Stary Wilk
Nieznośny rumor
przeszył stare ruiny, gdy wychudzony mężczyzna spadł z swej niewygodnej pryczy
ulokowanej na znacznej wysokości. Po tym w powietrzu rozniósł się dźwięk
rozpaczliwego jęknięcia, świadczącego o braku jakichkolwiek chęci do życia.
Posiniaczony, a także pobliźniony osobnik, leżący na poniszczonej i zimnej,
kamiennej posadce westchnął w poczuciu beznadziei. Następnie, gdy miał już się
zabierać do wstawania, odczuł, iż zostaje złapany za nogę. Nie zdążył
zareagować na to wydarzenie, albowiem gdy tylko ostre kły zacisnęły się na jego
kostce, coś zaczęło ciągnąć go szybko w stronę schodów.
– Nie! – zdążył jeszcze wykrzyknąć, nim uderzył o pierwszy twardy stopień.
W mig spokój starych ruin został znów zakłócony, przez jegomościa manifestującego swój ból krótkimi wypowiedziami. Wszystko powróciło do swego pierwotnego stanu, dopiero gdy pokrzywdzony osobnik znalazł się piętro niżej. Tam leżał odczuwając dziwny ból w zmęczonych mięśniach i przeklinał się za to, iż kiedyś zachciało mu się posłuchać swego sługi i pojechać do niewielkiej miejscowości, w której spotkał swojego, w tym momencie zaginionego przyjaciela, przez którego cierpiał teraz te katusze.
– Rier… albo Hier… Którykolwiek… Gdzie się podziewacie…? – z jego ust wydobył się słaby szept przepełniony smutkiem.
Żałosne użalanie się nad sobą zostało mu jednak nagle przerwane przez wielkiego, szarego wilka który przed chwilą zrzucił go ze schodów. Nie widzieć czemu zwierz ten zaczął groźnie warczeć, po czym przyjął postawę przygotowawczą do biegu.
– Co się dzieje? – zapytał skonsternowany mężczyzna kierując swe słowa do zwierzęcia.
Co było oczywistym nie dostał odpowiedzi. Po aurze, którą roztaczał odbiorca jego słów, poznał jednak, iż niedaleko pojawiło się jakieś zagrożenie. Poderwał się więc na nogi na tyle szybko na ile mógł i ruszył biegiem za zwierzem, który niedługo wcześniej zaczął pędzić w stronę lasu. Po chwili takiego poruszania się odczuł, iż zaczyna tracić siły. Bynajmniej nie było to dla niego dziwne, albowiem zdawał sobie sprawę, iż głodując od tak długiego czasu nie da rady zachować sprawności fizycznej jaką mógł się pochwalić jeszcze jakiś czas temu. Przezwyciężył jednak ogarniające go coraz bardziej zmęczenie dzięki odgłosom walki dochodzącym z polany znajdującej się niedaleko. W taki to sposób udało mu się w dostatecznie dobrym czasie dotrzeć na bezdrzewną przestrzeń, na której odbywał się pojedynek między niezwykle dużym, czarnym wilkiem emanującym ogromną siłą, a trupiobladym mężczyzną, któremu ledwo udawało się wykonywać jakiekolwiek uniki. Sytuacja, która rysowała się przed nowoprzybyłym była banalna do nakreślenia. Otóż jakiś pechowiec zawędrował do tego lasu i zagubił się w nim. Zwiadowcy jakiejś watahy szybko wyczuli smród ów osobnika i powiadomili o tym przywódcę stada, który przybył tu, aby pobawić się ze swoją kolejną ofiarą. Wszystko to, co działo się na tej niewielkiej polanie wydawało się zmierzać do sromotnego końca jegomościa zajętego walką, lecz trącony nagle przez swoje sumienie obserwator, wkroczył w ostatniej chwili między drapieżnika, a jego ofiarę. Zrobił to bez namysłu i żadnego planu, co poskutkowało zwaleniem się na niego grubego cielska czarnego wilka. Na szczęście zwierzę było równie zdezorientowane co on i zamiast przegryźć mu szyję, odskoczyło na bok, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, które przed momentem wydawało się być w stu procentach pewne. Zrodzony w tej sytuacji bohater, wykorzystał ten moment na podniesienie się i przybranie odpowiedniej postawy bojowej. Następnie widząc, iż wielkie stworzenie przepełniła złość i jeszcze większa agresja, zebrał w sobie resztki swoich sił, by przygotować się na jego atak. Na szczęście, czy może też nieszczęście nie musiał długo czekać, albowiem przywódca watahy, który dziwnym trafem znajdował się w tym miejscu sam, rzucił się na swojego nowego przeciwnika z szybkością błyskawicy. Ten był jednak przygotowany i gdy tylko wilk znalazł się w jego zasięgu, zadał potężny cios, który swoją siłę posiadał dzięki technice z jaką został wyprowadzony, w szczękę zwierzęcia. Po tym jednym uderzeniu przestrzeń rozdarł przeraźliwy dźwięk pękających kości i rozpaczliwe skomlenie wilka, który padł pokonany na morką trawę.
– Nic ci nie jest? – zapytał zwycięzca, podchodząc do osoby, którą właśnie wyciągnął z opresji.
– Ddzh… – wydał z siebie trupioblady osobnik, nim utracił przytomność.
– Wspaniale… – mruknął mężczyzna, który zaczął się właśnie zastanawiać, czy nadal powinien być taki skory do pomocy obcym jak do tej pory.
Wesoły ogień tańczył swój chaotyczny taniec trawiąc przesuszone drewno. Jego wspaniałe wyczyny uwalniały przyjemne ciepło, które rozchodząc się na kilka metrów ogrzewało dwie istoty znajdujące się przy nim. Blask, który był zaś przez niego roztaczany bił jedynego przytomnego osobnika po oczach kompletnie go oślepiając.
– Ech… – padło ciche westchnięcie, gdy wśród odgłosów nocy rozległy się dźwięki dużych kropel uderzających o przeróżne powierzchnie – Deszcz…
Jakby na to słowo z niebios lunęła okropna ulewa, która utworzyła wokół posmutniałego mężczyzny wodną kurtynę nieprzepuszczającą ni dźwięku, ni światła. Nagle ogromna przestrzeń wielkiego świata zamieniła się w klaustrofobiczną wręcz klitkę, z której strach było wyjść.
– He? – ciche jęknięcie budzącego się właśnie ze snu osobnika spowodowało, iż wpatrzony dotąd w ogień jegomość zwrócił na moment swój wzrok do góry, aby przyzwyczaić oczy do panującego wokół półcienia.
W taki oto sposób minęła dłuższa chwila milczenia, którą przerwało nazbyt suche zapytanie wypowiedziane słabym, lecz władczym głosem:
– Ktoś ty?!
– Czy tak powinno się zwracać do swego wybawcy? – odpowiedział zmęczonym głosem mężczyzna, który nie opuszczał wzroku, mimo iż już dawno przyzwyczaił się on do panujących warunków – Czyż nie taktownym byłoby się wpierw przedstawić? Wymienić uprzejmości. Czyżby brak był tu manier? Nie ma zasad, czy schematów?
– Redo Gustaw Odmieniec. Władca Viqstru i Zapomnianych Ziem. – głos bladego brzmiał niezwykle dumnie, gdy to mówił.
– Hrabia. To zaszczyt… – drugi jegomość wstał i wykonał niezwykle przesadny i niechlujny ukłon spoglądając gdzieś w bok.
– Hrabia? – zapytał zdziwiony odruchowo machając ręką, aby jego towarzysz spoczął.
– Hrabia. – osobnik błyskawicznie skwitował pytanie i przyjął pozę gotowości do walki.
Chwilę po tym zza ściany deszczu wyskoczyła wielka szara bestia trzymająca w pysku jakieś dopiero co upolowane zwierzę i zaczęła się otrzepywać z wody. Zaskoczony Hrabia cofnął się o krok, lecz dzięki swemu wrodzonemu szczęściu stanął niefortunnie i wywrócił się wpadając w ogień. Naraz jego skąpe ubranie zajęło się żywym ogniem. Spanikowany wyturlał się z ogniska i rzucił się w stronę ulewy. Wpadł w nią oszalały i wtedy nastąpiło przejmujące milczenie, podczas którego blady mężczyzna i znajdujący się niedaleko niego wilk wpatrywali się w nieprzejrzystą kurtynę utworzoną z życiodajnej cieczy. Gdy minęło dobre pięć minut do oddzielonego od rzeczywistości, suchego miejsca wkroczył przemoczony osobnik z licznymi poparzeniami.
– Nic ci nie jest? – padło pełne przestrachu zapytanie.
– Nie. Nie ma czym się martwić. Często mi się to zdarza. – rozmówca odparł przyjaznym głosem kopiąc żarzące się drewna, tak aby znów znalazły się w słabszym już nieco ognisku.
Następnie podszedł do jednej ze stojących jeszcze ścian i wziął leżące przy niej gałęzie, które następnie wrzucił do zadowolonego z swych ofiar ognia. Po tym usiadł na powrót w miejscu, w którym pierwotnie siedział i westchnął przeciągle.
– Głupie psisko…
Na te słowa szary zwierz zbliżył się do niego i zaczął trącać jego dłoń swym mokrym od śliny nosem. Niespodziewanie na zniszczoną kamienną posadzkę spadło kilka słonych łez.
– Martwiłem się o ciebie! – zawołał zrozpaczony Hrabia przytulając mocno wilka.
Ten jakby rozumiejąc co się do niego mówi położył się bezpardonowo na tulącym go osobniku, wywołując uśmiech na jego twarzy.
– Dziwny jesteś. – zauważył obserwujący tą sytuację nieznajomy.
– Mówi to blady jak ściana facet, który błąka się samotnie po niebezpiecznym lesie i jeszcze twierdzi, iż jest jakimś władcą. – odgryzł mu się ocierający łzy mężczyzna.
– Taką mam karnację! Co poradzę na mój rodowód?! Poza tym zostałem zdradzony! – zaczął wrzeszczeć będąc bliski płaczu.
– Hej… No już. Jest dobrze. Kto cię zdradził? – Hrabia starał się uspokoić rozmówcę.
– Sio… – jęknął wstydliwie.
– Kto?
– Siostra… Tylko się nie śmiej! Wiem co sobie myślisz! Skąd jednak miałem wiedzieć?! – krzyczał z twarzą czerwoną od wstydu.
– No już, już. Wytłumacz proszę. – rzekł rozmówca podchodząc i przysiadając się do zrozpaczonego osobnika.
– Otóż wszystko zaczęło się kiedy byliśmy dziećmi… – zaczął swą opowieść.
– Bez obrazy, ale czy możesz zrobić z tego jakiś skrót? – zapytał Hrabia w przestrachu, iż braknie mu życia na wysłuchanie żalów mężczyzny.
– Tak, tak. No więc w skrócie. Dwa miesiące temu razem z ojcem doprowadziliśmy do obalenia bestialskiego władcy. Niestety nasz ojciec został ciężko ranny na kilka dni przed zamachem i umarł nie otrzymawszy pomocy. Jako jego syn pierworodny przejąłem więc dowodzenie nad buntownikami i poprowadziłem ich do zwycięstwa. Następnie, gdy przyszło do przydzielania władzy wszystkim nagle odbiło i zaczęła się jatka. Walka w zamku toczyła się tydzień, póki nie wyłonił się zwycięzca. Oczywiście była to moja kochana siostrunia. Wyrżnęła wszystkich i przyszła po mnie. Już myślałem, że jestem martwy, gdy nie wiedzieć czemu ten diabeł w ludzkiej skórze z przyjaznym uśmiechem oddał mi władzę, argumentując to tym, że lepiej znam się na zarządzaniu. Nie wyczuwając zagrożenia, wiem byłem głupi, zaakceptowałem ofertę i zasiadłem na tronie. Z początku myślałem, iż będzie wielki burdel do ogarnięcia, lecz ku mojemu zdziwieniu wszystko było spokojnie. Za namową towarzyszy wystawiłem wielką ucztę, by uczcić obalenie tego potwora. W czasie tej uczy spiłem się niemiłosiernie, albowiem zawsze miałem słabą głowę i pociąg do mocnych trunków. Wtedy wszystko się zaczęło. Pamiętam tylko krew, wszechobecny ogień, śmiech mojej siostry i krew. Pełno krwi. Udało mi się uciec, ponieważ wpadłem do fosy, podczas walki z kimś. Gdy się obudziłem leżałem w tym lesie na brzegu rzeki. Czułem jakby coś mnie obserwowało. Spanikowany zacząłem wiec biec przed siebie. Po jakimś czasie znalazły mnie te wilki i zaczęły mnie atakować. Udało mi się przed nimi uciec i dotrzeć na tą cholerną polanę. Kolejna zasadzka. Na szczęście udało ci się mnie uratować, za co jestem ci dozgonnie wdzięczny. – blady osobnik tłumaczył swą historię w niezwykle wymyślny sposób.
– Ach tak… – westchnął podejrzliwie Hrabia.
– Oczywiście! – wykrzyknął mężczyzna w przestrachu.
– Biedaku! – odkrzyknął jegomość rzucając się na rozmówcę.
W tym momencie mężczyźni zaczęli się szarpać w nieporozumieniu. Ich wygłupy zostały jednak przerwane przez warczenie szarego wilka.
– Co jest? – zapytał Hrabia, kiedy w końcu zostawił drugiego mężczyznę w spokoju.
Nie dostawszy na te słowa żadnej odpowiedzi jegomość wstał i zbliżył się do zwierzęcia. Podczas tego spostrzegł, iż źródłem jego niepokoju jest maska o wyjątkowym wyglądzie, oparta o ścianę.
– Tu to się schowało… – mężczyzna ucieszył się zbliżając się do przedmiotu i podnosząc go.
Następnie skierował się z nim z powrotem w stronę bijącego ciepłem ogniska. Niespodziewanie jednak wielki wilk wszedł pod jego nogi, wywracając go tym samym. Trzymana przez Hrabiego maska wypadła z jego rąk i trafiła wprost w łapczywe objęcia ognia. Ku zaskoczeniu wszystkich, gdy tylko pomarańczowo-złote płomienie liznęły ów przedmiot nadpalając go leciutko, niewielka przestrzeń odcięta od reszty świata poprzez wodną kurtynę wypełniła się zielonymi iskrami. Naraz pojawił się nieznośny syk, który przerodził się szybko w szum tysięcy szeptów. Równocześnie wkoło zaczęły pojawiać się niezliczone cienie wijące się w hipnotyzującym transie, w który wydawał się wpadać nawet silny ogień płonący po środku tego wydarzenia. Hrabia padł na kolana nie mogąc zdzierżyć tego co właśnie wyprawiało się przed jego oczyma. Szok jakiego doznał zablokował jego umysł niemal doprowadzając do jego degradacji. Tak minęła przedłużająca się chwila, po której zdruzgotany jegomość zorientował się, iż klęczy przy ognisku i trzyma w dłoniach nadpaloną maskę. Dokoła panowała nieznośna cisza, którą przerywał jedynie cichy pisk krążący gdzieś na granicy słyszalności. Po pewnym czasie wrócił jednak ogłuszający szum ulewy i towarzyszące mu od niedawna ujadanie wilka.
– Powiedz, że to widziałeś! – wrzasnął Hrabia do swego towarzysza.
Tamten tylko kiwnął potwierdzająco głową, nie mogąc wykrztusić z siebie choćby jednego słowa.
– To wszystko przez niego… – westchnął kładąc się na zimnej ziemi – Gdyby nie on, wiódłbym sobie spokojne życie w moim dworku. Popijałbym cierpkie wino, pośród błogiego spokoju panującego w moim ogrodzie. Nie martwiłbym się o swoje zdrowie psychiczne.
– Mówisz do siebie… – oświadczył blady osobnik uspokoiwszy się trochę.
– Racja. Czyli jednak mi odbiło. Wiedziałem, iż w końcu się od tego durnia zarażę… – przyznał Hrabia, po czym zasnął ewidentnie zmęczony kolejnym męczącym dniem.
Cisza, spokój i stabilizacja, które zawsze przychodzą po burzy zdawały się być dla Hrabiego ewenementem. Nigdy nie potrafił wyjaśnić dlaczego tak je odbierał. Mógł tylko zanurzyć się w ich magię, by nie powracać do rzeczywistości przez dłuższy czas. Tak właśnie było tego ranka, gdy obudziwszy się ze snu, od razu wkroczył w ten mistyczny świat. Jakże wyjątkowe było to uczucie, gdy z krainy snu przechodziło się w przecudowny stan zastanowienia.
– Widzę, iż się obudziłeś. – zauważył blady mężczyzna opiekający kawałki mięsa nad ogniem.
Hrabia nie potrafił odpowiedzieć na te słowa, co spowodowane było jego chwilowym zagubieniem, a także potrzebą odświeżenia swej pamięci. W tym procesie pomógł mu mokry język szarego wilczyska liżący jego policzek.
– Już, już… - jęknął podnosząc się z ziemi, by usiąść przy ognisku. – Dzień dobry.
– Dzień dobry. Głodny? – zapytał jegomość podając upieczone mięso nabite na patyk.
– Okropnie. Dziękuję. – odrzekł Hrabia, po czym zaczął pałaszować swój posiłek.
W końcu, gdy spożył ciężkostrawne śniadanie zapytał siedzącego naprzeciw niego osobnika, który prócz uśmiechania się miło i wpatrywania w towarzysza nie robił nic innego.
– Czemu nic nie jesz? – zapytał zdziwiony.
– Gustuję w trochę innym rodzaju pożywienia. – odrzekł uśmiechając się szeroko eksponując tym samym swoje idealnie białe i wyglądające na niezwykle ostre uzębienie.
– Mam niepokojące wrażenie, iż coś mi zrobiłeś… - zaniepokoił się rozmówca.
– Skądże znowu. Bez obrazy, ale nie jesteś w moim typie. – uspokoił go towarzysz – Co ważniejsze będziemy musieli za niedługo ruszać.
Na te słowa Hrabia zmarszczył swe brwi w zapytaniu.
– Chyba pomożesz mi w odzyskaniu tronu, nie? – spytał rozmówca rozkładając szeroko ręce.
– Czemu nie. I tak nie mam nic do roboty… - padło zrezygnowane westchnienie.
– Nie łam się. Zawdzięczam ci życie. Obiecuję, iż odpłacę się sowicie za wszelaką pomoc. – blady osobnik starał się w dalszym ciągu przekonać mężczyznę do pomocy – Poza tym bez ciebie zginę w tym lesie w samotności.
– Tak, tak. Gdzie się wybieramy? – zapytanie zdawało się być równie entuzjastyczne co jegomość je wypowiadający.
– Słyszałem, iż na północ stąd. Blisko Ciekłego Lustra żyje pewien pustelnik, który może nam nieco pomóc. – wyjaśnił rozmówca.
– Nie marnujmy więc czasu. – rzekł Hrabia wstając i otrzepując się z osiadłego na nim kurzu.
– Zadziwiająca z ciebie postać. – krótkie zdanie przerwało milczenie, w którym od dłuższego czasu trwali dwaj mężczyźni, przedzierający się przez las.
– Zadziwiająca? A cóż we mnie takiego zadziwiającego? – zdziwił się Hrabia.
– Tak tylko mi się wydaje… – uniknął odpowiedzi rozmówca, po czym zmilkł.
Po tym gdy blada postać skupiła się na przedzieraniu się przez coraz trudniejszy do przebycia teren, jej towarzysz mógł sobie pozwolić na ponowne skupienie się na otaczającym go świecie. Spoglądając na dziką naturę rosnącą bujnie dookoła odczuwał on w głębi siebie pewną pustkę. Niespodziewanie do jego głowy zaczęły napływać wspomnienia dzieciństwa, którego tak naprawdę nigdy nie było.
– No tak… – westchnął cicho przypominając sobie, iż w jego życiu zawsze na pierwszym miejscu stała praca i nauka.
Od momentu kiedy tylko zdał sobie sprawę ze swej indywidualności zaganiany był przez rodzinę do najróżniejszych zadań. To doprowadziło do tego, iż tak naprawdę nigdy nie bawił się z innymi. Nie miał czasu, aby choćby na chwilę się zatrzymać i podziwiać wspaniałe krajobrazy. Nad jego umysłem zapanowała bezlitosna logika, a cokolwiek co doświadczył przeliczał na pieniądze. Jak okropną musiał być wtedy osobą? Zapewne wiedzieliby to wszyscy, których niegdyś spotkał w swym podłym życiu. Tak… To dzięki cierpieniu innych osiągnął swą pozycję. Władza. Pieniądze. Szacunek.
– Wszystko… – mruknął do siebie ponownie nie zauważając, iż jego towarzysz spogląda na niego ukradkiem uśmiechając się pod nosem.
Nagle w jego świadomości pojawił się obraz odzianego w czerń mężczyzny uśmiechającego się niezwykle radośnie.
– Wszystko przez niego… – jękną cichutko i żałośnie.
Po tym jednak rozchmurzył się i uśmiechając przypomniał sobie ten moment, gdy zmęczony po całodniowej kłótni z niekompetentnymi dostawcami został ogłuszony, porwany i zamknięty w jakimś starym budynku. Kiedy zaś się obudził wszystko stało w płomieniach, a w rogu, oparty o ścianę siedział on, zamyślony idiota popijający jakieś najgorsze szczyny. Śmiał się do rozpuku nie przejmując się zbliżającą się śmiercią.
– Tylko jak wtedy uciekliśmy? – zapytał sam siebie przystając na chwilę.
Niespodziewanie lekki podmuch wiatru orzeźwił zamyślonego mężczyznę, który z przerażeniem zauważył, iż stoi sam niedaleko jakiejś rzeki nie mając pojęcia gdzie jest. Co gorsza lekko pomarańczowe słońce zaczynało chować się na majaczącymi na horyzoncie górami.
– Ech… Który to już raz… Piesku… Gdzie jesteś? – Hrabia zachował się w tej sytuacji niezwykle spokojnie.
Po swoich słowach chciał odwrócić się i iść w kierunku, z którego prawdopodobnie przyszedł. Ku swojemu zdziwieniu zauważył jednak stojącą przed nim chudą, pokrytą gęstymi i szorstkimi włoskami istotę o czterech niezwykle długich i znajdujących się między nimi sześciu połowę krótszych odnóżach. Postać ta mimo swego dość wyraźnego humanoidalnego kształtu ciała, ze wszystkich stworzeń przypominała najbardziej pająka. Jej niezliczone, czerwone oczy wpatrywały się w przerażonego Hrabiego, a szczękoczułki poruszały się powoli jakby zaraz miały rozłupać jego wypełnioną krwią głowę. To sprawiło, iż nie wiedząc kiedy rzeczywistość otaczająca zagubionego mężczyznę zmieniła się w nieprzejrzystą ciemność, w której obecny był tylko radosny śmiech pewnego młodego osobnika skąpanego w czerni stworzonej z niezliczonej liczby cieni.
Nieznośne uczucie kołysania i powolnego opadania zaczęło z wolna doprowadzać żołądek rozbudzającego się Hrabiego do najgorszego z możliwych stanów. Temu wszystkiemu nie pomagało dodatkowe wrażenie, iż wszystko zostało obrócone o sto osiemdziesiąt stopni.
– Eee.. – wyrwał się gardłowy odgłos, gdy próbował otworzyć swe zlepione jakąś substancją oczy.
Gdy w końcu udało mu się osiągnąć swój cel, jego źrenice zalała jedynie ciemność i rozsiane po niej liczne, świecące na czerwono, nieznanego pochodzenia światełka, które nieodparcie przypominały przerażające ślepia istoty, którą ujrzał nim stracił przytomność. Nagle do jego uszu zaczęły docierać liczne szmery i niecodzienne dźwięki, których źródła nie potrafił określić. Wtem ku swemu zaskoczeniu, spoglądając w dół, ujrzał źródło jasnego światła zbliżającego się w jego stronę nazbyt szybko.
– Ha?! – wrzasnął, gdy zdał sobie sprawę z tego, iż to nie światło zbliża się do niego, a na odwrót.
Nim jednak jego ugotowana od wrażeń głowa sięgnęła pokrytej kryształem w kolorze magenta powierzchni, zatrzymał się nagle w powietrzu. Westchnął szczęśliwy, lecz w jednym momencie przypomniał sobie w jakiej sytuacji się znajduje i zaczął się szarpać w miarę swych możliwości.
– Proszę uważać. Nie chcielibyśmy, aby nasz szanowny gość zrobił sobie krzywdę. – odezwał się spokojny, kobiecy głos.
Słysząc go Hrabia uspokoił się i spróbował wyostrzyć swe zmysły.
– Najmocniej przepraszam. Gdzież moje maniery. Serdecznie witam w naszym domu. Nazywam się Arane Arachno. Zwą mnie Królową Sieci. – mówiła z największą życzliwością seksowna, odziana w czarno-szarą suknię z karmazynowymi zdobieniami kobieta zbliżając się do wiszącego do góry nogami mężczyzny.
Jej pokryte krwistą czerwienią usta uśmiechały się tajemniczo, gdy rozcinała ona swym niezwykle ostrym paznokciem więzy zniewalające skonfundowanego mężczyznę. Po chwili rozległo się tępe uderzenie siedemdziesięciokilowego ciała o kryształ pokrywający posadzkę.
– Hrabia. Miło mi. – odrzekł jegomość wstając i skłaniając się nazbyt niechlujnie.
– Hrabia? – zdziwiła się rozmówczyni.
– Hrabia. – skwitował jej słowa mężczyzna.
– Hrabia. – powtórzyła nieznajoma śmiejąc się serdecznie, po czym dodała stawiając pierwsze kroki w kierunku otaczającej ich ciemności – Proszę za mną.
Gdy tylko mężczyzna ruszył, pod jego stopami zaczęła rozświetlać się bladym światłem droga, prowadząca przez ciemność za niespotykanie piękną damą. Po chwili spaceru jak z jakiegoś snu pojawiła się skąpana w białym świetle przestrzeń, w której stały dwa fotele obite brązową skórą i niewielki stolik, na którym znajdowała się przeźroczysta butelka wypełniona jakąś ciemną cieczą i jeden odpowiadający jej kieliszek.
– Proszę spocząć. – słodki głos sączył się do uszu oczarowanego jegomościa jak śmiertelny jad.
Słysząc te słowa mężczyzna spoczął na fotelu i nie wiedząc kiedy odebrał od rozmówczyni naczynie wypełnione czerwonym płynem.
– Hrabia, tak? – padło ciche pytanie.
– Tak… – odpowiedział mieszając gęstą ciecz w kieliszku, jakby była to największa zagadka na świecie.
– Dawno nie gościliśmy tu tak wyjątkowego osobnika. Co sprowadziło szanownego pana w te strony? – zainteresowała się tajemnicza dama.
– Poszukuje przyjaciela… – odpowiedział nazbyt przejęty wpatrywaniem się w trzymany w ręce przedmiot.
– Cóż za szczytny cel. Każdy…
– Cholernego tępaka, przez którego trafiłem do tego brutalnego świata, w którym wszystko chcę twojej śmierci. – przerwał wypowiedź swojej rozmówczyni, wylewając z kieliszka gęsty płyn wprost na zaczynający się świecić coraz mocniejszym światłem kryształ w kolorze magenta.
– Ho… – wyrwało się z ust kobiety, której zaimponowała przenikliwość mężczyzny.
Nagle przestrzeń dookoła związana dotąd przez ciemność wypełniona została jasnością, która ujawniła niezliczone pajęczyny je spowijające. W tym momencie Hrabia spostrzegł, iż jego ciało więzione jest przez lepkie nici pętające całą jego fizyczną powłokę.
– Wspaniałe. – rzekł wiercąc się lekko – Jednak ta lepkość… Gdyby coś na to poradzić…
Na te słowa dama posiadająca w swoich rękach przeznaczenie Hrabiego zaczęła się żałośnie śmiać.
– Czy twój los nic dla ciebie nie znaczy? – zapytała przykładając swój niezwykle ostry paznokieć do szyi rozmówcy.
– Mój los? Jest niezmienny od zaginięcia tego idioty. Wasz zaś… Pogrążacie się z każdą chwilą. Gdzie odeszła wasza duma? – powiedział jakby nie obchodziło go nic, prócz niezliczonych możliwości wykorzystania materiału, którym bym związany.
– Duma?! Co ty wiesz o dumie?! Co ty możesz wiedzieć?! To wy nas do tego zmusiliście! Odebraliście nam wszystko i zmusiliście do walki o przetrwanie! – kobieta ewidentnie została wyprowadzona z równowagi.
– Zniszczyli was. Zgnietli jak nic nieznaczące glisty. Moneta się odwróciła. Ciemiężcy zostali sprowadzeni do parteru. I co teraz? Godzicie się z tym. Pełzacie pod ziemią, bojąc się choćby najmniejszej zmiany. – mówił pozbawione jakichkolwiek emocji.
– Nie! Mylisz się! Jesteśmy…!
– Żałośni! – dokończył za nią Hrabia.
– Ty! Szykuj się! – wrzasnęła wznosząc swą dłoń tak, by przynieść szybką śmierć swej ofierze.
Niespodziewanie jednak na zmęczone oblicze mężczyzny zaczęły upadać zielone krople, wypalające płytkie rany na jego skórze. Czując pobudzający ból, jegomość zauważył jak pochylona nad nim kobieta płacze, gdy jej ciało zaczynają oplatać niezliczone cienie.
– Dlaczego? – zapytała gdy jej ręka zaczęła powoli opadać wbrew jej woli.
– Przeznaczenie? – odpowiedział zagadkowo.
W przestronnym pomieszczeniu wypełnionym nieprzerwanymi odgłosami przewalających się skał liczne istoty pokryte cienkim pancerzem uwijały się niezwykle sprawnie ze swoją pracą. Było to możliwe dzięki ich odpowiednim przystosowaniom w budowie do przenoszenia stosunkowo dużych ilości surowca, który trafiał wprost do otworów gębowych wielkich na osiem metrów, podłużnych istot.
– Interesujące… – szepnął Hrabia przypatrując się jak wpadające do ogromnej paszczy kamienie zostają oczyszczone, wydalone przez otwór odbytowy i odniesione w stosowne miejsce, a następnie zapytał zaciekawiony – Do czego wykorzystujecie te kamienie?
– To? Do niczego. To tylko nienadający się do obróbki minerał. – odpowiedziała lekceważącym głosem kobieta.
Zdziwiony mężczyzna nie zrozumiał odpowiedzi, jednak przyglądając się dalej ogromnym istotom zrozumiał błąd w swoim myśleniu. Otóż od razu założył, iż to co się ładnie błyszczy musi być celem całego procesu. Chodziło jednak o to by pozyskać ze skał surowce służące do budowy nici.
– Te stworzenia potrafią jedynie tworzyć tylko lepkie nici? Do uzyskania innych właściwości należałoby poddać je dalszym obróbkom? – spytał obserwując jak z przecinającej całe cielsko monstrualnych stworzeń szramy otoczonej licznymi narządami wydobywa się gotowy materiał będący w centrum jego zainteresowania.
– Tak, lecz aktualnie nie jesteśmy do tego zdolni. – padła odpowiedź przepełniona żalem.
– Dlaczegóż to? – zainteresował się Hrabia zatrzymując jedno z przenoszących kamienie stworzeń, by dotknąć pokrywającego go pancerza.
– Wszystkie odpowiedzialne za to pracownice zginęły dawno temu. – rzekła ściszając głos.
– Jesteś jedna? – jegomość zmienił temat porzucając swój obiekt badań i ruszając powoli w głąb pomieszczenia.
– Co proszę? – zapytała zbita z tropu dama.
– Utrzymujesz tą postać. Rozmawiasz ze mną. One są jak kukły. Nieświadome pracują, ponieważ tak każe im instynkt. – wyjaśniał jakby celowo ignorując obecność swej rozmówczyni.
– Jestem ostania. Wszyscy… – żal i gniew mieszały się w cichnącym z każdym słowem głosie.
– Dlaczego więc tu jesteś? Nie powinniście byli skończyć tak samo? – spytał bezpardonowo.
– Przeżyliśmy, ponieważ pewien magister zamknął mnie w tej postaci uniemożliwiając mi Texo. Zrobił z nas swoje zwierzaki. Obiekty doświadczalne. – pełne bólu słowa wypływały z trudem z przepięknych krwisto-bladych ust.
– Można to odwrócić? – Hrabia przystaną zaniepokojony.
– Jeśli znajdziemy odpowiednio potężnego magistra… – powiedziała syknąwszy.
Niespodziewanie na głowę mężczyzny posypały się drobne fragmenty skały. Zadziwiony tym wydarzeniem cofnął się kawałek na moment przed tym jak razem ciężkimi gruzami na ziemię runęła nieduża, podobna do kreta istota ubrana w krótkie, brązowe spodnie, białą koszulę i niewielkie gogle okrywające jej oczy. To nagłe wydarzenie wywołało natychmiastową reakcję zgromadzonych w sali ciężko opancerzonych stworzeń pełniących funkcję strażników. Nim jednak śmiercionośne szczęko-czółki dorwały zagubionego nowoprzybyłego, dłoń Hrabiego złapała za zabrudzoną koszulę malca, po czym uniosła go w powietrze.
– Witaj w naszych skromnych progach. Będę mówił krótko i zwięźle. Ty zaprowadzisz mnie do swojego władcy, a ja oszczędzę twoje marne życie. Zgoda? – rzekł niezwykle przyjaźnie.
W odpowiedzi padł jedynie cichy, pełen przerażenia pisk, poprzedzający utratę przytomności.
– Czyżbym wyglądał, aż tak źle? – zapytał przejęty Hrabia swej towarzyszki.
Ta na jego słowa wzruszyła tylko ramionami nie rozumiejąc do końca co się dzieje.
– A więc to tak… Nie dziwne, że chcą was zabić, jeśli wkroczyliście na ich teren i jeszcze konkurujecie z nimi o surowce. Chociaż dziwię się, iż nie próbowaliście się z nimi dogadać. – rzekł jegomość wysłuchawszy wyjaśnień.
– Dogada…
– No spójrz jacy oni przyjaźni i pomocni! – przerwał rozmówczyni wskazując na człapiącego przed nimi niewielkiego osobnika.
Kobieta już chciała coś na to odpowiedzieć, jednak Hrabia ponownie wszedł jej w słowo:
– Lepiej wracaj do siebie. To raczej nie jest dla ciebie najlepsze miejsce.
Na te słowa dama zatrzymała swego towarzysza na moment.
– Weź go ze sobą. Dzięki niemu będziesz mógł się ze mną bezpośrednio skontaktować. – rzekła kładąc mu na ramieniu niedużego pająka, który błyskawicznie zagłębił się w jego bujne włosy.
– Teraz to chyba nie mam wyboru… – mruknął w odpowiedzi.
– Cieszę się, iż się dogadaliśmy. – odrzekła uśmiechając się ponętnie.
Następnie skierowała się z powrotem w stronę swego królestwa.
– Oho… A ja myślałem, iż uciekniesz jak tylko się na chwilę odwrócę. – stwierdził Hrabia kucając przy swoim niskim zakładniku, po czym pogłaskał go po głowie.
W odpowiedzi otrzymał jedynie gniewne fuknięcie, po którym malec ruszył przed siebie.
– Buntownik! Ha! Podoba mi się! – krzyknął zadowolony podążając za swym przewodnikiem.
Wędrówka poprzez kręte, podziemne korytarze nie należała do najprzyjemniejszych, jednak nie dłużyła się ona wielce, albowiem po pół godziny drogi Hrabia i jego niewielki towarzysz trafili wreszcie na przejście nad wielką przepaścią oddzielającą od siebie dwa zwaśnione królestwa.
– Ależ wielcy! – zawołał mężczyzna spostrzegłszy dwa wielkie podobne do kretów istoty pilnujące ogromnej bramy zbudowanej z kryształu w kolorze magenta.
Na jego słowa nie było żadnej odpowiedzi. Zasmucony tym faktem postanowił zagaić swego przewodnika.
– Mają w sobie tyle miłości co tłuszczu? – zapytał żartobliwie.
Niestety jego żart nie spodobał się młodemu stworzeniu, które fuknęło groźnie i przyśpieszyło swego lekko koślawego kroku. W tym momencie wejście zaczęło się otwierać powoli wywołując nieznośny rumor. Razem z tym z powstającej szczeliny zaczęło sączyć się blade, oślepiające światło, które kierowało się wprost w oczy Hrabiego.
– Błagam… Tyle razy to było przerabiane… – jegomość żachnął się niespodziewanie przesłaniając swe oblicze dłonią.
– Proszę wsiąść. – rzekł niewielki, podobny z wyglądu do kreta osobnik w kolorowych szatach wskazujący otwarte drzwi do pojazdu wyglądającego jak niedużych rozmiarów domek.
Uznając wszystko za całkowicie naturalne Hrabia wkroczył dumnym krokiem do wnętrza i od razu wywrócił się potknąwszy się o własną nogę. Niefortunnie jego pełna nowych informacji głowa uderzyła o jakąś twardą powierzchnię wywołując odgłos jaki towarzyszy pustemu pudełku, gdy w nie się puka. To zaś doprowadziło do błyskawicznej utraty niepewnej świadomości. Na szczęście zamknęli drzwi… Ostania myśl przebiegła przez zasypiający umysł.
– Cholera! – wykrzyknienie przeszyło niewielkie pomieszczenie trzęsące się z niewiadomego powodu.
W tym momencie wyrwany ze snu jegomość złapał się za obolałe miejsce na głowie i rozmasowując je zastanowił się nad tym co tak naprawdę przeklął.
– Drzwi! Nie widzieli… Więc moja duma pozostaje niezachwiana. – uspokoił się wypowiadając te słowa.
Teraz pozostało mu tylko zorientować się sytuacji i przypomnieć sobie co właściwie się ostatnio wydarzyło.
– I gdzież ten maluszek…? – zainteresował się nagle stworzeniem, którego życie obiecał oszczędzić.
Niestety rzeczywistość nie pozwoliła mu na choćby próbę odpowiedzi na to pytanie, albowiem pojazd, w którym się znajdował właśnie się zatrzymał, a wejście do niego otworzyło się szeroko ukazując niewielkiego spotkanego wcześniej osobnika w kolorowej szacie kłaniającego się lekko.
– Tędy proszę. – padła pozbawiona jakichkolwiek negatywnych, czy pozytywnych emocji prośba.
– Tak, tak… – westchnął Hrabia wychodząc na zewnątrz.
Znalazłszy się już poza środkiem transportu stanął przed rzeźbionymi drzwiami z białego drewna, które otwarły się powoli zapraszając do wnętrza. Nie śpiesząc się zbytnio wkroczył do niedużej sali, w której przy długim półokrągłym stole siedziało dwanaście dwumetrowych postaci ubranych w białe szaty wyszywane zielononiebieskimi, przeźroczystymi nićmi.
– No, no. Pierwsze wrażenie potraficie zrobić. – mruknął pod nosem Hrabia, starając się dostrzec choćby jedno oblicze skrywane przez kaptur.
Rozbrzmiały równocześnie gardłowe głosy istot, po czym nastąpiła chwilowa cisza, która została błyskawicznie przerwana przez gromki śmiech przybysza.
– Wymyśliłeś to na poczekaniu?! – krzyknął rozbawiony w przestrzeń.
Niespodziewane zachowanie sprawiło, iż dwunastka osobników zlękła się i skuliła jeszcze bardziej na swoich kamiennych siedzeniach. Tylko jeden z nich, siedzący na uboczu podniósł się i wskazał śmiejącego się jegomościa swoją niewielką dłonią. Wnet do pomieszczenia wpadła grupa ciężko opancerzonych strażników z zamiarem zabicia nieznajomego.
– Judaszu… – westchnął ten, gdy wrogowie otoczyli go wymachując swoimi rękami.
W tym momencie Hrabia zdziwił się lekko wiedząc zaszokowanie w oczach swych przeciwników, nie rozumiejących dlaczego ich ruchy nie wywołują żadnej reakcji otoczenia. Nie czekając długo wykorzystał panujący w umysłach wrogów zamęt i z niezwykłą sprawnością zaczął powalać każdego, kto stanął na jego drodze. Gdy już skończył poprawił swoje rozczochrane włosy i zbliżył się spokojnym krokiem do trzęsącego się ze strachu osobnika w białej szacie. Nic nie mówiąc stanął przed nim i zaczął się w niego wpatrywać jakby właśnie prowadził nad jego duszą ostateczny osąd.
– Żałosne. – stwierdził po czym odwrócił się do niego plecami i ruszył w miejsce, z którego wszyscy mogliby go dobrze dostrzec, a także dosłyszeć.
W tej chwili niezliczone cienie, które pojawiły się z każdego ciemnego zakamarka sali otoczyły przerażoną postać, by po chwili rozpłynąć się razem z nią w przestrzeni.
– Oczekiwaliśmy ciebie panie! Wybacz nam to zajście. To… – zaczął mówić jeden z obecnych.
– To nie ma znaczenia! – uciszył go Hrabia.
– Oczywiście. Jeżeli… – chciał coś powiedzieć, lecz znowu mu przerwano.
– Potrzebna mi armia i wyposażenie dla niej! – wystosowane żądanie było równie proste w swych założeniach co trudne.
– Panie… – zlękniony osobnik nie mógł wydusić z siebie słowa.
Niespodziewanie Hrabia znów wybuchnął gromkim śmiechem, a uspokoiwszy się trochę rzekł życzliwie:
– Żartowałem. Powiedzcie mi w czym problem, a razem postaramy się znaleźć dla niego wyjście. Znajdźcie mi też tego buntownika małego. Chyba go polubiłem.
Słowa te sprawiły, iż wszystkich spetryfikowało. Z tego powodu przybysz westchnął ponownie, a następnie stwierdził:
– Początki chyba zawsze są trudne… Choć niektórzy pozostają chyba nazbyt otwarci…
– Rozumiem, rozumiem jednak czy musicie wszyscy tu być? – jęknął Hrabia spoglądając ukradkiem na dziesięciu osobników w białych szatach snujących się za nim i jego rozmówcą.
– Jako przywódcy naszej wspaniałej kolonii musimy posiadać te same informacje z pierwszej ręki, także… – zaczął odpowiadać na jego pytanie, jednak jegomość szybko mu przerwał.
– To może gdzieś usiądziemy i coś zjemy. Zgłodniałem. Będzie nam przy okazji łatwiej porozmawiać i nie będziemy robić takiego tłoku.
– Oczywiście. Proszę za mną. –odpowiedział wskazując odpowiedni kierunek.
Krajobraz niewielkiego miasta wyrytego w szarej skale, w którym większość domów prosperowała jako warsztat zajmujący się produkcją odpowiednich przedmiotów i materiałów, działał uspokajająco na burzliwe myśli Hrabiego, który popijał zbyt słodki napar podany mu na jego własną prośbę przed posiłkiem.
– Wszyscy się czymś zajmują. – zauważył biorąc niewielki łyk cieczy ze szklanego naczynia.
– To było nieuniknione. Większość z nas musiała zostać przekierowana do wydobycia i oczyszczania surowca. Do tego dochodzą jeszcze ci, którzy podjęli się obrony. – odpowiedział jeden z dwunastu osobników zgromadzonych wokół mężczyzny.
– Obrony? – zaciekawił się jegomość.
– Przed Arachami i szkodnikami zamieszkającymi podziemia. – rzekł inny.
– Hmm… – Hrabia wydał z siebie pełen konsternacji dźwięk.
Po tym nastało milczenie, w czasie którego wszyscy otrzymali swe posiłki. Każdy jadł powoli rozkoszując się smakiem przygotowanej potrawy. W chwili, gdy danie zniknęło z przeźroczystego talerza podanego jegomościowi ubranemu w poszarpane szaty, ten odezwał się:
– Dlaczego walczycie?
– Proszę? – zapytał jeden z jedenastu jakby nie rozumiejący pytania.
– Skąd ten konflikt z Arachami? – sprecyzował pytanie.
– Pewnego dnia natrafiliśmy na siebie podczas wydobywania surowca i jakoś tak wyszło. – odrzekł kolejny z osobników w bieli z ogromną powagą.
– Ech… I nawet nie próbowaliście się pogodzić? Co z wami jest nie tak? – zapytał rozmasowując skronie.
Na jego słowa nikt nie odpowiedział bojąc się reakcji.
– Mamy więc rozwiązanie problemu z produkcją. Tylko skąd weźmiemy armię…? – stwierdził skonfundowany.
– Jeśli szukasz wojska mój panie, to tymi, którzy spełnią twe pragnienie pozostają Vespanie.
– Któż to taki? – zainteresował się Hrabia.
– Waleczna rasa, która niegdyś władała ziemią i niebiosami. Niepokonanie imperium… – opowiadał ktoś z wielką pasją.
– Jednak upadłe. – Hrabia znów przerwał rozmówcy.
– Upadli pod ciężarem własnej potęgi. Tym który ich poprowadził był Venril Szesnasty zwany Krwawym Obłędem.
– Ciekawy tytuł… – szepnął mężczyzna.
– Zasłużony. – odezwał się inny z jedenastki.
– Wszystko przez tragiczną śmierć jego siostry. – dodał inny.
– Utrata sensu życia może pchnąć każdego ku największym okropieństwom… – stwierdzenie to sprawiło, iż wszyscy nagle zamilkli jak gdyby pragnęli uczcić nieopisane cierpienie, które przytrafić może się każdemu, chwilą ciszy.
Niespodziewanie moment ten został zakłócony przez przybycie ciężko uzbrojonego osobnika, niosącego małego podobnego do kreta osobnika wierzgającego niemiłosiernie.
– To ty! Jakże się cieszę, iż się widzę! Gotowy na ekscytującą wyprawę?! – zakrzyknął entuzjastycznie Hrabia podrywając się gwałtownie ze swego krzesła.
W odpowiedzi otrzymał jedynie bezpardonowe fuknięciem, które wydało mu się bardziej słodkie niż obraźliwe.
– Raduję się, iż doszliśmy do porozumienia. Teraz zaś żegnam. Mam nadzieję, iż kiedy się z wami skontaktuję wszystko będzie gotowe. Ach… Nie zapomnijcie proszę o tym maluszku. W końcu mianowałem go moim pośrednikiem! – rzekł Hrabia wychodząc powoli na powierzchnie.
Słoneczny poranek, w który w momencie wstąpił oczarował go tak bardzo, iż aż zapomniał jaki był jego pierwotny cel. Bladożółte słońce rozrzutnie dzielące się swymi promieniami zmieniało skąpany w półcieniu świat w niezwykle romantyczne miejsce. Zaś rosa, która okrywała wszystko swym delikatnym płaszczem utrzymywała delikatny chłód, a także współpracując z pełnymi energii promieniami świetlnymi tworzyła rozrzedzoną mgiełkę unoszącą się między manifestującymi swą dzikość roślinami. Nagle pośród tej cudownej rzeczywistości, gdzieś na skraju ciemności, która jeszcze nie poddała się na rzecz wszechobecnej jasności, zamigotało niewielkie błękitne światełko.
– He? – mruknął skonfundowany mężczyzna ruszając w stronę widziadła.
Po niedługiej chwili śledzenia tego niecodziennego zjawiska nogi jegomościa zaczynały powoli grzęznąć w bagnistym podłożu, które stawało się coraz bardziej rozwodnione z każdym krokiem. Nie minęła dużo czasu, gdy Hrabia zorientował się, iż zanurzony jest po pas w wodzie. Nagle coś do niego dotarło. Niestety było już za późno. Zimna woda pochłonęła go wpół otumanionego odbierając mu możliwość pobrania niezbędnego do życia tlenu z otoczenia.
Ogarnięte morskim błękitem miejsce, w którym obudził się Hrabia zdawało się być kolejną lokacją, do którego postanowił posłać go podły los. Zmęczony już swymi przygodami przetarł swą pokrytą licznymi zmarszczkami twarz, a następnie wstał powoli. Po tym rozglądnął się spokojnie wkoło i westchnął stwierdzając, iż jest w pułapce bez wyjścia. Jedynym przedmiotem, który mógł służyć mu za jakąkolwiek wskazówkę było stare, żelazne pudełko zamknięte zardzewiałą kłódką stojące na białozielonym piedestale. Podszedł więc do niego i bezmyślnie zaczął go obmacywać.
– Jak to się…? – zapytał sam siebie, po czym poddenerwowany cisnął trzymaną w dłoniach rzeczą w podłoże.
To spowodowało rozpadnięcie się zamka i otwarcie pojemnika, z którego zaczął sączyć się niebieski płyn. Ciecz ta niespodziewanie przybrała kobiecą postać, a następnie wyciągnęła swoją dłoń w stronę Hrabiego, który przyjmował wszystko co się dzieje z nienaturalną obojętnością.
– Mówiłem ci staruchu, że nie będę pił żadnych twoich naparów! Nie po tym co się stało ostatnio! – wrzeszczał dziwnie znajomy głos.
– Uspokój się, bo znowu będę musiał cię ogłuszyć i przywiązać do łóżka. – odrzekł na to pełen spokoju i pokory starzec.
– O! Obudził się! Patrz! Jemu daj to świństwo! – odkrzyknął rozmówca wskazując na wpół świadomego mężczyznę, który właśnie starał się podnieść.
– Leż proszę spokojnie. Zaraz do ciebie podejdę. – powiedział starzec ignorując wrzaski, których źródłem był nienaturalnie blady osobnik siedzący na krześle.
Niespodziewanie po tych słowach nastąpiło głuche uderzenie, po którym głośny do tej pory jegomość osunął się bezwładnie na podłogę.
– Dziękuję… – mruknął Hrabia masując swe skronie.
– Przyjemność po mojej stornie. Wypij to proszę. – odpowiedział gospodarz podając swemu rozmówcy drewniane naczynie wypełnione gęstym, białym płynem.
Hrabia wykonał polecenie i naraz odczuł jak na powrót robi się niezwykle senny i opada na twarde posłanie zanurzając się w krainę koszmarów.
Jakże mam się czuć? Chętnie wszystko bym to pominął. Same nudy. To samo co chwila. Bez sensu. Wszyscy wiemy, że to i tak do niczego nie prowadzi. Po co więc w to brniemy? Aby zachować pozory? Gdyby jeszcze one istniały… Odbijające się echem słowa krążyły po umyśle Hrabiego, który tańczył na krawędzi snu. Nie rozumiem cię. Zaprawdę jesteś taki jakim cię malowali? Rozchmurz się. Zatrzymaj się na chwilę i posłuchaj śpiewu ptaków. Ciekawe jakbyś zareagował, gdyby wszystko co posiadasz przesypało się przez twe dłonie jak złocisty piach. Zabawne. Wsłuchaj się… Nie wiedzieć czemu mężczyzna posłuchał polecenia ze wspomnień wypowiedzi, która zajmowała jego nietrzeźwy umysł i zaczął nasłuchiwać otaczających go dźwięków. Wnet dotarły do niego odgłosy szeleszczących liści smaganych delikatnym wiatrem i szum wody spływającej po kamienistym podłożu. Dopiero po tym jego ciało i umysł na powrót połączyły się ze sobą przywracając mu utraconą na jakiś czas sprawność. Niespodziewanie rozległo się ciche skrzypienie świadczące o otwarciu się spróchniałych, drewnianych drzwiczek. Następnie pojawiły się ciche i powolne kroki stawiane nad wyraz dokładnie.
– Jak się czujesz? – zapytał starzec, który właśnie wkroczył do skąpanego w nielicznych promieniach słonecznych padających przez nieliczne dziury w suficie pomieszczenia.
– Jak nowo narodzony. – padł żart w odpowiedzi.
– Wyśmienicie. Magister Rodion Kiri. Miło mi. – rzekł gospodarz odkładając jakieś zioła na prowizoryczny stół.
– Hrabia. Mi również. – odrzekł rozmówca, chcąc wstać i wykonać ukłon, jednak został powstrzymany wymownym gestem.
– Hrabia… – mruknął starszy osobnik wpatrując się w swój cień, który nie wiedzieć czemu wydawał się lekko skłaniać w stronę zaległego na łóżku mężczyzny.
Nagle zapadła dziwna cisza, podczas której gospodarz przeszukiwał swoją pamięć w poszukiwaniu czegoś co wyraźnie mu umknęło.
– Hrabia… – powtórzył znów cicho rozmasowując swe czoło.
– Hrabia. – skwitował jego słowa rozmówca wzdychając zmęczony tym powtarzaniem swojego nazwiska.
–Hrabia? Ha! Wreszcie! W końcu przybyłeś! Panie mój! To zaszczyt! Proszę wybaczyć moje… – niespodziewanie jegomość nabrał życia, padł na kolana przed zaszokowanym Hrabią i zaczął wykrzykiwać słowa pozbawione sensu dla niewtajemniczonych w jego dawne życie.
– Pogarsza mi się? – zapytał sam siebie skonsternowany osobnik wpatrujący się w niecodzienną sytuację odgrywającą się przed jego oczami.
Nikt nie wie jak skończyło by się to przedstawienie, gdyby nie zostało ono przerwane przez charakterystyczny zapach jeziora, który wypełnił otaczającą rozmówców przestrzeń wprowadzając pewnego rodzaju stagnację do chaotycznej rzeczywistości.
– No to jestem martwy… – jęknął cicho i żałośnie starzec, który właśnie się uspokoił.
Następnie, po swoich słowach, podniósł się ciężko z klęczek i ruszył w stronę drzwi, by wyjść na zewnątrz. Zaniepokojony Hrabia poderwał się na tyle szybko na ile mógł ze swego posłania i również opuścił niewielkie pomieszczenie.
– Witaj. Dawno się nie widzieliśmy prawda? Ile to już? Dw… – padały pełne paniki słowa wypowiadane drżącym głosem.
– Śmierć byłaby dla ciebie wybawieniem. – odrzekła naga kobieta o długich, zielonych włosach stojąca naprzeciwko mówiącego osobnika przerywając mu.
– Nie bądźmy pochopni w swych działaniach. To wszystko jedynie małe nieporozumienie. Ja… – staruszek próbował się wymigać z sytuacji.
– Co tu się dzieje?! – zapytał Hrabia głosem tak władczym, iż nie sposób mu było odmówić czegokolwiek.
– To… – przepełniony strachem mężczyzna chciał wszystko wytłumaczyć, lecz wodna lanca, która uderzyła jego twarz skutecznie uniemożliwiła mu uskutecznienie tego zamiaru.
Hrabia rozwścieczony faktem, iż jego osoba została bezpardonowo zignorowana przez kobietę, zbliżył się do leżącego na ziemi, krwawiącego szarobłękitną krwią jegomościa, po czym pomógł mu wstać. Wtedy spojrzał mu prosto w oczy i kładąc dłoń na jego głowie rzekł oschle:
– Zbudź się!
Wtem ku swemu zaskoczeniu starzec odczuł delikatne mrowienie przebiegające po jego skórze i wewnętrzne tchnienie, które odebrało mu na chwilę wszystkie zmysły. W tej cudownej chwili znalazł się on z ponownie przed swoim Stworzycielem i po raz kolejny został obdarowany jego nieskończoną łaską. Gdy w końcu wszystkie jego zmysły powróciły płakał on rzewnie radując się ponad wszystko, albowiem oto taki grzesznik, nic nie znaczące ziarno na pustyni, kropla w oceanie, ten który pobłądził na drodze swego przeznaczenia otrzymał przebaczenie, szansę by na powrót zająć należyte mu miejsce w zapomnianym panteonie. Niespodziewanie przestrzeń będącą dotąd najgorszym więzieniem wypełnił radosny wrzask istnienia, które wyzbyło się wyniszczonej skorupy pętającej jej jestestwo.
– Co się…? – chciał zapytać blady osobnik, który właśnie wyszedł na zewnątrz niefortunnie zakłócając odrywającą się właśnie scenę.
Niestety nie dane było mu dokończenie swej wypowiedzi, albowiem jego ciało przeszyła niema błyskawica, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Po tym zdarzeniu jegomość zaczął spoglądać na swe dłonie z radością z jaką szaleniec spogląda na owoce swej pracy.
– Cóżeś uczynił?! – wrzasnęła zaszokowana kobieta spoglądająca z przerażeniem w oczy Hrabiego.
To bezczelne wykrzyknienie zwróciło uwagę nowonarodzonej istoty z powrotem na mężczyznę stojącego przy prochach jej dawnej skorupy. Zbudź się. Dwa słowa przeszyły jej świadomość. Po nich zaś poprzecinane błyskawicami oczy zwróciły się w stronę nagiej damy kulącej się w przestrachu bez możliwości ucieczki.
– Nie zbliżaj się do mnie! – powietrze przeszył krzyk, po którym wodne lance uderzyły w jedynego poruszającego się w tej chwili powolnymi krokami jegomościa.
Ataki te zdały się jednak na nic, albowiem zniknęły one niezauważalnie w połowie swej drogi, nie dotarłszy do swego celu.
– N… – słowo nie wydobyło się z suchych ust kobiety, które zostały brutalnie zasłonięte przez bladą dłoń poprzeszywaną błękitnymi znakami.
– Jak śmiesz kalać osobę mego pana swym jestestwem?! Jak śmiesz stawiać się, mimo że on okazał ci swą łaskę?! – padające słowa brzmiały jak mordercze gromy dla przeszywanej przez błyskawice ciało ofiary.
– Wystarczy. – rzekł cicho Hrabia głosem pełnym wdzięczności, zbliżając się do bladego mężczyzny i poturbowanej damy, której ciało pozbawione kontaktu z umysłem upadło bezwiednie na wypaloną ziemię.
– Oczywiście mój panie. – padło w odpowiedzi.
– Kim ona jest? – zapytał jegomość kucający przy ledwo żywej istocie wijącej się w spazmach pod jego nogami.
– Marna rusałka. Podwładna Pani Jeziora.
– Ach tak. I czego chciała? – Hrabia zadał kolejne pytanie podnosząc się powoli.
– Zemsty za swego kochanka. – odpowiedź była krótka, lecz najwidoczniej spasowała rozmówcy, gdyż ten odwrócił się i zaczął iść w stronę prowizorycznego domostwa.
W pewnym momencie zatrzymał się jednak i rzekł nostalgicznie:
– Miłość. Co byśmy bez niej zrobili?
Po tym pokonał resztę odległości dzielącej go od zacienionego wnętrza, a następnie przystanął w drzwiach mówiąc:
– Przynieś ją tutaj. Nie chcemy przecież, aby coś się stało tej biednej, niewinnej istocie, która według zeznań świadków zemdlała bez przyczyny, gdy tylko znalazła się w zasięgu naszego wzroku. Prawda? Mój drogi magistrze…
– Nie! – zdążył jeszcze wykrzyknąć, nim uderzył o pierwszy twardy stopień.
W mig spokój starych ruin został znów zakłócony, przez jegomościa manifestującego swój ból krótkimi wypowiedziami. Wszystko powróciło do swego pierwotnego stanu, dopiero gdy pokrzywdzony osobnik znalazł się piętro niżej. Tam leżał odczuwając dziwny ból w zmęczonych mięśniach i przeklinał się za to, iż kiedyś zachciało mu się posłuchać swego sługi i pojechać do niewielkiej miejscowości, w której spotkał swojego, w tym momencie zaginionego przyjaciela, przez którego cierpiał teraz te katusze.
– Rier… albo Hier… Którykolwiek… Gdzie się podziewacie…? – z jego ust wydobył się słaby szept przepełniony smutkiem.
Żałosne użalanie się nad sobą zostało mu jednak nagle przerwane przez wielkiego, szarego wilka który przed chwilą zrzucił go ze schodów. Nie widzieć czemu zwierz ten zaczął groźnie warczeć, po czym przyjął postawę przygotowawczą do biegu.
– Co się dzieje? – zapytał skonsternowany mężczyzna kierując swe słowa do zwierzęcia.
Co było oczywistym nie dostał odpowiedzi. Po aurze, którą roztaczał odbiorca jego słów, poznał jednak, iż niedaleko pojawiło się jakieś zagrożenie. Poderwał się więc na nogi na tyle szybko na ile mógł i ruszył biegiem za zwierzem, który niedługo wcześniej zaczął pędzić w stronę lasu. Po chwili takiego poruszania się odczuł, iż zaczyna tracić siły. Bynajmniej nie było to dla niego dziwne, albowiem zdawał sobie sprawę, iż głodując od tak długiego czasu nie da rady zachować sprawności fizycznej jaką mógł się pochwalić jeszcze jakiś czas temu. Przezwyciężył jednak ogarniające go coraz bardziej zmęczenie dzięki odgłosom walki dochodzącym z polany znajdującej się niedaleko. W taki to sposób udało mu się w dostatecznie dobrym czasie dotrzeć na bezdrzewną przestrzeń, na której odbywał się pojedynek między niezwykle dużym, czarnym wilkiem emanującym ogromną siłą, a trupiobladym mężczyzną, któremu ledwo udawało się wykonywać jakiekolwiek uniki. Sytuacja, która rysowała się przed nowoprzybyłym była banalna do nakreślenia. Otóż jakiś pechowiec zawędrował do tego lasu i zagubił się w nim. Zwiadowcy jakiejś watahy szybko wyczuli smród ów osobnika i powiadomili o tym przywódcę stada, który przybył tu, aby pobawić się ze swoją kolejną ofiarą. Wszystko to, co działo się na tej niewielkiej polanie wydawało się zmierzać do sromotnego końca jegomościa zajętego walką, lecz trącony nagle przez swoje sumienie obserwator, wkroczył w ostatniej chwili między drapieżnika, a jego ofiarę. Zrobił to bez namysłu i żadnego planu, co poskutkowało zwaleniem się na niego grubego cielska czarnego wilka. Na szczęście zwierzę było równie zdezorientowane co on i zamiast przegryźć mu szyję, odskoczyło na bok, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, które przed momentem wydawało się być w stu procentach pewne. Zrodzony w tej sytuacji bohater, wykorzystał ten moment na podniesienie się i przybranie odpowiedniej postawy bojowej. Następnie widząc, iż wielkie stworzenie przepełniła złość i jeszcze większa agresja, zebrał w sobie resztki swoich sił, by przygotować się na jego atak. Na szczęście, czy może też nieszczęście nie musiał długo czekać, albowiem przywódca watahy, który dziwnym trafem znajdował się w tym miejscu sam, rzucił się na swojego nowego przeciwnika z szybkością błyskawicy. Ten był jednak przygotowany i gdy tylko wilk znalazł się w jego zasięgu, zadał potężny cios, który swoją siłę posiadał dzięki technice z jaką został wyprowadzony, w szczękę zwierzęcia. Po tym jednym uderzeniu przestrzeń rozdarł przeraźliwy dźwięk pękających kości i rozpaczliwe skomlenie wilka, który padł pokonany na morką trawę.
– Nic ci nie jest? – zapytał zwycięzca, podchodząc do osoby, którą właśnie wyciągnął z opresji.
– Ddzh… – wydał z siebie trupioblady osobnik, nim utracił przytomność.
– Wspaniale… – mruknął mężczyzna, który zaczął się właśnie zastanawiać, czy nadal powinien być taki skory do pomocy obcym jak do tej pory.
Wesoły ogień tańczył swój chaotyczny taniec trawiąc przesuszone drewno. Jego wspaniałe wyczyny uwalniały przyjemne ciepło, które rozchodząc się na kilka metrów ogrzewało dwie istoty znajdujące się przy nim. Blask, który był zaś przez niego roztaczany bił jedynego przytomnego osobnika po oczach kompletnie go oślepiając.
– Ech… – padło ciche westchnięcie, gdy wśród odgłosów nocy rozległy się dźwięki dużych kropel uderzających o przeróżne powierzchnie – Deszcz…
Jakby na to słowo z niebios lunęła okropna ulewa, która utworzyła wokół posmutniałego mężczyzny wodną kurtynę nieprzepuszczającą ni dźwięku, ni światła. Nagle ogromna przestrzeń wielkiego świata zamieniła się w klaustrofobiczną wręcz klitkę, z której strach było wyjść.
– He? – ciche jęknięcie budzącego się właśnie ze snu osobnika spowodowało, iż wpatrzony dotąd w ogień jegomość zwrócił na moment swój wzrok do góry, aby przyzwyczaić oczy do panującego wokół półcienia.
W taki oto sposób minęła dłuższa chwila milczenia, którą przerwało nazbyt suche zapytanie wypowiedziane słabym, lecz władczym głosem:
– Ktoś ty?!
– Czy tak powinno się zwracać do swego wybawcy? – odpowiedział zmęczonym głosem mężczyzna, który nie opuszczał wzroku, mimo iż już dawno przyzwyczaił się on do panujących warunków – Czyż nie taktownym byłoby się wpierw przedstawić? Wymienić uprzejmości. Czyżby brak był tu manier? Nie ma zasad, czy schematów?
– Redo Gustaw Odmieniec. Władca Viqstru i Zapomnianych Ziem. – głos bladego brzmiał niezwykle dumnie, gdy to mówił.
– Hrabia. To zaszczyt… – drugi jegomość wstał i wykonał niezwykle przesadny i niechlujny ukłon spoglądając gdzieś w bok.
– Hrabia? – zapytał zdziwiony odruchowo machając ręką, aby jego towarzysz spoczął.
– Hrabia. – osobnik błyskawicznie skwitował pytanie i przyjął pozę gotowości do walki.
Chwilę po tym zza ściany deszczu wyskoczyła wielka szara bestia trzymająca w pysku jakieś dopiero co upolowane zwierzę i zaczęła się otrzepywać z wody. Zaskoczony Hrabia cofnął się o krok, lecz dzięki swemu wrodzonemu szczęściu stanął niefortunnie i wywrócił się wpadając w ogień. Naraz jego skąpe ubranie zajęło się żywym ogniem. Spanikowany wyturlał się z ogniska i rzucił się w stronę ulewy. Wpadł w nią oszalały i wtedy nastąpiło przejmujące milczenie, podczas którego blady mężczyzna i znajdujący się niedaleko niego wilk wpatrywali się w nieprzejrzystą kurtynę utworzoną z życiodajnej cieczy. Gdy minęło dobre pięć minut do oddzielonego od rzeczywistości, suchego miejsca wkroczył przemoczony osobnik z licznymi poparzeniami.
– Nic ci nie jest? – padło pełne przestrachu zapytanie.
– Nie. Nie ma czym się martwić. Często mi się to zdarza. – rozmówca odparł przyjaznym głosem kopiąc żarzące się drewna, tak aby znów znalazły się w słabszym już nieco ognisku.
Następnie podszedł do jednej ze stojących jeszcze ścian i wziął leżące przy niej gałęzie, które następnie wrzucił do zadowolonego z swych ofiar ognia. Po tym usiadł na powrót w miejscu, w którym pierwotnie siedział i westchnął przeciągle.
– Głupie psisko…
Na te słowa szary zwierz zbliżył się do niego i zaczął trącać jego dłoń swym mokrym od śliny nosem. Niespodziewanie na zniszczoną kamienną posadzkę spadło kilka słonych łez.
– Martwiłem się o ciebie! – zawołał zrozpaczony Hrabia przytulając mocno wilka.
Ten jakby rozumiejąc co się do niego mówi położył się bezpardonowo na tulącym go osobniku, wywołując uśmiech na jego twarzy.
– Dziwny jesteś. – zauważył obserwujący tą sytuację nieznajomy.
– Mówi to blady jak ściana facet, który błąka się samotnie po niebezpiecznym lesie i jeszcze twierdzi, iż jest jakimś władcą. – odgryzł mu się ocierający łzy mężczyzna.
– Taką mam karnację! Co poradzę na mój rodowód?! Poza tym zostałem zdradzony! – zaczął wrzeszczeć będąc bliski płaczu.
– Hej… No już. Jest dobrze. Kto cię zdradził? – Hrabia starał się uspokoić rozmówcę.
– Sio… – jęknął wstydliwie.
– Kto?
– Siostra… Tylko się nie śmiej! Wiem co sobie myślisz! Skąd jednak miałem wiedzieć?! – krzyczał z twarzą czerwoną od wstydu.
– No już, już. Wytłumacz proszę. – rzekł rozmówca podchodząc i przysiadając się do zrozpaczonego osobnika.
– Otóż wszystko zaczęło się kiedy byliśmy dziećmi… – zaczął swą opowieść.
– Bez obrazy, ale czy możesz zrobić z tego jakiś skrót? – zapytał Hrabia w przestrachu, iż braknie mu życia na wysłuchanie żalów mężczyzny.
– Tak, tak. No więc w skrócie. Dwa miesiące temu razem z ojcem doprowadziliśmy do obalenia bestialskiego władcy. Niestety nasz ojciec został ciężko ranny na kilka dni przed zamachem i umarł nie otrzymawszy pomocy. Jako jego syn pierworodny przejąłem więc dowodzenie nad buntownikami i poprowadziłem ich do zwycięstwa. Następnie, gdy przyszło do przydzielania władzy wszystkim nagle odbiło i zaczęła się jatka. Walka w zamku toczyła się tydzień, póki nie wyłonił się zwycięzca. Oczywiście była to moja kochana siostrunia. Wyrżnęła wszystkich i przyszła po mnie. Już myślałem, że jestem martwy, gdy nie wiedzieć czemu ten diabeł w ludzkiej skórze z przyjaznym uśmiechem oddał mi władzę, argumentując to tym, że lepiej znam się na zarządzaniu. Nie wyczuwając zagrożenia, wiem byłem głupi, zaakceptowałem ofertę i zasiadłem na tronie. Z początku myślałem, iż będzie wielki burdel do ogarnięcia, lecz ku mojemu zdziwieniu wszystko było spokojnie. Za namową towarzyszy wystawiłem wielką ucztę, by uczcić obalenie tego potwora. W czasie tej uczy spiłem się niemiłosiernie, albowiem zawsze miałem słabą głowę i pociąg do mocnych trunków. Wtedy wszystko się zaczęło. Pamiętam tylko krew, wszechobecny ogień, śmiech mojej siostry i krew. Pełno krwi. Udało mi się uciec, ponieważ wpadłem do fosy, podczas walki z kimś. Gdy się obudziłem leżałem w tym lesie na brzegu rzeki. Czułem jakby coś mnie obserwowało. Spanikowany zacząłem wiec biec przed siebie. Po jakimś czasie znalazły mnie te wilki i zaczęły mnie atakować. Udało mi się przed nimi uciec i dotrzeć na tą cholerną polanę. Kolejna zasadzka. Na szczęście udało ci się mnie uratować, za co jestem ci dozgonnie wdzięczny. – blady osobnik tłumaczył swą historię w niezwykle wymyślny sposób.
– Ach tak… – westchnął podejrzliwie Hrabia.
– Oczywiście! – wykrzyknął mężczyzna w przestrachu.
– Biedaku! – odkrzyknął jegomość rzucając się na rozmówcę.
W tym momencie mężczyźni zaczęli się szarpać w nieporozumieniu. Ich wygłupy zostały jednak przerwane przez warczenie szarego wilka.
– Co jest? – zapytał Hrabia, kiedy w końcu zostawił drugiego mężczyznę w spokoju.
Nie dostawszy na te słowa żadnej odpowiedzi jegomość wstał i zbliżył się do zwierzęcia. Podczas tego spostrzegł, iż źródłem jego niepokoju jest maska o wyjątkowym wyglądzie, oparta o ścianę.
– Tu to się schowało… – mężczyzna ucieszył się zbliżając się do przedmiotu i podnosząc go.
Następnie skierował się z nim z powrotem w stronę bijącego ciepłem ogniska. Niespodziewanie jednak wielki wilk wszedł pod jego nogi, wywracając go tym samym. Trzymana przez Hrabiego maska wypadła z jego rąk i trafiła wprost w łapczywe objęcia ognia. Ku zaskoczeniu wszystkich, gdy tylko pomarańczowo-złote płomienie liznęły ów przedmiot nadpalając go leciutko, niewielka przestrzeń odcięta od reszty świata poprzez wodną kurtynę wypełniła się zielonymi iskrami. Naraz pojawił się nieznośny syk, który przerodził się szybko w szum tysięcy szeptów. Równocześnie wkoło zaczęły pojawiać się niezliczone cienie wijące się w hipnotyzującym transie, w który wydawał się wpadać nawet silny ogień płonący po środku tego wydarzenia. Hrabia padł na kolana nie mogąc zdzierżyć tego co właśnie wyprawiało się przed jego oczyma. Szok jakiego doznał zablokował jego umysł niemal doprowadzając do jego degradacji. Tak minęła przedłużająca się chwila, po której zdruzgotany jegomość zorientował się, iż klęczy przy ognisku i trzyma w dłoniach nadpaloną maskę. Dokoła panowała nieznośna cisza, którą przerywał jedynie cichy pisk krążący gdzieś na granicy słyszalności. Po pewnym czasie wrócił jednak ogłuszający szum ulewy i towarzyszące mu od niedawna ujadanie wilka.
– Powiedz, że to widziałeś! – wrzasnął Hrabia do swego towarzysza.
Tamten tylko kiwnął potwierdzająco głową, nie mogąc wykrztusić z siebie choćby jednego słowa.
– To wszystko przez niego… – westchnął kładąc się na zimnej ziemi – Gdyby nie on, wiódłbym sobie spokojne życie w moim dworku. Popijałbym cierpkie wino, pośród błogiego spokoju panującego w moim ogrodzie. Nie martwiłbym się o swoje zdrowie psychiczne.
– Mówisz do siebie… – oświadczył blady osobnik uspokoiwszy się trochę.
– Racja. Czyli jednak mi odbiło. Wiedziałem, iż w końcu się od tego durnia zarażę… – przyznał Hrabia, po czym zasnął ewidentnie zmęczony kolejnym męczącym dniem.
Cisza, spokój i stabilizacja, które zawsze przychodzą po burzy zdawały się być dla Hrabiego ewenementem. Nigdy nie potrafił wyjaśnić dlaczego tak je odbierał. Mógł tylko zanurzyć się w ich magię, by nie powracać do rzeczywistości przez dłuższy czas. Tak właśnie było tego ranka, gdy obudziwszy się ze snu, od razu wkroczył w ten mistyczny świat. Jakże wyjątkowe było to uczucie, gdy z krainy snu przechodziło się w przecudowny stan zastanowienia.
– Widzę, iż się obudziłeś. – zauważył blady mężczyzna opiekający kawałki mięsa nad ogniem.
Hrabia nie potrafił odpowiedzieć na te słowa, co spowodowane było jego chwilowym zagubieniem, a także potrzebą odświeżenia swej pamięci. W tym procesie pomógł mu mokry język szarego wilczyska liżący jego policzek.
– Już, już… - jęknął podnosząc się z ziemi, by usiąść przy ognisku. – Dzień dobry.
– Dzień dobry. Głodny? – zapytał jegomość podając upieczone mięso nabite na patyk.
– Okropnie. Dziękuję. – odrzekł Hrabia, po czym zaczął pałaszować swój posiłek.
W końcu, gdy spożył ciężkostrawne śniadanie zapytał siedzącego naprzeciw niego osobnika, który prócz uśmiechania się miło i wpatrywania w towarzysza nie robił nic innego.
– Czemu nic nie jesz? – zapytał zdziwiony.
– Gustuję w trochę innym rodzaju pożywienia. – odrzekł uśmiechając się szeroko eksponując tym samym swoje idealnie białe i wyglądające na niezwykle ostre uzębienie.
– Mam niepokojące wrażenie, iż coś mi zrobiłeś… - zaniepokoił się rozmówca.
– Skądże znowu. Bez obrazy, ale nie jesteś w moim typie. – uspokoił go towarzysz – Co ważniejsze będziemy musieli za niedługo ruszać.
Na te słowa Hrabia zmarszczył swe brwi w zapytaniu.
– Chyba pomożesz mi w odzyskaniu tronu, nie? – spytał rozmówca rozkładając szeroko ręce.
– Czemu nie. I tak nie mam nic do roboty… - padło zrezygnowane westchnienie.
– Nie łam się. Zawdzięczam ci życie. Obiecuję, iż odpłacę się sowicie za wszelaką pomoc. – blady osobnik starał się w dalszym ciągu przekonać mężczyznę do pomocy – Poza tym bez ciebie zginę w tym lesie w samotności.
– Tak, tak. Gdzie się wybieramy? – zapytanie zdawało się być równie entuzjastyczne co jegomość je wypowiadający.
– Słyszałem, iż na północ stąd. Blisko Ciekłego Lustra żyje pewien pustelnik, który może nam nieco pomóc. – wyjaśnił rozmówca.
– Nie marnujmy więc czasu. – rzekł Hrabia wstając i otrzepując się z osiadłego na nim kurzu.
– Zadziwiająca z ciebie postać. – krótkie zdanie przerwało milczenie, w którym od dłuższego czasu trwali dwaj mężczyźni, przedzierający się przez las.
– Zadziwiająca? A cóż we mnie takiego zadziwiającego? – zdziwił się Hrabia.
– Tak tylko mi się wydaje… – uniknął odpowiedzi rozmówca, po czym zmilkł.
Po tym gdy blada postać skupiła się na przedzieraniu się przez coraz trudniejszy do przebycia teren, jej towarzysz mógł sobie pozwolić na ponowne skupienie się na otaczającym go świecie. Spoglądając na dziką naturę rosnącą bujnie dookoła odczuwał on w głębi siebie pewną pustkę. Niespodziewanie do jego głowy zaczęły napływać wspomnienia dzieciństwa, którego tak naprawdę nigdy nie było.
– No tak… – westchnął cicho przypominając sobie, iż w jego życiu zawsze na pierwszym miejscu stała praca i nauka.
Od momentu kiedy tylko zdał sobie sprawę ze swej indywidualności zaganiany był przez rodzinę do najróżniejszych zadań. To doprowadziło do tego, iż tak naprawdę nigdy nie bawił się z innymi. Nie miał czasu, aby choćby na chwilę się zatrzymać i podziwiać wspaniałe krajobrazy. Nad jego umysłem zapanowała bezlitosna logika, a cokolwiek co doświadczył przeliczał na pieniądze. Jak okropną musiał być wtedy osobą? Zapewne wiedzieliby to wszyscy, których niegdyś spotkał w swym podłym życiu. Tak… To dzięki cierpieniu innych osiągnął swą pozycję. Władza. Pieniądze. Szacunek.
– Wszystko… – mruknął do siebie ponownie nie zauważając, iż jego towarzysz spogląda na niego ukradkiem uśmiechając się pod nosem.
Nagle w jego świadomości pojawił się obraz odzianego w czerń mężczyzny uśmiechającego się niezwykle radośnie.
– Wszystko przez niego… – jękną cichutko i żałośnie.
Po tym jednak rozchmurzył się i uśmiechając przypomniał sobie ten moment, gdy zmęczony po całodniowej kłótni z niekompetentnymi dostawcami został ogłuszony, porwany i zamknięty w jakimś starym budynku. Kiedy zaś się obudził wszystko stało w płomieniach, a w rogu, oparty o ścianę siedział on, zamyślony idiota popijający jakieś najgorsze szczyny. Śmiał się do rozpuku nie przejmując się zbliżającą się śmiercią.
– Tylko jak wtedy uciekliśmy? – zapytał sam siebie przystając na chwilę.
Niespodziewanie lekki podmuch wiatru orzeźwił zamyślonego mężczyznę, który z przerażeniem zauważył, iż stoi sam niedaleko jakiejś rzeki nie mając pojęcia gdzie jest. Co gorsza lekko pomarańczowe słońce zaczynało chować się na majaczącymi na horyzoncie górami.
– Ech… Który to już raz… Piesku… Gdzie jesteś? – Hrabia zachował się w tej sytuacji niezwykle spokojnie.
Po swoich słowach chciał odwrócić się i iść w kierunku, z którego prawdopodobnie przyszedł. Ku swojemu zdziwieniu zauważył jednak stojącą przed nim chudą, pokrytą gęstymi i szorstkimi włoskami istotę o czterech niezwykle długich i znajdujących się między nimi sześciu połowę krótszych odnóżach. Postać ta mimo swego dość wyraźnego humanoidalnego kształtu ciała, ze wszystkich stworzeń przypominała najbardziej pająka. Jej niezliczone, czerwone oczy wpatrywały się w przerażonego Hrabiego, a szczękoczułki poruszały się powoli jakby zaraz miały rozłupać jego wypełnioną krwią głowę. To sprawiło, iż nie wiedząc kiedy rzeczywistość otaczająca zagubionego mężczyznę zmieniła się w nieprzejrzystą ciemność, w której obecny był tylko radosny śmiech pewnego młodego osobnika skąpanego w czerni stworzonej z niezliczonej liczby cieni.
Nieznośne uczucie kołysania i powolnego opadania zaczęło z wolna doprowadzać żołądek rozbudzającego się Hrabiego do najgorszego z możliwych stanów. Temu wszystkiemu nie pomagało dodatkowe wrażenie, iż wszystko zostało obrócone o sto osiemdziesiąt stopni.
– Eee.. – wyrwał się gardłowy odgłos, gdy próbował otworzyć swe zlepione jakąś substancją oczy.
Gdy w końcu udało mu się osiągnąć swój cel, jego źrenice zalała jedynie ciemność i rozsiane po niej liczne, świecące na czerwono, nieznanego pochodzenia światełka, które nieodparcie przypominały przerażające ślepia istoty, którą ujrzał nim stracił przytomność. Nagle do jego uszu zaczęły docierać liczne szmery i niecodzienne dźwięki, których źródła nie potrafił określić. Wtem ku swemu zaskoczeniu, spoglądając w dół, ujrzał źródło jasnego światła zbliżającego się w jego stronę nazbyt szybko.
– Ha?! – wrzasnął, gdy zdał sobie sprawę z tego, iż to nie światło zbliża się do niego, a na odwrót.
Nim jednak jego ugotowana od wrażeń głowa sięgnęła pokrytej kryształem w kolorze magenta powierzchni, zatrzymał się nagle w powietrzu. Westchnął szczęśliwy, lecz w jednym momencie przypomniał sobie w jakiej sytuacji się znajduje i zaczął się szarpać w miarę swych możliwości.
– Proszę uważać. Nie chcielibyśmy, aby nasz szanowny gość zrobił sobie krzywdę. – odezwał się spokojny, kobiecy głos.
Słysząc go Hrabia uspokoił się i spróbował wyostrzyć swe zmysły.
– Najmocniej przepraszam. Gdzież moje maniery. Serdecznie witam w naszym domu. Nazywam się Arane Arachno. Zwą mnie Królową Sieci. – mówiła z największą życzliwością seksowna, odziana w czarno-szarą suknię z karmazynowymi zdobieniami kobieta zbliżając się do wiszącego do góry nogami mężczyzny.
Jej pokryte krwistą czerwienią usta uśmiechały się tajemniczo, gdy rozcinała ona swym niezwykle ostrym paznokciem więzy zniewalające skonfundowanego mężczyznę. Po chwili rozległo się tępe uderzenie siedemdziesięciokilowego ciała o kryształ pokrywający posadzkę.
– Hrabia. Miło mi. – odrzekł jegomość wstając i skłaniając się nazbyt niechlujnie.
– Hrabia? – zdziwiła się rozmówczyni.
– Hrabia. – skwitował jej słowa mężczyzna.
– Hrabia. – powtórzyła nieznajoma śmiejąc się serdecznie, po czym dodała stawiając pierwsze kroki w kierunku otaczającej ich ciemności – Proszę za mną.
Gdy tylko mężczyzna ruszył, pod jego stopami zaczęła rozświetlać się bladym światłem droga, prowadząca przez ciemność za niespotykanie piękną damą. Po chwili spaceru jak z jakiegoś snu pojawiła się skąpana w białym świetle przestrzeń, w której stały dwa fotele obite brązową skórą i niewielki stolik, na którym znajdowała się przeźroczysta butelka wypełniona jakąś ciemną cieczą i jeden odpowiadający jej kieliszek.
– Proszę spocząć. – słodki głos sączył się do uszu oczarowanego jegomościa jak śmiertelny jad.
Słysząc te słowa mężczyzna spoczął na fotelu i nie wiedząc kiedy odebrał od rozmówczyni naczynie wypełnione czerwonym płynem.
– Hrabia, tak? – padło ciche pytanie.
– Tak… – odpowiedział mieszając gęstą ciecz w kieliszku, jakby była to największa zagadka na świecie.
– Dawno nie gościliśmy tu tak wyjątkowego osobnika. Co sprowadziło szanownego pana w te strony? – zainteresowała się tajemnicza dama.
– Poszukuje przyjaciela… – odpowiedział nazbyt przejęty wpatrywaniem się w trzymany w ręce przedmiot.
– Cóż za szczytny cel. Każdy…
– Cholernego tępaka, przez którego trafiłem do tego brutalnego świata, w którym wszystko chcę twojej śmierci. – przerwał wypowiedź swojej rozmówczyni, wylewając z kieliszka gęsty płyn wprost na zaczynający się świecić coraz mocniejszym światłem kryształ w kolorze magenta.
– Ho… – wyrwało się z ust kobiety, której zaimponowała przenikliwość mężczyzny.
Nagle przestrzeń dookoła związana dotąd przez ciemność wypełniona została jasnością, która ujawniła niezliczone pajęczyny je spowijające. W tym momencie Hrabia spostrzegł, iż jego ciało więzione jest przez lepkie nici pętające całą jego fizyczną powłokę.
– Wspaniałe. – rzekł wiercąc się lekko – Jednak ta lepkość… Gdyby coś na to poradzić…
Na te słowa dama posiadająca w swoich rękach przeznaczenie Hrabiego zaczęła się żałośnie śmiać.
– Czy twój los nic dla ciebie nie znaczy? – zapytała przykładając swój niezwykle ostry paznokieć do szyi rozmówcy.
– Mój los? Jest niezmienny od zaginięcia tego idioty. Wasz zaś… Pogrążacie się z każdą chwilą. Gdzie odeszła wasza duma? – powiedział jakby nie obchodziło go nic, prócz niezliczonych możliwości wykorzystania materiału, którym bym związany.
– Duma?! Co ty wiesz o dumie?! Co ty możesz wiedzieć?! To wy nas do tego zmusiliście! Odebraliście nam wszystko i zmusiliście do walki o przetrwanie! – kobieta ewidentnie została wyprowadzona z równowagi.
– Zniszczyli was. Zgnietli jak nic nieznaczące glisty. Moneta się odwróciła. Ciemiężcy zostali sprowadzeni do parteru. I co teraz? Godzicie się z tym. Pełzacie pod ziemią, bojąc się choćby najmniejszej zmiany. – mówił pozbawione jakichkolwiek emocji.
– Nie! Mylisz się! Jesteśmy…!
– Żałośni! – dokończył za nią Hrabia.
– Ty! Szykuj się! – wrzasnęła wznosząc swą dłoń tak, by przynieść szybką śmierć swej ofierze.
Niespodziewanie jednak na zmęczone oblicze mężczyzny zaczęły upadać zielone krople, wypalające płytkie rany na jego skórze. Czując pobudzający ból, jegomość zauważył jak pochylona nad nim kobieta płacze, gdy jej ciało zaczynają oplatać niezliczone cienie.
– Dlaczego? – zapytała gdy jej ręka zaczęła powoli opadać wbrew jej woli.
– Przeznaczenie? – odpowiedział zagadkowo.
W przestronnym pomieszczeniu wypełnionym nieprzerwanymi odgłosami przewalających się skał liczne istoty pokryte cienkim pancerzem uwijały się niezwykle sprawnie ze swoją pracą. Było to możliwe dzięki ich odpowiednim przystosowaniom w budowie do przenoszenia stosunkowo dużych ilości surowca, który trafiał wprost do otworów gębowych wielkich na osiem metrów, podłużnych istot.
– Interesujące… – szepnął Hrabia przypatrując się jak wpadające do ogromnej paszczy kamienie zostają oczyszczone, wydalone przez otwór odbytowy i odniesione w stosowne miejsce, a następnie zapytał zaciekawiony – Do czego wykorzystujecie te kamienie?
– To? Do niczego. To tylko nienadający się do obróbki minerał. – odpowiedziała lekceważącym głosem kobieta.
Zdziwiony mężczyzna nie zrozumiał odpowiedzi, jednak przyglądając się dalej ogromnym istotom zrozumiał błąd w swoim myśleniu. Otóż od razu założył, iż to co się ładnie błyszczy musi być celem całego procesu. Chodziło jednak o to by pozyskać ze skał surowce służące do budowy nici.
– Te stworzenia potrafią jedynie tworzyć tylko lepkie nici? Do uzyskania innych właściwości należałoby poddać je dalszym obróbkom? – spytał obserwując jak z przecinającej całe cielsko monstrualnych stworzeń szramy otoczonej licznymi narządami wydobywa się gotowy materiał będący w centrum jego zainteresowania.
– Tak, lecz aktualnie nie jesteśmy do tego zdolni. – padła odpowiedź przepełniona żalem.
– Dlaczegóż to? – zainteresował się Hrabia zatrzymując jedno z przenoszących kamienie stworzeń, by dotknąć pokrywającego go pancerza.
– Wszystkie odpowiedzialne za to pracownice zginęły dawno temu. – rzekła ściszając głos.
– Jesteś jedna? – jegomość zmienił temat porzucając swój obiekt badań i ruszając powoli w głąb pomieszczenia.
– Co proszę? – zapytała zbita z tropu dama.
– Utrzymujesz tą postać. Rozmawiasz ze mną. One są jak kukły. Nieświadome pracują, ponieważ tak każe im instynkt. – wyjaśniał jakby celowo ignorując obecność swej rozmówczyni.
– Jestem ostania. Wszyscy… – żal i gniew mieszały się w cichnącym z każdym słowem głosie.
– Dlaczego więc tu jesteś? Nie powinniście byli skończyć tak samo? – spytał bezpardonowo.
– Przeżyliśmy, ponieważ pewien magister zamknął mnie w tej postaci uniemożliwiając mi Texo. Zrobił z nas swoje zwierzaki. Obiekty doświadczalne. – pełne bólu słowa wypływały z trudem z przepięknych krwisto-bladych ust.
– Można to odwrócić? – Hrabia przystaną zaniepokojony.
– Jeśli znajdziemy odpowiednio potężnego magistra… – powiedziała syknąwszy.
Niespodziewanie na głowę mężczyzny posypały się drobne fragmenty skały. Zadziwiony tym wydarzeniem cofnął się kawałek na moment przed tym jak razem ciężkimi gruzami na ziemię runęła nieduża, podobna do kreta istota ubrana w krótkie, brązowe spodnie, białą koszulę i niewielkie gogle okrywające jej oczy. To nagłe wydarzenie wywołało natychmiastową reakcję zgromadzonych w sali ciężko opancerzonych stworzeń pełniących funkcję strażników. Nim jednak śmiercionośne szczęko-czółki dorwały zagubionego nowoprzybyłego, dłoń Hrabiego złapała za zabrudzoną koszulę malca, po czym uniosła go w powietrze.
– Witaj w naszych skromnych progach. Będę mówił krótko i zwięźle. Ty zaprowadzisz mnie do swojego władcy, a ja oszczędzę twoje marne życie. Zgoda? – rzekł niezwykle przyjaźnie.
W odpowiedzi padł jedynie cichy, pełen przerażenia pisk, poprzedzający utratę przytomności.
– Czyżbym wyglądał, aż tak źle? – zapytał przejęty Hrabia swej towarzyszki.
Ta na jego słowa wzruszyła tylko ramionami nie rozumiejąc do końca co się dzieje.
– A więc to tak… Nie dziwne, że chcą was zabić, jeśli wkroczyliście na ich teren i jeszcze konkurujecie z nimi o surowce. Chociaż dziwię się, iż nie próbowaliście się z nimi dogadać. – rzekł jegomość wysłuchawszy wyjaśnień.
– Dogada…
– No spójrz jacy oni przyjaźni i pomocni! – przerwał rozmówczyni wskazując na człapiącego przed nimi niewielkiego osobnika.
Kobieta już chciała coś na to odpowiedzieć, jednak Hrabia ponownie wszedł jej w słowo:
– Lepiej wracaj do siebie. To raczej nie jest dla ciebie najlepsze miejsce.
Na te słowa dama zatrzymała swego towarzysza na moment.
– Weź go ze sobą. Dzięki niemu będziesz mógł się ze mną bezpośrednio skontaktować. – rzekła kładąc mu na ramieniu niedużego pająka, który błyskawicznie zagłębił się w jego bujne włosy.
– Teraz to chyba nie mam wyboru… – mruknął w odpowiedzi.
– Cieszę się, iż się dogadaliśmy. – odrzekła uśmiechając się ponętnie.
Następnie skierowała się z powrotem w stronę swego królestwa.
– Oho… A ja myślałem, iż uciekniesz jak tylko się na chwilę odwrócę. – stwierdził Hrabia kucając przy swoim niskim zakładniku, po czym pogłaskał go po głowie.
W odpowiedzi otrzymał jedynie gniewne fuknięcie, po którym malec ruszył przed siebie.
– Buntownik! Ha! Podoba mi się! – krzyknął zadowolony podążając za swym przewodnikiem.
Wędrówka poprzez kręte, podziemne korytarze nie należała do najprzyjemniejszych, jednak nie dłużyła się ona wielce, albowiem po pół godziny drogi Hrabia i jego niewielki towarzysz trafili wreszcie na przejście nad wielką przepaścią oddzielającą od siebie dwa zwaśnione królestwa.
– Ależ wielcy! – zawołał mężczyzna spostrzegłszy dwa wielkie podobne do kretów istoty pilnujące ogromnej bramy zbudowanej z kryształu w kolorze magenta.
Na jego słowa nie było żadnej odpowiedzi. Zasmucony tym faktem postanowił zagaić swego przewodnika.
– Mają w sobie tyle miłości co tłuszczu? – zapytał żartobliwie.
Niestety jego żart nie spodobał się młodemu stworzeniu, które fuknęło groźnie i przyśpieszyło swego lekko koślawego kroku. W tym momencie wejście zaczęło się otwierać powoli wywołując nieznośny rumor. Razem z tym z powstającej szczeliny zaczęło sączyć się blade, oślepiające światło, które kierowało się wprost w oczy Hrabiego.
– Błagam… Tyle razy to było przerabiane… – jegomość żachnął się niespodziewanie przesłaniając swe oblicze dłonią.
– Proszę wsiąść. – rzekł niewielki, podobny z wyglądu do kreta osobnik w kolorowych szatach wskazujący otwarte drzwi do pojazdu wyglądającego jak niedużych rozmiarów domek.
Uznając wszystko za całkowicie naturalne Hrabia wkroczył dumnym krokiem do wnętrza i od razu wywrócił się potknąwszy się o własną nogę. Niefortunnie jego pełna nowych informacji głowa uderzyła o jakąś twardą powierzchnię wywołując odgłos jaki towarzyszy pustemu pudełku, gdy w nie się puka. To zaś doprowadziło do błyskawicznej utraty niepewnej świadomości. Na szczęście zamknęli drzwi… Ostania myśl przebiegła przez zasypiający umysł.
– Cholera! – wykrzyknienie przeszyło niewielkie pomieszczenie trzęsące się z niewiadomego powodu.
W tym momencie wyrwany ze snu jegomość złapał się za obolałe miejsce na głowie i rozmasowując je zastanowił się nad tym co tak naprawdę przeklął.
– Drzwi! Nie widzieli… Więc moja duma pozostaje niezachwiana. – uspokoił się wypowiadając te słowa.
Teraz pozostało mu tylko zorientować się sytuacji i przypomnieć sobie co właściwie się ostatnio wydarzyło.
– I gdzież ten maluszek…? – zainteresował się nagle stworzeniem, którego życie obiecał oszczędzić.
Niestety rzeczywistość nie pozwoliła mu na choćby próbę odpowiedzi na to pytanie, albowiem pojazd, w którym się znajdował właśnie się zatrzymał, a wejście do niego otworzyło się szeroko ukazując niewielkiego spotkanego wcześniej osobnika w kolorowej szacie kłaniającego się lekko.
– Tędy proszę. – padła pozbawiona jakichkolwiek negatywnych, czy pozytywnych emocji prośba.
– Tak, tak… – westchnął Hrabia wychodząc na zewnątrz.
Znalazłszy się już poza środkiem transportu stanął przed rzeźbionymi drzwiami z białego drewna, które otwarły się powoli zapraszając do wnętrza. Nie śpiesząc się zbytnio wkroczył do niedużej sali, w której przy długim półokrągłym stole siedziało dwanaście dwumetrowych postaci ubranych w białe szaty wyszywane zielononiebieskimi, przeźroczystymi nićmi.
– No, no. Pierwsze wrażenie potraficie zrobić. – mruknął pod nosem Hrabia, starając się dostrzec choćby jedno oblicze skrywane przez kaptur.
„Nadejdzie dzień.
Przyjdzie zaginiony sen.
Szmaty przyodzieją go.
Cieni za nim będzie sto.
Za grosz w nim cierpliwości.
Za grosz szczęśliwości.
Lecz nazwiecie Panem go.
Wróci światu dawne zło.
Nadejdzie taki dzień.
Z maską przyjdzie sen.
Ukorzycie się.
On tego chce.”
Przyjdzie zaginiony sen.
Szmaty przyodzieją go.
Cieni za nim będzie sto.
Za grosz w nim cierpliwości.
Za grosz szczęśliwości.
Lecz nazwiecie Panem go.
Wróci światu dawne zło.
Nadejdzie taki dzień.
Z maską przyjdzie sen.
Ukorzycie się.
On tego chce.”
Rozbrzmiały równocześnie gardłowe głosy istot, po czym nastąpiła chwilowa cisza, która została błyskawicznie przerwana przez gromki śmiech przybysza.
– Wymyśliłeś to na poczekaniu?! – krzyknął rozbawiony w przestrzeń.
Niespodziewane zachowanie sprawiło, iż dwunastka osobników zlękła się i skuliła jeszcze bardziej na swoich kamiennych siedzeniach. Tylko jeden z nich, siedzący na uboczu podniósł się i wskazał śmiejącego się jegomościa swoją niewielką dłonią. Wnet do pomieszczenia wpadła grupa ciężko opancerzonych strażników z zamiarem zabicia nieznajomego.
– Judaszu… – westchnął ten, gdy wrogowie otoczyli go wymachując swoimi rękami.
W tym momencie Hrabia zdziwił się lekko wiedząc zaszokowanie w oczach swych przeciwników, nie rozumiejących dlaczego ich ruchy nie wywołują żadnej reakcji otoczenia. Nie czekając długo wykorzystał panujący w umysłach wrogów zamęt i z niezwykłą sprawnością zaczął powalać każdego, kto stanął na jego drodze. Gdy już skończył poprawił swoje rozczochrane włosy i zbliżył się spokojnym krokiem do trzęsącego się ze strachu osobnika w białej szacie. Nic nie mówiąc stanął przed nim i zaczął się w niego wpatrywać jakby właśnie prowadził nad jego duszą ostateczny osąd.
– Żałosne. – stwierdził po czym odwrócił się do niego plecami i ruszył w miejsce, z którego wszyscy mogliby go dobrze dostrzec, a także dosłyszeć.
W tej chwili niezliczone cienie, które pojawiły się z każdego ciemnego zakamarka sali otoczyły przerażoną postać, by po chwili rozpłynąć się razem z nią w przestrzeni.
– Oczekiwaliśmy ciebie panie! Wybacz nam to zajście. To… – zaczął mówić jeden z obecnych.
– To nie ma znaczenia! – uciszył go Hrabia.
– Oczywiście. Jeżeli… – chciał coś powiedzieć, lecz znowu mu przerwano.
– Potrzebna mi armia i wyposażenie dla niej! – wystosowane żądanie było równie proste w swych założeniach co trudne.
– Panie… – zlękniony osobnik nie mógł wydusić z siebie słowa.
Niespodziewanie Hrabia znów wybuchnął gromkim śmiechem, a uspokoiwszy się trochę rzekł życzliwie:
– Żartowałem. Powiedzcie mi w czym problem, a razem postaramy się znaleźć dla niego wyjście. Znajdźcie mi też tego buntownika małego. Chyba go polubiłem.
Słowa te sprawiły, iż wszystkich spetryfikowało. Z tego powodu przybysz westchnął ponownie, a następnie stwierdził:
– Początki chyba zawsze są trudne… Choć niektórzy pozostają chyba nazbyt otwarci…
– Rozumiem, rozumiem jednak czy musicie wszyscy tu być? – jęknął Hrabia spoglądając ukradkiem na dziesięciu osobników w białych szatach snujących się za nim i jego rozmówcą.
– Jako przywódcy naszej wspaniałej kolonii musimy posiadać te same informacje z pierwszej ręki, także… – zaczął odpowiadać na jego pytanie, jednak jegomość szybko mu przerwał.
– To może gdzieś usiądziemy i coś zjemy. Zgłodniałem. Będzie nam przy okazji łatwiej porozmawiać i nie będziemy robić takiego tłoku.
– Oczywiście. Proszę za mną. –odpowiedział wskazując odpowiedni kierunek.
Krajobraz niewielkiego miasta wyrytego w szarej skale, w którym większość domów prosperowała jako warsztat zajmujący się produkcją odpowiednich przedmiotów i materiałów, działał uspokajająco na burzliwe myśli Hrabiego, który popijał zbyt słodki napar podany mu na jego własną prośbę przed posiłkiem.
– Wszyscy się czymś zajmują. – zauważył biorąc niewielki łyk cieczy ze szklanego naczynia.
– To było nieuniknione. Większość z nas musiała zostać przekierowana do wydobycia i oczyszczania surowca. Do tego dochodzą jeszcze ci, którzy podjęli się obrony. – odpowiedział jeden z dwunastu osobników zgromadzonych wokół mężczyzny.
– Obrony? – zaciekawił się jegomość.
– Przed Arachami i szkodnikami zamieszkającymi podziemia. – rzekł inny.
– Hmm… – Hrabia wydał z siebie pełen konsternacji dźwięk.
Po tym nastało milczenie, w czasie którego wszyscy otrzymali swe posiłki. Każdy jadł powoli rozkoszując się smakiem przygotowanej potrawy. W chwili, gdy danie zniknęło z przeźroczystego talerza podanego jegomościowi ubranemu w poszarpane szaty, ten odezwał się:
– Dlaczego walczycie?
– Proszę? – zapytał jeden z jedenastu jakby nie rozumiejący pytania.
– Skąd ten konflikt z Arachami? – sprecyzował pytanie.
– Pewnego dnia natrafiliśmy na siebie podczas wydobywania surowca i jakoś tak wyszło. – odrzekł kolejny z osobników w bieli z ogromną powagą.
– Ech… I nawet nie próbowaliście się pogodzić? Co z wami jest nie tak? – zapytał rozmasowując skronie.
Na jego słowa nikt nie odpowiedział bojąc się reakcji.
– Mamy więc rozwiązanie problemu z produkcją. Tylko skąd weźmiemy armię…? – stwierdził skonfundowany.
– Jeśli szukasz wojska mój panie, to tymi, którzy spełnią twe pragnienie pozostają Vespanie.
– Któż to taki? – zainteresował się Hrabia.
– Waleczna rasa, która niegdyś władała ziemią i niebiosami. Niepokonanie imperium… – opowiadał ktoś z wielką pasją.
– Jednak upadłe. – Hrabia znów przerwał rozmówcy.
– Upadli pod ciężarem własnej potęgi. Tym który ich poprowadził był Venril Szesnasty zwany Krwawym Obłędem.
– Ciekawy tytuł… – szepnął mężczyzna.
– Zasłużony. – odezwał się inny z jedenastki.
– Wszystko przez tragiczną śmierć jego siostry. – dodał inny.
– Utrata sensu życia może pchnąć każdego ku największym okropieństwom… – stwierdzenie to sprawiło, iż wszyscy nagle zamilkli jak gdyby pragnęli uczcić nieopisane cierpienie, które przytrafić może się każdemu, chwilą ciszy.
Niespodziewanie moment ten został zakłócony przez przybycie ciężko uzbrojonego osobnika, niosącego małego podobnego do kreta osobnika wierzgającego niemiłosiernie.
– To ty! Jakże się cieszę, iż się widzę! Gotowy na ekscytującą wyprawę?! – zakrzyknął entuzjastycznie Hrabia podrywając się gwałtownie ze swego krzesła.
W odpowiedzi otrzymał jedynie bezpardonowe fuknięciem, które wydało mu się bardziej słodkie niż obraźliwe.
– Raduję się, iż doszliśmy do porozumienia. Teraz zaś żegnam. Mam nadzieję, iż kiedy się z wami skontaktuję wszystko będzie gotowe. Ach… Nie zapomnijcie proszę o tym maluszku. W końcu mianowałem go moim pośrednikiem! – rzekł Hrabia wychodząc powoli na powierzchnie.
Słoneczny poranek, w który w momencie wstąpił oczarował go tak bardzo, iż aż zapomniał jaki był jego pierwotny cel. Bladożółte słońce rozrzutnie dzielące się swymi promieniami zmieniało skąpany w półcieniu świat w niezwykle romantyczne miejsce. Zaś rosa, która okrywała wszystko swym delikatnym płaszczem utrzymywała delikatny chłód, a także współpracując z pełnymi energii promieniami świetlnymi tworzyła rozrzedzoną mgiełkę unoszącą się między manifestującymi swą dzikość roślinami. Nagle pośród tej cudownej rzeczywistości, gdzieś na skraju ciemności, która jeszcze nie poddała się na rzecz wszechobecnej jasności, zamigotało niewielkie błękitne światełko.
– He? – mruknął skonfundowany mężczyzna ruszając w stronę widziadła.
Po niedługiej chwili śledzenia tego niecodziennego zjawiska nogi jegomościa zaczynały powoli grzęznąć w bagnistym podłożu, które stawało się coraz bardziej rozwodnione z każdym krokiem. Nie minęła dużo czasu, gdy Hrabia zorientował się, iż zanurzony jest po pas w wodzie. Nagle coś do niego dotarło. Niestety było już za późno. Zimna woda pochłonęła go wpół otumanionego odbierając mu możliwość pobrania niezbędnego do życia tlenu z otoczenia.
Ogarnięte morskim błękitem miejsce, w którym obudził się Hrabia zdawało się być kolejną lokacją, do którego postanowił posłać go podły los. Zmęczony już swymi przygodami przetarł swą pokrytą licznymi zmarszczkami twarz, a następnie wstał powoli. Po tym rozglądnął się spokojnie wkoło i westchnął stwierdzając, iż jest w pułapce bez wyjścia. Jedynym przedmiotem, który mógł służyć mu za jakąkolwiek wskazówkę było stare, żelazne pudełko zamknięte zardzewiałą kłódką stojące na białozielonym piedestale. Podszedł więc do niego i bezmyślnie zaczął go obmacywać.
– Jak to się…? – zapytał sam siebie, po czym poddenerwowany cisnął trzymaną w dłoniach rzeczą w podłoże.
To spowodowało rozpadnięcie się zamka i otwarcie pojemnika, z którego zaczął sączyć się niebieski płyn. Ciecz ta niespodziewanie przybrała kobiecą postać, a następnie wyciągnęła swoją dłoń w stronę Hrabiego, który przyjmował wszystko co się dzieje z nienaturalną obojętnością.
– Mówiłem ci staruchu, że nie będę pił żadnych twoich naparów! Nie po tym co się stało ostatnio! – wrzeszczał dziwnie znajomy głos.
– Uspokój się, bo znowu będę musiał cię ogłuszyć i przywiązać do łóżka. – odrzekł na to pełen spokoju i pokory starzec.
– O! Obudził się! Patrz! Jemu daj to świństwo! – odkrzyknął rozmówca wskazując na wpół świadomego mężczyznę, który właśnie starał się podnieść.
– Leż proszę spokojnie. Zaraz do ciebie podejdę. – powiedział starzec ignorując wrzaski, których źródłem był nienaturalnie blady osobnik siedzący na krześle.
Niespodziewanie po tych słowach nastąpiło głuche uderzenie, po którym głośny do tej pory jegomość osunął się bezwładnie na podłogę.
– Dziękuję… – mruknął Hrabia masując swe skronie.
– Przyjemność po mojej stornie. Wypij to proszę. – odpowiedział gospodarz podając swemu rozmówcy drewniane naczynie wypełnione gęstym, białym płynem.
Hrabia wykonał polecenie i naraz odczuł jak na powrót robi się niezwykle senny i opada na twarde posłanie zanurzając się w krainę koszmarów.
Jakże mam się czuć? Chętnie wszystko bym to pominął. Same nudy. To samo co chwila. Bez sensu. Wszyscy wiemy, że to i tak do niczego nie prowadzi. Po co więc w to brniemy? Aby zachować pozory? Gdyby jeszcze one istniały… Odbijające się echem słowa krążyły po umyśle Hrabiego, który tańczył na krawędzi snu. Nie rozumiem cię. Zaprawdę jesteś taki jakim cię malowali? Rozchmurz się. Zatrzymaj się na chwilę i posłuchaj śpiewu ptaków. Ciekawe jakbyś zareagował, gdyby wszystko co posiadasz przesypało się przez twe dłonie jak złocisty piach. Zabawne. Wsłuchaj się… Nie wiedzieć czemu mężczyzna posłuchał polecenia ze wspomnień wypowiedzi, która zajmowała jego nietrzeźwy umysł i zaczął nasłuchiwać otaczających go dźwięków. Wnet dotarły do niego odgłosy szeleszczących liści smaganych delikatnym wiatrem i szum wody spływającej po kamienistym podłożu. Dopiero po tym jego ciało i umysł na powrót połączyły się ze sobą przywracając mu utraconą na jakiś czas sprawność. Niespodziewanie rozległo się ciche skrzypienie świadczące o otwarciu się spróchniałych, drewnianych drzwiczek. Następnie pojawiły się ciche i powolne kroki stawiane nad wyraz dokładnie.
– Jak się czujesz? – zapytał starzec, który właśnie wkroczył do skąpanego w nielicznych promieniach słonecznych padających przez nieliczne dziury w suficie pomieszczenia.
– Jak nowo narodzony. – padł żart w odpowiedzi.
– Wyśmienicie. Magister Rodion Kiri. Miło mi. – rzekł gospodarz odkładając jakieś zioła na prowizoryczny stół.
– Hrabia. Mi również. – odrzekł rozmówca, chcąc wstać i wykonać ukłon, jednak został powstrzymany wymownym gestem.
– Hrabia… – mruknął starszy osobnik wpatrując się w swój cień, który nie wiedzieć czemu wydawał się lekko skłaniać w stronę zaległego na łóżku mężczyzny.
Nagle zapadła dziwna cisza, podczas której gospodarz przeszukiwał swoją pamięć w poszukiwaniu czegoś co wyraźnie mu umknęło.
– Hrabia… – powtórzył znów cicho rozmasowując swe czoło.
– Hrabia. – skwitował jego słowa rozmówca wzdychając zmęczony tym powtarzaniem swojego nazwiska.
–Hrabia? Ha! Wreszcie! W końcu przybyłeś! Panie mój! To zaszczyt! Proszę wybaczyć moje… – niespodziewanie jegomość nabrał życia, padł na kolana przed zaszokowanym Hrabią i zaczął wykrzykiwać słowa pozbawione sensu dla niewtajemniczonych w jego dawne życie.
– Pogarsza mi się? – zapytał sam siebie skonsternowany osobnik wpatrujący się w niecodzienną sytuację odgrywającą się przed jego oczami.
Nikt nie wie jak skończyło by się to przedstawienie, gdyby nie zostało ono przerwane przez charakterystyczny zapach jeziora, który wypełnił otaczającą rozmówców przestrzeń wprowadzając pewnego rodzaju stagnację do chaotycznej rzeczywistości.
– No to jestem martwy… – jęknął cicho i żałośnie starzec, który właśnie się uspokoił.
Następnie, po swoich słowach, podniósł się ciężko z klęczek i ruszył w stronę drzwi, by wyjść na zewnątrz. Zaniepokojony Hrabia poderwał się na tyle szybko na ile mógł ze swego posłania i również opuścił niewielkie pomieszczenie.
– Witaj. Dawno się nie widzieliśmy prawda? Ile to już? Dw… – padały pełne paniki słowa wypowiadane drżącym głosem.
– Śmierć byłaby dla ciebie wybawieniem. – odrzekła naga kobieta o długich, zielonych włosach stojąca naprzeciwko mówiącego osobnika przerywając mu.
– Nie bądźmy pochopni w swych działaniach. To wszystko jedynie małe nieporozumienie. Ja… – staruszek próbował się wymigać z sytuacji.
– Co tu się dzieje?! – zapytał Hrabia głosem tak władczym, iż nie sposób mu było odmówić czegokolwiek.
– To… – przepełniony strachem mężczyzna chciał wszystko wytłumaczyć, lecz wodna lanca, która uderzyła jego twarz skutecznie uniemożliwiła mu uskutecznienie tego zamiaru.
Hrabia rozwścieczony faktem, iż jego osoba została bezpardonowo zignorowana przez kobietę, zbliżył się do leżącego na ziemi, krwawiącego szarobłękitną krwią jegomościa, po czym pomógł mu wstać. Wtedy spojrzał mu prosto w oczy i kładąc dłoń na jego głowie rzekł oschle:
– Zbudź się!
Wtem ku swemu zaskoczeniu starzec odczuł delikatne mrowienie przebiegające po jego skórze i wewnętrzne tchnienie, które odebrało mu na chwilę wszystkie zmysły. W tej cudownej chwili znalazł się on z ponownie przed swoim Stworzycielem i po raz kolejny został obdarowany jego nieskończoną łaską. Gdy w końcu wszystkie jego zmysły powróciły płakał on rzewnie radując się ponad wszystko, albowiem oto taki grzesznik, nic nie znaczące ziarno na pustyni, kropla w oceanie, ten który pobłądził na drodze swego przeznaczenia otrzymał przebaczenie, szansę by na powrót zająć należyte mu miejsce w zapomnianym panteonie. Niespodziewanie przestrzeń będącą dotąd najgorszym więzieniem wypełnił radosny wrzask istnienia, które wyzbyło się wyniszczonej skorupy pętającej jej jestestwo.
– Co się…? – chciał zapytać blady osobnik, który właśnie wyszedł na zewnątrz niefortunnie zakłócając odrywającą się właśnie scenę.
Niestety nie dane było mu dokończenie swej wypowiedzi, albowiem jego ciało przeszyła niema błyskawica, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Po tym zdarzeniu jegomość zaczął spoglądać na swe dłonie z radością z jaką szaleniec spogląda na owoce swej pracy.
– Cóżeś uczynił?! – wrzasnęła zaszokowana kobieta spoglądająca z przerażeniem w oczy Hrabiego.
To bezczelne wykrzyknienie zwróciło uwagę nowonarodzonej istoty z powrotem na mężczyznę stojącego przy prochach jej dawnej skorupy. Zbudź się. Dwa słowa przeszyły jej świadomość. Po nich zaś poprzecinane błyskawicami oczy zwróciły się w stronę nagiej damy kulącej się w przestrachu bez możliwości ucieczki.
– Nie zbliżaj się do mnie! – powietrze przeszył krzyk, po którym wodne lance uderzyły w jedynego poruszającego się w tej chwili powolnymi krokami jegomościa.
Ataki te zdały się jednak na nic, albowiem zniknęły one niezauważalnie w połowie swej drogi, nie dotarłszy do swego celu.
– N… – słowo nie wydobyło się z suchych ust kobiety, które zostały brutalnie zasłonięte przez bladą dłoń poprzeszywaną błękitnymi znakami.
– Jak śmiesz kalać osobę mego pana swym jestestwem?! Jak śmiesz stawiać się, mimo że on okazał ci swą łaskę?! – padające słowa brzmiały jak mordercze gromy dla przeszywanej przez błyskawice ciało ofiary.
– Wystarczy. – rzekł cicho Hrabia głosem pełnym wdzięczności, zbliżając się do bladego mężczyzny i poturbowanej damy, której ciało pozbawione kontaktu z umysłem upadło bezwiednie na wypaloną ziemię.
– Oczywiście mój panie. – padło w odpowiedzi.
– Kim ona jest? – zapytał jegomość kucający przy ledwo żywej istocie wijącej się w spazmach pod jego nogami.
– Marna rusałka. Podwładna Pani Jeziora.
– Ach tak. I czego chciała? – Hrabia zadał kolejne pytanie podnosząc się powoli.
– Zemsty za swego kochanka. – odpowiedź była krótka, lecz najwidoczniej spasowała rozmówcy, gdyż ten odwrócił się i zaczął iść w stronę prowizorycznego domostwa.
W pewnym momencie zatrzymał się jednak i rzekł nostalgicznie:
– Miłość. Co byśmy bez niej zrobili?
Po tym pokonał resztę odległości dzielącej go od zacienionego wnętrza, a następnie przystanął w drzwiach mówiąc:
– Przynieś ją tutaj. Nie chcemy przecież, aby coś się stało tej biednej, niewinnej istocie, która według zeznań świadków zemdlała bez przyczyny, gdy tylko znalazła się w zasięgu naszego wzroku. Prawda? Mój drogi magistrze…
Komentarze
Prześlij komentarz