Zamek

     Cienista postać leżąca na popielatej balustradzie obserwowała przez zamknięte oczy skąpany w bieli i czerni świat. Przy tym huśtała zwisającą z krawędzi nogą i pogwizdywała lekko, przywołując jakąś ckliwą melodię. Trwałaby pewnie nieprzerwanie w tym stanie, gdyby nie odgłos otwierających się drzwi i bezszelestne kroki, po których padły słowa:

– Moja pani. Życzy sobie pani jeszcze czegoś?
– Dziękuję Daranie. Możesz odejść. – rozległa się spokojna odpowiedź poprzedzona dźwiękiem przewracanej strony.
– Tak moja pani. – odrzekł stary sługa skłaniając się lekko i opuszczając pomieszczenie.

     Scena, która właśnie odegrała się w niewielkim pomieszczeniu sprawiła, iż zaległa na balkonie postać zapragnęła coś powiedzieć.

– Czemu trwamy w bezczynności, kiedy powinniśmy realizować nasze pragnienia? – poleciało zapytanie w stronę kobiety siedzącej na malachitowej kanapie.
– Ponieważ aktualnie mamy rozejm z królestwami północy. Z południowymi marchiami prowadzimy pertraktacje. Zaś nasze statki dopiero co się budują. Poza tym w przeciwieństwie do twojej osoby, ja się edukuję. – odparła ta pozbawionym emocji głosem.
– Wojna, sztuka zabijania? Wdzięczny tytuł. – rzekł kąśliwie wcale tego nie kryjąc.

– Wiesz co czytałam wcześniej? – zagaiła dziewczyna.
– Co takiego? – udał zainteresowanie.
– Potwory. Łóżko, szafa i bole bitwy. Prawda, że przyjazny? – rozmówczyni śmiała się wypowiadając te słowa.
– Aha. Kto to pisał? – tym razem zaciekawienie było prawdziwe.
– Niejaki Światowid Postronny… – padło w odpowiedzi.
– Ech… Czemu go czytasz? – jęknął uderzając otwartą dłonią w swą twarz.
– Leżał na półkach. – odparła beztrosko jakby nie zdając sobie do końca sprawy o co się ją pyta.
– Zapomnij pytanie… – westchnął masując swe powieki.


     W tym samym czasie popielatowłosa dama przewróciła kolejną stronę, co poprzedziło ponowne nastanie milczenia. Chwila wydłużała się coraz bardziej, aż w pewnym momencie odnieść można było wrażenie, iż zatrzymała się ona w czasie. Jedyną rzeczą, która ciągle przypominała, iż rzeczywistość nie zawisła w momencie, były następujące po sobie odgłosy przewracanych zżółkłych ze starości kartek papieru.





     Siwowłosy kamerdyner o skórze przypominającej fakturą pergamin przemierzał niewielkimi krokami pusty zamkowy korytarz. Osobnik ten o krwi białobłękitnej zachowywał lodową obojętność zmierzając do postawionego sobie celu. Wnet zaczął obserwować zmianę popielatego koloru otoczenia na wrzosowy.

– Daranie? Dokąd zmierzasz? – najzwyklejsze pytanie zadane zostało przez niewielkiego dzieciaka przyodzianego w czerń, który opierając się o parapet spoglądał przez ogromne okno.
– Paniczu. – przystaną i skłonił się nisko starszy jegomość – Do głównej sali. Czy paniczowi czegoś potrzeba?
– Nie. Na razie nie. Dopóki te gnidy z ministerstwa nie wykonają swojego ruchu mamy związane ręce. – westchnął młody osobnik brzmiący niezwykle dorośle jak na swój wiek.
– Oczywiście paniczu. – sługa pokłonił się jeszcze raz – Proszę się nie zamartwiać. Jestem pewien, iż uda się paniczowi rozwiązać całą sprawę w pokojowy sposób.
– Czasami przeraża mnie twój brak emocji. Jesteś trochę jak taka pacynka, której udało się połowicznie zerwać z sznurków. – wyznał młodzieniec.
– Z drugiej strony, mogę być jak ktoś kto połowicznie został jakimiś pętami związany. – odrzekł na to odchodzący już starzec.
– Jak opętanie? Może hipnoza? – dało się usłyszeć ciche słowa zastanawiającego się chłopaka w czerni.


     W końcu przemierzający miarowym krokiem korytarz jegomość na powrót został sam. Nie zważając na swe otoczenie kroczył do momentu, w którym do jego uszu nie zaczął docierać harmider rozmów i dźwięki muzyki wygrywanej przez niezwykle utalentowanego wiolonczelistę, a otoczenie nie zmieniło swej barwy na szmaragdową. W tym momencie zatrzymał się tylko po to, by po chwili znów ruszyć krokiem równie szybkim. Gdy zaś znalazł się na schodach usłyszał radosne wołanie łysego, otyłego wielkoluda z zieloną brodą, odzianego w jasnozielone szaty z czarnymi wstawkami.

– Daranie! Tu jesteś! Podejdź no! Patrz co znalazłem u naszych sąsiadów! – wrzask tego osobnika niósł się ponad każdym dźwiękiem w pomieszczeniu.
– Znów ukradłeś jakieś dziecko mój panie? – zapytał sługa swym obojętnym głosem, gdy tylko zbliżył się do swego rozmówcy i skłonił się nisko.
– Jakie znowu?! Tamto było tylko raz! – zdenerwował się gruby jegomość, po czym radośnie oznajmił – Tego sam zrobiłem!
– Gratuluję. To stąd ta cała wojna? – zaciekawił się starzec kucając przy strachliwym dzieciaku spoglądającym w podłogę, by uniknąć kontaktu wzrokowego.
– E tam! Małe nieporozumienie. Tak czy siak. Daranie, poznaj mojego dumnego potomka… Czekaj! Hmm… – zamyślił się próbując przypomnieć sobie imię młodzieńca.
– Rodit… – jęknął cicho dzieciak, po czym skulił się jakby miał za to okropnie oberwać.
– Co?! – jego rodziciel nie dosłyszał wypowiedzi.
– Witaj paniczu Roditcie. – stary sługa skłonił się nisko.
– No leć! Znajdź tego cholernego pijaczynę i powiedz mu, żeby trochę przystopował. Jutro zacznie cię szkolić. – odezwał się osobnik o zielonej brodzie do chłopca, który po wysłuchaniu polecenia, szybko pobiegł je wypełnić.
– Daranie… – westchnął mizernie mężczyzna do kamerdynera.
– Tak mój panie? – odrzekł ten.
– To go pożera… Nie chcę i jego stracić… – ciche słowa ledwo przebijały się przez harmider tłumu bawiącego się dookoła.


     W odpowiedzi na to osobnik w liberze położył swą dłoń na ramieniu rozmówcy. Niespodziewanie pełną smutku chwilę przerwał krzyk wstawionego mężczyzny, który podnosząc się ze swego krzesła przewrócił je z hukiem.

– Ja nie chlam! Ja się delektuje ty niedorobiona, łysa…! – wypowiedź przerwała się na moment, by pozwolić czkawce ujawnić swoją obecność, po czym była kontynuowana z użytkiem coraz to wulgarniejszych słów.
– Przepraszam cię Daranie, lecz ktoś ewidentnie chce się dowiedzieć jak wygląda nasz sufit z bliska. – nieziemskie zdenerwowanie sączyło się z głosu drżącego wielkoluda.
– Oczywiście mój panie. – odbiorca jego słów skłonił się nisko, po czym ruszył w stronę korytarza, dostrzegając jeszcze kątem oka rozpoczynającą się bójkę.


     Po chwili znalazł się na powrót w samotności. Tak kontynuował swój chód, aż nie spostrzegł zmiany koloru otoczenia na nieprzejrzystą, matową czerń. Wtedy przystanął na moment, jakby pragnął dać rzeczywistości chwilę wytchnienia, a następnie ruszył ponownie, kierując swe kroki ku dobrze znanemu sobie pokojowi. Gdy wreszcie dotarł do swego celu, dostrzegł jegomościa odzianego w czerń, który starał się chyba połączyć z sobą przestrzeń i czas za pomocą miotły.

– Panie. – skłonił się nisko, przystając przy ogarniętym swoim światem osobniku – Mogę zapytać, co pan wyprawia?
– Zamiatam. – padła, ze względu na okoliczności, wielce głupkowata odpowiedź.
– Proszę wybaczyć, lecz nazywa pan to zamiataniem? – zapytał głosem przepełnionym cynizmem.
– Czyli czasami potrafisz okazać ludzkie emocje, co? – rozmówca zmienił na moment temat, lecz szybko powrócił do odpowiedzi na postawione mu pytanie – Tak. To nazywam zamiataniem.


     Po tych słowach, jakby nazbyt zniechęcony, osobnik w czerni odłożył trzymany w rękach przedmiot i otworzył pobliskie drzwi, by wkroczyć do swego gabinetu.

– Wiesz co Daranie? – zagaił spoglądając na czarną kanapę.
– Tak mój panie? – padło w odpowiedzi.
– Marzy mi się piękna kobieta. Popielate włosy. Smukła sylwetka. Te oczy. Ta skóra. To piękno. Tu! Na tej kanapie w kolorze malachitu! Och, jakże pragnąłbym takiego obrazka. Jakże wielki miałbym chęci, gdyby tu tylko była ze mną taka niewiasta! Moja! Tak wspaniała. Moja. – mówił wpatrując się w sufit i tańcząc w miejscu.
– Mój panie… Tu wszystko jest czarne. – zwrócił uwagę sługa.
– No właśnie! Czarne! Ja pragnę jej kolorów! Chcę zniewolić jej istnienie. Pragnę by była tylko dla mej osoby. Daranie! Czemu jestem taki żałosny?! Brakuje mi tego wszystkiego! Ja już nie chcę być samotny! Ja nie chce…! Chcę kogoś kto mnie z tego wyciągnie! Pragnę by ktoś przyszedł, podał mi rękę i uratował wyciągną mnie z tego wszystkiego! Chcę kogoś kto nada mojemu życiu sens! Kogoś kto nakarmi mnie słodkim kłamstwem i pozwoli mi czuć jego smak, aż do końca moich dni! Daranie! – wykrzykując to przypadł swemu rozmówcy do nóg i ciągnąc za jego nogawki plamił mu buty swymi słonymi łzami.


     Po chwili jednak poderwał się na stojąco, przetarł swą twarz z przeróżnych wydzielin i z uśmiechem stwierdził:

– Genialny motyw. Będę potrzebował Hrabiego, ciebie i siebie. Zbudujemy dom! Przy okazji. Od dawna mamy to wgniecenie w suficie w sali głównej?
– Tak mój panie. O kilku tysiącleci. – mężczyzna ubrany w liberę skłonił się nisko, po czym skierował swe kroki w stronę drzwi.
– Acha… No i ta dziewczyna. Nie pozwól jej mnie opuścić. Bez aury, którą roztacza mógłbym tylko marnie zwiędnąć. – dodał siadając przy biurku.
– Tak panie. – rzekł sługa wychodząc i zamykając za sobą drzwi.


     Gdy starszy osobnik znalazł się już na korytarzu podążył ku jednemu z jego końców. Szedł powoli stawiając każdy krok z wielką uwagą, jednak po pewnym czasie jego myśli uciekły nie wiadomo gdzie. Do świadomości powrócił dopiero, gdy jego osobę ogarnęła nieprzenikniona ciemność.

– Daranie… Dlaczego jest tak ciemno? – usłyszał się drżący, dziecięcy głos.
– Paniczu Roditcie... Czym różni się ta ciemność, od nieskazitelnej światłości? – zapytał przystając na moment.


     Wtem nastąpiła chwila ciszy, po której znów stary sługa ponownie się odezwał.

– Różnica jest jedynie wynikiem ograniczenia naszych umysłów. Dopiero wyjście ku wyższej świadomości pozwala dojrzeć, iż wszystko jest jednym i tym samym. – pozbawione emocji słowa spowodowały, iż w niedługim czasie nieprzejrzysta ciemność wyparowała jako szare cienie.

     Po tym do długiego korytarza, przez wielkie okna, wpadło srebrzystobiałe księżycowe światło, które oświetliło postać małego chłopca w piżamie, trzęsącego się z zimna.

– Daranie… – do uszu mężczyzny dotarł ledwo słyszalny szept.
– Paniczu. – skłonił się nisko.
– Nie mogę zasnąć. – przyznał młodzieniec.
– W myśli oceanie. W umyśle zwykłej osoby. W krainie nikomu nie znanej. Świecie będącym jedynie szkicem. Tam krążyły iskierki istnień. Boskie cząstki. – kamerdyner zaczął mówić, gdy tylko zbliżył się do chłopca i wziął go na ręce.


     Następnie zaczął kroczyć delikatnym krokiem w stronę pokoju młodego osobnika. Przy tym kontynuował swą wypowiedź.

– Nic nie znaczące pomysły, których nie warto było rozwijać. Wśród nich był czas. Wymiar niepodważalny, naturalny. Coś co stanowiło całe tło, albowiem wszystko zależało od czasu. Stanowił on przekleństwo, od którego nie sposób było ograniczonemu umysłowi uciec. Nie było to jednak ważne, gdyż umysł ten pozostając w harmonii oddziaływał na rzeczywistość i w niej funkcjonował. Nadszedł jednak taki moment, gdy niespodziewanie na ów umysł spływać zaczął chaos nie do ogarnięcia. To z każdą chwilą, w coraz większym stopniu zaczęło uniemożliwiać kontakt z otoczeniem, a w konsekwencji zamykanie się w sobie. Potęga woli była jednak nieugięta i niesprawny umysł tańcząc na krawędzi nadal starał się znaleźć we wspólnej rzeczywistości z innymi. Wtem jednak zdarzyło się niespodziewane coś i tak liczne, boskie iskry eksplodowały, a oceany myśli zalały lądy świadomości. Wszystko zaczęło mieszać się ze sobą tak, by móc stworzyć funkcjonujący świat. Bezsensowny, lecz istniejący świat. W tej nowopowstałej nieograniczonej klatce był sobie czas. Czas niedoszły, przyszły, teraźniejszy, przeszły. Czas, który stracił swoje znaczenie… – mężczyzna przerwał na moment wkraczając do otwartego pokoju.

     Dalszy ciąg swej opowieści zaczął ujawniać dopiero, gdy ułożył młodzieńca na posłaniu.

– Czas, który nie miał odniesienia. Krążył on pośród chaotycznej przestrzeni w oczekiwaniu, aż zostanie nadana mu forma. Tak czekał i czekał, obserwując jak z nieładu powstaje ład. Nagle jednak zamknięty został w prostym zegarku kieszonkowym. Pozostawał w nim dopóki nie zbuntował się przeciw swemu losowi i nie uwolnił się  z ów przedmiotu. Wtedy to zorientował się, iż podczas jego nieobecności narodził się inny czas, który starał się go pochłonąć. Uciekając więc przed swym unicestwieniem spotkał Świadomość, nieokreśloną istotę, która wreszcie obudzona rozpoczynała wędrówkę po swoim własnym umyśle. Ona to stworzyła dla marnego uciekiniera dom, w którym mógł on zamieszkać. Przewspaniały pałac, w którym mieszkać miały liczne istoty, będące przedstawicielami niezliczonych gatunków. Cudowny był to dom, póki Świadomość go nie opuściła. Przykre były te wydarzenia. Bolesne wielce. Trudne do wspomnienia. W rozrachunku dom rozpadł się. Pozostał w nim tylko kulący się ze strachu czas, który już dawno przestał nim być. Wtem… – sługa przerwał nagle widząc, iż jego sfrustrowany słuchacz chce coś powiedzieć.

– Zgubiłem się. Ta bajka jest głupia… – jęczał maluch sennym głosem.
– Powiedz to temu, kto ją wymyślił. Poza tym później robi się ciekawsza. – stwierdził starszy osobnik, lecz jego słowa nie dotarły już do jego rozmówcy, albowiem ten zapadł w twardy sen.

     Mając tego świadomość, opuścił cicho pomieszczenie, powracając znów na korytarz w kolorze szmaragdu. Po tym zamknął za sobą drzwi i zaczął iść w stronę dobrze znanego sobie pokoju. Szedł tak w ciszy, albowiem odgłosy jego miarowych kroków tłumione były przez dywan pod jego stopami. W pewnym momencie zaczął zauważać, jak jego otoczenie zaczyna zmieniać swój kolor na popiel, a przez okna zaczynając uderzać w jego skórę żółte, gorące promienie słoneczne. W tym momencie przystanął na moment, tylko po to by zauważyć, iż stoi w miejscu swego przeznaczenia. Zapukał więc w drzwi obok, po czym otworzył je z gracją. Następnie wszedł do wnętrza, pokłonił się i rzekł:

– Moja pani.
– Daranie? – zaległa na malachitowej kanapie kobieta przerwała na chwilę swe zajęcie.
– Nie wypiła pani naparu. – zauważył.
– Och… Tak. Zaczytałam się. Mógłbyś przygotować mi jeszcze jeden? – zapytała przepraszająco.
– Oczywiście moja pani. – sługa pokłonił się.
– Dziękuję Daranie. Możesz odejść. – padła spokojna odpowiedź, po której dziewczyna wróciła do tego co robiła wcześniej.
– Tak moja pani. – padło w odpowiedzi, gdy starszy osobnik opuszczał powoli pokój, zamykając za sobą drzwi.






     Dźwięki przewracanych stron zagłuszały co jakiś czas odgłosy pióra muskającego kartki papieru, w pokoju, w którym panował sielski spokój. Chwila wydawała się być jak z bajki. Cienista postać siedząca przy biurku zapisywała coś w swojej księdze, a młoda dama leżąca na malachitowej kanapie wczytywała się w starsze od niej dzieła. Czuła przy tym jakąś wewnętrzną radość. Gdyby miała do czegoś porównać ten moment, to do głowy przyszedł by jej tylko obraz starego, kochającego się małżeństwa, które razem marnuje umykający czas. W jej świadomości pozostawała jednak smutna świadomość, iż niedługo towarzysząca jej istota zakończy swoje zajęcie, powstanie i rozmyje się pośród cieni, zmierzając do wyjścia.

– Jak on w ogóle ma na imię? – zapytała niespodziewanie spoglądając na nią.

     Ku jej zaskoczeniu, ta niespodziewanie przerwała swe zapiski i skierowała swe skryte przez cienie oblicze w stronę otwartych drzwi balkonowych. Po tym podniosła się ze swego krzesła i wyszła na zewnątrz, by tam usiąść na balustradzie. Zadziwiona tym wydarzeniem kobieta wstała i zbliżyła się do biurka, na którym leżała otwarta księga.

„Oddajmy się przyjemności.
Ucieknijmy ku nieskończonej radości.
Odnajdźmy sobie własny świat.
Niech mija czasu szmat.
Zacznijmy wszystko od nowa.
Nudna ta nasza przygoda…”

     Niedokończony wiersz zdawał się nie mieć większego sensu. Coś mówiło też popielatowłosej damie, iż autor tych słów robił coś na siłę. Nie miała jednak czasu, aby się nad tym zastanowić, albowiem niespodziewanie rozległo się głośne pukanie do drzwi. Podeszła więc do nich i otworzyła je na oścież. To, iż nie ujrzała nikogo na korytarzu skonsternowało ją tak bardzo, iż zapominając o wszystkim postanowiła podążyć do sali tronowej, gdzie według jej intuicji znajdowało się to czego szukała.

– Moja pani? – rzekł starszy sługa mijający ją na korytarzu.

     Ta jednak zignorowała go, jakby w ogóle nie spostrzegła jego osoby i kontynuowała swój chód. W końcu dotarła tam, gdzie zamierzała i wkraczając do przestronnego pomieszczenia usłyszała odgłos szkła uderzającego delikatnie o szkło, a także przeciągłe mruknięcie.

– Ach… Witaj moja droga. Nie uwierzysz jak trudno było mi się do ciebie przebić. Te lodowe więzy naprawdę ciężko zrzucić… – westchnął siedzący na tronie, ciemnoczerwony osobnik, odziany w czarny garnitur.

     Skonfundowana dama zbliżyła się do niego, by lepiej się mu przyjrzeć. Nie wiedzieć czemu wydawał się jej niezwykle znajomy, zupełnie jakby był częścią niej samej. Jego czarne ślepia wpatrywały się w jej osobę, gdy idealnie białe zęby szczerzyły się w szczerym uśmiechu.

– Nie lękaj się. Nie powinnaś. W końcu to ty nadałaś mi tą formę. Nie powiem, aby mi się nie podobała, aczkolwiek uczynienie mnie rogaczem i przyszycie mi ogona wydaje mi się trochę niepotrzebne. Z drugiej jednak strony ta wierzgająca na wszystkie strony część mego ciała zaczyna mi się coraz bardziej podobać. – postać mówiła popijając co jakiś czas płyn zawarty w trzymanym w dłoniach kieliszku.
– Kim…? – dziewczyna chciała zapytać, jednak przerwał jej gromki śmiech rozmówcy.
– Twa podłość nie zna granic moja droga? – zapytał nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

     Na swoje pytanie nie otrzymał jednak odpowiedzi, a jedynie podejrzliwy wzrok.

– Ech… Jak można zapomnieć swego najlepszego przyjaciela? Czy już nie pamiętasz cóż dla ciebie uczyniłem? Twe błagania były tak żałosne, jednak ja postanowiłem ich wysłuchać. Błądziłaś w wiecznej ciemności, póki nie zapukałaś w moje drzwi. Dałem ci co chciałaś. Teraz jak obiecałem, ja pukam w twoje drzwi. Robię to by podziękować. Gdyby nie ty, nadal gniłbym w tamtym miejscu. – mówił mając nadzieję, iż jego rozmówczyni w końcu wszystko sobie przypomni.
– Kim jesteś? – padło pełne zdziwienia pytanie.

     Słysząc je czerwony osobnik zmarszczył swe czoło. Następnie podniósł się lekko z tronu i doskoczył do dziewczyny, by przyjrzeć się jej z bliska.

– Masz jej twarz. Jej głos. Jej figurę. Oczy jak ona. Aura którą roztaczasz bije nią. Jednak… Kim jesteś? – zaczął się zastanawiać gładząc swoją czarną bródkę.
– Lacentia. – odpowiedziała spoglądając z nieufnością na nieznajomego.
– Lacentia? – zaszokował się, po czym nagle odzyskał rezon i zakrzyknął – Ha! Więc to tak! Proszę więc o wybaczenie. Moja pomyłka.
– Kim jesteś? – zapytała po raz kolejny.
– Kim? Kimś, kto wie coś co jest ponad te wszystkie bzdury. Kimś, kto wie o co toczy się prawdziwa gra. Kimś, kto ma świadomość gdzie leży źródło naszej zagłady. – przedstawił się kłaniając się nisko.
– O czym ty mówisz? – kobieta nie zrozumiała jego słów.
– Ech… Śmierdzisz mi pewnym chłopcem. Spotkałaś go może? Co ten infantylny głupiec ci nagadał? Dziecko o ograniczonym umyśle, które pragnie powrotu do swojego radosnego świata. Namieszał ci w głowie. Choć nie mogę ci się dziwić. W końcu w takiej tkwisz formie. Ja natomiast… – wypowiedzi nieznajomego przerwało pukanie do drzwi.

     W tym momencie młoda dziewczyna rozproszyła się i odwróciła swą głowę w stronę wchodzącego właśnie do pomieszczenia starszego sługi, który pokłonił się zbliżywszy się do swej pani.

– Moja pani. Wszystko dobrze? Czy coś panią niepokoi? – zapytał przyglądając się jej pełnemu zdziwienia obliczu.
– Ktoś pukał Daranie. Otwórz proszę. – odrzekła rozmyślając nad tym gdzie zniknęła dziwna postać, z którą przed chwilą dyskutowała.
– Oczywiście moja pani. – odparł mężczyzna, po czym udał się w stronę wejścia, które następnie otworzył.

     Wtedy do wnętrza wkroczył jakiś osobnik w stroju służącego i skłaniając się nisko rzekł:

– Najmocniej przepraszam, iż przeszkadzam. Jestem Rier. Uniżony sługa Hrabiego. Poszukuję mojego pana, który zniknął zostawiając mi cały swój interes na głowie. Nie żeby nie było tak wcześniej, lecz zawsze wracał jak coś knociłem. Teraz zaś nie mogę go nigdzie znaleźć.
– Hrabia? – młoda dama zapytała nie wiedząc o co chodzi, po czym zbledła, zachwiała się i ku zaskoczeniu zgromadzonych, straciła świadomość.





     – Moja droga… Jak to się stało, iż to właśnie ty odziedziczyłaś taką potęgę? Ledwo dźwigasz jej brzemię. – pośród ciemności odezwał się dobrze znany głos rogatego osobnika – To znowu cię otępia. Pęta twoją świadomość. Zupełnie jak każdego twego poprzednika. Nie martw się jednak. Wrócę i razem dotrzemy do źródła. Na razie musimy jednak grać według zasad. Znajdź pierścień! Uwolnij czas!





     Pośrodku dziedzińca stała cienista, niezwykle skonfundowana postać, która rozglądała się w koło nerwowo jakby czegoś szukała.

– Gdzie oni wszyscy są? – zapytanie rozniosło się w przestrzeni bez echa.

     Po jego zadaniu sfrustrowana istota obróciła się na pięcie i wróciła do wnętrza zamku. Następnie zaczęła biegać po nim nie przerywając powtarzania sobie pod nosem pytania o to, gdzie wszyscy się podziali. W końcu jednak zatrzymała się w przestronnej sali, gdzie usiadła na tronie, by dać sobie moment na zastanowienie.

– Rodit?! Ty tutaj? Jak udało ci się odzyskać świadomość? Po tym wszystkim co zrobiłeś już myślałem, że zlejesz się z ciemnością, a tu proszę! Mój piękny chłopiec jak żyw! Nawet parcie na władzę ci zostało! – czerwonoskóry osobnik w garniturze, który pojawił się znikąd zaskoczył cienistą postać siedzącą na krzesełku głowy rodziny.

     Nie rozumiejąc tego, kim jest osobnik do niej mówiący, postanowiła być cicho, by dać sobie moment na przeszukanie swej pamięci w poszukiwaniu kogoś podobnego.

– Rodit! No weź! Nie poznajesz mnie? – zdziwił się nieznajomy, po czym spojrzał na siebie i mruknął– A… No tak…
– Kim jesteś? – padło podejrzliwe pytanie.
– Tidor. – rzekł dumnie skłaniając się przesadnie, po czym zapytał – Nie poznajesz mnie Roditcie?
– Nie znam ani ciebie, ani żadnego Rodita. Czego tu szukasz? – zapytał gniewnym głosem.
– Ciemności! Czy tak długo byłem uwięziony? Wszystko zmieniło się tak bardzo? – lamentował rogaty osobnik, machając chaotycznie swym ogonem – Rodit. Jak możesz mnie nie poznawać? Jak możesz nie poznawać siebie? Nawet nie wiesz jak to boli. Stać przed tobą. Taki idealny. Taki piękny. Tak odległy. Zostaliśmy rozdzieleni, a kiedy znów możemy się spotkać, ty nic nie pamiętasz!
– Mów czego chcesz, albo odejdź! – rozległ się pełen wściekłości rozkaz.

     Na te słowa nieznajomy mężczyzna opamiętał się i rzekł:

– Lepiej dla wszystkich, że nie pamiętasz…

     Po tym zbliżył się do swego rozmówcy i położył swą dłoń na jego głowie. W tym momencie cienista postać rozbiła się na pojedyncze cienie, które zaczęły oplatać ciało czerwonego osobnika, tylko po to by po chwili wchłonąć się w nie.





     W oświeconym światłem pierwszego księżyca pokoju roznosił się odgłos pióra muskającego kartkę papieru. W kominku płonął zaś radośnie ogień pożerając ofiarowane mu kawałki drewna. W przestrzeni panował spokój, milczenie i stagnacja. W tym romantycznym świecie na białych stronach, czarny atrament zostawiał swe ślady utrwalając przeróżne prawdy.

„Jest lustro rozbite
W nim jedno odbicie
Choć przed nim jest tłum
Jest lustro rozbite
Przed nim jest jedno
W odbiciu zaś tłum
Jest lustro rozbite
Szkła słychać szum
Jest jestestwo odbite
Jest jedno
Jest tłum”

     Niespodziewanie rozległo się pukanie w drzwi, które otworzyły się zaraz po nim. Do wnętrza wkroczył stary sługa, który skłoniwszy się nisko powiedział:

– Panie mój. Przyniosłem…
– Daranie? Co by się stało, gdyby wsadzić duszę zwykłego śmiertelnika w ciało dziecięcia lodu? – przerwał mu osobnik siedzący przy biurku, którego wierzch pokryty był szkłem lapis luna.
– Krew rozgorzałaby. Wtedy dusza i ciało spłonęłyby. – odrzekł starzec.
– Zastanawiam się. Coraz bardziej wydaje mi się to wszystko naciągane i zagmatwane. Coś jakbym poruszał się w niezwykle gęstym otoczeniu. Me ruchy są wolne. Ciało jest ciężkie. Za niczym nie nadążam. Widzę tylko, jak wszystko się porusza wkoło w zwykłym tempie. Jestem tak powolny, iż nie mogę się na nic zdecydować i miotam się w miejscu bezsensownie. – powiedział mężczyzna wstający z krzesła.
– Co ma pan na myśli? – zapytał sługa, obserwując jak jego pan zbliża się do otwartego na oścież balkonu.
– Obaj twierdzą, iż są swym odbiciem. Obaj identyczni. Przeciwstawni sobie. Mieszają się ze sobą, by znów się rozdzielać. Mówią, iż drugi to jest odbicie. Kto jest oryginałem? Nie mogą wiedzieć, iż są odbiciem odbicia. Skąd? Kiedy stłukło się lustro, powstało ich tysiące. Tysiące tysięcy. Odbicia. Każdy z nich stał się fałszem. Prawdziwy gdzieś się zatracił. Skąd mogą wiedzieć? Obaj pragną być prawdą. Nie chcą ulecieć jak marne złudzenie. Ha! Cóż za zwrot fabularny?! Ten jeden to sen, a te odbicia to sny tego snu. Ha! Nikt się nie spodziewał. – wypowiedź, bardziej niż odpowiedzą na pytanie, była głośnym wypowiadaniem swych myśli.
– Wypij mój panie. – odrzekł na to sługa kładąc na wierzchu biurka naczynie z czarnym płynem.
– Wszyscy zamknięci jesteśmy w tej klatce. Stąd nie ma prostej ucieczki. Nie znaczy jednak, iż jej nie ma w ogóle, nieprawdaż? – oświadczył mężczyzna, zbliżając się do rozmówcy.

     Po tym złapał za stojący obok kubek i z grymasem odrazy na swym obliczu, wypił wszystko jednym haustem. Gdy to uczynił, odczuł lekkie zawirowanie rzeczywistości i przez moment miał wrażenie, iż jego serce stanęło. Oparł się więc ciężko o pobliski mebel i odkasłał dwukrotnie suche gardło.

– Wiesz? Zmieniłem zdanie. Pragnę czegoś więcej. To zamknięcie się mi nie służy. Niewoleni innych, tym bardziej takich cudownych istot jak ona, nie jest najlepszym pomysłem. Do... – wyszeptał, po czym zwalił się na podłogę bez świadomości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI