Wolność
Cienista postać
siedząca za biurkiem, wodziła delikatnie stalówką trzymanego pióra po kartce
papieru, będącą jedną z wielu. Chłodny wiatr wieczora wpadający przez rozwarte
na oścież drzwi balkonowe, starał się zdmuchnąć ją jak niewielki płomień
świecy. Wraz z nim sprzymierzył się blask bladego księżyca, pragnący rozproszyć
jej istnienie. Dodatkowo płonący do
niedawna w kominku ogień zgasł, ustępując miejsca nieprzyjemnemu zimnu. Mimo to
zaklęta w pisaniu istota nie odrywała się od swego zajęcia. Zupełnie jakby istniała
tylko dla tej konkretnej czynności.
– Wspaniałe… – odezwała się niespodziewanie popielatowłosa
kobieta zaległa na kanapie, nie mogąca oprzeć się potrzebie wyrażenia swoich
odczuć.
Wtem jakby
naprzeciw jej pragnieniom, obserwowany przez nią osobnik zamarł na moment, a
następnie odłożył trzymany w dłoni przedmiot i podniósł się z wolna.
– Nie… Błagam. Jeszcze nie… – jęczała cichutko, wbijając
paznokcie w malachitową kanapę jakby cierpiała niezwykle bolesne męki.
Cienista postać
nie reagowała jednak na jej błagania i kierowała się miarowym krokiem w stronę
zamkniętych drzwi jedynie po to, by rozwiać się jako czarny dym w połowie swej
drogi.
– Nie… Nie… – łkała bezgłośnie, odczuwając rosnącą w niej z
każdą chwilą pustkę.
Nagle, w czasie
nieodpowiednio odpowiednim, rozległo się donośne pukanie, po którym nastąpiło
otwarcie się wejścia.
– Moja pani. Przyniosłem napar. –
rzekł stary sługa, wchodząc do wnętrza.
– Dziękuję Daranie. – odezwała się przecierając dłońmi twarz, by wyzbyć się
oplatających ją więzów chwili poprzedniej.
– Życzy sobie pani jeszcze czegoś? – padło pozbawione emocji pytanie.
– Nie Daranie. Możesz odejść. – powiedziała zmęczonym głosem, odbierając naczynie
z gorącym płynem.
– Jak sobie moja pani życzy. – rozmówca skłonił się , a następnie opuścił pokój
zamykając za sobą drzwi.
W tej chwili młoda dziewczyna pozostała
sama w melancholijnej pustce wraz ze swoimi myślami i kubkiem wypełnionym po
brzegi napojem o niecodziennym smaku.
Starszy kamerdyner stawiał swe kroki w
sposób niezwykle precyzyjny, jakby każde potknięcie mogło doprowadzić do
stosunkowo dużej katastrofy. Przy tym skupiał się na wszechobecnej popieli,
która zaczynała powoli ciemnieć i przechodzić w inny kolor. Będąc skupionym na
dwóch tych działaniach nie zwracał w ogóle uwagi na błyskawicznie zmieniające
się pory dnia i nocy. Nie zważał również na tworzące się i upadające za
wielkimi oknami krajobrazy. Po prawdzie mógłby to robić, lecz strach, iż coś
przyciągnie jego myśli na tyle, aby go zatrzymać, trzymał go z dala od tego
pomysłu.
Niespodziewanie, gdy wkoło zapanował
kolor różu indyjskiego, za jednymi z drzwi odezwał się wrzask wściekłości i
zrezygnowania. Nie mogąc go zignorować, stary sługa zapukał delikatnie i
wkroczył do zarzuconego wyszukanymi sukniami wnętrza.
– Moja pani. – skłonił się,
szukając sobie optymalnej drogi do nagiej kobiety, siedzącej przy ogromnym
lustrze.
– Och! – przeraziła się ta – Daranie. Nie zauważyłam cię.
– Dopiero co wszedłem moja pani. – odparł, starając się nie nadepnąć na
niezwykle drogą garderobę, zaległą na podłodze.
– Daranie! Pomóż mi! Jestem bezsilna… – mówiła żałosnym głosem.
– Oczywiście moja pani. Po to tu jestem. – rzekł, zaczynając sprzątać.
– W co mam się ubrać? Na pewno będzie
gorąco. Nie chcę jednakowoż odkrywać zbyt dużo ciała, aby nie pomyślał, że
jestem… Z drugiej strony nie chcę ubierać się za bardzo, abym nie wyszła na
zamkniętą i… Daranie… – głośne rozmyślania pozbawionej odzienia damy nie
pozwalały na łatwe skupienie myśli.
– Moja pani. – zaczął ostrożnie sługa – Może by tak zacząć od zmiany koloru?
– Nie! – stwierdzenie było ostre i stanowcze.
– Oczywiście. Róż nigdy nie wychodzi z mody.
– Nigdy. – przyznała nienawistnym głosem.
– Czy to musi być suknia? – zapytał, podnosząc kolejny z ciuchów.
– Oczywiście. Róż nigdy nie wychodzi z mody.
– Nigdy. – przyznała nienawistnym głosem.
– Czy to musi być suknia? – zapytał, podnosząc kolejny z ciuchów.
Po tym pytaniu nastała krępująca cisza,
podczas której naga kobieta wpatrywała się w swoje odbicie jakby miała zobaczyć
w nim odpowiedzi na swoje pytania.
– Pomyśl moja pani. Suknia
zdecydowanie ograniczałaby pani ruchy. W dodatku nie byłoby mowy o jakikolwiek
większych aktywnościach. Znając zaś panią zaraz wtrąciłaby się pani w jakąś dysputę,
co doprowadziłoby do pojedynku. – stwierdził Daran, niemal kończąc sprzątanie.
– Jesteś genialny! – wrzasnęła rozmówczyni, a następnie poderwała się
gwałtownie i wstąpiła w lustrzaną powierzchnię przed nią.
– Oczywiście moja pani. – potwierdził jej słowa.
– Oczywiście moja pani. – potwierdził jej słowa.
Nie minęło wiele czasu wyłoniła się z
lustra, przystrojona w róż. Stanęła wtedy z rozłożonymi szeroko ramionami i
zadowolona z siebie zaczęła wykonywać obroty, mające na celu ukazanie całej jej
osoby.
– Idealnie moja pani. – skomplementował
jej ubiór stary sługa.
– Prawda? Ta dopasowana koszula podkreśla moje wdzięki, nie ograniczając
ruchów. Te spodnie zaś uwydatniają moje linie, również nie odbierając mi wielu
możliwości. – radowała się kobieta.
– Nie zapominajmy o kozakach, którymi skopała już pani chyba każdego, kto panią zdenerwował. – westchnął Daran.
– Nie wyglądam zbyt męsko? – zaniepokoiła się nagle.
– Oczywiście, że nie. Pani wyczucie pozwoliło pani na dopasowanie odzienia tak, by uwydatnić pani kobiecość, jak również gotowość do podjęcia wyzwania. – sługa uspokoił ją.
– Jesteś niezastąpiony. Dziękuję. – wrzasnęła przepełniona szczęściem, rzucając się rozmówcy na szyję.
– Oczywiście moja pani. – przyznał ten, odwzajemniając uścisk, a następnie dodał – Pragnie pani jeszcze czegoś?
– Nie. Dziękuję Daranie. Teraz tylko muszę przygotować się psychicznie na spotkanie z nim. – westchnęła kierując się w stronę lustra, aby jeszcze raz popatrzeć na swoje odbicie.
– Teoretycznie nie spotyka się pani z nim, a z wielmożami ze… – nie zdążył dokończyć albowiem w jego stronę poszybowała różowa suknia, która wylądowała na jego głowie.
– Idź już Daranie. Nie psuj mi nastroju. – rzekła, udając podenerwowanie.
– Zgodnie z życzeniem. – pokłonił się, odłożywszy leżącą na nim kreację i opuścił pomieszczenie.
– Nie zapominajmy o kozakach, którymi skopała już pani chyba każdego, kto panią zdenerwował. – westchnął Daran.
– Nie wyglądam zbyt męsko? – zaniepokoiła się nagle.
– Oczywiście, że nie. Pani wyczucie pozwoliło pani na dopasowanie odzienia tak, by uwydatnić pani kobiecość, jak również gotowość do podjęcia wyzwania. – sługa uspokoił ją.
– Jesteś niezastąpiony. Dziękuję. – wrzasnęła przepełniona szczęściem, rzucając się rozmówcy na szyję.
– Oczywiście moja pani. – przyznał ten, odwzajemniając uścisk, a następnie dodał – Pragnie pani jeszcze czegoś?
– Nie. Dziękuję Daranie. Teraz tylko muszę przygotować się psychicznie na spotkanie z nim. – westchnęła kierując się w stronę lustra, aby jeszcze raz popatrzeć na swoje odbicie.
– Teoretycznie nie spotyka się pani z nim, a z wielmożami ze… – nie zdążył dokończyć albowiem w jego stronę poszybowała różowa suknia, która wylądowała na jego głowie.
– Idź już Daranie. Nie psuj mi nastroju. – rzekła, udając podenerwowanie.
– Zgodnie z życzeniem. – pokłonił się, odłożywszy leżącą na nim kreację i opuścił pomieszczenie.
Następnie, znajdując się już na korytarzu,
ruszył swym precyzyjnym krokiem obserwując zmiany koloru, panującego we wnętrzu
budynku. Szedł tym razem tak długo, aż nad przestrzenią nie zapanował
pieszczący oczy szmaragd. Gdy to się wydarzyło, zwolnił trochę tempo, by
ściszyć odgłos swych kroków i wkroczyć na zalany zielenią roślin, rozległy
taras. Tam, niemal natychmiastowo, dostrzegł łysego, otyłego wielkoluda z
zieloną brodą, siedzącego na jednej z pokrytych mchem ławek i delektującego się
spokojem poranka.
– Podejdź Daranie. Chcę z tobą
pomówić. – rozległo się spokojne polecenie.
Stary sługa wykonał je i stanąwszy przy
mężczyźnie rzekł, skłoniwszy się:
– Panie.
– Jak tam Rodit? Zaaklimatyzował się już? – padło pytanie.
– Oczywiście. Malec szybko się uczy. W takim tempie opanuje tajniki naszej sztuki jeszcze przed swymi piętnastymi urodzinami. – pochwalił młodzieńca.
– Myślisz, że to mu pomoże? – zapytanie wypełnione było wątpliwościami i troską.
– To jedyne co możemy zrobić, by pomóc mu w walce. – stwierdził, po czym dodał racząc swego rozmówcę niewielką ilością emocji – Ostatecznie jest tylko fragmentem czegoś większego. Kiedyś…
– Przestań Daranie. Wiem. Wiem i nic nie mogę zrobić. – otyły jegomość schował swą pomarszczoną twarz w dłoniach.
– Możesz być dla niego ojcem mój panie. To więcej niż mógłby chcieć. – rzekł, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
– Oczywiście. Malec szybko się uczy. W takim tempie opanuje tajniki naszej sztuki jeszcze przed swymi piętnastymi urodzinami. – pochwalił młodzieńca.
– Myślisz, że to mu pomoże? – zapytanie wypełnione było wątpliwościami i troską.
– To jedyne co możemy zrobić, by pomóc mu w walce. – stwierdził, po czym dodał racząc swego rozmówcę niewielką ilością emocji – Ostatecznie jest tylko fragmentem czegoś większego. Kiedyś…
– Przestań Daranie. Wiem. Wiem i nic nie mogę zrobić. – otyły jegomość schował swą pomarszczoną twarz w dłoniach.
– Możesz być dla niego ojcem mój panie. To więcej niż mógłby chcieć. – rzekł, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
Ten zaś westchnął głęboko jakby zrzucał z
siebie ogromny ciężar.
– Dziękuję Daranie.
– Nie ma za co mój panie. – rozległa się odpowiedź, po której skłonił się i oddalił w stronę korytarza.
Znajdując się w nim, nie podjął
jednak swego precyzyjnego kroku. Miast tego szedł poprzez szmaragdowy świat z
niezwykłą, jak na kamerdynera, swobodą. Robił to, ponieważ zmierzał do młodego
panicza, o którym niedawno rozmawiał. Nagle jednak, ku swojemu zdziwieniu, gdy
postawił znajdującą się w powietrzu stopę na dywanie, spostrzegł, iż całą
przestrzeń zalała nieprzejrzysta, matowa czerń. Nie rozumiejąc jak to mogło się
wydarzyć, spojrzał za siebie myśląc, iż może tam znajdzie swoją odpowiedź. Nie
mylił się. Momentalnie ujrzał mężczyznę w czerni, zmierzającego w jego
kierunku.
– Panie. – skłonił się nisko.
– Daranie. Wejdźmy proszę. Porozmawiajmy. – odezwał się radośnie jegomość,
wskazując wielkie, mahoniowe drzwi, znajdujące się niedaleko.
– Oczywiście. – odrzekł sługa, otwierając wejście.
– Oczywiście. – odrzekł sługa, otwierając wejście.
Następnie, gdy obaj mężczyźni znaleźli się
w pokoju z czarnym biurkiem, którego wierzch pokryty był taflą szkła lapis luna,
jeden z nich odezwał się.
– Daranie. Nie sądzisz, iż
nieposiadanie przeszłości jest wygodne? Można ją wtedy tworzyć bez przeszkód.
Można zmieniać co się chce. Jedynym ograniczeniem jest to, iż trzeba ułożyć
wydarzenia tak, aby pasowały do przyszłości. Chyba, iż nagle uznamy sobie, iż
przyszłość chcemy zmienić. Jakież to wygodne. Tworzyć przeszłość, by zmieniać
przyszłość.
– Tak mój panie. – odrzekł starzec, nie wiedząc jak ma zareagować.
– Znów zmieniłem koncept. Śmieszne, czyż nie? Tym razem… – rozmówca przerwał na moment, aby usiąść przy czarnej księdze – Skończył nam się czas. Uciekł ze swego więzienia. Ponownie i bezpowrotnie utracił to na czym mu zależało.
– Mój panie? – zapytał Daran, obserwując jak mężczyzna w czerni zapisuje coś swym piórem.
– Postawił krok. Ten, którego nie miał nigdy postawić. Nim ogarnął ich mrok. Postanowił go zbawić? – dyktował sobie, nie zważając na swego sługę.
– Panie? – pytanie zostało ponowione.
–Och. Wciąż tu jesteś? – rozległy się słowa pełne zdziwienia – Idź już. Nowe zniewolenie na ciebie czeka. Jak te wydarzenia szybko płyną…
– Znów zmieniłem koncept. Śmieszne, czyż nie? Tym razem… – rozmówca przerwał na moment, aby usiąść przy czarnej księdze – Skończył nam się czas. Uciekł ze swego więzienia. Ponownie i bezpowrotnie utracił to na czym mu zależało.
– Mój panie? – zapytał Daran, obserwując jak mężczyzna w czerni zapisuje coś swym piórem.
– Postawił krok. Ten, którego nie miał nigdy postawić. Nim ogarnął ich mrok. Postanowił go zbawić? – dyktował sobie, nie zważając na swego sługę.
– Panie? – pytanie zostało ponowione.
–Och. Wciąż tu jesteś? – rozległy się słowa pełne zdziwienia – Idź już. Nowe zniewolenie na ciebie czeka. Jak te wydarzenia szybko płyną…
Widząc wyganiający gest dłoni, starzec
skłonił się nisko i wyszedł z pokoju.
Odchodzimy ku nowemu
Pora zmienić dźwięków grę
Pora wkroczyć w inne życie
Jak w nieznaną, gęstą mgłę..."
Pora zmienić dźwięków grę
Pora wkroczyć w inne życie
Jak w nieznaną, gęstą mgłę..."
Usłyszał jeszcze nim rozległ się
charakterystyczny odgłos zamykanych drzwi, wraz z którym nieprzejrzysta, matowa
czerń na ścianach, zastąpiona została przez wyraźny szmaragd. Zaobserwowawszy
to, ruszył błyskawicznie, niemal biegnąc. Kierował swoje kroki na dziedziniec
zamkowy. Nie przejmował się niczym wiedząc, iż w tym momencie musi znaleźć się
przy młodym paniczu, przeżywającym swego rodzaju zapaść. Wnet udało mu się
dotrzeć w upragnione miejsce. Tam, stojąc jeszcze na szczycie licznych schodów,
dostrzegł szamoczącego się w agonii chłopaka.
– Daranie! – wrzasnął łysy grubas
z zieloną brodą, biegnący w stronę młodzieńca.
Stary sługa jednak nie odpowiedział. Nie
mógł wykonać żadnego ruchu, mając świadomość tego co zaraz się wydarzy.
Wiedząc, co zaraz zrobi. Jego umysł przeszywało poczucie winy. Tchórz! Uciekaj! Krzyczało jego
wewnętrzne ja, kierujące jego nogę do kroku w tył.
– Na co czekasz Daranie? Biegnij.
– odezwał się głos mężczyzny w czarni, wraz z którym sługa poczuł mocne
pchnięcie w plecy.
Utraciwszy przez to równowagę i
zapomniawszy o swoim strachu, przestąpił krok, którego miał nigdy nie postawić.
Nim cały świat ogarnął mrok, podbiegł do młodzieńca i wraz z nim przestąpił
bramy czasu. Nieświadomie postanowił go zbawić. Gdy zorientował się, co zrobił
stał na opustoszałym dziedzińcu skąpanym w blasku pierwszego księżyca. W
dłoniach trzymał nieprzytomnego chłopaka, którego przeznaczenie właśnie
zmienił. Nie mając większego pojęcia, kiedy jest i co ma zrobić, spojrzał w
stronę górującego nad nim zamku. Wtedy niespodziewanie dostrzegł jegomościa
odzianego w czerń siedzącego na balustradzie jednego z balkonów i machającego
dłonią w geście pożegnania.
– Panie. – wyszeptał kłaniając się
odległej postaci, po czym poprawił swój chwyt i wyszedł przez ogromną bramę,
kierując swe kroki w nieznany świat.
Popielatowłosa kobieta zaległa na kanapie
obtulonej kolorem malachitu, zbudziła się ze swego krótkiego i płytkiego snu.
Jej mokre jeszcze od łez oczy bolały ją niemiłosiernie. W ustach zaś
pozostawała niemiła suchość, którą postanowiła zwalczyć kilkoma cmoknięciami.
Czując otępienie i zmęczenie w swych kończynach, przeciągnęła się, mrucząc przy
tym jak kot. Teraz, gdy jej umysł otrzeźwiał, otrzymawszy większą dawkę tlenu,
rozejrzała się wkoło. Dzięki temu uświadomiła sobie, iż nadal znajduje się w
jego pokoju. Spoglądnąwszy w stronę wygaszonego kominka stwierdziła, iż
spędziła tu dłuższą chwilę. Jak długą jednak? Tego dowiedziała się dostrzegając
blask ostatniego księżyca odbijającego się od błyszczącej tafli szkła lapis
luna, pokrywającego wierzch czarnego biurka.
– Daranie? – zapytała mimowolnie.
Niestety nic, prócz delikatnego wiatru,
wpadającego przez rozwarte drzwi balkonowe, jej nie odpowiedziało. Westchnęła
więc przeciągle i usiadła na skraju mebla, na którym się znajdowała. Wtedy
spostrzegła pusty kubek, pozostawiony na ławie przed nią. Wywołało to u niej
poczucie niepokoju i zdziwienia. Był to bowiem ewenement skali wielkiej, coś,
co nie miało prawa się zdarzyć. Prawda jednakowoż była niezaprzeczalna, a fakt
zaistnienia takiego zdarzenia nie mógł wróżyć nic dobrego.
– Daranie? – pytanie wyrwało się z
jej ust po raz kolejny.
Odpowiedź niestety nadal nie padła. Nie
rozległo się też pukanie do drzwi. Była jedynie cisza przerywana przez podmuchy
wiatru. Dziewczyna postanowiła więc wstać i iść poszukać swego, starszego
wiekiem sługi. Stojąc już na nogach, skierowała się jeszcze lekko chwiejnym
krokiem w stronę drzwi. Znalazłszy się przed nimi i mając już opuszczać
pomieszczenie, usłyszała pod swą stopą szelest papieru. Ze zdziwieniem
popatrzyła się na podłogę, na której spostrzegła zmiętą i poszarpaną kartkę,
która wyglądała jakby została skądś wyrwana. Nie zastanawiając się wiele wzięła
ją w dłonie i zaczęła czytać zawartą w niej treść.
„Sług
niezliczonych otoczył mnie tłum.
Każdy na me zawołanie.
Każdy na skinienie jedno me.
Jakiekolwiek pragnienie.
Gdziekolwiek.
Cokolwiek.
Będzie tak jak chce.
Sług moich jak cieni podążających.
Każdy rozkaz.
Każde me życzenie.
Wszyscy według mego słowa.
Władza i potęga.
Ciemność pochłania mnie.
Sług nieliczonych słyszę pieśń.
Jeden tron.
Na nim każdy spocząć chce.
Głuchy dzwon.
Wybrzmiewa każdy ich fałszywy dźwięk.
Sługi moje w otoczeniu.
Pozornie służą jedynemu mnie.
Idą za mną.
Mój krok, ich krok.
Szaleństwo ogarnia mnie.
Bawię dobrze się w amoku.
Kolor mi ucieka gdzieś.
Rozszarpują mnie szpony mroku.
W nim odradzam nowy się.
Wieczność jedna.
Wieczny sen.
Krok za krokiem.
Śpiewam pieśń.
Sługi niezliczone otaczają mnie.
One służą.
Ja też służę.
Jestem sługą.
Cieniem pana.
Podążam za tym, kto u władzy jest.”
Każdy na me zawołanie.
Każdy na skinienie jedno me.
Jakiekolwiek pragnienie.
Gdziekolwiek.
Cokolwiek.
Będzie tak jak chce.
Sług moich jak cieni podążających.
Każdy rozkaz.
Każde me życzenie.
Wszyscy według mego słowa.
Władza i potęga.
Ciemność pochłania mnie.
Sług nieliczonych słyszę pieśń.
Jeden tron.
Na nim każdy spocząć chce.
Głuchy dzwon.
Wybrzmiewa każdy ich fałszywy dźwięk.
Sługi moje w otoczeniu.
Pozornie służą jedynemu mnie.
Idą za mną.
Mój krok, ich krok.
Szaleństwo ogarnia mnie.
Bawię dobrze się w amoku.
Kolor mi ucieka gdzieś.
Rozszarpują mnie szpony mroku.
W nim odradzam nowy się.
Wieczność jedna.
Wieczny sen.
Krok za krokiem.
Śpiewam pieśń.
Sługi niezliczone otaczają mnie.
One służą.
Ja też służę.
Jestem sługą.
Cieniem pana.
Podążam za tym, kto u władzy jest.”
W chwili, w której wymówiła ostatnie słowo,
poczuła przedziwne mrowienie. Zupełnie jakby osoba, która to napisała, oplotła ją
swymi ramionami i wtuliła się w nią z siłą, ale też delikatnością. Z tym
uczuciem skierowała się w stronę biurka, mając za zamiar przejrzenie czarnej
księgi, w poszukiwaniu miejsca na brakującą stronę. Nim jednak zdążyła to
zrobić do jej uszu dotarły odgłosy krzątaniny dochodzące zza drzwi. To
wydarzenie sprawiło, iż kompletnie zapomniała o tym, co właśnie miała zrobić. Z
tego też powodu upuściła nieświadomie trzymany przedmiot, a następnie ruszyła w
stronę wyjścia. Otworzyła je z impetem i pewnością siebie tylko po to, by
znalazłszy się na skąpanym w popieli korytarzu, dostrzec niezliczoną ilość bladych
sług, krzątających się przy swoich pracach.
– Moja pani. – skłoniła się piękna
pokojówka, ubrana w popielatą sukienkę, zakrywającą kolana, z szaroczarnym
fartuszkiem, buty na niskim obcasie i podkolanówki również w kolorze popieli –
Potrzebuje pani czegoś?
– Szukam Darana. – odpowiedziała stanowczo, rozglądając się po zatłoczonym, jak
na ten zamek, korytarzu.
– Darana? – rozległo się pytanie pełne zdziwienia – Proszę o wybaczenie, lecz nie znam nikogo o takim imieniu i nie wiem gdzie może się znajdować.
– Nie szkodzi. Wracaj do pracy. – rzekła, odchodząc w zamyśleniu.
– Darana? – rozległo się pytanie pełne zdziwienia – Proszę o wybaczenie, lecz nie znam nikogo o takim imieniu i nie wiem gdzie może się znajdować.
– Nie szkodzi. Wracaj do pracy. – rzekła, odchodząc w zamyśleniu.
Dziewczyna, z którą rozmawiała powiedziała
do niej coś jeszcze, lecz ona już nie słuchała. Mijając co chwila przeróżne
sługi i strażników w popielatych zbrojach, zaczynała coraz bardziej zanurzać
się w swoje myśli, tracąc tym samym kontakt z rzeczywistością.
Dźwięk szkła kładzionego na drewnie, otrzeźwił uwięzioną w pułapce
marazmu dziewczynę.
– Czy coś się stało moja pani? –
zareagowała momentalnie służka, stawiająca na długim stole naczynia z
jedzeniem.
– Nie… – odrzekła niewyraźnie, szukając w pamięci tego, jak się znalazła w tym
miejscu.
Będąc jednak rozpraszaną i nie mogąc do
niczego dotrzeć, machnęła ręką tak jakby chciała wymieść wszystkich ze swego
otoczenia. Dzięki temu znalazła się momentalnie sama. Mimo to nadal nie potrafiła
przywołać żadnych wspomnień. Postanowiła więc porzucić daremne próby, by skupić
się na teraźniejszości. Oparła się więc wygonie na krześle, na którym
zasiadała, a następnie rzuciła okiem na mebel stojący przed nią, który dźwigał
ogromną ilość potraw różnego rodzaju.
– Jedzenie? – zdziwiła się,
szukając w pamięci momentu kiedy ostatnio coś jadła.
Nagle zdała sobie sprawę, iż od wielu dni
nie tylko nie tknęła, ale nawet nie widziała żadnego posiłku. Co dziwne nie
czuła głodu. Przynajmniej nie takiego jak powinna i nie ku pożywieniu. Jedyne
pragnienie, które dręczyło ją niemiłosiernie, domagało się gorącego, czarnego
napoju dostarczanego jej przez starego sługę.
– Daranie. – rzekła mimowolnie w
nadziei na odpowiedź.
Nic się jednak nie stało. Nie odpowiedział
jej nawet najmniejszy szmer. Nadal pozostawała w samotności. Zrezygnowana
sięgnęła więc po zaległe przed nią krewetki. Złapała w palce jedną z nich i
powoli zaczęła przybliżać do swych wysuszonych ust. W końcu wzięła kęs, który
miast okazać się soczystym i smakowitym, przedstawił się jako suchy, a także
smakujący jak proch. By więc zanegować tą niekorzystną dla kubków smakowych
prezencję, sięgnęła po wypełniony czerwonym płynem kielich. Upiła z niego łyk i
szybko tego pożałowała. Jej jamę ustną wypełniła gęsta, cierpka ciecz, będąca
niezwykle słona i kwaśna zarazem. Czując nadchodzącą falę mdłości, wypluła
wszystko na podłogę z grymasem odrazy na obliczu. Po tym podniosła się ze swego
siedziska i pośpiesznym krokiem skierowała się w stronę wyjścia. Nim jednak
odeszła od stołu kilka kroków, spojrzała na niego raz jeszcze. Ujrzała wtedy
jak całe przepiękne jedzenie zaczęło w nienaturalnie szybkim tempie się psuć i
rozpadać, by w końcu zająć się szarymi płomieniami, a następnie zmienić się w
marny popiół. Ten widok przyprawił ją o jeszcze większe mdłości, jak również zachęcił
do błyskawicznego opuszczenia pomieszczenia.
Przemierzając korytarze bez większego celu,
starała się opanować mętlik panujący w jej głowie i narastające uczucie
beznadziei. Była skupiona na tym tak bardzo, iż momentami miała wrażenie, iż jednym
swoim krokiem przemierzała połowę zamku, który wydawał się być teraz
niekończącym się labiryntem. W końcu, nie mogąc wytrzymać pędzącego wokół
świata, zatrzymała się i spojrzała przez okno. Nie ujrzała jednak nic prócz
ostrych promieni słonecznych skutecznie tłumiących jej zmysł widzenia.
Odwróciła więc wzrok i ku swej irytacji ujrzała zmierzającą w jej stronę postać
młodego sługi o popielatych włosach. Chcąc uniknąć spotkania z nim, otworzyła
drzwi, obok których się znajdowała i wpełzła do wnętrza pokoju. Zamknęła
oczywiście przejście za sobą, po czym osunęła się na podłogę, czując jak nogi
odmawiają jej posłuszeństwa. Niespodziewanie wszechobecne powietrze przyniosło
do niej odgłos stalówki muskającej kartkę papieru.
– Ty… – westchnęła z nadzieją obracając
głowę, by spojrzeć na cienistą postać zapisującą coś w czarnej księdze.
Po tym, nie mając siły się podnieść,
ruszyła na czworakach w stronę biurka, a znalazłszy się przy nim, zaczęła się
dźwigać, opierając o nie. W chwili, w której stała na tyle, by wyściubić nos
ponad wierzch mebla, jej oczom ukazał się obrazek, który mógł ją tylko
zrujnować. Otóż istota, do której pragnęła się zwrócić, odłożyła już swoje
pióro i właśnie podnosiła się ze swego krzesła.
– Nie… – jęknęła, wiedząc, iż jej
słowa nic nie zdziałają – Nie rób mi tego…
Oczywiście istota pozostawała głucha na
jej błagania. Szła tylko miarowym krokiem w stronę wyjścia.
– Nie! – wrzasnęła żałośnie
dziewczyna, rzucając się ostatkiem sił w jej stronę.
Nim jednak doleciała do swego celu, ten
już uleciał jako czarny dym. Doprowadziło to do tego, iż pozbawiona sił,
poleciała z impetem na regał z książkami, w który niefortunnie uderzyła głową.
– Aaaa… – wysyczała, nie mogąc
nawet unieść swej dłoni w celu sprawdzenia, czy nie odniosła większych obrażeń.
Wnet poczuła nienaturalne ciepło
spływające z czubka jej głowy, po czole, policzkach i szyi. Nie wiedzieć czemu
uczucie to sprawiło, iż zaczęła się śmiać. Robiła to radośnie jak małe dziecko,
które bawiąc się beztrosko uczyniło coś niespodziewanie przyjemnego. Jednakowoż
jej dobry humor nie trwał długo, albowiem nawet nie wiedząc kiedy straciła
przytomność.
Odgłos radosnych podskoków niósł się
korytarzami, mimo bycia wytłumianym przez miękki dywan. Towarzyszył mu
niezwykle nienaturalny śmiech, brzmiący jakby ktoś uwalniał go na wiecznym
bezdechu. Oba te dźwięki trwały i trwały, albowiem żaden popielatowłosy
osobnik, który pechowo znalazł się na drodze panienki, będącej ich źródłem, nie
śmiał jakkolwiek ich zakłócić. Tak było przynajmniej do momentu, w którym
rozweselona dziewczyna nie wtargnęła z dużą prędkością do ogrodu, porządkowanego
przez liczne sługi.
– Moja pani. – skłonił się blady
mężczyzna, noszący słomiany kapelusz z szerokim rondem na głowie, ubrany w
bawełnianą koszulę, ogrodniczki, a także wysokie buty.
Reakcja młodej damy na te słowa była
błyskawiczna. Zatrzymała się w mig i tracąc swój uśmiech, zbliżyła się do
poddanego. Następnie stanąwszy przed nim, zlustrowała go wzrokiem. Gdy
skończyła, spojrzała głęboko w jego oczy. W tej chwili jej kąciki ust znów
zaczęły się unosić. Robiły to najpierw łagodnie i delikatnie. Później wyraźniej
i radośniej, aż w końcu dotarły do momentu, w którym zaczęły niepokojąco i
przeraźliwie walczyć ze swymi ograniczeniami, starając się uciec wyżej niż było
im dane. W tej chwili na obliczu sługi zaczęło rysować się zmieszanie, lecz nim
zdołało się ono w pełni ukazać, zostało zmienione na grymas zdziwienia i bólu.
Powodem tego była dłoń popielatowłosej dziewczyny, wydającej z siebie
przeraźliwe dźwięki śmiechu, która przebiła się przez warstwy ubrań, skóry i
mięśni, zagłębiając się w gorącym brzuchu, wypełnionym narządami.
– M… – chciał coś powiedzieć, lecz
poruszająca się w stronę jego serca ręka, która bezlitośnie rwała wszystko co
stanęło na jej drodze, skutecznie mu to uniemożliwiła.
Tymczasem młoda dama zadowolona jak nigdy,
napawała się odczuwaniem pulsujących naczyń, gorącem organizmu, przeszywającym
ją bólem i różnorodnością płynów, którymi obmywała się jej dłoń. Gdy zaś
dotarła w końcu do bijącego serca, które oplotła swymi palcami osiągnęła stan
tak wielkiej ekstazy, iż aż nie potrafiła się opanować. Czuła przyjemność tak
wielką, iż nie mogła jej znieść. Sięgnęła więc swą drugą ręką ku klatce
piersiowej swej ofiary i bez większych przeszkód wyrwała z niej mostek, łamiąc
przy tym wiele żeber i niszcząc płuca. Utorowawszy sobie tak drogę, wyrwała
pompujący krew, czterojamowy narząd, po czym uniosła go ponad siebie,
obserwując przy tym opadające na ziemie ciało. Śmiała się przy tym bezgłośnie,
nie mając już nawet odrobiny powietrza. Wnet jej dłoń zacisnęła się mimowolnie
w pięść miażdżąc, wciąż pracujące serce. W tym momencie dziewczyna zatrzymała
się na moment. Spojrzała po sobie, a także po otoczeniu, jakby na moment
obudziła się z przedziwnego snu. Wzięła głęboki wdech i jak gdyby nigdy nic,
strzepnęła okalającą ją posokę. Po tym obróciła się na pięcie i na nowo ruszyła
w radosnych podskokach, śmiejąc się wniebogłosy.
Wielkie, mahoniowe drzwi otworzyły się z
hukiem, w momencie, w którym popielatowłosa dama wpadła z impetem do skąpanego
w blasku dnia pokoju.
– Stój! Cie…! – zaczęła krzyczeć,
lecz nagle zreflektowała się i zadała sobie pytanie – Czy ja się nie powtarzam?
Postanowiła jednak na nie odpowiadać,
albowiem ujrzała, iż tego, do kogo chciała skierować swe słowa, nie ma przy
biurku. Brak było też wypełniającego przestrzeń odgłosu pióra muskającego
papierowe stronice. Lekko zdezorientowana rozejrzała się wkoło w nadziei.
Dzięki temu dostrzegła cel swych poszukiwań, siedzący na balkonowej
balustradzie. Nie zastanawiając się w ogóle nad powodem, dla którego tam był,
ruszyła niemal biegiem, po czym bezmyślnie rzuciła się na niego. W chwili, gdy
już miała opleść go swymi ramionami zorientowała się, iż już go nie ma i
pozostał po nim jedynie ulatujący, czarny dym.
– Ach… – westchnęła doszedłszy do
wniosku, iż w bezmyślny sposób straciła grunt pod nogami i teraz czeka ja
upadek z dużej wysokości.
Zamknęła więc oczy i nie otwierała ich przez
dość długi okres czasu. Gdy w końcu zdecydowała się to zrobić, czując, iż coś
jest nie tak, uświadomiła sobie, iż w ostatnim momencie udało jej się złapać
krawędzi balkonu. Pomyślała, iż teraz powinna podciągnąć się, aby zapewnić
sobie bezpieczeństwo. Jednakowoż zwis w takiej odległości od ziemi spodobał jej
się tak bardzo, iż aż postanowiła dać sobie jeszcze kilka minut. Potem,
znudziwszy się już, podciągnęła się, przetoczyła przez balustradę i wgrzebała
do wnętrza. Będąc w nim, wczołgała się na malachitową kanapę, a następnie z
uśmiechem na twarzy oddała się kuszącemu ją snu.
– Witam panienkę. – pośród okrytej czernią
pustki odezwał się niski, dudniący głos – Czy panienka też śni ten sen? Czy
może panienkę zdradził cień?
– Nie… – westchnęła dziewczyna wyraźnie zmęczona.
– Więc panienka w odwiedzinach? – rozległo się kolejne pytanie – W przejściu między rzeczywistościami?
– Nie… – nastąpiło ponowne westchnięcie.
– Panienka nie wie czego chce. Szuka cienia w ciemności. Czegoś pomiędzy niczym. Niczego pomiędzy czymś. Panienkę zmorzył krótki sen. – stwierdził głos, po czym ucichł na dobre.
– Nie… – wyrwało się westchnięcie z jej ust, po raz kolejny.
– Więc panienka w odwiedzinach? – rozległo się kolejne pytanie – W przejściu między rzeczywistościami?
– Nie… – nastąpiło ponowne westchnięcie.
– Panienka nie wie czego chce. Szuka cienia w ciemności. Czegoś pomiędzy niczym. Niczego pomiędzy czymś. Panienkę zmorzył krótki sen. – stwierdził głos, po czym ucichł na dobre.
– Nie… – wyrwało się westchnięcie z jej ust, po raz kolejny.
Po nim zaś nastąpiło nagłe wrzaśnięcie,
któremu towarzyszyło nagłe rozbudzenie się.
– Gorąco… – jęknęła i pod wpływem
chwili zaczęła się rozbierać.
W momencie, w którym leżała już naga,
zaczęła mocniej odczuwać palący jej skórę żar i bezlitosne kłucie jakby ktoś
nieprzerwanie nakłuwał całą powierzchnię jej ciała, tworząc różnorakie wzory.
Nie mogąc wytrzymać dręczących ją tortur, zgramoliła się z kanapy, by kolejno
skierować się ku drzwiom i opuścić pokój. Niestety nim dotarła do wyjścia, a
konkretniej w połowie jej drogi poczuła bezwład w swych kończynach. Upadając
bezwolnie na podłogę udało jej się spojrzeć na swe ciało, które prawie całe
pokryło się już czarnymi wzorami, wijącymi się jak jadowite żmije. Wtem jej
świadomość poddała się i zniknęła jak gdyby nigdy jej nie było.
Gdyby miał oczy, otworzyłby je. Gdyby miał
uszy, zacząłby nasłuchiwać. Gdyby jakiekolwiek zmysły miał, rozbudziłby je.
Niestety jako marny cień mógł tylko zalegać na nasiąkniętej krwią ziemi,
pomiędzy stosami poniszczonych mieczy, tarcz, toporów, kopi, hełmów, polami
pustych zbroi, wszelkiego rodzaju uzbrojenia. Mógł tylko oczekiwać na swą
bezsprzeczną dezintegrację, snującą się wkoło wraz z idealnie białym światłem.
Gdyby miał świadomość. Gdyby był kimś więcej niż tylko marnym cieniem czułby
delikatny wiatr, przesmykujący się między chaosem rzeczy, by muskać jego
jestestwo. Słyszałby wygrywaną przez przestrzeń pieśń milczenia, przepełnioną
niezliczonymi dźwiękami, na które składał się płacz, wrzask cierpienia i
radości, czy gniewu lub szaleństwa. Dostrzegałby jaśniejące promienie,
odbijające się od każdego rzeczywistego, czy nie, przedmiotu. Wysiliłby swe
niekoniecznie istniejące ciało i dźwignąłby je do względnego pionu. Wtem
spojrzałby swym wzrokiem w niedaleki horyzont, pożerany przez nieskazitelną
biel. Wpatrując się bezmyślnie w przesiąknięty krwią obraz pobojowiska, który
miał zniknąć jak gdyby nigdy go nie było, poczułby w sobie coś, co sprawiłoby,
iż postąpiłby krok. Po chwili szedłby już chwiejnie, zmierzając w stronę
szarego od popiołów lasu. Niestety był tylko marnym, nic nie znaczącym cieniem
wydarzenia, które gdzieś umknęło. Zalegał więc jedynie, oczekując swego końca.
Szkoda, iż nie mógł wiedzieć, iż ten nigdy nie nadejdzie. Szkoda, iż nie mógł
uświadomić sobie, iż jest jedynie naczyniem czekającym na kolejnego kandydata
do tronu ciemności. Wielka, okropna szkoda. Gdyby tylko dostąpił zaszczytu.
Gdyby tylko ofiarowano mu te kilka słów. Ktoś mógłby się nad nim rozwodzić.
Ktoś mógłby go zauważyć. Ktoś mógłby użalić się nad nim. Ktoś uczynić mógłby go
czymś więcej. Tak jednak był z niego… Choć nie było żadnego jego. Był tylko
marny cień.
Cienista postać, która podniosła się z
trudem z skąpanej w krwi ziemi, westchnęła, czując zmęczenie w nieistniejących,
aczkolwiek zastałych mięśniach. Następnie przeciągnęła się, wywołując liczne
strzyknięcia. Po tym rozejrzała się wkoło, a skończywszy utkwiła wzrok w nie
tak odległym, ulegającym wiecznej dezintegracji horyzoncie.
– Horyzont Zdarzeń? – zadała sobie w myślach pytanie, które
natychmiast rozbrzmiało w przestrzeni echem niezliczonej ilości głosów.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, której się nie
spodziewała, ruszyła chwiejnym krokiem w stronę, szarego, od popiołów
pokrywających liście, lasu. Z każdym kolejnym krokiem próbowała odpędzić od
siebie wrażenie, iż kiedyś już była w tym miejscu. Nie udawało jej się to, więc
w momencie, w którym przekroczyła linię drzew i znalazła się na wybrukowanej
drodze, zagłębiła się w swój umysł, pozwalając sobie przywołać skute lodem
wspomnienia.
– Byłam tutaj. – rzekła do siebie.
– Byłaś tutaj. – zawtórowało jej echo,
wydobywające się z ciemności lasu.
Po tym ogromna ilość głosów zaczęła
mruczeć i nucić, tworząc tym samym melodię, która w mig wypełniła wszystko co
mogła. Chwilę później do unoszącej się wokół muzyki dołączyły słowa.
„Pani
młoda będzie jedną z nas.
Krok. Stawia krok.
Pokłon dla wieczności.
Patrz kukiełka idzie w bok.
Pani młoda rządziła.
Krok. Następny krok.
Pokłon dla rzeczywistości.
Zabawnie błądzi pusty wzrok.
Pani młoda ma swój czas.
Krok. Zwykły krok.
Pokłon dla ciemności.
Dąży w coraz głębszy mrok.
Pani młoda będzie służyła.
Krok. Ostatni krok.”
Krok. Stawia krok.
Pokłon dla wieczności.
Patrz kukiełka idzie w bok.
Pani młoda rządziła.
Krok. Następny krok.
Pokłon dla rzeczywistości.
Zabawnie błądzi pusty wzrok.
Pani młoda ma swój czas.
Krok. Zwykły krok.
Pokłon dla ciemności.
Dąży w coraz głębszy mrok.
Pani młoda będzie służyła.
Krok. Ostatni krok.”
Gdy na rzeczywistość spadła nagła, martwa
cisza, cienista postać zatrzymała się. Stała teraz na niewielkim placu, na
którego końcu znajdował się niewyobrażanie wielki tron z czarnego, matowego
kryształu.
– Byłam tu. – mruknęła, zbliżając się
do niecodziennego siedziska, w celu zasiądziecie na nim.
– Nie byłaś tu.– odpowiedziało echo,
sprawiając, iż jej ciało, które prawdopodobnie przez całą drogę było
materializowane, zaklęło się w bezruchu.
Skonfundowana tymi słowami
zajrzała do swej pamięci, by wyciągnąć na wierzch odpowiednie wspomnienia.
Podczas tego czuła przyszywające ją nieprzyjemne zimno. Zupełnie jakby
niewielkie kryształki lodu kuły ją pod czaszką. Ignorowała to jednak, nie
chcąc rezygnować z należącej do niej wiedzy. Ból niestety nasilał się i z
czasem urósł do tego stopnia, iż jej palce zaczęły bezwiednie wbijać się
paznokciami w głowę, chcąc uwolnić ją od roznoszącego od wewnątrz ciśnienia.
Odczuwane cierpienie szybko zaczęło się manifestować również poprzez
rozdzierający przestrzeń, żałosny wrzask. Kto wie, co jeszcze by się wydarzyło,
gdyby popielatowłosej damy nie powstrzymał skąpany w cieniach osobnik, który
pojawił się nie wiedzieć skąd.
– Ty? – na twarzy kobiety rysował
się szok wymieszany z zmieszaniem, grymasem bólu, ulgą i radością – Ty!
Wykrzykując to jakże nieskomplikowane
słowo, rzuciła się na niego i… Upadła utraciwszy równowagę. Zdezorientowana
leżała na ziemi analizując to co się właśnie wydarzyło. Z jej oczu zaczęły wnet
płynąć słone łzy. Teraz, gdy była już tak blisko. Teraz, gdy poczuła na sobie
jego dotyk.
– Czemu?! – wrzask rozpaczy, który urzeczywistniła w swoim umyśle,
odbił się echem poza nim.
Zawstydzona tym co właśnie się wydarzyło,
podniosła się momentalnie i otarła spływające po jej bladych policzkach krople.
Wtedy spojrzała ku siedzącej na tronie postaci, którą przed chwilą próbowała
przytulić. Na ten widok porzuciła wszelki rozum i zapragnęła zbliżyć się do
niej. Niestety mimo wszelkich starań nie mogła się poruszyć. To spowodowało
nagły napływ wściekłości i determinacji. Z nimi po raz kolejny spróbowała się ruszyć.
Znów jednak jej starania spełzły na niczym. Zrezygnowała więc z prób i skupiła
się na wpatrywaniu się w tego, który wydawał się teraz zastanawiać na jej
losem.
– Wyglądasz jakoś inaczej.
Świadomie. Jakby w końcu twe myśli zakotwiczyły się w jakimś temacie. –
stwierdziła, odprężając się.
Nagle usłyszała za sobą dobrze znany głos.
– Moja pani.
– Daranie? – zaszokowana, obróciła się by dostrzec cień, imitujący postać
starego sługi, skłaniający się ku innemu, udającemu ją.
– Wracajmy moja pani. – rzekła nieudolna kopia starca.
– Wracajmy… – westchnęła w odpowiedzi jej postać, po czym oba cienie rozpłynęły się, wracając do ciemności pomiędzy drzewami.
– Byłaś tutaj. Przeszłaś długą drogę. On jednak przyszedł po ciebie. Zabrał cię z powrotem. Skuł twe moce lodem. – odezwał się nagle mały chłopiec, który tak szybko jak pojawił się koło niej, zniknął.
– Ach… – westchnęła w podzięce za wyjaśnienie, którego wcześniej szukała.
– Wracajmy moja pani. – rzekła nieudolna kopia starca.
– Wracajmy… – westchnęła w odpowiedzi jej postać, po czym oba cienie rozpłynęły się, wracając do ciemności pomiędzy drzewami.
– Byłaś tutaj. Przeszłaś długą drogę. On jednak przyszedł po ciebie. Zabrał cię z powrotem. Skuł twe moce lodem. – odezwał się nagle mały chłopiec, który tak szybko jak pojawił się koło niej, zniknął.
– Ach… – westchnęła w podzięce za wyjaśnienie, którego wcześniej szukała.
W końcu zwróciła się znów w stronę tronu.
Wtedy zauważyła, iż cienisty osobnik zeszedł z niego, by zbliżyć się do niej.
Gdy stanął przed nią, wyciągnął dłoń i położył ją na jej głowie. W chwili, w której
to zrobił, zalała ją nieopisana ciemność, którą odczuła dwojako. Z jednej
strony miała wrażenie jakby ciało ukochanej osoby, oplatało się na niej, dając
jej błogie ukojenie. Z drugiej czuła na sobie niewyobrażalny ból, kujący każdy
zakamarek jej istnienia jakby najgorszy wróg, psychopatyczny oprawca torturował
ją z ogromną pasją. Zanurzona w tych doznaniach, nawet nie zauważyła, gdy w
nich utonęła.
Odgłos stalówki muskającej kartkę papieru
roznosił się w przestrzeni pokoju, skąpanego w blasku księżyca, padającego na
wierzch biurka, pokrytego szkłem lapis luna. W kominku płoną radosny ogień,
który tańczył mistyczny taniec jakby próbował przekazać jakąś ciekawą historię.
Zimny wiaterek, wpadający przez otwarty na oścież balkon, przynosił wytchnienie
od panującego we wnętrzu zaduchu i gorąca. Pośród wszystkich tych wydarzeń
komponujących się w jedną chwilę, na skórzanej kanapie w kolorze malachitu,
leżała młoda, popielatowłosa dama, która powoli zaczynała wybudzać się ze snu,
brata śmierci. W trakcie, gdy wszystkie jej zmysły starały się zaadoptować do
rzeczywistości, jej umysł błądził jeszcze po melancholijnej pustce. W czasie, w
którym rozbudziła się kompletnie, usiadła na skraju mebla i rozejrzała się po
wnętrzu. Czując ukojenie płynące od otoczenia, przetarła swą twarz lekko bladą
dłonią. Zrobiwszy to, dostrzegła czarne znaki, rysujące się na jej ręce.
Zdumiona tym faktem, zbadała całe swoje ciało, by uświadomić sobie, iż całe ono
pokryte jest tajemniczymi, statycznymi wzorami, które wyglądały jakby w pewnych
okolicznościach miały się poruszyć. Wpatrywała się w nie oczarowana, do
momentu, gdy do jej uszu nie dotarł dźwięk rytmicznie stawianych kroków. Jej
ciało zareagowało odruchowo na ten bodziec i zerwało się w stronę cienistej
postaci, kroczącej w stronę wyjścia. Umysł nawet nie próbował interweniować,
wiedząc jak skończy się ta scena. Nie mógł wiedzieć, iż akurat tym razem jego
przewidywania będą błędne. Stało się bowiem coś niespodziewanego. Dziewczyna
złapała kroczącą istotę i zamknęła ją w niepewnym uścisku. Nim jednak zdążyła
uzmysłowić sobie nowe doświadczenie, zorientowała się, iż wszystko nagle się
zmieniło, pozostając równocześnie takim samym. Siedziała teraz przed otwartą
księgą w kolorze czerni, a w dłoni trzymała czarne pióro. Nie rozumiejąc
sytuacji, spojrzała wkoło i uświadomiła sobie, iż nie rozumie tego co widzi. Świat,
który się jej prezentował był tym, który odbierała na co dzień swymi zmysłami,
a także czymś czego nie potrafiła opisać. Zdawało się jej jakby była ponad nim.
Jakby mogła przebyć go wskroś i wszerz, by kształtować, zmieniać i niszczyć.
Nie mogąc ogarnąć tego swym umysłem, skupiła się ponownie na leżącej przed nią
księdze. Wtedy dojrzała w niej słowa, które opisywały całą jej rzeczywistość,
to co się wydarzyło, wydarza i wydarzy. Czym…?
Chciała zapytać, lecz nie wiedziała, czy stawia dobre pytanie. Nie mogła
zrozumieć, równocześnie wszystko rozumiejąc. Nagle, w przypływie jakiś emocji,
zacisnęła mocniej trzymane w dłoni pióro i zaczęła nim coś zapisywać. W wyniku
jej wtrącenia się, przy płonącym radośnie ogniu, pojawiła się cienista istota.
„Czy
będę sobą gdy napiszesz mnie?
Gdy dłoń twa wodząca
Atrament rozprowadzi
Kim będzie ten?
Kim zastąpisz mnie?
Piórem zapiszesz
Słów prawdy i kłamstwa
Znaczenia bez znaczeń
Któż mną stanie się?
Choć jesteś mną
Ja jestem tobą
Gdy spiszesz rzeczywistości
Będę ja?
Czy nie będzie mnie?”
Gdy dłoń twa wodząca
Atrament rozprowadzi
Kim będzie ten?
Kim zastąpisz mnie?
Piórem zapiszesz
Słów prawdy i kłamstwa
Znaczenia bez znaczeń
Któż mną stanie się?
Choć jesteś mną
Ja jestem tobą
Gdy spiszesz rzeczywistości
Będę ja?
Czy nie będzie mnie?”
Słowa które zalały przestrzeń nie należały
do niej, choć była fragmentem tego, który je wypowiadał. Dostrzegłszy to,
wiedziała już, iż to czego właśnie doświadczała było ponad nią. Choć może
zostało to jej jedynie wmówione? Tak, czy siak, dziewczyna zrzekła się tego,
upuszczając trzymany w dłoni przedmiot. Pech chciał, iż urzeczywistniła tą
czynność nad jedną ze stronic, którą wnet pokryła nieprzejrzysta czerń
atramentu. Nagle cały świat ją otaczający rozpadł się, ulatując jako czarny
dym. Ona zaś zapadła w nieskończoność białej pustki.
Młoda, popielatowłosa kobieta ubrana w obcisłe spodnie, wysokie buty i
bufiastą koszulę kroczyła po czerwonej kostce chodnika, nie wiedząc gdzie się
znajduje. To co ją otaczało nie wyglądało jakby pochodziła z jej świata.
Niespodziewanie dostrzegła spacerującego powoli, zamyślonego mężczyznę.
– Przepraszam. Gdzie ja jestem? –
zapytała zmieszana.
– Gdybym tylko wiedział… – westchnął zrezygnowany.
Czyżby
on też się zgubił? Zapytała samą siebie w myślach, tylko po to, by
powtórzyć to na głos.
– Pan też się zgubił?
– Można tak powiedzieć. Kiedyś jednak się odnajdę. Póki co wędruję sobie bez celu.
– odpowiedział z uśmiechem.
Dziewczyna chciała jeszcze o coś zapytać,
lecz niespodziewanie rozpłynęła się w powietrzu tracąc świadomość.
Stuk, stuk, stuk, stuk… Raz po raz odzywał
się odgłos eleganckich butów uderzających o posadzkę. Ich echo niosło się zaś po
całym zamku oświadczając, iż oto idzie ktoś, kogo nie powinno się zatrzymywać
bez wyraźnego powodu.
– Ach… Krążę tu od wielu dni.
Widzę tylko pustki krajobrazy. Mając wiedzę, lecz nie posiadając umiejętności.
Czyż…? – mówił do siebie, gdy nagle przy jednym z okien zauważył przyodzianego
w nieskazitelną liberę sługę – Oho…
Szybko zbliżył się do niego i
przyglądnąwszy mu się dokładnie, skacząc wkoło, rzekł:
– Rier jak mniemam?
– Tak panie. – osobnik skłonił się nisko, dopiero zauważywszy swego rozmówcę.
– O tobie też zapomniał? – zapytał, otrzepując swój czarny garnitur z kurzu, którego nie było.
– Zapomniał? – na twarzy Riera pojawiło się zdziwienie – Kto zapomniał?
– Czy to ważne? – prychnął niespodziewanie, po czym zaproponował – Przejdziemy się?
– O tobie też zapomniał? – zapytał, otrzepując swój czarny garnitur z kurzu, którego nie było.
– Zapomniał? – na twarzy Riera pojawiło się zdziwienie – Kto zapomniał?
– Czy to ważne? – prychnął niespodziewanie, po czym zaproponował – Przejdziemy się?
Wypowiedziawszy to pytanie, nie
czekał na odpowiedź. Ruszył po prostu w kierunku, w którym zmierzał wcześniej,
pogwizdując przy tym radośnie.
– Przedziwne. Tyle się wydarzyło.
Tyle minęło, a o nas, jak gdyby nigdy nic, zapomniano. Niemiłe to. Nieprawdaż Rier?
– zapytał, po czym nie dając towarzyszącemu mu mężczyźnie szansy na wysłowienie
się, kontynuował – Czas nam uciekł. Zabrał cząstkę, którą jeszcze w sobie
noszę. Nasza umiłowana Lacentia odeszła. Zagubiona między stronicami, gdzieś
się odnajdzie. Z pewnych źródeł wiem, iż moja wizja spełnić może się dzięki
niej. Lecz cichutko. Mówić tego nie należy. Ten, który posiada ten świat, bawi
w bohatera się. Zaś ja i ty, mój drogi Rier, nie będziemy tutaj siedzieć.
Gdzieś udamy się.
– Panie? – sługa nie rozumiał wypowiedzi swego rozmówcy.
– Nie przejmuj się Rier. To nie do ciebie moje słowa. – rzucił, uśmiechając się grzecznie.
– Nie przejmuj się Rier. To nie do ciebie moje słowa. – rzucił, uśmiechając się grzecznie.
Po tym szedł już w ciszy, choć jego kroku
nie można było nazwać chodem. Były to raczej nieduże podskoki, wymieszane z
krokiem odstawno-dostawnym i truchtem. Poruszając się w taki sposób, dotarł w
pewnym momencie do sali jadalnej, w której stał ogromny stół, zastawiony
niezliczona ilością jedzenia.
– To ci niespodzianka! –
wykrzyknął radośnie, zbliżywszy się do mebla.
Następnie sięgnął po leżące niedaleko
jajko na twardo i uniósłszy je do oczu, wyciągnął swój szpiczasty język, którym
z wolna je oplótł. Po zrobieniu tego wciągnął pożywienie do jamy ustnej i
połknął je w całości.
– Mmm… Wyśmienite! – rzekł, po
czym westchnął z przyjemności.
Nie mogąc się powstrzymać, sięgnął po
kolejne. Gdy zjadł już ich tuzin, przypomniał sobie, iż nie jest sam.
– Rier mój drogi. Zjedz coś
proszę. Wyglądasz na głodnego. – zasmucił się tylko po to, by wypowiedzieć te
słowa, po czym powrócił do swojego zajęcia.
– Dziękuje panie. – skłonił się sługa, a następnie zbliżył się do stołu i
zaczął jeść.
Minęło sporo czasu, zniknęło tyle samo
potraw i w końcu iście królewska uczta dobiegła końca. Obaj jegomoście byli już
pełni i szczęśliwi.
– Ach… Ciekawe dla kogo
naszykowano tyle tego wszystkiego. Jak myślisz Rier? – zapytał ciemnoczerwony
osobnik, lecz znów nie pozwolił, by padła odpowiedź.
Zrobił to klaszcząc w dłonie dwukrotnie i
kierując się w stronę wyjścia.
– Chodźmy. – rozkazał, a następnie
wkroczył na korytarz.
Szedł nim, razem ze swym towarzyszem, aż
nie dotarł do sali tronowej. Będąc w niej, zasiadł wygodnie i niedbale na
wymyślnym krześle, zwieszając nogi za oparcie.
– Panie? – Rier chciał coś
powiedzieć, lecz znów nie było mu to dane.
– Jesteśmy do siebie podobni. Nie jako całość, lecz jako fragmenty. Ty jesteś
cząstką rozbitego lustra, a ja jednym z jego odbić. – westchnął czerwonoskóry,
pozwalając swojej głowie na odchylenie się w tył zgodnie z siłami grawitacji –
Przy okazji. Jak tam Hier?
– Nie mam z nim kontaktu panie. Już od dłuższego czasu. – wyznał sługa.
– Interesujące. Cóż mogło się mu stać? – zaczął się zastanawiać, zamykając oczy.
– Nie mam z nim kontaktu panie. Już od dłuższego czasu. – wyznał sługa.
– Interesujące. Cóż mogło się mu stać? – zaczął się zastanawiać, zamykając oczy.
Niespodziewanie wielkie drzwi, usytuowane
na drugim końcu pomieszczenia, zaczęły otwierać się z charakterystycznym
skrzypieniem. Przy tym w przestrzeni rozniósł się odgłos ocierających o siebie
elementów zbroi.
– Najwyższy czas! – wykrzyknął
zmęczonym głosem jegomość w czarnym garniturze, po czym sturlał się ze swego
tronu, upadł na twardą podłogę i podniósłszy się z uśmiechem na twarzy rzekł –
Melduj.
Cienista postać nosząca na sobie
poniszczony, brudny pancerz, zatrzymała się zmieszana i zapytała:
– Gdzie nasza pani?
– Aktualnie wybyła. W czas jej nieobecności ja tu rządzę. – mówiąc to uśmiechał
się, szybko jednak jego mina wyraziła zniecierpliwienie i groźbę – Melduj.
– Jednak… – wojak nie chciał odpuścić.
– Melduj. – rozkaz wypowiedziany niezwykle cicho, rozniósł się po pomieszczeniu, zyskując dodatkową grozę.
– Tak panie. – rozmówca uderzył się zaciśniętą pięścią w pierś – Większość królestw północy zerwało pakty. Te które się sprzeciwiły, zostały podstępnie zaatakowane i przejęte. Władca południowych marchii zmarł. Rozpoczęła się wojna domowa. Wschód pozostaje neutralny. Plemiona zachodniego półwyspu wyraziły aprobatę dla naszych celów. Zadeklarowali wsparcie, jako niepodległy sojusznik.
– Jednak… – wojak nie chciał odpuścić.
– Melduj. – rozkaz wypowiedziany niezwykle cicho, rozniósł się po pomieszczeniu, zyskując dodatkową grozę.
– Tak panie. – rozmówca uderzył się zaciśniętą pięścią w pierś – Większość królestw północy zerwało pakty. Te które się sprzeciwiły, zostały podstępnie zaatakowane i przejęte. Władca południowych marchii zmarł. Rozpoczęła się wojna domowa. Wschód pozostaje neutralny. Plemiona zachodniego półwyspu wyraziły aprobatę dla naszych celów. Zadeklarowali wsparcie, jako niepodległy sojusznik.
Wysłuchawszy słów żołnierza, czerwonoskóry
osobnik pogładził swą czarną bródkę w zamyśleniu, a następnie machnął swą
dłonią przed sobą. Ten nieszczególny ruch spowodował, iż nagle lwia część
posadzki zaczęła się unosić i formować w dużych rozmiarów mapę świata.
– Nie jest wesoło… – mruknął,
spoglądając na swój twór – Zjednoczona północ może nam zagrozić. Wojna na
południu zainteresuje imperium Atrii. Padną marchie, padniemy wszyscy, zalani
wojskami jastrzębia. Wschód poczeka, aż wszyscy wybijemy się nawzajem i
wkroczy, gdy ujrzy największy zysk. Plemiona jako sojusznik? Co skłoniło radę
plemion, do takiej decyzji?
– Co robimy mój panie? – zapytał wojak.
– Hmm… Nasz status?
– Dwadzieścia tysięcy na północnej granicy. Piętnaście na południowej. Wschód i zachód po tysiącu. W różnych zakątkach państwa koło dwóch tysięcy. Braki w wyposażeniu. Niskie morale. – zameldował rozmówca.
– Czeka nas sromotna porażka. – szepnął ponuro, a po chwili ciszy dodał – Poddajemy państwo. Statki gotowe?
– Nie wszystkie. – oświadczył żołnierz.
– Będziemy posiłkować się kupcami. Całą armię przerzucamy najciszej jak możemy na południe, do marchii. Wesprzemy odpowiedniego kandydata do tronu. Naszym priorytetem jest utrzymanie granicy z Atrią. – oświadczył kończąc, jednak szybko się zreflektował – Pięć tysięcy poślij do plemion.
– Tak mój panie. – wraz z tymi słowami rozległ się szczęk zbroi, towarzyszący szybkim krokom, zmierzającym ku wyjściu.
– Hmm… Nasz status?
– Dwadzieścia tysięcy na północnej granicy. Piętnaście na południowej. Wschód i zachód po tysiącu. W różnych zakątkach państwa koło dwóch tysięcy. Braki w wyposażeniu. Niskie morale. – zameldował rozmówca.
– Czeka nas sromotna porażka. – szepnął ponuro, a po chwili ciszy dodał – Poddajemy państwo. Statki gotowe?
– Nie wszystkie. – oświadczył żołnierz.
– Będziemy posiłkować się kupcami. Całą armię przerzucamy najciszej jak możemy na południe, do marchii. Wesprzemy odpowiedniego kandydata do tronu. Naszym priorytetem jest utrzymanie granicy z Atrią. – oświadczył kończąc, jednak szybko się zreflektował – Pięć tysięcy poślij do plemion.
– Tak mój panie. – wraz z tymi słowami rozległ się szczęk zbroi, towarzyszący szybkim krokom, zmierzającym ku wyjściu.
W momencie, gdy drzwi za wychodzącą postacią
zamknęły się, czerwonoskóry osobnik machnął znów dłonią, by przywrócić posadzkę
do należytego stanu.
– Twój pan nie powróci Rier. Udaj
się ze mną, – rzekł do sługi.
– Jeśli tego sobie życzysz. – ten zaakceptował wszystko niezwykle szybko.
W jego głowie pojawiła się jednak jedna
wątpliwość, którą zechciał rozwiać.
– Liczebność i wyposażenie nie
powinno mieć znaczenia. – zauważył.
– Gdy walczysz bronią niekonwencjonalną, tak. My jednak chcemy zmienić ten
świat, szanując jego zasady. – rozległa się odpowiedź, po której jegomość w
garniturze usiadł na tronie, głaszcząc swą bródkę i drapiąc się ogonem po
głowie.
Komentarze
Prześlij komentarz