Miraż

     Nad ciągnącym się w nieskończoność morzem złocistego piachu górował szklisty, bezchmurny nieboskłon. Po jego powierzchni, niezwykle ślamazarnie, ślizgał się ognisty dysk obłapiający świat swymi gorejącymi ramionami. W tym pozbawionym życia i niezwykle spokojnym krajobrazie dostrzec można było snującą się zwykłym tempem karawanę, która mogła wydawać się istnym ewenementem na skalę tak wielką, iż można by z ogromną pewnością stwierdzić, iż była ona jedynie zwiewnym mirażem, figlami płatanymi przez zmęczony umysł. Mimo wszystko była to jak najbardziej rzeczywista ekspedycja, której członkowie podróżowali pieszo, na wielbłądach, a nawet na słoniach. Oczywiście nie byłoby w niej nic dziwnego, czy wyjątkowego, gdyby nie młoda dziewczyna o długich, bordowych włosach, która siedząc w zadaszonym koszu przytwierdzonym do grzbietu wielkiego zwierzęcia starała się zabić otaczające ją znudzenie za pomocą zawieszki w kształcie krzyżyka wiszącej na naszyjniku znajdującym się na jej szyi.

– Ach! Zwariuję tutaj! – jęknęła po raz niezliczony łapiąc się za obolałą głowę.

     Po tym fuknęła kilka razy, aż w końcu nie mając zielonego pojęcia co ze sobą zrobić kopnęła zdrętwiałą nogą bladego osobnika w czarnym skórzanym płaszczu, który rozłożony naprzeciwko drzemał sobie spokojnie.

– Nie dusisz się pod tym kapeluszem? Poza tym jak możesz spać w taki upał? – zapytała sfrustrowana wykrzywiając swe oblicze w grymasie niezadowolenia.

     Ofiara braku humoru młodej damy ziewnęła przeciągle rozciągnąwszy się, a następnie podrapała się po odsłoniętym kawałku głowy i poprawiła swą pozycję, by powrócić znów do błogiego stanu, w jakim się znajdowała.

– Nie dziwne, że jesteś taki blady. Nie gorąco ci w tym? – wypytywała nadal kobieta starając się wciągnąć swego towarzysza w rozmowę.
– Mmmm… – kapelusz z szerokim rondem zagłuszał odpowiedź.
– Co mówisz? – zainteresowała się rozmówczyni wytężając słuch.


     Na to zaspany jeszcze mężczyzna przesunął w ślimaczym tempie swe nakrycie głowy, ukazując tym samym swe suche i blade usta poniżej, których znajdowała się niewielka kępka czarnych włosów pokrywających całą brodę.

– Aerilio. Cudowne moje stworzenie. Najpiękniejsza i najinteligentniejsza. Ta co jest ponad wszystko. Nieugięta. Nieogarnięta. Osóbko, która mężniejsza jest od najmężniejszego męża. Ty, któraś wykwintniejsza od najwykwintniejszej damy. Mnogości twych zalet nie da się wymienić. Wad nie chce się za nic zamienić. Me życie. Me więzienie. Me wybawienie. Zawdzięczam ci wszystko co teraz mam. Od dawna z tym walczę, jednak płonne me wysiłki. Na nic jest ta walka. Serce nie sługa. Nie usłucha rozumu, który sam ledwo w ryzach się trzyma. Aerilio. Pragnę prosić cię o wybaczenie, albowiem oto ja, osobnik nie warty nawet twego przelotnego spojrzenia… Zakochałem się w tobie. Trafiło mnie to jak strzała kupidyna. Zadurzyłem się w tobie już przy pierwszym naszym spotkaniu i z każdą chwilą uczucie to się pogłębiało. Chciałbym być z tobą. Chciałbym być na zawsze. – wyznał głosem tak zmęczonym i obojętnym, iż wypowiedź wydawała się być jedynie marnym żartem wyrzeczonym, by zamknąć usta niezwykle ciekawskiej dziewczyny.

     Wtem zapadło milczenie, które przerywane było okazjonalnymi krzykami uczestników karawany. Podczas niego młoda kobieta wpatrywała się pełnym zaszokowania wzrokiem w swego towarzysza, który z wolna wydawał się wpadać po raz kolejny w pułapkę przyjemnego snu.

– Mówisz poważnie?! – wykrzyknienie rozerwało przestrzeń prawie płosząc wielkie zwierzę niosące dwójkę rozmówców.
– Och tak. Jak najbardziej poważnie. Wiesz, iż gadam bez przerwy od rzeczy i zbytnio nie przejmuję się sensem moich słów, które są dla mnie tylko pustymi dźwiękami, ale jak raz mówię z przekonaniem. – padła odpowiedź wypowiedziana lekko niezrozumiale ze względu na rozluźnione mięśnie twarzy.
– Ja… Muszę się nad tym zastanowić… – stwierdziła młoda dama usadawiając się wygodnie.
– Kobiety… Kochajmy je, albowiem to one zniszczą świat… – mruknął osobnik odziany w czerń na powrót przykrywając swą twarz kapeluszem.
– Co takiego? – zapytała rozmówczyni nie dosłyszawszy słów towarzysza.
– Mm… – rozległa się odpowiedź wytłumiona przez duże nakrycie głowy.
– Aha… – skwitowała wszystko, po czym zanurzyła się w swych rozmyślaniach.


     Nie minęła jednak dłuższa chwila nim pełna niepewności zerwała się gwałtownie i błyskawicznie przyczołgała się do swego towarzysza. Następnie uniosła nieco jego kapelusz i cichym, pełnym niepewności głosem zapytała:

– Poważnie?
– Mhm… – odmruknięto jej w odpowiedzi.


     Usatysfakcjonowana tym wróciła na swoje miejsce, by powrócić do analizowania sytuacji. Robiła to przez dobry kwadrans, aż w końcu zerwała się ponownie i zbliżyła się do mężczyzny.

– Nie żartujesz sobie? – spytała siadając po turecku.

     Na to zapytanie odpowiedziało jedynie przeciągłe westchnięcie i dłużąca się cisza.

– Hej. To ważna sprawa. Hej. Odpowiedź mi. Prawdą jest to co rzekłeś? – mówiła szturchając odbiorcę swych słów między żebra.

     Od strony ów osobnika nie było jednak żadnej reakcji do momentu, gdy nie rozległo się kolejne westchnięcie, a kapelusz z szerokim rondem zasłaniający twarz nie został złapany i odłożony na brzuch przez dłoń obleczoną w cienką, czarną rękawiczkę.

– Opowiem ci bajkę… – zaczął mówić, jednak szybko mu przerwano.
– Były w niej smoki? – podekscytowany głos dziewczyny wydawał się być niezwykle dziecięcy.
– Jak będziesz siedzieć cicho to będą. – odrzekł groźnie, po czym wrócił do swej opowieści – Była sobie kiedyś mała dziewczynka…


     Niespodziewanie spokojny, senny głos mężczyzny, który zmieszał się z panującym skwarem i suszą sprowadził na młodą damę klątwę nieodgonionego zmęczenia. Nie mogąc oprzeć się jego słodkim pokusom słuchaczka ziewnęła tylko przeciągle, po czym dała ponieść się fali błogiego snu.





     Mała, jasnowłosa dziewczynka biegła bez opamiętania między licznymi drzewami i krzewami muskanymi przez oślepiające światło odbijane przez liczne lustra i kryształy.  Przy tym starała się być jak najciszej. Było to dla niej niezwykle trudne, albowiem nie dość, iż wkoło leżało pełno suchych, zżółkłych i zbrązowiałych liści szeleszczących przy każdym kroku, to jeszcze pełen radości śmiech ciągle próbował wydostać się przez zdrowo zaróżowione usteczka. Mimo to walczyła z całych sił, aby nic nie zdradziło jej pozycji. Była na tym tak bardzo skupiona, iż ogromnie zaskoczyło ją wykrzyknienie oznajmiające, iż właśnie rozpoczęły się poszukiwania. Spanikowana puściła się biegiem przed siebie nie zważając na nic. W głowie krążyła jej tylko jedna myśl. Znajdź kryjówkę. Jej  wewnętrzny głos powtarzał to zdanie bez przerwy. Wsłuchawszy się w nie rzuciła się w jakieś krzaki i z zadowoleniem stwierdziła, iż to miejsce się nada. Po chwili zastanowienia stwierdziła jednak, iż zrobiła tak dużo hałasu, iż musi uciec gdzieś dalej. Spojrzała wiec za siebie i ku swemu zaskoczeniu ujrzała wydeptaną ścieżkę prowadzącą do wyrwy w skale. Nie pamiętała by kiedykolwiek widziała tu taką drogę, jednakowoż poczucie strachu i chęć przewyższenia innych w rywalizacji popchnęły ją wzdłuż niej.





     Zimne krople spływały po chłodnych, kamiennych ścianach prosto na rzeźbione podłoże. Z wysokiego stropu zwisały wielkie, refleksyjne stalaktyty, które łącząc się gdzieniegdzie ze srebrzystymi stalagmitami tworzyły wielokolorowe i wielokształtne stalagnaty przypominające kolumny. Mimo braku jakiegokolwiek źródła światła w pomieszczeniu panował lekki półmrok. Ta niesamowicie ogromna przestrzeń wypełniona była dziwną atmosferą przyprawiającą o dreszcze i wyraźnie odczuwalną stagnacją. Jedynym dźwiękiem roznoszącym się wkoło był miarowy odgłos upadających kropli jakiejś cieczy, który po wsłuchaniu się weń zdawał się odliczać jakiś czas. Niespodziewanie do tego fascynującego miejsca wkroczyła mała, jasnowłosa dziewczynka, która jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak bardzo się zgubiła. Istotka ta szła ostrożnym krokiem rozglądając się dookoła jakby chciała pożreć wszystko swoim wzrokiem. W tej chwili nie przejmowała się już zabawą w chowanego. Zajmowała ją tylko przeogromna ściana z ciemnofioletowego kryształu, która znajdowała się już tylko kilka kroków od niej. Zbliżyła się więc do niej, by ujrzeć zatopioną w niej humanoidalną postać pozbawioną twarzy i jakichkolwiek obrysów. Zafrapowana rysującym się przed jej oczyma obrazem wyciągnęła bezmyślnie dłoń i przesunęła nią po nierównej powierzchni.

– Auć! – wrzasnęła gdy skaleczyła się o jakiś wystający, ostry fragment kryształu.

     Ku jej nieszczęściu niewielka rana, która powinna w mig przestać boleć zaczęła się gwałtownie powiększać. Zaszokowana zaczęła odczuwać niemiłosierny ból, który zaczął przeszywać całe jej ciało począwszy od miejsca, w którym jej naturalna bariera została przerwana. Uczucie, którego nie życzyłoby się najgorszemu wrogowi, rzuciło ją na posadzkę i spowodowało silne konwulsje. W tym momencie przestrzeń rozdarta została przez niemiłosierny pisk cienkiego głosiku. Dodatkowo atmosfera wokół małej osóbki zaczęła gęstnieć. Zupełnie jakby rozpylona wokół energia zbierała się w koło niej, aby wypełnić po brzegi jej organizm.

– Cóż ci uczyniono młoda damo? Zabrano ci twe serce? Z jakiego powodu oczyszczono twoją duszę? Jesteś pustym pudełkiem. Naczyniem? Tylko na co? – odezwał się spokojny głos, który wydawał się być istnym ewenementem pośród tego co się działo.

     Wtem nie wiadomo kiedy tuż przy dziewczynce zmaterializowała się trzymetrowa postać przyodziana w szaty koloru królewskiej purpury i srebrny, nieco sczerniały pancerz. Wyciągnęła ona obleczoną w pancerz dłoń nad małą dziewczynkę zwijającą się z bólu, która zaczynała się rozpadać od przepełnienia magią.

– Śpij. To tylko zły sen. – rozległy się ciche słowa, po których w powietrzu znów zapanowała stagnacja, a ciało niewielkiej istotki na powrót opustoszało.

     Po tym odziana w purpurę istota spostrzegła, iż jej gość właśnie stracił przytomność. Skwitowała więc to tylko przeciągłym westchnięciem.





     Gdy młoda dziewczynka obudziła się i przetarła swe zaspane oczęta ziewnęła przeciągle, a następnie rozglądnęła się wkoło. Nagle jej wzrok zatrzymał się na trzymetrowej postaci stojącej zaraz obok niej.

– Wi… – wypowiedź nie została dokończona, albowiem przerwał ją przeciągły pisk rozdzierający błony bębenkowe.

     Źródłem tego okropnego dźwięku była oczywiście przerażona dziecina, która choćby chciała nie mogła przestać wrzeszczeć.

– Ech… – rozległo się przeciągłe westchnięcie, po którym wysoki nieznajomy skąpał się w gęstym dymie, a gdy w końcu z niego wyszedł ukazał się jako wysoki na metr osiemdziesiąt, nastoletni chłopak, ubrany w skórzaną kurtę z kapturem, cienkie rękawiczki, dopasowane spodnie i wysokie buty.

     Spostrzegłszy to mała dziewczynka zamilkła i otworzyła usta w zdziwieniu.

– Jesteś mężczyzną. Czemu jesteś inny? – zapytała tłumiąc przerażenie.
– Cóż jest z tobą nie tak dziecinko? – spytał nie rozumiejąc, o co może chodzić jego rozmówczyni.
– Skończysz marnie za porwanie mnie! – zaczęła wrzeszczeć, próbując być groźna.
– Jeszcze nigdy nie miałem tak dziwnego snu… – mruknął w odpowiedzi.
– Zaprowadź mnie z powrotem niewolniku! – rozległ się rozkaz.
– Niewolniku? – zdziwił się mężczyzna okrążając istotkę, która zaczynała go interesować coraz bardziej.


     Następnie, gdy się zatrzymał skłonił się przybliżając swe oblicze skryte w cieniu purpurowego kaptura do rozmówczyni zupełnie jakby chciał lepiej się jej przyjrzeć.

– Któż uczył cię manier młoda damo? Czy tak powinno się zwracać do swego wybawcy? – zapytał z pretensjami w głosie.
– Wybawcy?! Kpisz sobie ze mnie?! Porwałeś mnie i słono za to zapłacisz, jeśli natychmiast mnie nie uwolnisz! – wrzeszczała dziewczynka wciąż siedząc na posadzce.
– Dam ci radę moja droga. Jeśli chcesz komuś rozkazywać, najpierw wstań i przestań się trząść. – rzekł wyciągając w jej stronę dłoń.


     Młoda dama nieufnie pozwoliła sobie pomóc się podnieść. Następnie otrzepała swoje ciuchy i wyprostowała się dumnie.

– Od razu lepiej. – stwierdził mężczyzna.
– Zaprowadź mnie do domu! – padł rozkaz.
– Obawiam się, iż to niemożliwe. – odparł jego odbiorca.
– Niemożliwe? – zlękła się mała dziewczynka.
– Owszem. Wzburzyłaś drzemiącą tu moc. Jeśli teraz opuścimy to miejsce… Powiedzmy, iż konsekwencje będą niewesołe. – odparł osobnik w purpurze mieszając palcami niezwykle gęste powietrze – Poza tym jesteś złodziejką. Nie mogę cię tak po prostu wypuścić.
– Złodziejką? – zdziwienie i złość objawiły się na twarzy rozmówczyni.


     Nim nieznajomy odpowiedział na to zapytanie, zrobił kilka kroków w tył, a następnie wodząc dłońmi zaczął tkać moc, by w konsekwencji stworzyć przed sobą dwa kryształowe siedziska. Gdy zakończył swe wyczyny zaprosił gestem młodą osóbkę, aby usiadła.

– Ukradłaś niektóre moje sny. Napełniłaś nimi swe puste jestestwo. Wypełniłaś się nimi po krańce możliwości. Gdybym ci nie przerwał zabrałabyś je wszystkie i rozproszyła razem z swą świadomością po wszechświecie. – rozległa się przepełniona smutkiem wypowiedź.
– Nic… – chciała odpowiedzieć dziewczynka, lecz szybko jej przerwano.
– Wszystko ma swą cenę. Za potęgę tą zapłacisz, gdy wyśnisz swój upragniony sen. – mówił mężczyzna jakby swych słów nie kierował do nikogo.


     Wnet jednak jakby oprzytomniał i zwrócił się życzliwie do rozmówczyni:

– Jak masz na imię młoda damo?
– Co cię to obchodzi niewolniku? – młoda dama była tak zdezorientowana, iż nie wiedziała nawet co ma mówić.
– Jestem tym który śni. Jestem niewolnikiem snów. Zrodziłem się w ciemności, pośród której dryfowałem nim zniewolił mnie ten sen. – przedstawił się.


     Niespodziewanie zapadło niezwykle niezręczne milczenie, podczas którego słychać było tylko odgłosy kropel skapujących na posadzkę. W takiej atmosferze minęło trochę za dużo czasu, aż w końcu dziewczynka odezwała się nieśmiało.

– Nie mam imienia. Poznam je dopiero, gdy ujrzę swe przeznaczenie w zwierciadle.
– Mężczyźni to niewolnicy? – padło retoryczne pytanie.
– Tak. To głupie zwierzęta, które zwiodły niegdyś jedną z najwyższych i okradły z mocy, po czym zaczęły brutalnie mordować kobiety i niszczyć nasz świat. Na szczęście udało się je powstrzymać i unieszkodliwić kamieniami kontroli. Dzięki temu powstrzymano zagładę. Niestety poniesione koszty były zbyt wysokie i najwyższe musiały udać się na spoczynek w swym boskim wymiarze. W dodatku ze wszystkiego ocalała jedynie Haeliada. – wyjaśniła rozmówcy.


– Zaprawdę dziwny sen… – mruknął ten w odpowiedzi.
– Kim ty jesteś? Czym jest to miejsce? – zapytała pragnąc wyjaśnień.
– Nie mogę dać ci odpowiedzi, której pragniesz. Wiem tylko, iż śnie kolejny sen. – odrzekł sennym głosem.
– Co przekonuje cię, że to tylko sen? – zaciekawiła się.
– A co przekonuje mnie, iż to nie sen? – padło pytanie w odpowiedzi.


     Po nim nastała chwila ciszy, którą przerwał głos mężczyzny.

– Nie powinnaś się mnie bać? – spytał z nutką ironii.
– Bać? Czemu? – zdziwiła się zauważając, iż w towarzystwie swego rozmówcy czuje się niezwykle komfortowo.
– Jestem mężczyzną. Oni zniszczyli świat. Co jeśli jestem niszczycielem, który był zbyt potężny aby go unicestwić? Co jeśli jestem uśpionym końcem? Apokalipsą? – oznajmił z zamyśleniem.
– Nie… Nie wiem. – odparła niepewnie.


     Wtem jej rozmówca ziewną przeciągle i jakby osłabł.

– Czy w śnie można się zgubić? Niezwykła zagadka. Idź, a w końcu znajdziesz wyjście. – rzekł niezwykle sennym i przepełnionym zmęczeniem głosem, podczas gdy jego ciało rozeszło się w powietrzu jako purpurowy dym.

     Widząc to dziewczynka poderwała się gwałtownie ze swego siedziska i zaczęła rozglądać się nerwowo dookoła. Mimo zniknięcia swego rozmówcy, nadal czuła jego obecność, lecz wydawała się ona być uśpiona. Korzystając więc z tej szansy, ruszyła w stronę, z której wydawało jej się, iż przyszła.





     W ciemnej jaskini, którą mała dziewczynka podążała od dłuższego czasu panowała pełna grozy cisza. Nie zaprzątała jednak ona głowy skonsternowanej osóbki, która idąc bez przed siebie próbowała zrozumieć poczucie pustki, które ogarniało ją od kiedy opuściła dziwne, skąpane w półcieniu pomieszczenie i odzianego w purpurę osobnika. Przez to zamyślenie nawet nie spostrzegła, iż od dłuższego czasu nie jest sama. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy wpadła na dwóch, młodych mężczyzn kłócących się między sobą.

– Cholera. Chyba na coś wpadłem. – odezwał się jeden z nieznajomych.
– Jakbyś nie zniszczył naszego źródła światła, to byś na nic nie wpadł. – odrzekł mu drugi.
– No weź nie bądź taki… – rozległo się żałosne jęknięcie.


     Wtem otoczenie wypełniło się jasnym, białym światłem padającym z przeźroczystego kamienia trzymanego w ręku jednego z jegomościów. Gdy się to stało oboje ujrzeli przed sobą zdezorientowaną osóbkę, która stała z rozwartymi ustami nie wiedząc jak zareagować.

– Wy… – chciała coś powiedzieć, lecz jej głowę przeszył nagły ból.
– Powaliło cię?! – wrzasną spanikowany nieznajomy.
– Spanikowałem i… – zaczął odpowiadać drugi, jednak dziewczynka nie usłyszała już jego słów, albowiem pozbawiona świadomości upadła bezwładnie na ziemię.






    Bordowowłosa dziewczyna wyrwała się gwałtownie ze snu. Oddychała ciężko i stosunkowo szybko, starając się złapać trochę gorącego powietrza. Jej serce waliło jak oszalałe, a ciało pokrywała gruba warstwa potu. Nie wiedziała dokładnie co było tego przyczyną, lecz szybko postanowiła się uspokoić. Wzięła więc kilka głębokich i powolnych wdechów. Przy tym starała się zwalczyć ogarniające ją drgawki i chęć wymiotowania. Gdy w końcu udało jej się doprowadzić do stanu, który można by uznać za dobry, rozejrzała się w koło. Wtedy to uświadomiła sobie, iż znajduje się w niewielkim namiocie i kompletnie nie ma pojęcia gdzie jest. Podniosła się więc ostrożnie, by nie nadwyrężać swego zmęczonego ciała, po czym wyszła na zewnątrz. Ku jej zaskoczeniu panowała noc, a ona znajdowała w jakiejś niedużej oazie. Większość osób w obozie smacznie spała, lecz byli też tacy, którzy zapewne z braku zmęczenia sprawdzali wszystko co mogli i pilnowali bezpieczeństwa współtowarzyszy.

– Nie powinnaś się przemęczać Aerilio. – rzekł cichym głosem osobnik w czerni, siedzący przy płonącym ognisku.

     Słysząc go dziewczyna zrobiła kilka kroków przed siebie i usiadła przy jego boku.

– Już niedługo będziemy w Vithak. Odpoczniesz tam. Zregenerujesz siły. – stwierdził grzebiąc kijkiem w zajętych ogniem drwach.
– Nie jestem zmęczona. – jęknęła ziewając.
– Oczywiście, iż nie. W takim razie możesz mi powiedzieć jak miała na imię mała dziewczynka? – zapytał kąśliwie.
– Przecież ona nie miała imienia. Próbujesz mi coś udowodnić? – zafrapowała się rozmówczyni.


     Na jej słowa mężczyzna jedynie westchnął i odwrócił głowę, aby spojrzeć na swój cień, który falując w świetle ogniska pragnął się wyrwać, by zapomnieć się w tanecznym transie.

– Myślałam nad tym co mi powiedziałeś… – rzekła cicho dziewczyna, spuszczając wzrok na źródło światła.

     Następnie zamilkła na moment jakby chciała zebrać w sobie siły.

– Ja… – zaczęła, przenosząc swoje spojrzenie na postać siedzącą obok niej, lecz ku jej zdenerwowaniu zauważyła, iż nikogo tam nie ma.

     Zamarła więc na moment w swojej pozie, analizując to co się właśnie jej przydarzyło. Gdy w końcu wszystko sobie przyswoiła warknęła rozwścieczona zaciskając boleśnie swą lewą dłoń. Po tym wstała i ruszyła w stronę bezkresnej, owianej nocnym niebem pustyni. Kroczyła dość szybko, choć sypki i zimny piach skutecznie jej w tym przeszkadzał. Ona jednak szła, bynajmniej nie wpatrując się w rozsiane na nieboskłonie, niezliczone gwiazdy, czy rozkoszując się spokojem energii przepływającej przez całą przestrzeń. Robiła to bezmyślnie szukając ukojenia. Czegoś co odegnałoby okropnie nieprzyjemne zdenerwowanie, które ją pochłaniało.

– Quo vadis? – zapytała postać odziana w czerń, siedząca na jednej z wydm.
– Czy nie ja powinnam zadać to pytanie? – odrzekła na to ironicznie.
– Ja moja droga Aerilio? Dobre pytanie. – padła przepełniona smutkiem odpowiedź, a następnie zapadła chwila ciszy.


     W końcu siedzący jegomość podniósł się i wyciągając ręce ku niebu rzekł:

– O czym rozmawiać mogą mężczyzna i kobieta pod gwieździstym nieboskłonem? O miłości? Zdradzie? Pięknie? Aerilia… Nie wiem czemu, lecz podoba mi się twoje imię. Zastanawia mnie twoja historia. Zapewne jest o wiele ciekawsza od mojej. Nieprawdaż?

     W tym momencie zrobił krótką przerwę w swej wypowiedzi, po czym zbliżył się do swej rozmówczyni. Wtem pokłonił się nisko i teatralnie, zapytując:

– Zatańczysz?

     Dziewczyna nie odpowiedziała. Miast tego zamknęła się ze swym parterem w odpowiedniej pozie, po czym zaczęła wirować z nim w powolnym i relaksującym tańcu.

„Spójrz pod swe nogi.
Tam kurzy się piach.
Jak dym międzygwiezdny.
Rośnie w twych snach.
Poczuj chłód srogi.
W nim ciepła jest smak.
Jak serc naszych tempo.
Wybija swój takt.
Zajrzyj w źrenice.
W nich błyszczy blask.
Jak rozdroża tej drogi.
Prowadzi przez czas.
Uświadom los srogi.
Tańczysz z nim wraz.
Jak głupiec bez strachu.
Masz tylko raz.
Myśl czym jest ubogi.
Gdy życiowy strach.
Jak najgorszy koszmar.
To ciebie utrata.
Gdzie ty,
Jedyny mój świat.”

– Czy to sen? – zapytała młoda dama zanurzona w pół świadomym, błogim transie.

     Na jej pytanie nie odpowiedziały żadne słowa, lecz wszystko co ją otaczało, będąc dotąd stałe i niewzruszone, przyłączyło się do urzeczywistnianych przez nią pląsów. Tak oto zawieszony w przestrzeni pustynny piach zaczął wirować poruszony przez delikatny wiatr, by móc mienić się jako białobłękitne iskierki w bladym świetle niezliczonych ogników rozsypanych po czarnym nieboskłonie.





     – Pobudka moja bordowowłosa bogini. – odezwał się ciepły, męski głos tuż przy uchu rozbudzającej się kobiety.
– He? – mruknęła ta mrugając powiekami, aby przejrzeć na oczy.

     Niestety w niczym to nie pomagało i przed sobą nadal widziała kompletną ciemność.

– Jak się spało moja droga Aerilio? – pojawiło się kolejne przyjazne zapytanie w dokładnie tym samym miejscu.
– Co się dzieje? – zainteresowała się sepleniąc po pobudce.
– Och nic takiego. Naprawdę. Nie przejmuj się. Zostaliśmy tylko porwani. – padła odpowiedź, wypowiedziana zbyt spokojnym głosem – Naprawdę nie czujesz tego podrzucania?
– Podrzucania? Nie. – odrzekła jakby była to aktualnie najważniejsza rzecz.
– Ja też nie. To trochę mnie dziwi. Choć zapach pomarańczy daje do myślenia w tych ciemnościach. – przyznał osobnik, który zachowywał się niezwykle spokojnie zważając na to w jakiej sytuacji się znalazł.


     Nagle młoda dama zaczęła się gwałtownie szarpać. Wychodziło to jej z marnym skutkiem, albowiem czując na sobie duży ciężar nie mogła zbyt wiele zrobić.

– Co jest? – zdenerwowała się.
– Hmm… No nie wiem. Może jesteś związana? – rozległa się pełna ironii odpowiedź tuż przy jej uchu.
– Czemu jesteś tak blisko? – pytanie to zostało zadane z rosnącym przekonaniem, iż to co ją przygniata, to jej towarzysz.
– Ponieważ kocham jedwabistość twojej skóry. Miękkość twych włosów. Zapach który z siebie wydzielasz. Aurę, która cię otacza. – odrzekł ten głosem pełnym zachwycenia, po czym dał sobie chwilę zastanowienia nad kolejnymi słowami – Choć mówiąc szczerze jesteś strasznie koścista. Nie niewygodna, ale koścista. Jak bardzo lubuję się w twym kształtnym tyłeczku, tak czasami zastanawiam się, czy twoje piersi nie mogłyby być ciut większe.


     W tym momencie dziewczyna poczuła się dotknięta i zamilkła przekręcając głowę na bok.

– Hej. Obraziłaś się? No weź. Tak tylko mówię. Kocham twoje piersi. Są idealne. Praktyczne. Najlepszy rozmiar jaki można mieć. W niczym nie przeszkadzają i są wystarczająco duże, aby się nimi trochę pobawić. Idealnie wpasowują się w twą sylwetkę. – mężczyzna próbował naprawić swój błąd, lecz na to było za późno.

     Zapadło wiec niezręczne milczenie, które szybko zostało przerwane głośnymi brawami.

– Jakże romantycznie. To wasz miesiąc miodowy? – zapytał nieznajomy, kobiecy głos.
– Najmocniej przepraszam, lecz to raczej prywatna rozmowa. – odparła na to związana dziewczyna.
– Czyli do niej się odzywasz? – odezwał się jegomość z wyrzutem.
– Wiedziałeś, że ona tu jest? – zaczęła denerwować się Aerilia.
– Mówiłem, iż coś nie pasuje mi w tej pomarańczy i nie. Nie wiedziałem. – te słowa mogłyby rozpocząć długą kłótnię, gdyby nie śmiech nieznajomej, która zdarła opaski z oczu rozmówców.


     Nagle jegomość, który przejrzał na oczy zaczął jęczeć i rzucać się jak szalony zupełnie jakby jego źrenice zaatakowane zostały przez ostre promienie słoneczne. Po chwili zaprzestał tego jednak zorientowawszy się, iż nic takiego się nie dzieje.

– Och… – mruknął wpatrując się w przyjemny półmrok go otaczający.

     Po tym rozejrzał się w koło, a spostrzegłszy swoją towarzyszkę chowającą swe oblicze w dłoniach, próbującą ukryć swe zażenowanie.

– Już wiem, skąd ten zapach! – niemal wrzasną spoglądając na nieznajomą kobietę o ciemnej cerze i kształtach, którymi mogłaby konkurować z wieloma kobietami.
– Schlebiasz mi. – odparła ta rozkładając dłonie w geście gościnności.
– Muszę, zważając na nasze aktualne położenie. – rzekł zakładając swój kapelusz, który nie wiadomo skąd wziął, na głowę.
– Jesteś niegrzeczny. – wtrąciła się dama o bordowych włosach.
– Mówi ta, co nas zgubiła na pustyni. – bąknął w odpowiedzi.
– Nikt ci nie kazał za mną iść! – zdenerwowała się rozmówczyni.
– Proszę. Dość ma kłótni na dziś. Usiądźcie. – rzekła nieznajoma wskazując na puste krzesła stojące przy niewielkim, okrągłym stole, po czym przeszła do innego pomieszczenia.


     W tym czasie skłócona para zasiadła i zaczęła rozglądać się dookoła. Dopiero teraz zauważyli, iż znajdują się w jakieś jaskini urządzonej niezwykle przytulnie.

– Ciebie też zastanawia, gdzie zniknęły nasze więzy? Nawet nie zauważyłem. Poza tym czujesz to? – zapytał szeptem mężczyzna.
– Nic nie czuję. O co ci chodzi? – odparła równie cicho jego towarzyszka.
– Nic… To właśnie jest to miejsce. – mruknął wstając.
– To miejsce? Mów jaśniej. – denerwowała się dziewczyna.
– Naprawdę nie czujesz? Jak powoli wszystko z ciebie wysysa. Jak próbuje zapełnić istniejącą pustkę. Gdy uciec chcesz nawet przed bogami. To jest jedno z miejsc, w których się kryjesz. – mówił obracając się wkoło jakby tańczył.


     Słysząc te słowa Aerilia skupiła się i dzięki temu dostrzegła to, co wcześniej wydawało się być nie istotne. Teraz wyraźnie odczuwała jak niezręczna, pozbawiona energii przestrzeń starała się wyciągnąć z niej wszystkie jej siły. W tym samym czasie jej zafascynowany wszystkim partner badał wzrokiem przeróżne pudełka stojące dosłownie wszędzie.

– Nie ciekawi cię, dlaczego są zamknięte? – zapytał mając zamiar jedno otworzyć.
– Po to, abyś ich nie otwierał? – odpowiedziały mu słowa nieznajomej, która wróciwszy przyniosła ze sobą talerz z ciastkami.


     Te słowa speszyły ciekawskiego jegomościa, który jak skarcony pies usiadł na powrót na swym miejscu, po czym bezpardonowo czepił się stojących na stole słodyczy.

– Kim jesteś? – zapytała w końcu Aerilia obserwując z grymasem niechęci swojego towarzysza.
– Kimś kto uratował ci życie. – odparła zwięźle kobieta.
– Z tym bym się spierał. – wtrącił się cicho osobnik zajęty jedzeniem.
– Gdybyś tak nie wierzgał, to nie musielibyśmy was ogłuszyć. – w wypowiedzi tej czuć było nutkę złości.
– Wierzgał? – zdziwiła się młoda dama.
– Starałem się nas obronić, gdy ty… – odpowiedź urwała się niespodziewanie pozostawiając po sobie jedynie niezręczną ciszę, która przerwana została dopiero przez chrząknięcie i zmianę tematu – Czego od nas chcesz? Jesteśmy jednie podróżnikami . Nie jesteśmy wiele warci. Nie zaszkodzi nikomu jeśli puścisz nas wolno.


     Nagle obca kobieta zaczęła się głośno śmiać do tego stopnia, iż popłynęły jej łzy z oczu.

– Rozbawiasz mnie. Ty może jesteś nikim, lecz dobrze wiem kim jest ta wytatuowana dziewczyna i co mogłabym za nią dostać. Nie trzeba mi jednak tego, co mogą mi dać jej przełożeni. Chcę, abyście coś mi przynieśli. Coś, po co sięgnąć może tylko emisariuszka. – odezwała się, gdy się uspokoiła.
– W zamian za? – zapytał osobnik w czerni sięgając po kolejne ciastko.
– Za wsze życia? Przynajmniej jej. Ty już jesteś martwy. – stwierdziła pogardliwie.
– Co masz na myśli? – skonsternowała się Aerilia.
– Raczej powiedziałbym, iż śnię. – rozmówca zignorował swą towarzyszkę.
– Jak wolisz. Moi ludzie dostarczą was do Vithak. Gdy tam będziecie, udacie się do biblioteki. Znajdziecie Sihe. Reszty dowiecie się od niej. – rzekła, po czym machnęła ręką przywołując dwóch, rosłych mężczyzn stojących dotąd w cieniu.


     Ci zaś bez żadnego ostrzeżenia ogłuszyli zdezorientowaną młodą dziewczynę, po czym zaczęli ją wynosić.

– Wspaniale… – mruknął odziany w czerń jegomość, poprawiając swój kapelusz i również opuszczając pomieszczenie.





     Niekiedy zdarzyć się może sytuacja, podczas której nie powinno się odzyskiwać przytomności, otwierać oczu, wytężać słuchu. W takim momencie nie powinno się mieć w ogóle do tego prawa. Winno się pozostać w niewiedzy, tak aby móc żyć dostatecznie długo i wystarczająco szczęśliwie. Niestety  spragniona, unosząca z wolna swe powieki dziewczyna nie mogła o tym wiedzieć. Przynajmniej nie wtedy, gdy świadomość tej prawdy byłaby jej najbardziej przydatna. Z tego powodu, gdy tylko jej czarne źrenice rozszerzyły się, przystosowując się tym samym to panującego mroku, ujrzała przed sobą wijące się po piaskach pustyni chaotycznie cienie. Wpatrywała się w ten obraz przepełniona poczuciem, iż wie co się dzieje i to co widzi wcale nie jest żadnym nieporządkiem. Szybko przekonała się o tym, albowiem jej otoczenie z pustej, pozbawionej życia przestrzeni zmieniło się w ogromny, czarny teatr, którego scenę i widownię oddzielało świecące mocnym blaskiem ognisko. Wnet zorientowała się, iż siedzi wygodnie w pierwszym rzędzie, na jednym z foteli pokrytych ciemnoszarą alcantarą, obserwując jak cienista postać w czarnym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem wyciąga cienie z dwóch osiłków siedzących przed ogniskiem, po czym przyczepia do nich dymiące czernią sznurki. Następnie patrzy jak ów postać znika, a ogromna kurtyna za nią zaczyna się podnosić. W tym momencie cała sala wypełniła się niewyraźnymi istotami bez twarzy oczekującymi  rozpoczęcia przedstawienia. To zaś zaczęło się, gdy tylko na scenie pojawiły się dwa cienie osiłków zawieszone na sznurkach i sterowane przez niewidocznego władcę marionetek. Niestety siedzącej na widowni dziewczynie nie było dane zapoznanie się ze wstępem, albowiem nie wiedzieć czemu straciła przytomność. Gdy zaś się obudziła, poobserwowała trochę i znów odpłynęła. Zdarzyło się jej to tyle razy, iż nie potrafiła nawet zliczyć. Jednakowoż z tego co udało jej się ujrzeć zrozumiała, iż przedstawiona została jej opowieść o dwóch, skłóconych braciach, którzy otrzymawszy niezwykłe dary od nieznanego wędrowca wciągnęli do swej bezsensownej wojenki cały świat. To co działo się przez cały czas na scenie można było nazwać w pewnym stopniu interesującym. Nie można było jednak odpędzić wrażenia męczącego znudzenia przepływającego przez całe ciało. Ku zadowoleniu zdezorientowanej kobiety w końcu zaczęło się zakończenie. Było jednak ono jakieś inne. Zupełnie jakby sterujący bohaterami lalkarz samemu uznał swe dzieło za pędzące donikąd i postanowił wszystko zakończyć. Tak oto dwa cienie stanęły naprzeciw siebie przygotowując zaklęcia, po czym zaatakowały siebie nawzajem z całą swą mocą. Gdy śmiercionośne pociski zetknęły się z sobą, przerodziły się w wielki, radosny ogień, który opadłszy na ziemie zaczął bujać się na boki jakby zachęcając do spoczęcia przy nim. Następnie dwa cienie odgrywające główną rolę zbliżyły się do niego, zasiadły naprzeciw siebie i zaczęły się kołysać w tym nadawanym przez źródło światła tempie. Ta scena trwała przez dłuższą chwilę, dopóki na krawędzi światła i ciemności nie pojawiła się czarna, niezwykle chuda, poszarpana postać o palcach długich i cienkich jak szpony najgorszego koszmaru i twarzy tak przerażającej, iż raz ją zobaczywszy nie można było się pozbyć jej z pamięci. Ta upiorna, nie trzymana przez żaden sznurek istota ruszyła tanecznym krokiem w koło cieni dwojga osiłków, a po którymś okrążeniu, zaczęła wydzierać i konsumować ich jestestwa. Gdy w końcu zakończyła uśmiechnęła się potwornie w zadowoleniu, a następnie zanurzyła się w otaczających ją cieniach. Po tym wydarzeniu widownia opustoszała, a wszystkie cienie budujące ogromny gmach teatru zaczęły się rozpływać i uciekać w nieskończoną ciemność. Tego jednak nie było dane zobaczyć bordowowłosej damie, która po raz kolejny straciła przytomność przytłoczona wypełniającym ją nieznanym uczuciem.





     Opętana! Wykrzyknienie towarzyszące obrazowi przerażonej kobiety ściskającej w dłoniach znak swej wiary przebiło się do świadomości młodej damy przedzierającej się przez gorąc i piaski pustyni.

– Jestem zmęczona… Ile jeszcze? – jęknęła padając na kolana.
– Jeszcze raz to powiesz, a zabije cię i wypiję twoją krew. – odparł lekko gniewnym głosem mężczyzna w czerni mijając rozmówczynię – Gdyby ktoś nie postanowił sobie iść na spacerek w nocy, a potem nie dał się porwać, to… Bylibyśmy już dawno na miejscu!


     Pełen żałości krzyk, który wydobył się z suchego gardła nie wywarł na otoczeniu żadnego wrażenia. To wprawiło rozgoryczonego jegomościa w jeszcze gorszy nastrój.

– Dlaczego jesteś taki zły? – dziewczyna zapytała głosem pełnym spokoju, unosząc się przy tym z kolan.
– Ponieważ przejmuję od Ciebie całą twoją złość, aby nie słuchać twojego ustawicznego jęczenia. – odrzekł drapiąc się po brodzie, niewidocznej z powodu cienia rzucanego przez kapelusz.


     Usłyszawszy to młoda dama zaczęła się wpatrywać podejrzliwym wzrokiem w swego rozmówcę. Gdy to zaś robiła, zaczynały przypominać jej się chwile, które zapomniała, iż pamiętała. W tym momencie w jej umyśle rysował się obraz upiornej istoty, której ciało zdawało się być skąpane w czarnym dymie, ulatniającym się w zastraszająco wolnym tempie. W głębi siebie miała świadomość, iż powinna bać się tego co tak bardzo wryło się w jej pamięć, jednak na powierzchni czuła, iż w pewnym stopniu jest częścią tego czegoś i nie musi się niczego obawiać.

– Aerilio! Nie stój jak słup soli i się rusz! – krzyk oddalonego o dobre piętnaście metrów osobnika, wyrwał ją z zamyślenia.
– Mógłbyś mi przypomnieć co się działo? Pamiętam wszystko jak przez mgłę. – zapytała podbiegając do rozmówcy.
– Ech… Ile razy mam ci powtarzać? – westchnął ten, po czym zaczął odpowiadać – Zemdlałaś z gorąca. Zatrzymaliśmy się w oazie. Obudziłaś się i gdzieś sobie poszłaś. Ktoś cię zobaczył i mi o tym powiedział, więc ruszyłem za tobą. Gdy cię znalazłem kręciłaś się w kółko śpiewając o wirującym piasku. Doszedłem do wniosku, iż ci odbiło. Postanowiłem zabrać twój tyłek z powrotem. Niestety wtedy ktoś nas zaatakował. Ja próbowałem walczyć, a ty… Powiedzmy, iż byłaś pomocna… Dla naszych przeciwników. Porwali nas i zanieśli do jakiś jaskiń, które oprócz swej obskurności nie były niczym wyjątkowym. Tam rozmawialiśmy z jakąś kobietą, która stawiała nam jakieś warunki i takie tam. Nie zgodziliśmy się na nic, więc chcieli nas sprzedać jako niewolników. Na szczęście używając swoich wspaniałych umiejętności udało mi się nas wyzwolić. Potem szukaliśmy wyjścia. Podczas tego zgubiłaś mi się gdzieś, ale cię znalazłem. Nie do końca po cichu, ale uciekliśmy. Takim sposobem jesteśmy tu, na drodze do Vithak.


     Bordowowłosa dama słuchała tego wywodu mając cały czas wrażenie, iż coś się w nim nie zgadza. Wynikało to z faktu, iż miała przebłyski wspomnień, które sugerowały, iż jest okłamywana. Jak inaczej mogła wytłumaczyć niepokojące sceny z przerażającą istotą pożerającą jestestwo każdego napotkanego osobnika, dziwne uczucie pustki jakby znajdowała się niedawno w miejscu pozbawionym energii magicznej, czy wreszcie nienaturalny smak czekoladowych ciastek doprawionych zbyt dużą ilością cynamonu i chili? Na szczęście, czy może nieszczęście, miała teraz dużo czasu, aby rozgryźć postawioną przed nią zagwozdkę, albowiem nawet w narzuconym przez jej towarzysza tempie dotarcie do celu podroży miało zająć nie mniej niż trzy dni.





     – Jesteśmy… – wycieńczony mężczyzna w czerni wydobył z siebie słowo pełne radości, zrzucając w tej samej chwili niesioną na plecach, nieprzytomną dziewczynę.
– Co? – zapytała ta sennym głosem, rozbudzając się jakby wszystkie bodźce docierały do niej z wielkim opóźnieniem.
– Jesteśmy… – rozległ się w odpowiedzi jęk pełen cierpienia i zrezygnowania.
– Czemu więc się nie cieszysz? – padło pytanie poprzedzone ziewnięciem.
– Spójrz przed siebie. – odrzekł rozmówca wskazując coś z trudem uniesioną dłonią.


     Młoda dama przetarłszy oczy wykonała polecenie. Dzięki temu ujrzała wznoszący się ku niebiosom mur z piaskowego kamienia. Obejrzała go sobie dokładnie, a następnie zadała pytanie:

– Gdzie jest wejście?

     Ledwo utrzymujący się na nogach jegomość, słysząc beztroski ton głosu swej towarzyszki, zapłakał tylko żałośnie i na powrót zaczął stawiać niewielkie kroki w kierunku swego celu.

– Hej! Czekaj na mnie! – krzyknęła dziewczyna podrywając się energicznie z podłoża.

     Następnie podążyła radośnie za odzianym w czerń mężczyzną jakby chciała dobić go jeszcze bardziej.





     Wrzask płaczącego, z nikomu nieznanemu powodu, dziecka nie był rzeczą najmilszą. Szczególnie tysiące metrów nad ziemią, pod ostrzałem ogromnej kuli ognia zawieszonej na nieboskłonie. Jednakowoż dyszący z wysiłku, zdenerwowany i zdruzgotany wycieńczeniem jegomość mógłby wytrzymać te niedogodności, gdyby tylko nie świadomość tego, iż wciąż pozostała mu do przebycia niezliczona ilość chwiejnych, prowizorycznych, drewnianych schodków. Nie wspominając już o nieprzytomnej dziewczynie, której włosy bezustannie spadały na jego oczy, zaległej na jego plecach.

– Co się stało z waszą słynną platformą?! – zapytał po raz kolejny osobnika dbającego o bezpieczeństwo jego i innych osób pragnących dostać się do miasta.
– Przecież mówił, że się zepsuła… – jęknęła zrezygnowana matka próbująca uciszyć swoje dziecko.
– Możemy ją zrzucić? – zadał kolejne pytanie marząc o tym, aby móc rozmasować pulsujące skronie.
– Wypraszam sobie! – oburzyła się kobieta, lecz nim zdołała coś więcej dodać jej dziecko ponownie zaczęło nieznośnie ryczeć.
– He… – wydobył z siebie pełen pożałowania dźwięk, równocześnie wykrzesawszy skądś jeszcze więcej sił fizycznych, jak również psychicznych.


     Następnie spojrzał w rozległy obraz piaskowych wydm, smaganych podmuchami delikatnego wiatru i ku swemu zdziwieniu zamarzył, by choć na chwilę mógł ujrzeć miraż tego, czego najbardziej pożądał.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI