Radosny Płomień

     Poprzez gęsty las, po wielobarwnym dywanie z umierających liści, krokiem naturalnym, choć w tym przypadku niebezpiecznym, szedł mężczyzna w kwiecie swego wieku. Wychudły i odziany w podarte, zniszczone, a także niezwykle osobliwe, jak na te porę roku, łachmany, przeklinał nieświadomie nierzadki wiatr smagający jego ciało nieprzyjemnym zimnem. Przy tym pogrążony był w rozmyślaniach na temat siebie samego. Spowodowane było to nieodpartym wrażeniem, iż ostatnimi czasy stał się kompletnie inną osobą. Gdzież podziałem się dawny ja? Gdzież odszedł ten, dla którego liczyło się tylko zgromadzone bogactwo? Gdzież zniknął ten bezwzględny kupiec, który niegdyś chciał wykupić cały świat? Pytania kłębiły się w jego umyśle pozwalając jedynie na bezmyślny marsz do ledwo zarysowanego celu.

– Panie? – krótkie zapytanie, które niespodziewanie pojawiło się w przestrzeni, sprawiło, iż całe skupienie przeznaczone na stawianie kroków przekierowane zostało na wydanie odpowiedzi.

    Ten proces zaś spowodował niefortunne postawienie stopy na niewielkim kamyku, który gdyby nie szczęście zamyślonego jegomościa, nie zmieniłby swego położenia przez jeszcze długi czas. Tak jednakowoż niewielki kawałek skały odleciał gdzieś na bok w chwili, w której mężczyzna w łachmanach poleciał przed siebie, starając się odzyskać równowagę.

– Panie? – pytanie pojawiło się po raz kolejny, tuż przed tym jak głowa jego odbiorcy uderzyła w wielkie drzewo.
– Aaa… – jęknął ten cofając się kilka kroków w tył i masując przy tym obolałe miejsce.
– Wszystko…? – ta wypowiedź nie została dokończona, albowiem przerwana została przez odgłos wywracania się na plecy.

    Wtem, gdy wydawało się, iż wszystko się już skończyło, spośród koron drzew, wprost na klatkę piersiową zaległego na ziemi jegomościa, spadła rudowłosa wiewiórka, będąca niezwykle rozwścieczona faktem, iż ktoś przerwał jej codzienną rutynę. Lekko zdezorientowana i przestraszona po upadku zaczęła rozdrapywać pokrytą gęsią skórką, zmarzniętą skórę, uwalniając tym samym gęstą krew w kolorze karminu. I tak, gdyby nie bezlitośne kopnięcie obserwującego całe zajście Magistra, to małe zwierzątko z pewnością dodrapałoby się do serca swej ofiary.

– Panie? Co się dzieje? – zapytał kucając przy rannym mężczyźnie.
– Zgubił mi się wilk… – jęknął ten w odpowiedzi, oddychając szybko i płytko, równocześnie wpatrując się pustym wzrokiem w korony drzew przepuszczające liczne smugi słoneczne.

     Usłyszawszy odpowiedź Rodion Kiri położył dłoń na czole swego towarzysza, a następnie zamknął oczy skupiając się na przepływie jego impulsów nerwowych. Zajęło mu to dłuższą chwilę, lecz w końcu wyczuł to czego szukał i swą mocą, jak precyzyjnym narzędziem, dokonał niewielkich zmian. Dzięki temu oddech jego towarzysza z wolna, acz skutecznie unormował się.

– Nawet gdybyś uciekł na koniec świata, jeśli ten wilk przywiązał się do ciebie, odnajdzie trop, który doprowadzi go do twojej osoby. – oświadczył, po czym pomógł mu się podnieść – Naszym problemem jest twoja rana. Musimy rozpalić ogień. Znaleźć parę ziół. Wodę, choć nie jest ona konieczna…

    Po tych słowach złapał rannego pod ramieniem i ruszył wraz z nim w poszukiwaniu miejsca nadającego się na postój.





    Zerwawszy jeden z błękitnych kwiatów rosnących na rozległej polanie Magister dźwignął się z lekkością z klęczek. Następnie schował skradzioną naturze roślinę do zawieszonej na ramieniu torby. Przy tym sprawdził jeszcze, czy na pewno udało mu się zebrać wszystko czego potrzebował. Upewniwszy się w tym, ruszył zadowolony z powrotem w stronę lasu. Szedł pewnym krokiem mieląc w myślach informacje na temat sporządzania maści leczniczych. Będąc już na granicy drzew przystanął na moment i nie dając po sobie niczego poznać zaczął nasłuchiwać. Być może wydawało mu się, lecz miał wrażenie, iż wyczuł czyjąś obecność.  Z tego też powodu skupił wokół siebie trochę energii, tworząc elektryczną pułapkę. Ten uczynek sprawił, iż wraz z błękitnymi znakami na ciele ofiary, którą zajmował, zajarzyły się jak pioruny również żyły. Minęła chwila ciszy, po której niespodziewanie z jednego końca polany wybiegła młoda łania, goniona przez jakiegoś pospolitego wilka. Czyżby te wszystkie lata stępiły me zmysły? Zapytał się w myślach, a następnie ruszył przed siebie, ściągnąwszy wcześniej zaklęcie z otoczenia i nałożywszy je na siebie.





    Drżący delikatnie z zimna, blady osobnik, kroczył przez monotonny drzewostan starając się wychwycić cichy szum strumyka zakłócany przez inne odgłosy lasu. Nie mogąc jednak zrealizować swego celu stanął w końcu w miejscu, a następnie kucnął, zamykając oczy. Po tym poruszając bezgłośnie ustami, pozwolił swemu jestestwu umknąć bardziej niż zwykle z zajmowanego naczynia. To pozwoliło mu na rozszerzenie swej świadomości na większą odległość, a tym samym na wyczucie elektryczności przepływającej przez neurony zwierząt, które mogły znajdować się przy poszukiwanym strumieniu. Gdy osiągnął swój cel, jego usta przestały się poruszać, co spowodowało powrót uwolnionego jestestwa z powrotem do ciała. W chwili, w której to się wydarzyło powstał, otwierając oczy i przeciągnął się kilka razy jakby na powrót dopasowywał do siebie zajmowane naczynie. Po tym ruszył pewnym krokiem w stronę, która go interesowała. Wciąż jednak pozostawał ostrożny, nie mogąc odpędzić od siebie poczucia, iż jakaś niekoniecznie przyjazna mu istota obserwuje go, pozostając gdzieś na granicy wykrycia.





    Pomarańczowe promienie słońca, zanurzającego się za zachodni horyzont, przebijały się jeszcze przez drzewa, pragnąc na jakiś czas odpędzić zachłanną ciemność. Podczas tej nierównej walki niektóre z dźwięków obecnych w lesie cichły, pozwalając na bycie zastąpionymi przez inne. Wszystko toczyło się zgodnie z naturalną koleją rzeczy. Wszystko było na swoim miejscu. Nie licząc oczywiście bladego mężczyzny zmierzającego spokojnym krokiem w stronę tymczasowego obozowiska, usytuowanego w niegłębokim wklęśnięciu w skale.

– Panie? – rozległo się zapytanie z jego ust, gdy tylko dotarł na oświetlone przez blask radosnego ognia miejsce.

    Z powodu tego, co zastał porzucił jednak pragnienie otrzymania odpowiedzi. Zamiast tego przypadł błyskawicznie do swego towarzysza, zaległego na zimnej ziemi i targanego silnymi drgawkami. Następnie położył dłoń na jego zalanym zimnym potem czole i skupił się na przepływie impulsów elektrycznych. Wnet znalazłszy rozwiązanie, którego szukał, wysłał odrobinę energii. Dzięki temu przywrócił rannemu odpowiedni rytm oddechu, a także spokój. Również, nie chcąc narażać go na kolejny atak, pogrążył go w przyjemnym śnie. Po tym ułożył go na prowizorycznej pryczy i spojrzał na ropiejące rany na jego klatce piersiowej. Widząc ich stan, postanowił nie zwlekać. Złapał swą torbę, zajął miejsce przy ognisku, a następnie dobywając potrzebnych mu rzeczy, rozpoczął swą pracę.





    – Jak to działa? – do uszu mężczyzny, obserwującego gotującą się wodę nad radosnym ogniem, dotarło ciche pytanie poprzedzone bolesnym stęknięciem.
– Obudziłeś się panie? – zapytał nie przerywając swego zajęcia, a następnie, nie czekając na odpowiedź, podniósł jakiś kamyczek i rzekł – Tak.
– He? – Hrabia nie zrozumiał swego rozmówcy.
– I tak. – dodał ten, odrzucając  trzymany przedmiot.
– Tak stworzyłeś te naczynia? – spytał kąśliwie.
– Właśnie tak. – padła spokojna odpowiedź.

    Wtem nastał moment ciszy, podczas którego jegomość siedzący przy ognisku wziął pojemnik z wrzątkiem, a następnie zalał nim zmielone wcześniej, za pomocą moździerza, zioła.

– Te naczynia nie są idealne. – rzekł wykonując dłonią gest, sugerujący, iż mówi o ciele, które zajmuje – Nie są zdolne zatrzymać naszego jestestwa. Z pokolenia na pokolenie powinno się to zmienić. Jest w tym coś smutnego. Może tego pragnęli nasi przodkowie?
– Przodkowie? Co oni takiego zrobili? – zapytał Hrabia.
– Niegdyś, gdy Haeliada była jeszcze nie zamieszkana… – zaczął Magister, lecz szybko mu przerwano.
– Haeliada?! – szok wylał się wraz z tym słowem.
– Tak nazywa się kontynent, na którym obecnie przebywamy. – odparł rozmówca, nie rozumiejąc o co chodzi, po czym powrócił do tematu – Nie mniej. Otaczały ją wyspy. Na których egzystowały bezmyślne istoty. No może nie bezmyślne, lecz na pewno nie mogły równać się z tymi, którzy je obserwowali, naszymi przodkami. Potęga obserwatorów była przeogromna. W przeciwieństwie do nas potrafili być wszędzie, jak i w konkretnym miejscu. Nie wiadomo czemu w pewnym momencie zaczęli wtłaczać swe jestestwa w bezmyślne istoty, które były za słabe, aby je pomieścić. Pewnie miało to katastrofalne skutki dla naczyń, lecz kto wie? Przodkowie postanowili więc zakotwiczyć się jedynie w naczyniach. Dzięki temu zyskali to co chcieli i nie stracili przy tym swej potęgi. Następnie, będąc już w swoich nowych powłokach, zbudowali mosty, którymi połączyli wyspy z kontynentem. Po tym zaczęli kształtować rzeczywistość według własnego uznania. Tak pokolenia mijały. Naczynia stawały się coraz silniejsze. Rodzili się potomkowie obserwatorów, którzy byli coraz słabsi, coraz bardziej podlegli swym ciałom. W końcu coś się stało. Ktoś się zbuntował i wnet wszyscy potomkowie przeciwstawili się swoim przodkom. Zniszczyli ich naczynia, przez co ich jestestwa rozproszyły się po wszechświecie. Lata bez konieczności skupiania swej świadomości osłabiły nawet tak potężne istoty. Po ich odejściu upadły mosty. Od tamtej pory nikt nie wie, co się dzieje na wyspach. Wszyscy żyjemy w pokoju na Haeliadzie. Naszej wyspie życia. Tak przynajmniej było, nim nie zostałem skazany na stracenie.
– Opowiedz mi. – padła prośba.
– Co tu opowiadać? Urodziłem się jako jeden z wielu Mantisów. Przeciętny. Jak każdy z naszej rasy, pragnąłem być szybki. Szybki jak błyskawica. Tak by mego ostrza nie mógł nikt dostrzec. Razu pewnego, jak każdy, wyruszyłem w podróż do miejsca mego kultu. Tam spotkałem błędnego ognika. Rzekł mi on, że moje pragnienia spełnić mogę w górach. Udałem się gdzie kazał i tam przekonałem się, że nie kłamał. Stałem się szybki jak błyskawica. Tak po prawdzie, stałem się błyskawicą. Wzniosłem się do rangi bożka. Niestety moje ciało zostało zniszczone podczas tego procesu. W chwili gdy dostąpiłem wyższego stanu nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Po prostu znalazłem sobie inne naczynie. Z taką mocą udałem się do stolicy. Tam po dłuższym czasie zostałem Magistrem. Otrzymałem swoją wieżę i ziemię. Żyłem trochę czasu, zmieniając co jakiś czas pojemniki. Potem nadeszła wojna. Jako Magister musiałem bronić równowagi. Zaniechałem jednak tego. Z tego powodu inni Magistrowie odebrali mi wszystko. Zniszczyli moje naczynie. Miałem się rozproszyć. Utracić swoją świadomość. Pech chciał, iż byłem sługą Smoka. Nim się spostrzegłem wciśnięty zostałem w ciało jakiegoś starca, w którym szwendałem się po pustkowiach, póki nie dotarłem tu, na Zapomniane Ziemie.

    Po tej wypowiedzi zapadła głucha cisza, którą przerywały jedynie nocne dźwięki lasu. Tak minęła dłuższa chwila. Dobiegła ona końca, gdy zmęczony przywoływaniem wspomnień Rodion Kiri oparł się o skałę, zamykając oczy.

– Pij mój panie. Ten napar ukoi twoje nerwy. Pomoże zasnąć. Sen zaś, jak moja maść… Pomoże uleczyć fizyczne rany. – wymruczał sennie.

    Hrabia usłuchawszy jego słów, złapał naczynie i zaczął spożywać zawarty w nim napój. Przy tym wpatrywał się w radosny ogień, pożerający podarowane mu ofiary z drewna, rozmyślając nad wszystkim co usłyszał.





    – Zdecydowałem. – stwierdził Hrabia z całą mocą poranka, płosząc przy tym zajęte swymi sprawami ptaki – Wracamy.
– Oczywiście. – odrzekł mu Magister, podnosząc się powoli i otrzepując swoje ubranie z porannej rosy – Skąd ta zmiana zdania? Oczywiście jeśli mogę wiedzieć.
– Spójrz na mnie. Na siebie z resztą też. W takich łachmanach nie zwojujemy świata. Kilka małych społeczności z wymyślną wiarą tak. Reszta raczej nie pójdzie na mesjasza znikąd. – odpowiedział, po czym skonsternowany zapytał – Czemu nazywasz mnie swoim panem?

    Zapytanie to sprawiło, iż nastała dłuższa chwila ciszy.

– Rozumiem kretopodobnych. Oni mieli swoją przepowiednię. Arane, szczerze powiedziawszy, nie rozumiem. Wydaje mi się, iż to kwestia bycia kobietą. Z tego co pamiętam one tak mają. – dodał Hrabia, czując niezręczność sytuacji.
– Hrabio! – rozległo się wykrzyknienie gdzieś na skraju jego świadomości.

    Zostało ono jednak zignorowane i potraktowane jako wyobrażenie reakcji  omawianej osoby.

– W górach, w ich wnętrzu, było jezioro złotej krwi. Na jego środku pływała maska. Ta którą przy sobie posiadasz mój panie. Z ciemności przemawiał zaś głos. Jam jest Smok. Padnij. Przepadnij. Rzekł. Padłem więc. Oddałem siebie. W zamian otrzymałem to, co pragnąłem. – wyjaśnił rozmówca.
– Maska? Bez niej… – Hrabia chciał coś powiedzieć, jednak nagle zostało mu przerwane.
– Tyś jest Smok. Maska jest czymś, co my, istoty niższe, jesteśmy w stanie ogarnąć swym umysłem.
– Aha… – rozległo się westchnięcie.
– Chodźmy mój panie. Czeka nas długa droga.

    Po tych słowach, obaj mężczyźni ruszyli wolnym krokiem mając nadzieję, iż ich podroż minie w spokoju.





    – Nie masz wrażenia, że przechodzimy obok tego drzewa przynajmniej trzydziesty raz? – rozległo się pytanie, zadane głosem mającym nadzieje na wywołanie jakiejkolwiek dyskusji.
– Aktualny obszar lasu, przez który podróżujemy składa się z kilkunastu drzewostanów. Od pewnego czasu idziemy przez jeden z takich drzewostanów. Tak więc nie dziwne, że wydaje ci się mój panie, że mijasz po raz kolejny to samo drzewo. – padło wyjaśnienie, które poprzedziło krótkie zapytanie – Skąd ta łatwość w akceptacji wyższości?

    Te słowa sprawiły, iż Hrabia zamyślił się na moment.

– Wydaje mi się, że to kwestia przyzwyczajenia. Kiedy zbudowałem swoje imperium i pobyłem w nim kilka lat, stałem się wygodny. Pewnie nawet zapomniałem wszystkiego, czego nauczyłem się niegdyś w życiu. Praktycznie każda czynność robiona była za mnie. Byłem tak wysoko, że oczywistym było to, że każdy będzie zwracał się do mnie lepiej niż do swego władcy. Teraz, gdy zostałem rzucony w tą nieprzyjazną sytuację. Nie zdążyłem się ustosunkować. Myślę, że to jest powód.

    Gdy słowa skończyły płynąć obaj jegomoście skupili się ponownie na stawianiu kroków i obserwowaniu pieszczącego oczy krajobrazu.





    Tuż przed zapadnięciem zmroku, lecz jeszcze o stosunkowo jasnej porze, dwoje mężczyzn zasiadło przy radośnie kołyszącym się ogniu. Jeden z nich, niechorobliwie blady, pokryty błękitnymi znakami wyciągnął ze swej torby prowizoryczne naczynia i składniki, a następnie zaczął przygotowywać jakiś napar. Drugi, również blady, lecz tym razem chorobliwie, wpatrywał się tylko w tańczący płomień, dając się ponieść otępieniu jakie czuł na swym umyśle.

– Zauważyłeś, że nie spotkaliśmy żadnych większych zwierząt podczas naszej podróży? – padło ciche pytanie do zajętego gotowaniem wody osobnika.
– Obierałem ścieżki tak, by omijać niebezpieczeństwo. – oświadczył ten w odpowiedzi.
– Yhym… – rozległo się mruknięcie, po którym nastąpiła krótka przerwa namysłu – Czuję się dziwnie. Jakby trochę otępiony i nad wyraz spokojny.
– To moja zasługa. Otępiłem twój umysł, jak również wpoiłem ci chęć powrotu, do miejsca, w którym czułeś się najlepiej. – wyjaśnił rozmówca.
– Powinienem się niepokoić. – przyznał Hrabia wpatrując się tępo w ogień.
– Nie powinieneś. – stwierdzenie zostało zanegowane spokojnym głosem, przez mężczyznę, który nagle zaczął wpatrywać się w niebo.
– Co robisz? – nastąpiła zmiana tematu.
–Wyczekuję pierwszego księżyca. Wilki czczą go jako swego bożka. Choć prawda jest taka, że czczą tego, który jest na nim uwięziony. – rozległa się odpowiedź, która niespodziewanie wywołała u rozmówcy atak paniki.

    Przyśpieszony oddech, wytrzeszczone oczy, palenie w klatce piersiowej, chęć ucieczki. To wszystko odeszło, gdy tylko dłoń Magistra spoczęła na zalanym zimnym potem czole.

– Spokojnie mój panie. Patrz w ogień. Niech kołysze się radośnie w tańcu z naszymi cieniami. – uciekające w przestrzeń słowa zdawały się jarzyć ostrym błękitem zupełnie jak wzory i żyły na ciele bladego osobnika.





    Pośród nocnej ciszy przerywanej jedynie przez odgłosy radosnego ognia palącego swe ofiary, w chwili niespodziewanej, pojawiło się krótkie zapytanie.

– Hrabio?
– Hrabio. ­– z ust mężczyzny wpatrującego się w płomień jakby to ten do niego przemawiał, padła równie krótka odpowiedź.
– Hrabio? – pytanie ponowiło się.
– Hrabio. – bezmyślnie wypowiedziane słowo, zawtórowało.

    Wtem nastał moment ciszy, po którym wpółprzytomny jegomość wyraził nurtującą go ciekawość.

– Czego pragnie od zwykłego mnie ten, który kołysze się beztrosko razem z moim cieniem?
– Hrabio? – zapytanie pojawiło się po raz kolejny jakby wszystko ignorowało.
– Hrabio. – rozległa się pozbawiona emocji odpowiedź.
– Quo vadis?

    Temu pytaniu nic na głos nie odpowiedziało. Pojawiła się tylko jedna myśl. Wracam…

– Nie ma powrotu. –  padły słowa, których nikt nie chciał usłyszeć.
– Nie… – wyszeptał Hrabia, którego oddech zaczynał nienaturalnie przyśpieszać.
– Hrabio! – wrzask kobiecego głosu na skraju umysłu otrzeźwił go na moment.
– Kto? – zapytał ten rozglądając się wkoło.

    Zaprzestał jednak tego w momencie, gdy na jego czole spoczęła blada dłoń, na której żarzyły się czystym błękitem zawiłe znaki i dobrze widoczne żyły.

– Spokojnie mój panie.

     Łagodna wypowiedź sprawiła, iż powrócił do wpatrywania się w radosny ogień, który kołysał się na boki nie przejmując się niczym. Po tym na powrót zanurzył się w przedziwnym otępieniu jakby odciąć chciał od siebie cały świat.





    Umysł pędzącego w nieświadomości, po szeleszczącym dywanie czerwono-brązowo-złotych liści, jegomościa pozostawał w przekonaniu, iż wciąż analizuje bodźce docierające do ciała, zaległego przed jaśniejącym ogniskiem. Z pewnych powodów, choć docierały do niego zupełnie inne informacje, nie kwapił się by skorygować obraz rzeczywistości. Trwałby w takim stanie pewnie jeszcze przez bardzo długi czas, gdyby nie niecichnące nawoływanie kobiecego głosu.

– Hrabio! – rozlegał się wrzask raz za razem jakby osoba, która go wywoływała pragnęła słowem zburzyć czyiś świat.

    Jego odbiorca nic sobie jednak z niego nie robił. Biegł dalej nieopamiętanie. Jego ciało stawiało krok za krokiem chcąc oddalić się od niebezpieczeństwa. Robiło to choć nie wiedziało dlaczego i przed czym ma niby uciekać. Jednakowoż rozkazujące mu bez przerwy pierwotne instynkty wymuszały na nim takie działanie.

– Hrabio. – znajomy głos zatrzymał niemal natychmiastowo pędzącego jegomościa na niewielkiej polance – Gdzież tak pędzisz? Czyżbyś śpieszył się na spotkanie z jakąś pięknością?

    Słysząc i co dziwne widząc słowa wypływające spomiędzy cieni drzew otępiony umysł w końcu obudził się do działania, a następnie zaczął przyswajać nowe bodźce, na podstawie których rozpoczął budowanie nowej rzeczywistości.

– Mój drogi. Cóż się z tobą stało? Dawno nie widziałem cię w tak… – nastała chwila przerwy na zastanowienie – Tragicznym stanie. Czyżby przytłoczyły cię nowe zasady gry?
– To wszystko twoja wina! – wrzasnął Hrabia.
– Nie ładnie tak zwalać winę na innych. Poza tym jak może być to moja wina, jeśli jestem tylko wymysłem twojej podświadomości? Nawet nie mam ciała. Jestem jedynie znajomym głosem, który widać, który słychać. A propos. Ktoś cię woła. Lepiej posłuchaj.

    Nagle słowa przestały płynąć, a przestrzeń umilkła na moment, by po chwili wytchnienia wypełnić się kobiecymi wrzaskami.

– Hrabio! Hrabio! Hrabio! – powtarzające się słowo zaczynało działać mężczyźnie na nerwy.
– Cisza! – krzyknął ten nie mogąc się skupić.

    Niestety w jego głowie powstawał jeszcze większy mętlik. Zupełnie jakby ktoś starał się zarzucić go niezliczoną ilością myśli. Utraciwszy już swoją cierpliwość i zdenerwowawszy się nie na żarty postanowił wszystko zakończyć. Wtem poczuł jak jego ciało przepełnia potężna energia, która zaczyna wyrywać go z pułapki umysłu.

– Hrabio! – rozległ się wrzask po raz kolejny.
– Skończ tak wrzeszczeć, albo oplotę cię w tą twoją sieć, powieszę na drzewie i będę odbijał raz po raz kijem z gwoździem! – jego potężny głos rozniósł się w przestrzeni, by dotrzeć do odbiorcy – Czego dusza pragnie?
– Najmocniej przepraszam. Dawno nie używałam tego rodzaju komunikacji. Stąd ta głośność. Nie byłam też pewna, czy mnie słyszysz, albowiem tak długo nie odpowiadałeś… – zaczęła się gorączkowo tłumaczyć.
– O co chodzi? – ponowił swe zapytanie.
– Mamy niewielki problem z…
– Jeśli jest niewielki, to czy nie możemy zająć się tym później? – spytał zirytowany.
– Tak jakby…
– Tak jakby mam aktualnie większe zmartwienie, więc czy mogłabyś być taka miła i dać mi chwilkę?
– Oczywiście. – odparła zrezygnowana, wiedząc, iż nie dane jej będzie dojść do słowa.

    W tym momencie Hrabia rozejrzał się wkoło, aby zorientować się w sytuacji. Widząc leżącą niedaleko, nieprzytomną, nagą kobietę o długich, zielonych włosach i stojącego przy niej bladego osobnika, którego ciało poprzeszywane było błękitnymi znakami, jak również czując skumulowaną elektryczność wokół siebie, zbudował sobie w miarę jasny obraz sytuacji.

– Magistrze. – rzekł rozpraszając dłonią delikatną strukturę zaklęcia, w którego obszarze się znajdował.
– Hrabio. – odpowiedział ten.
– Pośpieszyliśmy się. Popełniliśmy błąd. – stwierdził jakby trwał w głębokim zamyśleniu, zbliżając się do rozmówcy – Zaszliśmy tak daleko, nie zachodząc nigdzie.
– Najmocniej przepraszam mój panie. – powiedział ten, padając na kolana –  To mnie przerosło. Ja… Zbyt długo byłem zniewolony. Za późno się zorientowałem…
– Za późno… – westchnął w takim samym tonie, po czym dodał – Nie dopuścimy więcej do tego. Nie możemy.
– Wybacz mój panie. Ja…
– Nie będę słuchał tłumaczeń! – podniósł swój głos przerywając powstającą wypowiedź, po chwili zaś złagodniał – Nie lękaj się Magistrze. To dla twojego dobra. Po wszystkim rozpalimy sobie ognisko i będziemy wpatrywać się w radosny płomień tańczący z naszymi cieniami.

    Po tych słowach położył dłoń na głowie rozmówcy, którego cień zaczął się wić jakby przeżywał niewyobrażalne tortury, a następnie wpełzł na błękitne znaki przeszywające zajmowane przez niego ciało.

– Co…? – chciał zapytać, lecz upadłszy w poczuciu bezsilności na spaloną piorunami ziemię, nie zdołał tego zrobić.
– Chodźmy Magistrze. Zmarnowaliśmy już zbyt wiele czasu w pułapce myśli. – rzekł Hrabia, przypatrując się nieprzytomnej rusałce, a po chwili zastanowienia dodał – Weźmiemy ją ze sobą.
– Tak mój panie. – odrzekł odbiorca jego słów jakby zupełnie pozbawiony został swojej wolnej woli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI