiej z każdą chwilą. Do tego otaczająca go rzeczywistość nie wydawała się już  lekko odległa i w pewnym sensie gęsta jak wcześniej.

- Ósemka wyruszyła. Wysłałem list. Potem było pukanie. – mówił wciąż z trudem znajdując odpowiednią ilość powietrza na wypowiedzenie dłuższych zdań – Otworzyłem i nie pamiętam… Wziąłem płaszcz? Wyszedłem.
- Czemu to zrobiłeś?! – wrzasnął niski osobnik w złości - Przecież wiesz… Nie powinienem był ci pozwalać tu zostać. Zabiorę cię stąd.
- Słyszałem. Szept. Był taki słodki. Spokojny. Mówił, żebym wracał. Kazał zamknąć drzwi. – rzekł, wyciągając poszarpane kawałki wspomnień.
- Nie wziąłeś leków? – zapytał zmartwiony.
- Nie. Wziąłem. Brałem codziennie, jak kazałeś. Działało. Do tego momentu. Działało.
- Gdzie byłeś? Pamiętasz? Wróciłeś tam? – panikował rozmówca.
- Nie. Tak mi się wydaje. Gdybym tam był… Już pewnie bym nie wrócił.
- Muszę cię zbadać.
- Tak, tak. Musisz. A co z nią?
- Nią? – zapytał zbity z tropu.
- Tą, którą przyniosłem. Co z nią? Czy ona…?
- Żyje, jeśli tak to można powiedzieć. Została oczyszczona.
- Jest jedną z nich?
- Nie mam pojęcia. – westchnął ciężko – Posiada Sigillum. Jednak nie takie. Jej jest… Hmm… Jakby to powiedzieć… Czyste. Nie ma śladów po wtapianiu. W dodatku jest jakieś jaśniejsze i nie przepływa przez nie moc. Do tego, jego większość przykryta jest przez jakiś bladoszary tatuaż pokrywający większość jej ciała.
- Tatuaż? Jest kapłanką? – zapytał mężczyzna wstający powoli z krzesła i kierujący się w stronę łóżka, na którym spoczywała nieznajoma.
- Być może. Chociaż nie znam się na tych wzorach. Niektóre tylko fragmenty przypominają te, które udało mi się kiedyś zobaczyć w księgach. A co ty o tym myślisz Tem?
- Hmm… - mruknął ten w odpowiedzi, oglądając wciąż jeszcze blade ciało kobiety, które przed chwilą odkrył – Wydaje mi się… Być może jest emisariuszką. Widzisz, ten wzór składa się z wielu innych, należących do kościołów na całym świecie. Chociaż zastanawiają mnie te ciemniejsze elementy. Nigdy jeszcze takich nie widziałem. Może byłoby coś o tym w archiwum.
- Uczestniczyła w jednej z wypraw?
- Bardzo możliwe, lecz dla pewności rozesłałbym zapytania. – odparł, na powrót przykrywając nieznajomą – Co teraz?
- Jak to co? Ja wracam do roboty. Ty tu zostaniesz. W tym stanie zejście na dół mogłoby doprowadzić do twojej śmierci. Dziewczyny raczej też nie możemy narażać. Zostawię ci twój lek, ale będziesz go sobie podawał dożylnie. Musisz tylko uważać. To duże dawki. Przyjdziesz do mnie jak poczujesz się na siłach, a ta się obudzi i będzie zdolna do jako takiego poruszania się. Zrozumiał?
- Tak jest doktorku.
- Gdybyś nie przyszedł to najwcześniej będę tu za miesiąc. Postaraj się siebie nie zabić… i jej też.
- Nie martw się. Przecież obiecałem ci, że to ty umrzesz pierwszy, prawda grubasku? – zaśmiał się wesoło po tych słowach.
- Nie rozumiem twojego poczucia humoru. – westchnął niski osobnik.
- Spokojnie. Ja też nie. – odpowiedział na to zamyślając się głęboko jego przyjaciel.







    Pomarańczowe światło rzucane przez zanurzającą się w wodzie ogromną, płonącą kulę wpadało przez brudne i oszronione szyby do wnętrza pomieszczenia ogrzewanego przez wesoło płonący ogień w kominku, który pożerał drewno o jasnym kolorze.

- Długie zdania tak strasznie mnie męczą… Przez to nawet nie wiem co tu jest napisane… Nie można by tego napisać w kilku? Ech… - jęczał zmęczony mężczyzna starający się dokończyć czytanie jakiejś powieści.

     Nie radząc sobie jednak z tym zadaniem, wydał z siebie przeraźliwy dźwięk rozpaczy i odłożył czytany tekst.

- Czym tu się niby zachwycać? Fabuła bez sensu. Wszystko wiadomo od początku. Do tego bohaterowie się od siebie praktycznie nie różnią. Tragedia… I jeszcze to ciągłe jęczenie… Użalanie się. Jeny. Ileż można. Smutek, smutek, smutek, nuda. Czytając to traci się wszelką empatię. To zaczyna być głupie. Kur… Kurczaka bym zjadł. – westchnął i nagle zaburczało mu w brzuchu.

     Złapał się więc za miejsce, gdzie powinien znajdować się żołądek i skrzywił się lekko. Wnet poczuł jak do ust zaczyna napływać mu coraz większa ilość śliny. Odczuwając coraz większy głód, rozejrzał się dookoła, lecz nie ujrzał niczego zdatnego do jedzenia. Dlatego też wstał od stołu i skierował się w stronę szafek, które przeszukał, gdy tylko się przy nich znalazł. Niestety nie znalazł tam niczego co nie niszczyłoby jego i tak już wypaczonego apetytu. Jęknął więc żałośnie i obrał łóżko na swój cel. Po drodze do niego, dorzucił jeszcze trochę drewna do ognia, mając na uwadze, aby ten nie zgasł, gdy on będzie ucinał sobie drzemkę. Zadowolony z siebie, iż tym razem o tym pamiętał zbliżył się do kuszącego ciepłem i wygodą posłania, gdy nagle uderzyła go niekorzystna prawda. Przecież była tam ta dziewczyna.

- Bosze… Cóżem ci uczynił, co? Za jakie grzechy? – zaczął biadolić, kładąc się na leżącym nieopodal dywanie.

     Gdy już znalazł pozycję, w której jego rany bolały go najmniej, zaczął mamrotać coś sennym głosem i nie przestawał dopóki nie zanurzył się w twardy, głęboki sen.






     Ostre ukłucie w boku i bolesne mrowienie całego ciała wyrwało zmęczonego mężczyznę ze snu. Odruchowy, gwałtowny ruch spowodował jeszcze większy ból, a nie wiadomo skąd dochodzący pisk, zranił jego delikatne uszy.

- Czy mógłbym prosić o ciszę? Nie za bardzo lubię budzić się w akompaniamencie kobiecych wrzasków. Przywodzi to niemiłe wspomnienia. Byłbym więc wdzięczny, gdyby szanowna pani, stu… zamknęła swą zapewne przecudowną ja… usteczka. – powiedział niezwykle grzecznie i spokojnie starając się wstać.

     Gdy zaś już stał, skierował się w stronę zabrudzonego i oszronionego okna, przez które, gdy było czyste, można było podziwiać niesamowity krajobraz sięgającego po horyzont morza. Następnie chcąc przez nie spojrzeć, nachuchał na szybę i przetarł ją rękawem swojego pomarańczowego swetra.

- Cholera! Czemu ciągle to robię? – zreflektował się i zaniechał spoglądania na to co znajdowało się poza ścianami ciepłego mieszkania.

     Po tym udał się do stołu, na którym znajdował się stos papierów, kilkanaście ołówków, trzy brudne kubki i szklany dzbanek z przeźroczystym płynem. Rozglądnąwszy się mozolnie drapiąc się po swoim zarośniętym podbródku, złapał za naczynie z napojem i pociągnął z niego duży łyk. Gdy przełknął już wszystko co trafiło do jego jamy ustnej skrzywił się niemiłosiernie, a następnie zaczął się krztusić.

- Kurde… Kwaśne! – jęknął, po czym spojrzał w stronę młodej dziewczyny, stojącej nieśmiało i wpatrującej się w niego z przerażeniem.

     Zmierzył ją wzrokiem i wyciągnął w jej stronę trzymany w rękach dzbanek.

- Najmocniej przepraszam. Chcesz trochę? – zapytał grzecznie, lecz nie widząc żadnej reakcji dodał do siebie – No tak…

    Po tych słowach, wziął kolejny łyk i rozgarnął puste kartki porozrzucane po stole. Pod nimi znalazł strzykawkę pełną ciemnego płynu i przygotowaną igłę.

- Zapomniałem. Lekarz by mnie zabił… Może by jednak od tego schudł. No chyba że udusiłby mnie swoim wielkim cielskiem. Beczka jedna. – zaczął narzekać, po czym spojrzał ponownie na swojego gościa i rzekł – Nie zwracaj proszę na to uwagi. To mój przyjaciel. Bardzo go lubię. Jest tylko trochę otyły i potrzeba mu trochę krytyki. Wszystko by go zmotywować. Jak widzisz jestem miłym gościem. Mam nadzieję, iż się zaprzyjaźnimy.

     Nieznajoma nie odpowiedziała jednak nic na jego słowa, a zaczęła mu się tylko przyglądać z jeszcze większą uwagą.

- Ach… No tak. Nie przedstawiłem się. Jestem Tem.  A ty? – powiedział, po czym ruszył w stronę dziewczyny.

     Ta zaś cofnęła się kilka kroków powodując zatrzymanie się mężczyzny.

- Tak… Przepraszam za mój… hmm… Wygląd. Jednak ostatnio miałem ciężkie chwile. Nie ma się czego oba… - nie dokończył, albowiem nagle w tył jego głowy, uderzyła czerwona kulka z białym krzyżem, powodując utratę przytomności.






     - Ech… - westchnął przeciągle, łapiąc się za bolące miejsce – Czemu jeszcze tego nie naprawiłem?

     Następnie otworzył oczy i ku swemu zdziwieniu ujrzał damę o bordowych włosach pochylającą się nad nim.

- Witam. Nie pamiętam cię zbytnio. Skąd pochodzisz? Miałaś może inny kolor włosów kiedy byłaś młodsza? Pytam z ciekawości. – mężczyzna zaczął rozmowę starając się sobie przypomnieć jej twarz.

     Kobieta jednak nie odpowiadała. Pochylała się tylko nad nim w milczeniu, jakby na coś czekała.

- Dziwne…  - stwierdził i poderwał się gwałtownie.

     Następnie zaczął z uwagą przyglądać się zaskoczonej nieznajomej i powoli przesunął się w stronę szafek. Będąc już przy nich otworzył jedną powoli nie spuszczając wzroku z dziewczyny i wyjął krótki nóż służący mu do obierania przeróżnych owoców i warzyw. Trzymając ten niewielki ostry przedmiot w swej pobliźnionej dłoni zaczął nakłuwać brutalnie, lecz z precyzją opuszki swych palców. Gdy zaś skończył, narysował wypływającą z ran krwią skomplikowane wzory na swoim czole. Przy tym szeptał jakieś słowa, swoim coraz bardziej wycieńczonym głosem. Widząc to przerażona panna z otwartymi ustami, z których wydobywały się ciche jęki, osunęła się na podłogę i wpatrywała się tylko w mężczyznę, zza którego pleców wyrastała przerażająco blada postać odziana w łachmany. Niespodziewanie w ogrzanym pomieszczeniu zrobiło się dziwnie chłodno, a całe światło zostało wessane przez przerażającą istotę. Coraz bardziej przerażona kobieta, wyciągnęła dłoń w stronę upadającego na kolana mężczyzny bez przerwy wypowiadającego jakieś słowa co raz słabiej i ciszej. Następnie z jej ręki zaczął sączyć się gęsty dym w kolorze królewskiej purpury, który tańcząc w powietrzu zaczął zbliżać się do upiornego nieznajomego o bladej skórze. Ten zaś nie wiedząc jak zareagować stał tylko zniesmaczony, obserwując jak zaczyna otaczać go dziwna mgła.

- Acha… - westchnął tracący przytomność mężczyzna, który już dawno przestał mamrotać niezrozumiałe słowa.






     Ciepłe krople spływające po bladym czole zdawały się być wyjątkową odmianą od codziennego przecierania go zmoczoną szmatą. Delikatne dłonie, które miętosiły z gracją włosy starając się je oczyścić, przywodziły na myśl wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to jeszcze nie było się zbyt chętnym do utrzymywania czystości swego ciała.

- Miła odmiana. Oby to szybko nie minęło. – wyszeptał z nadzieją, nie otwierając oczu, by zatrzymać przy sobie otaczającą go rzeczywistość jeszcze na chwilę – Wszystko przez ten kryształ…
- Kryształ? – zapytał delikatny, mimo swej szorstkości, kobiecy głos.
- Tak… Ten, który tak głośno mówił. Kazał mi iść. Powiedział, że pomoże. – tłumaczył mężczyzna.
- Yhym…
- Wyjątkowy kryształ. Pierwszy raz przyśnił mi się, gdy uciekłem. Zabronił mi śnić. Kazał iść. Nie słuchałem. Uciekałem, lecz on ciągle tam był.
- I co się stało? – zapytała zaciekawiona słuchaczka.
- Grivbiel mnie odnalazł. Uratował. Przywrócił wspomnienia. Pomógł odbudować świat. Inny świat. Tak mi się zdawało, gdy stawiałem w nim pierwsze kroki. On jednak powiedział, że tak będzie. W końcu to on mnie uleczył. Tak myśleliśmy. Na to jednak nie ma lekarstwa. Trzeba walczyć. Ucieczka mnie tylko osłabiała. Biel nie dawała odpocząć. Grivbiel powiedział, że zmartwychwstałem…
- Grivbiel? – pytanie zostało lekko zagłuszone, przez wodę spływającą po uszach.
- Wiadomość! – jegomość poderwał się gwałtownie i zaczął poszukiwania, jakiegoś przedmiotu.


     Jego gorączkowe tropienie zakończyło się sukcesem, gdy z trumfem uniósł niedużą czerwoną kulkę z białym krzyżem i otworzył ją, by wyjąć z niej niewielką kartkę z jakimś zapytaniem, które wyraźnie go rozbawiło. Wciąż uśmiechnięty, podniósł się i podszedł do stołu, z którego wziął kawałek papieru i napisał krótkie, acz wymowne zdanie: „Schudnij grubasku.”. Następnie wpakował wiadomość do kolorowego przedmiotu trzymanego w rękach, który z kolei wepchnął z użyciem dużej ilości siły do jednego z otworów w ścianie. Ten popis swoich umiejętności osłabił go jednak na tyle, iż nogi się pod nim ugięły, co spowodowało błyskawiczny, bolesny upadek na drewniane podłoże.

- Nic ci nie jest? – zapytała podbiegająca dziewczyna.
- Zrobiłabyś to jeszcze raz? – mężczyzna rzucił pytająco, zamykając oczy.
- Co takiego? – odpowiedziała lekko zaszokowana.
- Ten dym.
- Dym?
- Jak ze snu… Kim jesteś? Nie możesz być mną, bo cię nie pamiętam. Nie możesz być nimi, bo cię nie słyszę. Kim więc jesteś? Poznałaś kryształ? Ogromy szept… To echo, roznoszące się w przestrzeni…
- Ja… Nie pamiętam.
- Advena. Ana. Taki jest twój kolor.
- Nie wiem co mam o tym myśleć.
- Nic. Tak czy siak, będę ci tak mówił. Tak więc… Zjesz coś? Ana?







     - Czy mogłabyś się trochę pośpieszyć? Wolałbym uniknąć spotkania, z… kimkolwiek. – rzekł mężczyzna spoglądający przez zabrudzone okno, które właśnie przetarł rękawem swojego brązowego płaszcza.
- Już, już… Co poradzę, że kurtka, którą mi dałeś jest na mnie za duża? – jęknęła, przyśpieszając swoją pracę.
- To ty jesteś za chuda. Z tą kurtką jest wszystko dobrze. – odrzekł, po czym zapytał zaciekawiony – A co ty tam w ogóle robisz?
- Zwężam… - wymruczała skupiona na swym zajęciu,
- Co?! – wrzasnął, padając na kolana i zaczynając płakać.
- Co?! Co się stało?! Źle zrobiłam?! Przepraszam! – zaczęła wykrzykiwać spanikowana.
- Nie, nic takiego. Po prostu się cieszę. – powiedział łkając.
- Nie wyglądasz. – odrzekła niepewna.
- Naprawdę. To łzy szczęścia. – powiedział zaskakująco przekonująco.
- Dziwny jesteś. – westchnęła wracając do pracy.


     Nagle zaległa cisza, którą po chwili gospodarz przerwał uderzeniem głową w ścianę.

- Ona mnie zabije… - jęknął żałośnie.
- Skończyłam! – krzyknęła radośnie, podskakując gwałtownie na krześle.
- Tak szybko? – zdziwił się załamany mężczyzna.
- To były tylko poprawki. Większość zrobiłam jak leżałeś nieprzytomny na podłodze. – odpowiedziała radośnie.
- Kiedy to było?
- Zaczęło się rano, a skończyło jakieś pół godziny temu. – odparła ubierając się.
- Czyli to nie jest wschód słońca? – spytał wskazując na zachodzące słońce, a następnie powiedział – Wiesz co? Chyba jesteśmy spóźnieni. To jednak znaczy że… Gdzie ten mały, przebrzydły gów…


     Jego wypowiedź została przerwana przez nagłe wejście przystojnego młodzieńca do wnętrza chaty.

- O! Obudził się. – zauważył wchodzący chłopak.
- O?! O?! Ja cię zaraz za… - zaczął wrzeszczeć zdenerwowany.
- Przecież ja nic nie powiedziałem. – odpowiedział odbiorca jego słów.
- Idziemy? – przerwała kobieta czekając w windzie, która pojawiła się w jednym z kątów.
- Taaaa… - mruknął gospodarz wpatrzony nienawistnym wzrokiem w młodzieńca przy drzwiach wejściowych, po czym wkroczył do niedużej windy, która natychmiast zaczęła zjeżdżać.
- Wiesz…? Zastanawia mnie jak ta wysoka się tu mieści. W dodatku z tym grubaskiem. – zagaił, gdy zaczął czuć się dziwnie, w otaczającym go milczeniu.
- Kto? – zapytała rozmówczyni.
- Aha… No tak. Nic, nic. Klaustrofobicznie tu, co nie?
- Nie. – odrzekła krótko i pewnie.
- Yhym… - stęknął żałośnie odwracając się plecami do rozmówczyni.


     Po tym zamknął na moment oczy, aby uspokoić myśli i zebrać w sobie siłę na to co miało właśnie nastać. Niestety nie spodziewał się, tak wielkiego trudu i w jednej chwili, odczuł silny odruch wymiotny, towarzyszący denerwującemu łaskotaniu krwi spływającej z nosa.

- Coś się stało? – zapytała zmartwiona towarzyszka.
- Nie. Nic takiego. Po prostu nie zjadłem śniadania. – odpowiedział, starając się brzmieć jak najwiarygodniej.


     Na szczęście, dziewczyna nie miała okazji dalej go męczyć, albowiem winda zatrzymała się, a jej drzwi otworzyły się powoli. Oboje pasażerów wyszło z niej i znalazło się w pomieszczeniu wyglądającym niemal identycznie jak to, w którym wsiadali. Jedyną różnicą był typowo męski wystrój i wąsaty mężczyzna w średnim wieku, który z przemiłym uśmiechem, a także otwartymi ramionami zaczął witać nowoprzybyłych.

- Tem! Ty szmato! Po kiego tu przylazłeś?! Nie mogłeś zostać tam na górze do usranej śmierci?! - padły pełne nienawiści słowa gospodarza.
- Ja też cię kocham. Czuję się wspaniale. Miło, że pytasz. A co u ciebie? – odparł głosem pełnym ironii i błyskawicznie opuścił pomieszczenie.


     Nim jednak zdążył odejść trochę dalej, poczuł jak ktoś łapie go za rękaw jego płaszcza.

- Zapomniałeś o jakichś dokumentach. – powiedziała z delikatnością w głosie.
- Ach… - westchnął i wrócił się na moment, aby załatwić konieczność, o której w złości zapomniał.


     Minął prawie kwadrans, gdy wreszcie udało mu się uwolnić od nielubianego osobnika i jego papierologii. Wyszedł wtedy w ponurym humorze na zewnątrz, gdzie natknął się na czekającą na niego damę.

- Nie ruszałaś się stad, bo patrzyłaś pod nogi, czy dlatego, że jesteś sierotą i byś się zgubiła? – zapytał patrząc się na nią z góry.
- Pod nogi? – zdziwiła się i odruchowo popatrzyła w dół.
- Chodź! Pozwiedzamy sobie! – krzyknął jegomość śmiejąc się i starając się przekrzyczeć paniczny krzyk dziewczyny wtulającej się w przestrachu w jego nogę.







     - Gdzie teraz idziemy? – zapytała zaciekawiona dziewczyna, trzymająca się rękawa mężczyzny.
- Już niedaleko. Poza tym, czy musisz się mnie tak trzymać? Jeżeli lód pod naszymi nogami pęknie, to spadniemy oboje. Także nie martw się i napawaj się przepięknym widokiem. – odparł.


    Po jego słowach nastała chwila milczenia, podczas której oboje zawędrowali, aż do wysokiego na metr pięćdziesiąt lodowego murku. Młoda dama natychmiastowo do niego podbiegła, by spojrzeć na to co jest za nim. Ujrzała ogromną przestrzeń, w której znajdowały się przepiękne białe, gęste chmury. Widząc to jęknęła z zachwytu i uśmiechnęła się szeroko.

- Cudowne…
- Prawda? Jak się czujesz będąc w czyimś niebie? – zapytał, a po pewnym czasie wpatrywania się w oczarowaną towarzyszkę dodał – Idziemy? Nie powinniśmy tyle kazać im czekać.
- Nie… Już? – zapytała zawiedziona.
- Kupię ci coś po drodze. No chodź. Przejdziemy przez dzielnicę kupiecką.
- Jej! – wrzasnęła radośnie i pobiegła przodem, choć nie miała pojęcia dokąd ma iść.


     Mężczyzna podążył zaś za nią wolnym krokiem, zastanawiając się z jakiego powodu jest tu tak pusto.






     - Jesteś kobietą. Wyjątkową. Tak przynajmniej wynika z twojego wyglądu. Co więc taka wyjątkowa dama pragnęła by dostać? Może uwielbiasz biżuterię? A może doceniasz kunszt płatnerzy? Alchemicy posiadają przedziwne mikstury. Zaklinacze mnie przerażają. Nigdy nie rozumiałem jak oni mogą pracować w takich warunkach. A jeśli… - przerwał swą wypowiedz, zorientowawszy się, iż nie jest słuchany – Ech…

     Przystanął na chwilę, aby poobserwować rzucającą się miedzy sklepami i straganami dziewczynę. Ta prosta czynność, przynosiła mu dziwną przyjemność, ale też zdawała się być trochę sztuczna. Wrażenie to tworzył brak jakikolwiek osób poza nimi. Jedynie skupiając się na falujących w powietrzu bordowych włosach, jegomość zaczynał dostrzegać, zarysy innych postaci, tak jakby cała ulica była pełna jak zawsze. Również, gdy to robił, do jego uszu zaczynały docierać liczne szepty, brzmiące jak przytłumiony harmider. Dodatkowo pojawiał się denerwujący ból głowy. Z tego też powodu, mężczyzna postanowił pomyśleć o na czymś innym i omiótł wzrokiem swoje otoczenie. Obserwując domy zbudowane z kolorowego lodu i innych materiałów, przywoływał liczne wspomnienia z dawnych lat, kiedy jeszcze pracował tu dla swego przyjaciela.

- Iiiii… - radosny pisk wyrwał go z pułapki reminiscencji.
- Co? – mruknął obracając się w stronę, z której przyszedł dźwięk.


     Momentalnie spostrzegł swoją towarzyszkę, która stojąc przy jednym ze straganów podniecała się jakimś misternym przedmiotem.

- Chcesz to? – zapytał, gdy do niej podszedł.
- Yhym! – radośnie kiwnęła głową.
- Dobra. Tylko musisz znaleźć tego co… - nie zdołał dokończyć, albowiem niespodziewanie ujrzał osobnika stojącego obok niego – A pan tu skąd?
- Z Tilron. Miałem dużo rodzeństwa, więc szybko musiałem się usamodzielnić. Przyłączyłem się do gildii kupieckiej w stolicy i razem z moim świętej pamięci mentorem zacząłem podróżować. Podczas swych podróży po całym świecie zdobyłem wiele interesujących przedmiotów, które teraz sprzedaje przypadkowym przechodniom. – odparł ten szybko bardzo przyjaznym tonem.
- Aha… To… Świetnie. – odparł zdezorientowany.

- Panienkę interesuje to puzderko? – zapytał sprzedawca spoglądającej na niego wielkimi oczami dziewczyny.
- Nie. – odpowiedziała krótko i chłodno.
- Co?! Przed chwilą, tak się darłaś, a teraz mówisz, że nie?! – krzyknął jej towarzysz.
- Interesuje mnie to co jest w środku. – rzekła zignorowawszy skierowane do niej wrzaski.
- Widzę, iż mamy tu konesera. Wieczny ogień, należący do Pasterza Ognia. Płonące słabym ogniem wspomnienie dawnej mocy i pragnień. Tysiące zginęły, by jedynie dostrzec jego odległy blask. Ponoć płonął on kiedyś w tej starej zapalniczce, wskazując wybrańcom ich przeznaczenie.
- Skąd pan ją ma? – zapytała podejrzliwie.
- Otrzymałem. Prezent od pewnego jegomościa, który uwielbiał nosić się kosztownie.
- Sprzedaje pan prezent? – pytała dalej.
- To nie do końca tak. Nie sprzedaje go, tylko podarowuję wyjątkowej panience. – rzekł wyciągając przedmiot w stronę swojej rozmówczyni.
- Nie mogę… - mruknęła, jednak nie wiedząc kiedy odebrała przedmiot od sprzedawcy, przytuliła go mocno do siebie i oddaliła się szybko.
- Tak nie można! To niemiłe! Pożegnałabyś się przynajmniej! Podziękowała! – krzyczał mężczyzna do swej towarzyszki, po czym zwrócił się do sprzedawcy – Najmocniej przepraszam. Dobrego dnia.
- Życzę miłego dnia. Pani i panu. – pożegnał się ten z lekkim ukłonem, patrząc jak jego klienci oddalają się coraz bardziej.
 






    Idąc powoli w milczeniu, mężczyzna nie potrafił oderwać myśli od atakujących jego głowę wspomnień, które czasem nie wydawały się należeć do niego. By oderwać się od nich choć na chwilę, zapytał:

- Jak ci się podobają Niebiańskie Balkony?
- Są wspaniałe. – odparła zbyt skupiona na trzymanym przedmiocie, by okazywać emocje.
- Coś się stało? Nagle stałaś się jakaś taka bezosobowa. – rzekł, lecz nie dostał odpowiedzi.


     Zamilknął więc i przebył dalszą drogę bez odzywania się. Gdy dotarł do dużego, białego budynku, zapukał  w jego drzwi i wkroczył do wnętrza pewnym krokiem. Przystanął jednak w przejściu, zaskoczony tym co ujrzał. Spanikowany, zapragnął się błyskawicznie wycofać, jednak nie zdążył, albowiem został już zauważony.

- Tem? A co ty tu…? – zapytał wysoki mężczyzna w niebieskim płaszczu z czarnymi i srebrnymi akcentami, który właśnie chował jakieś papiery do jednej z kieszeni.
- Ja… - odpowiedział drżącym głosem, cofając się o krok do tyłu.


     Niespodziewanie poczuł, jak coś stoi na jego drodze i nie pozwala mu się ewakuować z tej niezręcznej sytuacji. Cholera! Zakrzyknął w myślach, przypominając sobie o swojej towarzyszce, która właśnie wepchnęła go z powrotem do wnętrza.

- Och… Witam piękną panią. Czy Tem zrobił pani coś złego? – zapytał nieznajomy, gdy podszedł do nieświadomej otaczającej ją rzeczywistości damy.
- Nie… Nie zrobił. Chyba… - powiedziała onieśmielona aurą, którą roztaczał elegancki jegomość.
- Sama jesteś chyba! Przecież nic ci nie zrobiłem! – krzyczał zrozpaczony.
- Byłam nieprzytomna, a gdy się obudziłam, byłam cała naga, a ty leżałeś niedaleko i… i… - mówiła coraz ciszej.
- Prze… - nie zdążył dokończyć, albowiem jego gardła dotknął czubek chłodnego ostrza.
- Spowiadaj się! – rozkazał trzymający w dłoni broń osobnik.
- Przecież nic bym jej nie zrobił. Znasz mnie. Jestem miłym gościem nie? – powiedział powoli, starając się nie skaleczyć o przedmiot dotykający jego skóry.
- Wierzę ci. – odparł, rozmówca chowając ostrze – Jednakowoż, musisz wyjaśnić mi, kim jest Lovelass.
- Kto? – zapytał nie wiedząc o co chodzi.
- Dostałem od ciebie korespondencję adresowaną do niejakiego Lovelassa… Czy ty wiesz jak źle wpływa moja znajomość z tobą na trudno wypracowaną reputację? – po tym pytaniu zrobił krótką przerwę, a następnie kontynuował nie umożliwiając odpowiedzi – Bardzo, bardzo źle. Czy mógłbyś więc unikać takich korespondencji w przyszłości?
- Aha… Czyli jednak dobrze wysłałem. Jeny… A już myślałem, że poszło do…
- Najmocniej panienkę przepraszam. Nie przedstawiłem się. Vistir Srebrny. – rzekł skłaniając się lekko i całując dłoń zdezorientowanej damy.
- Znowu mnie ignorujesz? Co z ciebie za przyjaciel? – westchnął i ruszył w stronę jednych z dziesiątek drzwi.
- Aerilia. – odparła nieśmiało, rumieniąc się.
- Przepiękne imię. Pasuje pani idealnie. Miło mi panią poznać. Przybyła tu pani, zwiedzać, czy w jakimś innym celu?
- Ni… - zaczęła mówić, lecz nagle przez jedne z wielu drzwi, wypadł jej towarzysz, wrzeszcząc coś i tupiąc ze złości.
- Cham i prostak! – wrzasnął zbliżając się do rozmawiającej pary.
- Wreszcie to sobie uświadomiłeś? Przecież ciągle ci to mówię. – rzekł śmiejąc się radośnie.
- I kto to mówi? Love… - chciał coś powiedzieć, jednak myśl o dziurawym gardle szybko zamknęła mu usta.


     Mruknął więc coś tylko pod nosem i wsadził dłonie do kieszeni. Gdy tylko to zrobił, nastąpiła niezręczna chwila ciszy. Zdawałoby się, iż podczas niej czas zatrzymał się, a wszystko inne razem z nim.

- Hej… No weź. Przepraszam. Po prostu dawno nie widziałem tego buraka i trochę się zezłościłem. Przecież nic się nie stało. No hej… - jęczał starając utrzymać się równowagę, ponieważ zaczynało mu się kręcić w głowie.

    Gdy jako tako udało mu się stłamsić odruch wymiotny, wezbrał do płuc powietrza i rzekł:

- Chyba będę leciał…

     Po tych słowach upadł na zimną podłogę, utraciwszy świadomość.  






    Mężczyzna obudził się gwałtownie, czując nierównomierne podrzucanie. Spanikowany zaczął rzucać się jak oszalały, nie wiedząc gdzie i dlaczego jest. Momentalnie jednak oberwał bardzo mocno jakimś twardym przedmiotem w głowę, co otępiło jego umysł, lecz również trochę go uspokoiło.

- Przestań się wiercić… - fuknął oburzony głos – Nie dość, że znowu zrobiłeś mi wstyd, to jeszcze mi płaszcz podarłeś…
- Co? Nie moja wina, że nosisz różowy płaszcz. Nie pasuje ci ten kolor. – stwierdził wpół świadomy jegomość.
- Nie co, tylko siadaj, uspokój się, to ci wszystko wyjaśnię. Poza tym to nie róż daltonisto.
- Akurat kolory widzę dobrze…


     Gdy mężczyzna usiadł w miarę wygonie jego rozmówca rzekł:

- Z powodu twego zachowania musiałem cię spacyfikować. Przepraszam za szyję. Na szczęście, nim zrobiłem ci coś poważniejszego zdążyłeś zemdleć. Twoja znajoma gdzieś zniknęła, gdy się tobą zajmowałem. Brałeś swoje leki?
- Leki? Jak… - nie zdążył dokończyć, albowiem pojazd zatrzymał się gwałtownie, a jego drzwi zostały otworzone z impetem.


    Po tym do środka wpadł średniego wzrostu osobnik, który z niebywałą siłą złapał i rzucił jeszcze nie do końca otrzeźwionego mężczyznę w ręce swoich współpracowników czekających na zewnątrz.

- Przepraszamy za niedogodności. – odezwał się jeden z nich, skłaniając się lekko i w jednej chwili wszyscy z nich zniknęli w lodzie pod ich stopami zabierając ze sobą pojmane osoby.

     W powozie został tylko skonsternowany osobnik przygryzający nerwowo swoją dolną wargę i zastanawiający się co zrobił nie tak.






     We wnętrzu rozległego pomieszczenia ogarniętym ostrym zapachem medykamentów, panował przyjemny spokój i miła dla ucha cisza przerywana jedynie przez rzadkie chrząknięcia niskiego mężczyzny i rozpaczliwe westchnięcia niewielkiego szarego stworzenia. Każda chwila stawała się dłużyć niezwykle. Wreszcie nie mogąc wytrzymać ciągłego spojrzenia wysokiej kobiety chrząkający osobnik odezwał się:

- Wiem… Przyjdzie. Pewnie zapomniał jak tu dotrzeć i się zgubił.

     Jego słowom odpowiedziało ironiczne spojrzenie.

- Musisz go zrozumieć. On po prostu ma pewne problemy i…

     Jego słowa przerwane zostały przez pukanie do drzwi.

- O! Widzisz? Przyszedł. – rzekł triumfalnie i zawołał – Proszę!

     Na jego zaproszenie wejście otworzyło się, a do środka wkroczył białoskóry jegomość w fioletowym płaszczu, który niezwykle szybko obejrzał pomieszczenie swymi niezwykle wielkimi oczyma, po czym odezwał się.

- Szukam…
- To ja. Odpowiedział niski mężczyzna, podnosząc się ze swego krzesła.
- Zabrali go. Nie mogłem nic zrobić. – oznajmił bez zbędnych tłumaczeń.
- Kiedy? Kto? – zapytał spanikowany rozmówca zbliżając się do nieznajomego i łapiąc po drodze za swój kożuch.
- Jakieś piętnaście minut temu. Fioletowe kryształy.
- Dziwne. – rzekł zatrzymując się na chwilę.
- Co on takiego zrobił? – zapytał jakby sam siebie, nadal stojący w drzwiach nieznajomy.
- Wyszedł. – wymamrotał niski osobnik.
- Zupełnie jak pierwszy raz… - szepnął, po czym niespodziewanie odszedł bez słowa.


     Gospodarz stał zaś w miejscu ze swoim kożuchem w ręce, nie wiedząc co ma dalej począć.

- A jeśli on pamięta? – zapytał wystraszony wpatrując się w zmartwione oczy wysokiej kobiety.






     W celi więziennej, w której panował przyjemny chłód, rozlegał się miarowy stukot paznokci o metalową zapalniczkę i towarzyszący im odgłos strzykania zastałych kości. Wywołująca te dźwięki kobieta siedziała jakby była unieruchomiona i wpatrywała się swoimi oczami, w kolorze czystego lodu w ubraną na czarno, zakapturzoną postać opierającą się o kraty. Nagle przestrzeń przeszył przeraźliwy krzyk, którego nie można było porównać nawet do najgorszych cierpień. Wrzask ten był tak okropny, iż ten kto go usłyszał popaść mógł w depresję tak ciężką, iż bez zastanowienia targnąłby się na swe życie.

- Czy to wystarczająca cena za twoją miłość? – zapytał dziewczynę jegomość, gdy na powrót zapadła cisza.

      Niestety nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytanie. Zauważył jedynie rzucone mu spojrzenie pełne nienawiści i skurcz zlodowaciałych mięśni.

- Patrzenie jak jego fałszywie ciepły płomień dogasa, by odrodzić się na nowo… To musi boleć. – kontynuował swoją wypowiedź.

     Wnet krzyk rozległ się ponownie, by po niezwykle ciężkiej chwili na powrót ucichnąć.

- Chciałaś uczynić go czymś więcej. Pragnęłaś uratować to gasnące wspomnienie. Zamroziłaś go. To jednak nie uczyniło go równym tobie. On nadal jest tylko marnym szeptem, fragmentem czegoś większego. Zakochałaś się w kłamstwie! – powiedział, po czym zaczął się śmiać szyderczo.

     Jego wesołość nie trwała jednak długo, albowiem w mgnieniu oka zimna i sztywna jak lód dłoń zamknęła dopływ powietrza do jego płuc. Gdy jednak mężczyzna popatrzył na swoją oprawczynię wymownym wzrokiem ta puściła go i wróciła powoli na swoje miejsce poruszając się niezwykle zesztywniale i gwałtownie.

- Miłość nie wybiera. Powinnaś była dać mu zgasnąć. Nie byłoby wtedy nas tu teraz. Ty zaś egzystowała byś dalej, jako wierny pojemnik na Panią Zimna. Wybrałaś jednak tą drogę. Przełamałaś ten lód. Ja zaś obiecałem ci coś. Zabierzemy go ze sobą. Weźmiemy ich obu. Niech to dziecko, któremu odebrałaś przyszłość już więcej nie cierpi. Miej jednak świadomość, iż on w końcu wróci i nikt z nas nie wie, czy nie będzie pragnął odzyskać tego co do niego należy. Podobnie zresztą jak ona. Na pewno to czujesz. Robi się coraz zimniej...






     Mężczyzna nie pamiętał jak został przetransportowany na miejsce, w którym się teraz znajdował. Miał jedynie świadomość tego, iż był przez kogoś gdzieś niesiony. Nie wiedział jednak gdzie, albowiem oślepiał go blask kamieni i metali szlachetnych, które zdobiły dosłownie wszystko na około. Dziwnym było jednak, iż nawet z zamkniętymi oczami, mężczyzna czuł okropny ból, jakby ktoś świecił mu ostrym światłem prosto w oczy. Nagle został rzucony na ręcznie rzeźbioną posadzkę, której gorąco zaczęło parzyć jego pokrytą potem i brudem skórę. Jęknąwszy z bólu podniósł się więc szybko i osłaniając się ręką przed okropnym blaskiem, starał się rozejrzeć w koło. Wydawało mu się, iż widzi jakieś zarysy postaci snujące się tu i ówdzie, lecz nie mógł tego do końca potwierdzić. Po chwili do jego uszu zaczęły docierać stukoty powolnych kroków. Szukając źródła dźwięku jegomość obrócił się w stronę wielkich schodów, by ujrzeć schodzącego po nich złotowłosego mężczyznę w kwiecie wieku, którego otaczała potężna aura majestatu i bogactwa.

- Jak zawsze pożera cię próżność! – chrapliwy wrzask wydobył się niekontrolowanie z ust brudnego osobnika.

     Na te słowa nie padła jednak, żadna odpowiedź. Pojawiła się jedynie chwilowa wrzawa, która ucichła tak szybko jak się zaczęła. Podczas niej promieniejący jegomość zbliżył się do swego gościa i położył na jego głowie swą dłoń.

- H.. – zdezorientowany mężczyzna z dłonią dotykającą jego włosów, chciał coś powiedzieć, lecz nim zdążył to zrobić, jego ciało przeszyło potworne uderzenie energii.

     Odczuł to tak jakby było to uderzenie pioruna, który atakując po cichu, dopiero po chwili wydawał grzmot. Ten potężny atak odrzucił go na dobre pięć metrów w tył.

- Obudź się synu. Uciekaj póki możesz. Wyjdź z tych kłamstw. Jestem już stary. Nie mam sił już walczyć. Nie chcę już uciekać. Uciekaj więc ty. Odejdź, póki jesteś trzeźwy. Nie wracaj w ich kłamstwa. Biegnij przed siebie. Zapomnij ich winy. Posłuchaj mnie choć raz i odejdź z tego miejsca. – zaczął mówić wyglądający coraz starzej i promieniejący coraz mniej mężczyzna.

     Nagle zalany potem i lekko ogłuszony, choć nienaturalnie otrzeźwiony osobnik, zaczął dostrzegać, iż z przygasającego w szybkim tempie blasku, zaczynają wyłaniać się kształty osób i stonowane elementy budynku. Spojrzał więc jeszcze raz do mówiącej do niego osoby i z zaskoczeniem uświadomił sobie, iż zbliża się do niego pomarszczony starzec o siwych włosach, którego sens życia już dawno przepadł. Przeraził się więc niesłychanie i z impetem rzucił się w stronę wyjścia. Gdy zaś już opuścił budynek, znalazł się w gęstym tłumie istot. W jednej chwili w jego głowie odezwały się tysiące głosów, dyskutujących o sprawach nie mający żadnego znaczenia w skali wszechświata. Zdezorientowany zaczął więc przedzierać się przez ten tłok, błagając w myślach o powrót do domu, do stanu, w którym znajdował się kilka tygodni temu.






     Wyryta w lodzie stacja końcowa podróżującego po całym globie pociągu wyglądała przepięknie i niezwykle romantycznie, gdy nie znajdowała się w niej żywa dusza, a stała jedynie ogromna lokomotywa z doczepionymi wagonami, która prężyła się i trudziła, by wprawić w ruch wszystkie swoje części. Pośród tego cudownego miejsca, na jednej z misternie rzeźbionych w lodzie ławek, siedział mężczyzna będący marnym cieniem tego za co niegdyś się uważał. Skrywał on twarz w swych zabrudzonych dłoniach napawając się panującym spokojem przerywanym jedynie przez rzadkie odgłosy pary wydobywającej się z potężnego silnika zainstalowanego pociągu.

- Dzień dobry. – rzekł nieznajomy, który właśnie dosiadł się do samotnika.
- Idealny. – odpowiedział ten gorzko.
- Wyruszam w podróż. Cieszę się, iż przyszedłeś do mnie dołączyć. Zrobiłeś to nawet punktualnie. Mogę ci tylko pogratulować.


     Na te słowa rozmówca wydobył swe oblicze z rąk i spojrzał szeroko rozwartymi oczami na siedzącego obok osobnika.

- Klejnot… - wyszeptał.
- Klejnot? – zapytał zdziwiony, lecz po chwili dodał – Ach tak. Cieszę się, iż mnie pamiętasz młodzieńcze. To jak będzie? Wsiadamy? Chyba zaraz będzie odjeżdżać.
- Do odległych krain, w których nikt nie widział lodu? – zapytał z dziecięcą naiwnością.
- Właśnie tam mój drogi. Do odległych krain, gdzie świat jest cichy, a zimno nie przeszywa naszych serc. – rzekł wstając i ruszając do wejścia do jednego z wagonów.


     Za nim ruszył stojący już w swym czystym płaszczu podróżnym i z niewielką walizką mężczyzna opuszczający po raz pierwszy i ostatni swój dom wypełniony kłamstwem i boleścią.






     - Tirilionie? – na swój sposób słodki, acz chropowaty głos przeszył uszy samotnika siedzącego na misternie rzeźbionej ławce i wsłuchującego się w odgłosy wydawane przez mechanizmy ogromnej lokomotywy.

     Słysząc swe dawno zapomniane imię, mężczyzna podniósł wzrok, lecz nie po to by spojrzeć na stojącą przed nim osobę, a raczej by przeszyć swoim wzrokiem przestrzeń w poszukiwaniu wspomnień.

- Tirilionie Eugeniuszu Mevanencie… Czemu roztopiłeś serce moje z lodu? – powiedział błądząc gdzieś myślami.
- Marto. Dlaczego ochłodziłaś płonący we mnie ogień? – odpowiedziała na to kobieta.
- Czy to właśnie miłość, gdy umiera się razem? – zapytali oboje.
- Chodźmy już.
- Gdzie nas nie znajdą… - dodał jegomość wstając.


     Po tym oboje ruszyli do wejścia jednego z wagonów. Mężczyzna zatrzymał się jednak na moment, wyciągnął z kieszeni papierosa, wsadził go sobie do ust i zaczął szukać zapalniczki. W tym momencie, kobieta wyciągnęła prostą, szarą zapalniczkę i wskrzeszając kilka iskier stworzyła niewielki, zielony płomień, który przybliżyła do swego towarzysza. Ten zaś złapał z jej dłoń i przystawiając odpowiednio papierosa zapalił go. Zaciągnął się powoli głęboko i z uśmiechem zamknął zapalniczkę znajdującą się w dłoni swej ukochanej, wywołując charakterystyczny szczęk metalu.






     Dźwięk metalu uderzającego o metal, który zabrzmiał wielce intrygująco wyrwał młodą dziewczynę o długich, bordowych włosach z zamyślenia.

- Przepiękny zielony płomień. Wskazujący drogę przeznaczenia. – odezwał się blady mężczyzna odziany w czarny, skórzany płaszcz i inne części swej garderoby w tym samym kolorze, który właśnie ściągał z głowy kapelusz z dużym rondem odkładając go na stolik oddzielający jego i damę naprzeciwko.
- Cudowny… - wyszeptała spoglądając przez okno, ruszającego z wyrytego w lodzie peronu pociągu.
- Wielka szkoda, iż odwołano ekspedycję. Tyle nieodkrytej historii. Tak wiele pradawnych prawd. Wszystko to wciąż poza naszym zasięgiem… Gdyby tylko nasi drodzy klerycy nie odkryli tych głupich map. Mogli byśmy tu przynajmniej zostać i pozwiedzać. Słyszałem, iż Niebiańskie Balkony są naprawdę warte zwiedzenia. One jednak są nieruchome na najwyższym piętrze, a my właśnie odjeżdżamy z samego dna… - jegomość zaczął wzdychać.
- Okropna szkoda. – wymamrotała kobieta, która nadal odczuwała dziwne uczucie mówiące jej, iż o czymś zapomniała.
- Aerilio! Hej! Dziwnie się zachowujesz od rana. Wiem, że szkoda ci tego co mogłaś tu odkryć jednak, nie jedziemy przecież teraz w tak nudne strony.
- Tak, tak… Miałam chyba ciekawy sen. – odpowiedziała na to wpatrując się w ścianę wody, wstrzymywaną przez zamrożony wiecznym lodem ogień.







     - Do zobaczenia Tem. Będziemy najdalej za tydzień. Zobaczymy jak szybko, pójdzie nam budowa wierzy. – rzekł zamykający za sobą drewniane drzwi młody mężczyzna.
- Tak… Zrobię ciasteczka. – odpowiedział zamyślony osobnik, stojący przy oszronionym oknie i spoglądający na odjeżdżający w świat pociąg.


     Następnie, będąc już sam w swoje chacie, złapał się za pierś i westchnął głęboko. Od poranka, czuł w sobie jakąś pustkę, jakby zabrano z niego dosłownie wszystko i pozostawiono jedynie pustą skorupę z resztkami uczuć.

- Trzeba przeżyć życie, które mam. – stwierdził sam nie wiedząc czemu i podszedł do stołu zarzuconego przeróżnymi papierami, z którego wziął kubek z gorącym napojem.

     Pociągnął łyk rozgrzewającej cieczy i zaczął się zastanawiać kiedy odwiedzi go żona i za ile zjawi się u niego ten doktor-grubasek, mający dla niego jakieś ponoć ważne leki.

- Ciekawe na co biorę te niewielkie, przeźroczyste kulki… - westchnął zmęczony, siadając na krześle i łapiąc za coś do pisania.

     Następnie zabrał się za swoje obowiązki, które pozwalały mu zapomnieć o otaczającym go świecie i odciągały go od niepotrzebnych rozmyślań, które tylko drażniły obecną w nim pustkę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI