Wolność

     Cienista postać siedząca za biurkiem, wodziła delikatnie stalówką trzymanego pióra po kartce papieru, będącą jedną z wielu. Chłodny wiatr wieczora wpadający przez rozwarte na oścież drzwi balkonowe, starał się zdmuchnąć ją jak niewielki płomień świecy. Wraz z nim sprzymierzył się blask bladego księżyca, pragnący rozproszyć jej istnienie.  Dodatkowo płonący do niedawna w kominku ogień zgasł, ustępując miejsca nieprzyjemnemu zimnu. Mimo to zaklęta w pisaniu istota nie odrywała się od swego zajęcia. Zupełnie jakby istniała tylko dla tej konkretnej czynności.

– Wspaniałe… – odezwała się niespodziewanie popielatowłosa kobieta zaległa na kanapie, nie mogąca oprzeć się potrzebie wyrażenia swoich odczuć.

     Wtem jakby naprzeciw jej pragnieniom, obserwowany przez nią osobnik zamarł na moment, a następnie odłożył trzymany w dłoni przedmiot i podniósł się z wolna.

– Nie… Błagam. Jeszcze nie… – jęczała cichutko, wbijając paznokcie w malachitową kanapę jakby cierpiała niezwykle bolesne męki.

     Cienista postać nie reagowała jednak na jej błagania i kierowała się miarowym krokiem w stronę zamkniętych drzwi jedynie po to, by rozwiać się jako czarny dym w połowie swej drogi.

– Nie… Nie… – łkała bezgłośnie, odczuwając rosnącą w niej z każdą chwilą pustkę.

     Nagle, w czasie nieodpowiednio odpowiednim, rozległo się donośne pukanie, po którym nastąpiło otwarcie się wejścia.

– Moja pani. Przyniosłem napar. – rzekł stary sługa, wchodząc do wnętrza.
– Dziękuję Daranie. – odezwała się przecierając dłońmi twarz, by wyzbyć się oplatających ją więzów chwili poprzedniej.
– Życzy sobie pani jeszcze czegoś? – padło pozbawione emocji pytanie.
– Nie Daranie. Możesz odejść. – powiedziała zmęczonym głosem, odbierając naczynie z gorącym płynem.
– Jak sobie moja pani życzy. – rozmówca skłonił się , a następnie opuścił pokój zamykając za sobą drzwi.

     W tej chwili młoda dziewczyna pozostała sama w melancholijnej pustce wraz ze swoimi myślami i kubkiem wypełnionym po brzegi napojem o niecodziennym smaku.





     Starszy kamerdyner stawiał swe kroki w sposób niezwykle precyzyjny, jakby każde potknięcie mogło doprowadzić do stosunkowo dużej katastrofy. Przy tym skupiał się na wszechobecnej popieli, która zaczynała powoli ciemnieć i przechodzić w inny kolor. Będąc skupionym na dwóch tych działaniach nie zwracał w ogóle uwagi na błyskawicznie zmieniające się pory dnia i nocy. Nie zważał również na tworzące się i upadające za wielkimi oknami krajobrazy. Po prawdzie mógłby to robić, lecz strach, iż coś przyciągnie jego myśli na tyle, aby go zatrzymać, trzymał go z dala od tego pomysłu.

     Niespodziewanie, gdy wkoło zapanował kolor różu indyjskiego, za jednymi z drzwi odezwał się wrzask wściekłości i zrezygnowania. Nie mogąc go zignorować, stary sługa zapukał delikatnie i wkroczył do zarzuconego wyszukanymi sukniami wnętrza.

– Moja pani. – skłonił się, szukając sobie optymalnej drogi do nagiej kobiety, siedzącej przy ogromnym lustrze.
– Och! – przeraziła się ta – Daranie. Nie zauważyłam cię.
– Dopiero co wszedłem moja pani. – odparł, starając się nie nadepnąć na niezwykle drogą garderobę, zaległą na podłodze.
– Daranie! Pomóż mi! Jestem bezsilna… – mówiła żałosnym głosem.
– Oczywiście moja pani. Po to tu jestem. – rzekł, zaczynając sprzątać.
–  W co mam się ubrać? Na pewno będzie gorąco. Nie chcę jednakowoż odkrywać zbyt dużo ciała, aby nie pomyślał, że jestem… Z drugiej strony nie chcę ubierać się za bardzo, abym nie wyszła na zamkniętą i… Daranie… – głośne rozmyślania pozbawionej odzienia damy nie pozwalały na łatwe skupienie myśli.
– Moja pani. – zaczął ostrożnie sługa – Może by tak zacząć od zmiany koloru?
– Nie! – stwierdzenie było ostre i stanowcze.
– Oczywiście. Róż nigdy nie wychodzi z mody.
– Nigdy. – przyznała nienawistnym głosem.
– Czy to musi być suknia? – zapytał, podnosząc kolejny z ciuchów.

     Po tym pytaniu nastała krępująca cisza, podczas której naga kobieta wpatrywała się w swoje odbicie jakby miała zobaczyć w nim odpowiedzi na swoje pytania.

– Pomyśl moja pani. Suknia zdecydowanie ograniczałaby pani ruchy. W dodatku nie byłoby mowy o jakikolwiek większych aktywnościach. Znając zaś panią zaraz wtrąciłaby się pani w jakąś dysputę, co doprowadziłoby do pojedynku. – stwierdził Daran, niemal kończąc sprzątanie.
– Jesteś genialny! – wrzasnęła rozmówczyni, a następnie poderwała się gwałtownie i wstąpiła w lustrzaną powierzchnię przed nią.
– Oczywiście moja pani. – potwierdził jej słowa.

     Nie minęło wiele czasu wyłoniła się z lustra, przystrojona w róż. Stanęła wtedy z rozłożonymi szeroko ramionami i zadowolona z siebie zaczęła wykonywać obroty, mające na celu ukazanie całej jej osoby.

– Idealnie moja pani. – skomplementował jej ubiór stary sługa.
– Prawda? Ta dopasowana koszula podkreśla moje wdzięki, nie ograniczając ruchów. Te spodnie zaś uwydatniają moje linie, również nie odbierając mi wielu możliwości. – radowała się kobieta.
– Nie zapominajmy o kozakach, którymi skopała już pani chyba każdego, kto panią zdenerwował. – westchnął Daran.
– Nie wyglądam zbyt męsko? – zaniepokoiła się nagle.
– Oczywiście, że nie. Pani wyczucie pozwoliło pani na dopasowanie odzienia tak, by uwydatnić pani kobiecość, jak również gotowość do podjęcia wyzwania. – sługa uspokoił ją.
– Jesteś niezastąpiony. Dziękuję. – wrzasnęła przepełniona szczęściem, rzucając się rozmówcy na szyję.
– Oczywiście moja pani. – przyznał ten, odwzajemniając uścisk, a następnie dodał – Pragnie pani jeszcze czegoś?
– Nie. Dziękuję Daranie. Teraz tylko muszę przygotować się psychicznie na spotkanie z nim. – westchnęła kierując się w stronę lustra, aby jeszcze raz popatrzeć na swoje odbicie.
– Teoretycznie nie spotyka się pani z nim, a z wielmożami ze… – nie zdążył dokończyć albowiem w jego stronę poszybowała różowa suknia, która wylądowała na jego głowie.
– Idź już Daranie. Nie psuj mi nastroju. – rzekła, udając podenerwowanie.
– Zgodnie z życzeniem. – pokłonił się, odłożywszy leżącą na nim kreację i opuścił pomieszczenie.

     Następnie, znajdując się już na korytarzu, ruszył swym precyzyjnym krokiem obserwując zmiany koloru, panującego we wnętrzu budynku. Szedł tym razem tak długo, aż nad przestrzenią nie zapanował pieszczący oczy szmaragd. Gdy to się wydarzyło, zwolnił trochę tempo, by ściszyć odgłos swych kroków i wkroczyć na zalany zielenią roślin, rozległy taras. Tam, niemal natychmiastowo, dostrzegł łysego, otyłego wielkoluda z zieloną brodą, siedzącego na jednej z pokrytych mchem ławek i delektującego się spokojem poranka.

– Podejdź Daranie. Chcę z tobą pomówić. – rozległo się spokojne polecenie.

     Stary sługa wykonał je i stanąwszy przy mężczyźnie rzekł, skłoniwszy się:

– Panie.
– Jak tam Rodit? Zaaklimatyzował się już? – padło pytanie.
– Oczywiście. Malec szybko się uczy. W takim tempie opanuje tajniki naszej sztuki jeszcze przed swymi piętnastymi urodzinami. – pochwalił młodzieńca.
– Myślisz, że to mu pomoże? – zapytanie wypełnione było wątpliwościami i troską.
– To jedyne co możemy zrobić, by pomóc mu w walce. – stwierdził, po czym dodał racząc swego rozmówcę niewielką ilością emocji – Ostatecznie jest tylko fragmentem czegoś większego. Kiedyś…
– Przestań Daranie. Wiem. Wiem i nic nie mogę zrobić. – otyły jegomość schował swą pomarszczoną twarz w dłoniach.
– Możesz być dla niego ojcem mój panie. To więcej niż mógłby chcieć. – rzekł, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.

     Ten zaś westchnął głęboko jakby zrzucał z siebie ogromny ciężar.

– Dziękuję Daranie.
– Nie ma za co mój panie. – rozległa się odpowiedź, po której  skłonił się i oddalił w stronę korytarza.

     Znajdując się w nim, nie podjął jednak swego precyzyjnego kroku. Miast tego szedł poprzez szmaragdowy świat z niezwykłą, jak na kamerdynera, swobodą. Robił to, ponieważ zmierzał do młodego panicza, o którym niedawno rozmawiał. Nagle jednak, ku swojemu zdziwieniu, gdy postawił znajdującą się w powietrzu stopę na dywanie, spostrzegł, iż całą przestrzeń zalała nieprzejrzysta, matowa czerń. Nie rozumiejąc jak to mogło się wydarzyć, spojrzał za siebie myśląc, iż może tam znajdzie swoją odpowiedź. Nie mylił się. Momentalnie ujrzał mężczyznę w czerni, zmierzającego w jego kierunku.

– Panie. – skłonił się nisko.
– Daranie. Wejdźmy proszę. Porozmawiajmy. – odezwał się radośnie jegomość, wskazując wielkie, mahoniowe drzwi, znajdujące się niedaleko.
– Oczywiście. – odrzekł sługa, otwierając wejście.

     Następnie, gdy obaj mężczyźni znaleźli się w pokoju z czarnym biurkiem, którego wierzch pokryty był taflą szkła lapis luna, jeden z nich odezwał się.

– Daranie. Nie sądzisz, iż nieposiadanie przeszłości jest wygodne? Można ją wtedy tworzyć bez przeszkód. Można zmieniać co się chce. Jedynym ograniczeniem jest to, iż trzeba ułożyć wydarzenia tak, aby pasowały do przyszłości. Chyba, iż nagle uznamy sobie, iż przyszłość chcemy zmienić. Jakież to wygodne. Tworzyć przeszłość, by zmieniać przyszłość.
– Tak mój panie. – odrzekł starzec, nie wiedząc jak ma zareagować.
– Znów zmieniłem koncept. Śmieszne, czyż nie? Tym razem… – rozmówca przerwał na moment, aby usiąść przy czarnej księdze – Skończył nam się czas. Uciekł ze swego więzienia. Ponownie i bezpowrotnie utracił to na czym mu zależało.
– Mój panie? – zapytał Daran, obserwując jak mężczyzna w czerni zapisuje coś swym piórem.
– Postawił krok. Ten, którego nie miał nigdy postawić. Nim ogarnął ich mrok. Postanowił go zbawić? – dyktował sobie, nie zważając na swego sługę.
– Panie? – pytanie zostało ponowione.
–Och. Wciąż tu jesteś? – rozległy się słowa pełne zdziwienia – Idź już. Nowe zniewolenie na ciebie czeka. Jak te wydarzenia szybko płyną…

     Widząc wyganiający gest dłoni, starzec skłonił się nisko i wyszedł z pokoju.

Odchodzimy ku nowemu
Pora zmienić dźwięków grę
Pora wkroczyć w inne życie
Jak w nieznaną, gęstą mgłę..."

     Usłyszał jeszcze nim rozległ się charakterystyczny odgłos zamykanych drzwi, wraz z którym nieprzejrzysta, matowa czerń na ścianach, zastąpiona została przez wyraźny szmaragd. Zaobserwowawszy to, ruszył błyskawicznie, niemal biegnąc. Kierował swoje kroki na dziedziniec zamkowy. Nie przejmował się niczym wiedząc, iż w tym momencie musi znaleźć się przy młodym paniczu, przeżywającym swego rodzaju zapaść. Wnet udało mu się dotrzeć w upragnione miejsce. Tam, stojąc jeszcze na szczycie licznych schodów, dostrzegł szamoczącego się w agonii chłopaka.

– Daranie! – wrzasnął łysy grubas z zieloną brodą, biegnący w stronę młodzieńca.

     Stary sługa jednak nie odpowiedział. Nie mógł wykonać żadnego ruchu, mając świadomość tego co zaraz się wydarzy. Wiedząc, co zaraz zrobi. Jego umysł przeszywało poczucie winy. Tchórz! Uciekaj! Krzyczało jego wewnętrzne ja, kierujące jego nogę do kroku w tył.

– Na co czekasz Daranie? Biegnij. – odezwał się głos mężczyzny w czarni, wraz z którym sługa poczuł mocne pchnięcie w plecy.

     Utraciwszy przez to równowagę i zapomniawszy o swoim strachu, przestąpił krok, którego miał nigdy nie postawić. Nim cały świat ogarnął mrok, podbiegł do młodzieńca i wraz z nim przestąpił bramy czasu. Nieświadomie postanowił go zbawić. Gdy zorientował się, co zrobił stał na opustoszałym dziedzińcu skąpanym w blasku pierwszego księżyca. W dłoniach trzymał nieprzytomnego chłopaka, którego przeznaczenie właśnie zmienił. Nie mając większego pojęcia, kiedy jest i co ma zrobić, spojrzał w stronę górującego nad nim zamku. Wtedy niespodziewanie dostrzegł jegomościa odzianego w czerń siedzącego na balustradzie jednego z balkonów i machającego dłonią w geście pożegnania.

– Panie. – wyszeptał kłaniając się odległej postaci, po czym poprawił swój chwyt i wyszedł przez ogromną bramę, kierując swe kroki w nieznany świat.





     Popielatowłosa kobieta zaległa na kanapie obtulonej kolorem malachitu, zbudziła się ze swego krótkiego i płytkiego snu. Jej mokre jeszcze od łez oczy bolały ją niemiłosiernie. W ustach zaś pozostawała niemiła suchość, którą postanowiła zwalczyć kilkoma cmoknięciami. Czując otępienie i zmęczenie w swych kończynach, przeciągnęła się, mrucząc przy tym jak kot. Teraz, gdy jej umysł otrzeźwiał, otrzymawszy większą dawkę tlenu, rozejrzała się wkoło. Dzięki temu uświadomiła sobie, iż nadal znajduje się w jego pokoju. Spoglądnąwszy w stronę wygaszonego kominka stwierdziła, iż spędziła tu dłuższą chwilę. Jak długą jednak? Tego dowiedziała się dostrzegając blask ostatniego księżyca odbijającego się od błyszczącej tafli szkła lapis luna, pokrywającego wierzch czarnego biurka.

– Daranie? – zapytała mimowolnie.

     Niestety nic, prócz delikatnego wiatru, wpadającego przez rozwarte drzwi balkonowe, jej nie odpowiedziało. Westchnęła więc przeciągle i usiadła na skraju mebla, na którym się znajdowała. Wtedy spostrzegła pusty kubek, pozostawiony na ławie przed nią. Wywołało to u niej poczucie niepokoju i zdziwienia. Był to bowiem ewenement skali wielkiej, coś, co nie miało prawa się zdarzyć. Prawda jednakowoż była niezaprzeczalna, a fakt zaistnienia takiego zdarzenia nie mógł wróżyć nic dobrego.

– Daranie? – pytanie wyrwało się z jej ust po raz kolejny.

     Odpowiedź niestety nadal nie padła. Nie rozległo się też pukanie do drzwi. Była jedynie cisza przerywana przez podmuchy wiatru. Dziewczyna postanowiła więc wstać i iść poszukać swego, starszego wiekiem sługi. Stojąc już na nogach, skierowała się jeszcze lekko chwiejnym krokiem w stronę drzwi. Znalazłszy się przed nimi i mając już opuszczać pomieszczenie, usłyszała pod swą stopą szelest papieru. Ze zdziwieniem popatrzyła się na podłogę, na której spostrzegła zmiętą i poszarpaną kartkę, która wyglądała jakby została skądś wyrwana. Nie zastanawiając się wiele wzięła ją w dłonie i zaczęła czytać zawartą w niej treść.

„Sług niezliczonych otoczył mnie tłum.
Każdy na me zawołanie.
Każdy na skinienie jedno me.
Jakiekolwiek pragnienie.
Gdziekolwiek.
Cokolwiek.
Będzie tak jak chce.
Sług moich jak cieni podążających.
Każdy rozkaz.
Każde me życzenie.
Wszyscy według mego słowa.
Władza i potęga.
Ciemność pochłania mnie.
Sług nieliczonych słyszę pieśń.
Jeden tron.
Na nim każdy spocząć chce.
Głuchy dzwon.
Wybrzmiewa każdy ich fałszywy dźwięk.
Sługi moje w otoczeniu.
Pozornie służą jedynemu mnie.
Idą za mną.
Mój krok, ich krok.
Szaleństwo ogarnia mnie.
Bawię dobrze się w amoku.
Kolor mi ucieka gdzieś.
Rozszarpują mnie szpony mroku.
W nim odradzam nowy się.
Wieczność jedna.
Wieczny sen.
Krok za krokiem.
Śpiewam pieśń.
Sługi niezliczone otaczają mnie.
One służą.
Ja też służę.
Jestem sługą.
Cieniem pana.
Podążam za tym, kto u władzy jest.”

     W chwili, w której wymówiła ostatnie słowo, poczuła przedziwne mrowienie. Zupełnie jakby osoba, która to napisała, oplotła ją swymi ramionami i wtuliła się w nią z siłą, ale też delikatnością. Z tym uczuciem skierowała się w stronę biurka, mając za zamiar przejrzenie czarnej księgi, w poszukiwaniu miejsca na brakującą stronę. Nim jednak zdążyła to zrobić do jej uszu dotarły odgłosy krzątaniny dochodzące zza drzwi. To wydarzenie sprawiło, iż kompletnie zapomniała o tym, co właśnie miała zrobić. Z tego też powodu upuściła nieświadomie trzymany przedmiot, a następnie ruszyła w stronę wyjścia. Otworzyła je z impetem i pewnością siebie tylko po to, by znalazłszy się na skąpanym w popieli korytarzu, dostrzec niezliczoną ilość bladych sług, krzątających się przy swoich pracach.

– Moja pani. – skłoniła się piękna pokojówka, ubrana w popielatą sukienkę, zakrywającą kolana, z szaroczarnym fartuszkiem, buty na niskim obcasie i podkolanówki również w kolorze popieli – Potrzebuje pani czegoś?
– Szukam Darana. – odpowiedziała stanowczo, rozglądając się po zatłoczonym, jak na ten zamek, korytarzu.
– Darana? – rozległo się pytanie pełne zdziwienia – Proszę o wybaczenie, lecz nie znam nikogo o takim imieniu i nie wiem gdzie może się znajdować.
– Nie szkodzi. Wracaj do pracy. – rzekła, odchodząc w zamyśleniu.

     Dziewczyna, z którą rozmawiała powiedziała do niej coś jeszcze, lecz ona już nie słuchała. Mijając co chwila przeróżne sługi i strażników w popielatych zbrojach, zaczynała coraz bardziej zanurzać się w swoje myśli, tracąc tym samym kontakt z rzeczywistością.





    Dźwięk szkła kładzionego na drewnie, otrzeźwił uwięzioną w pułapce marazmu dziewczynę.

– Czy coś się stało moja pani? – zareagowała momentalnie służka, stawiająca na długim stole naczynia z jedzeniem.
– Nie… – odrzekła niewyraźnie, szukając w pamięci tego, jak się znalazła w tym miejscu.

     Będąc jednak rozpraszaną i nie mogąc do niczego dotrzeć, machnęła ręką tak jakby chciała wymieść wszystkich ze swego otoczenia. Dzięki temu znalazła się momentalnie sama. Mimo to nadal nie potrafiła przywołać żadnych wspomnień. Postanowiła więc porzucić daremne próby, by skupić się na teraźniejszości. Oparła się więc wygonie na krześle, na którym zasiadała, a następnie rzuciła okiem na mebel stojący przed nią, który dźwigał ogromną ilość potraw różnego rodzaju.

– Jedzenie? – zdziwiła się, szukając w pamięci momentu kiedy ostatnio coś jadła.

     Nagle zdała sobie sprawę, iż od wielu dni nie tylko nie tknęła, ale nawet nie widziała żadnego posiłku. Co dziwne nie czuła głodu. Przynajmniej nie takiego jak powinna i nie ku pożywieniu. Jedyne pragnienie, które dręczyło ją niemiłosiernie, domagało się gorącego, czarnego napoju dostarczanego jej przez starego sługę.

– Daranie. – rzekła mimowolnie w nadziei na odpowiedź.

     Nic się jednak nie stało. Nie odpowiedział jej nawet najmniejszy szmer. Nadal pozostawała w samotności. Zrezygnowana sięgnęła więc po zaległe przed nią krewetki. Złapała w palce jedną z nich i powoli zaczęła przybliżać do swych wysuszonych ust. W końcu wzięła kęs, który miast okazać się soczystym i smakowitym, przedstawił się jako suchy, a także smakujący jak proch. By więc zanegować tą niekorzystną dla kubków smakowych prezencję, sięgnęła po wypełniony czerwonym płynem kielich. Upiła z niego łyk i szybko tego pożałowała. Jej jamę ustną wypełniła gęsta, cierpka ciecz, będąca niezwykle słona i kwaśna zarazem. Czując nadchodzącą falę mdłości, wypluła wszystko na podłogę z grymasem odrazy na obliczu. Po tym podniosła się ze swego siedziska i pośpiesznym krokiem skierowała się w stronę wyjścia. Nim jednak odeszła od stołu kilka kroków, spojrzała na niego raz jeszcze. Ujrzała wtedy jak całe przepiękne jedzenie zaczęło w nienaturalnie szybkim tempie się psuć i rozpadać, by w końcu zająć się szarymi płomieniami, a następnie zmienić się w marny popiół. Ten widok przyprawił ją o jeszcze większe mdłości, jak również zachęcił do błyskawicznego opuszczenia pomieszczenia.




     Przemierzając korytarze bez większego celu, starała się opanować mętlik panujący w jej głowie i narastające uczucie beznadziei. Była skupiona na tym tak bardzo, iż momentami miała wrażenie, iż jednym swoim krokiem przemierzała połowę zamku, który wydawał się być teraz niekończącym się labiryntem. W końcu, nie mogąc wytrzymać pędzącego wokół świata, zatrzymała się i spojrzała przez okno. Nie ujrzała jednak nic prócz ostrych promieni słonecznych skutecznie tłumiących jej zmysł widzenia. Odwróciła więc wzrok i ku swej irytacji ujrzała zmierzającą w jej stronę postać młodego sługi o popielatych włosach. Chcąc uniknąć spotkania z nim, otworzyła drzwi, obok których się znajdowała i wpełzła do wnętrza pokoju. Zamknęła oczywiście przejście za sobą, po czym osunęła się na podłogę, czując jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Niespodziewanie wszechobecne powietrze przyniosło do niej odgłos stalówki muskającej kartkę papieru.

– Ty… – westchnęła z nadzieją obracając głowę, by spojrzeć na cienistą postać zapisującą coś w czarnej księdze.

     Po tym, nie mając siły się podnieść, ruszyła na czworakach w stronę biurka, a znalazłszy się przy nim, zaczęła się dźwigać, opierając o nie. W chwili, w której stała na tyle, by wyściubić nos ponad wierzch mebla, jej oczom ukazał się obrazek, który mógł ją tylko zrujnować. Otóż istota, do której pragnęła się zwrócić, odłożyła już swoje pióro i właśnie podnosiła się ze swego krzesła.

– Nie… – jęknęła, wiedząc, iż jej słowa nic nie zdziałają – Nie rób mi tego…

     Oczywiście istota pozostawała głucha na jej błagania. Szła tylko miarowym krokiem w stronę wyjścia.

– Nie! – wrzasnęła żałośnie dziewczyna, rzucając się ostatkiem sił w jej stronę.

     Nim jednak doleciała do swego celu, ten już uleciał jako czarny dym. Doprowadziło to do tego, iż pozbawiona sił, poleciała z impetem na regał z książkami, w który niefortunnie uderzyła głową.

– Aaaa… – wysyczała, nie mogąc nawet unieść swej dłoni w celu sprawdzenia, czy nie odniosła większych obrażeń.

     Wnet poczuła nienaturalne ciepło spływające z czubka jej głowy, po czole, policzkach i szyi. Nie wiedzieć czemu uczucie to sprawiło, iż zaczęła się śmiać. Robiła to radośnie jak małe dziecko, które bawiąc się beztrosko uczyniło coś niespodziewanie przyjemnego. Jednakowoż jej dobry humor nie trwał długo, albowiem nawet nie wiedząc kiedy straciła przytomność.




     Odgłos radosnych podskoków niósł się korytarzami, mimo bycia wytłumianym przez miękki dywan. Towarzyszył mu niezwykle nienaturalny śmiech, brzmiący jakby ktoś uwalniał go na wiecznym bezdechu. Oba te dźwięki trwały i trwały, albowiem żaden popielatowłosy osobnik, który pechowo znalazł się na drodze panienki, będącej ich źródłem, nie śmiał jakkolwiek ich zakłócić. Tak było przynajmniej do momentu, w którym rozweselona dziewczyna nie wtargnęła z dużą prędkością do ogrodu, porządkowanego przez liczne sługi.

– Moja pani. – skłonił się blady mężczyzna, noszący słomiany kapelusz z szerokim rondem na głowie, ubrany w bawełnianą koszulę, ogrodniczki, a także wysokie buty.

     Reakcja młodej damy na te słowa była błyskawiczna. Zatrzymała się w mig i tracąc swój uśmiech, zbliżyła się do poddanego. Następnie stanąwszy przed nim, zlustrowała go wzrokiem. Gdy skończyła, spojrzała głęboko w jego oczy. W tej chwili jej kąciki ust znów zaczęły się unosić. Robiły to najpierw łagodnie i delikatnie. Później wyraźniej i radośniej, aż w końcu dotarły do momentu, w którym zaczęły niepokojąco i przeraźliwie walczyć ze swymi ograniczeniami, starając się uciec wyżej niż było im dane. W tej chwili na obliczu sługi zaczęło rysować się zmieszanie, lecz nim zdołało się ono w pełni ukazać, zostało zmienione na grymas zdziwienia i bólu. Powodem tego była dłoń popielatowłosej dziewczyny, wydającej z siebie przeraźliwe dźwięki śmiechu, która przebiła się przez warstwy ubrań, skóry i mięśni, zagłębiając się w gorącym brzuchu, wypełnionym narządami.

– M… – chciał coś powiedzieć, lecz poruszająca się w stronę jego serca ręka, która bezlitośnie rwała wszystko co stanęło na jej drodze, skutecznie mu to uniemożliwiła.

     Tymczasem młoda dama zadowolona jak nigdy, napawała się odczuwaniem pulsujących naczyń, gorącem organizmu, przeszywającym ją bólem i różnorodnością płynów, którymi obmywała się jej dłoń. Gdy zaś dotarła w końcu do bijącego serca, które oplotła swymi palcami osiągnęła stan tak wielkiej ekstazy, iż aż nie potrafiła się opanować. Czuła przyjemność tak wielką, iż nie mogła jej znieść. Sięgnęła więc swą drugą ręką ku klatce piersiowej swej ofiary i bez większych przeszkód wyrwała z niej mostek, łamiąc przy tym wiele żeber i niszcząc płuca. Utorowawszy sobie tak drogę, wyrwała pompujący krew, czterojamowy narząd, po czym uniosła go ponad siebie, obserwując przy tym opadające na ziemie ciało. Śmiała się przy tym bezgłośnie, nie mając już nawet odrobiny powietrza. Wnet jej dłoń zacisnęła się mimowolnie w pięść miażdżąc, wciąż pracujące serce. W tym momencie dziewczyna zatrzymała się na moment. Spojrzała po sobie, a także po otoczeniu, jakby na moment obudziła się z przedziwnego snu. Wzięła głęboki wdech i jak gdyby nigdy nic, strzepnęła okalającą ją posokę. Po tym obróciła się na pięcie i na nowo ruszyła w radosnych podskokach, śmiejąc się wniebogłosy.




     Wielkie, mahoniowe drzwi otworzyły się z hukiem, w momencie, w którym popielatowłosa dama wpadła z impetem do skąpanego w blasku dnia pokoju.

– Stój! Cie…! – zaczęła krzyczeć, lecz nagle zreflektowała się i zadała sobie pytanie – Czy ja się nie powtarzam?

     Postanowiła jednak na nie odpowiadać, albowiem ujrzała, iż tego, do kogo chciała skierować swe słowa, nie ma przy biurku. Brak było też wypełniającego przestrzeń odgłosu pióra muskającego papierowe stronice. Lekko zdezorientowana rozejrzała się wkoło w nadziei. Dzięki temu dostrzegła cel swych poszukiwań, siedzący na balkonowej balustradzie. Nie zastanawiając się w ogóle nad powodem, dla którego tam był, ruszyła niemal biegiem, po czym bezmyślnie rzuciła się na niego. W chwili, gdy już miała opleść go swymi ramionami zorientowała się, iż już go nie ma i pozostał po nim jedynie ulatujący, czarny dym.

– Ach… – westchnęła doszedłszy do wniosku, iż w bezmyślny sposób straciła grunt pod nogami i teraz czeka ja upadek z dużej wysokości.

     Zamknęła więc oczy i nie otwierała ich przez dość długi okres czasu. Gdy w końcu zdecydowała się to zrobić, czując, iż coś jest nie tak, uświadomiła sobie, iż w ostatnim momencie udało jej się złapać krawędzi balkonu. Pomyślała, iż teraz powinna podciągnąć się, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jednakowoż zwis w takiej odległości od ziemi spodobał jej się tak bardzo, iż aż postanowiła dać sobie jeszcze kilka minut. Potem, znudziwszy się już, podciągnęła się, przetoczyła przez balustradę i wgrzebała do wnętrza. Będąc w nim, wczołgała się na malachitową kanapę, a następnie z uśmiechem na twarzy oddała się kuszącemu ją snu.





     – Witam panienkę. – pośród okrytej czernią pustki odezwał się niski, dudniący głos – Czy panienka też śni ten sen? Czy może panienkę zdradził cień?
– Nie… – westchnęła dziewczyna wyraźnie zmęczona.
– Więc panienka w odwiedzinach? – rozległo się kolejne pytanie – W przejściu między rzeczywistościami?
– Nie… – nastąpiło ponowne westchnięcie.
– Panienka nie wie czego chce. Szuka cienia w ciemności. Czegoś pomiędzy niczym. Niczego pomiędzy czymś. Panienkę zmorzył krótki sen. – stwierdził głos, po czym ucichł na dobre.
– Nie… – wyrwało się westchnięcie z jej ust, po raz kolejny.

     Po nim zaś nastąpiło nagłe wrzaśnięcie, któremu towarzyszyło nagłe rozbudzenie się.

– Gorąco… – jęknęła i pod wpływem chwili zaczęła się rozbierać.

     W momencie, w którym leżała już naga, zaczęła mocniej odczuwać palący jej skórę żar i bezlitosne kłucie jakby ktoś nieprzerwanie nakłuwał całą powierzchnię jej ciała, tworząc różnorakie wzory. Nie mogąc wytrzymać dręczących ją tortur, zgramoliła się z kanapy, by kolejno skierować się ku drzwiom i opuścić pokój. Niestety nim dotarła do wyjścia, a konkretniej w połowie jej drogi poczuła bezwład w swych kończynach. Upadając bezwolnie na podłogę udało jej się spojrzeć na swe ciało, które prawie całe pokryło się już czarnymi wzorami, wijącymi się jak jadowite żmije. Wtem jej świadomość poddała się i zniknęła jak gdyby nigdy jej nie było.





     Gdyby miał oczy, otworzyłby je. Gdyby miał uszy, zacząłby nasłuchiwać. Gdyby jakiekolwiek zmysły miał, rozbudziłby je. Niestety jako marny cień mógł tylko zalegać na nasiąkniętej krwią ziemi, pomiędzy stosami poniszczonych mieczy, tarcz, toporów, kopi, hełmów, polami pustych zbroi, wszelkiego rodzaju uzbrojenia. Mógł tylko oczekiwać na swą bezsprzeczną dezintegrację, snującą się wkoło wraz z idealnie białym światłem. Gdyby miał świadomość. Gdyby był kimś więcej niż tylko marnym cieniem czułby delikatny wiatr, przesmykujący się między chaosem rzeczy, by muskać jego jestestwo. Słyszałby wygrywaną przez przestrzeń pieśń milczenia, przepełnioną niezliczonymi dźwiękami, na które składał się płacz, wrzask cierpienia i radości, czy gniewu lub szaleństwa. Dostrzegałby jaśniejące promienie, odbijające się od każdego rzeczywistego, czy nie, przedmiotu. Wysiliłby swe niekoniecznie istniejące ciało i dźwignąłby je do względnego pionu. Wtem spojrzałby swym wzrokiem w niedaleki horyzont, pożerany przez nieskazitelną biel. Wpatrując się bezmyślnie w przesiąknięty krwią obraz pobojowiska, który miał zniknąć jak gdyby nigdy go nie było, poczułby w sobie coś, co sprawiłoby, iż postąpiłby krok. Po chwili szedłby już chwiejnie, zmierzając w stronę szarego od popiołów lasu. Niestety był tylko marnym, nic nie znaczącym cieniem wydarzenia, które gdzieś umknęło. Zalegał więc jedynie, oczekując swego końca. Szkoda, iż nie mógł wiedzieć, iż ten nigdy nie nadejdzie. Szkoda, iż nie mógł uświadomić sobie, iż jest jedynie naczyniem czekającym na kolejnego kandydata do tronu ciemności. Wielka, okropna szkoda. Gdyby tylko dostąpił zaszczytu. Gdyby tylko ofiarowano mu te kilka słów. Ktoś mógłby się nad nim rozwodzić. Ktoś mógłby go zauważyć. Ktoś mógłby użalić się nad nim. Ktoś uczynić mógłby go czymś więcej. Tak jednak był z niego… Choć nie było żadnego jego. Był tylko marny cień.





     Cienista postać, która podniosła się z trudem z skąpanej w krwi ziemi, westchnęła, czując zmęczenie w nieistniejących, aczkolwiek zastałych mięśniach. Następnie przeciągnęła się, wywołując liczne strzyknięcia. Po tym rozejrzała się wkoło, a skończywszy utkwiła wzrok w nie tak odległym, ulegającym wiecznej dezintegracji horyzoncie.

– Horyzont Zdarzeń? – zadała sobie w myślach pytanie, które natychmiast rozbrzmiało w przestrzeni echem niezliczonej ilości głosów.

     Nie otrzymawszy odpowiedzi, której się nie spodziewała, ruszyła chwiejnym krokiem w stronę, szarego, od popiołów pokrywających liście, lasu. Z każdym kolejnym krokiem próbowała odpędzić od siebie wrażenie, iż kiedyś już była w tym miejscu. Nie udawało jej się to, więc w momencie, w którym przekroczyła linię drzew i znalazła się na wybrukowanej drodze, zagłębiła się w swój umysł, pozwalając sobie przywołać skute lodem wspomnienia.

– Byłam tutaj. – rzekła do siebie.
– Byłaś tutaj. – zawtórowało jej echo, wydobywające się z ciemności lasu.

     Po tym ogromna ilość głosów zaczęła mruczeć i nucić, tworząc tym samym melodię, która w mig wypełniła wszystko co mogła. Chwilę później do unoszącej się wokół muzyki dołączyły słowa.

„Pani młoda będzie jedną z nas.
Krok. Stawia krok.
Pokłon dla wieczności.
Patrz kukiełka idzie w bok.
Pani młoda rządziła.
Krok. Następny krok.
Pokłon dla rzeczywistości.
Zabawnie błądzi pusty wzrok.
Pani młoda ma swój czas.
Krok. Zwykły krok.
Pokłon dla ciemności.
Dąży w coraz głębszy mrok.
Pani młoda będzie służyła.
Krok. Ostatni krok.”

     Gdy na rzeczywistość spadła nagła, martwa cisza, cienista postać zatrzymała się. Stała teraz na niewielkim placu, na którego końcu znajdował się niewyobrażanie wielki tron z czarnego, matowego kryształu.

– Byłam tu. – mruknęła, zbliżając się do niecodziennego siedziska, w celu zasiądziecie na nim.
– Nie byłaś tu.– odpowiedziało echo, sprawiając, iż jej ciało, które prawdopodobnie przez całą drogę było materializowane, zaklęło się w bezruchu.

     Skonfundowana tymi słowami zajrzała do swej pamięci, by wyciągnąć na wierzch odpowiednie wspomnienia. Podczas tego czuła przyszywające ją nieprzyjemne zimno. Zupełnie jakby niewielkie kryształki lodu kuły ją pod czaszką. Ignorowała to jednak, nie chcąc rezygnować z należącej do niej wiedzy. Ból niestety nasilał się i z czasem urósł do tego stopnia, iż jej palce zaczęły bezwiednie wbijać się paznokciami w głowę, chcąc uwolnić ją od roznoszącego od wewnątrz ciśnienia. Odczuwane cierpienie szybko zaczęło się manifestować również poprzez rozdzierający przestrzeń, żałosny wrzask. Kto wie, co jeszcze by się wydarzyło, gdyby popielatowłosej damy nie powstrzymał skąpany w cieniach osobnik, który pojawił się nie wiedzieć skąd.

– Ty? – na twarzy kobiety rysował się szok wymieszany z zmieszaniem, grymasem bólu, ulgą i radością – Ty!

     Wykrzykując to jakże nieskomplikowane słowo, rzuciła się na niego i… Upadła utraciwszy równowagę. Zdezorientowana leżała na ziemi analizując to co się właśnie wydarzyło. Z jej oczu zaczęły wnet płynąć słone łzy. Teraz, gdy była już tak blisko. Teraz, gdy poczuła na sobie jego dotyk.

– Czemu?! – wrzask rozpaczy, który urzeczywistniła w swoim umyśle, odbił się echem poza nim.

     Zawstydzona tym co właśnie się wydarzyło, podniosła się momentalnie i otarła spływające po jej bladych policzkach krople. Wtedy spojrzała ku siedzącej na tronie postaci, którą przed chwilą próbowała przytulić. Na ten widok porzuciła wszelki rozum i zapragnęła zbliżyć się do niej. Niestety mimo wszelkich starań nie mogła się poruszyć. To spowodowało nagły napływ wściekłości i determinacji. Z nimi po raz kolejny spróbowała się ruszyć. Znów jednak jej starania spełzły na niczym. Zrezygnowała więc z prób i skupiła się na wpatrywaniu się w tego, który wydawał się teraz zastanawiać na jej losem.

– Wyglądasz jakoś inaczej. Świadomie. Jakby w końcu twe myśli zakotwiczyły się w jakimś temacie. – stwierdziła, odprężając się.

     Nagle usłyszała za sobą dobrze znany głos.

– Moja pani.
– Daranie? – zaszokowana, obróciła się by dostrzec cień, imitujący postać starego sługi, skłaniający się ku innemu, udającemu ją.
– Wracajmy moja pani. – rzekła nieudolna kopia starca.
– Wracajmy… – westchnęła w odpowiedzi jej postać, po czym oba cienie rozpłynęły się, wracając do ciemności pomiędzy drzewami.
– Byłaś tutaj. Przeszłaś długą drogę. On jednak przyszedł po ciebie. Zabrał cię z powrotem. Skuł twe moce lodem. – odezwał się nagle mały chłopiec, który tak szybko jak pojawił się koło niej, zniknął.
– Ach… – westchnęła w podzięce za wyjaśnienie, którego wcześniej szukała.

     W końcu zwróciła się znów w stronę tronu. Wtedy zauważyła, iż cienisty osobnik zeszedł z niego, by zbliżyć się do niej. Gdy stanął przed nią, wyciągnął dłoń i położył ją na jej głowie. W chwili, w której to zrobił, zalała ją nieopisana ciemność, którą odczuła dwojako. Z jednej strony miała wrażenie jakby ciało ukochanej osoby, oplatało się na niej, dając jej błogie ukojenie. Z drugiej czuła na sobie niewyobrażalny ból, kujący każdy zakamarek jej istnienia jakby najgorszy wróg, psychopatyczny oprawca torturował ją z ogromną pasją. Zanurzona w tych doznaniach, nawet nie zauważyła, gdy w nich utonęła.





     Odgłos stalówki muskającej kartkę papieru roznosił się w przestrzeni pokoju, skąpanego w blasku księżyca, padającego na wierzch biurka, pokrytego szkłem lapis luna. W kominku płoną radosny ogień, który tańczył mistyczny taniec jakby próbował przekazać jakąś ciekawą historię. Zimny wiaterek, wpadający przez otwarty na oścież balkon, przynosił wytchnienie od panującego we wnętrzu zaduchu i gorąca. Pośród wszystkich tych wydarzeń komponujących się w jedną chwilę, na skórzanej kanapie w kolorze malachitu, leżała młoda, popielatowłosa dama, która powoli zaczynała wybudzać się ze snu, brata śmierci. W trakcie, gdy wszystkie jej zmysły starały się zaadoptować do rzeczywistości, jej umysł błądził jeszcze po melancholijnej pustce. W czasie, w którym rozbudziła się kompletnie, usiadła na skraju mebla i rozejrzała się po wnętrzu. Czując ukojenie płynące od otoczenia, przetarła swą twarz lekko bladą dłonią. Zrobiwszy to, dostrzegła czarne znaki, rysujące się na jej ręce. Zdumiona tym faktem, zbadała całe swoje ciało, by uświadomić sobie, iż całe ono pokryte jest tajemniczymi, statycznymi wzorami, które wyglądały jakby w pewnych okolicznościach miały się poruszyć. Wpatrywała się w nie oczarowana, do momentu, gdy do jej uszu nie dotarł dźwięk rytmicznie stawianych kroków. Jej ciało zareagowało odruchowo na ten bodziec i zerwało się w stronę cienistej postaci, kroczącej w stronę wyjścia. Umysł nawet nie próbował interweniować, wiedząc jak skończy się ta scena. Nie mógł wiedzieć, iż akurat tym razem jego przewidywania będą błędne. Stało się bowiem coś niespodziewanego. Dziewczyna złapała kroczącą istotę i zamknęła ją w niepewnym uścisku. Nim jednak zdążyła uzmysłowić sobie nowe doświadczenie, zorientowała się, iż wszystko nagle się zmieniło, pozostając równocześnie takim samym. Siedziała teraz przed otwartą księgą w kolorze czerni, a w dłoni trzymała czarne pióro. Nie rozumiejąc sytuacji, spojrzała wkoło i uświadomiła sobie, iż nie rozumie tego co widzi. Świat, który się jej prezentował był tym, który odbierała na co dzień swymi zmysłami, a także czymś czego nie potrafiła opisać. Zdawało się jej jakby była ponad nim. Jakby mogła przebyć go wskroś i wszerz, by kształtować, zmieniać i niszczyć. Nie mogąc ogarnąć tego swym umysłem, skupiła się ponownie na leżącej przed nią księdze. Wtedy dojrzała w niej słowa, które opisywały całą jej rzeczywistość, to co się wydarzyło, wydarza i wydarzy. Czym…? Chciała zapytać, lecz nie wiedziała, czy stawia dobre pytanie. Nie mogła zrozumieć, równocześnie wszystko rozumiejąc. Nagle, w przypływie jakiś emocji, zacisnęła mocniej trzymane w dłoni pióro i zaczęła nim coś zapisywać. W wyniku jej wtrącenia się, przy płonącym radośnie ogniu, pojawiła się cienista istota.

„Czy będę sobą gdy napiszesz mnie?
Gdy dłoń twa wodząca
Atrament rozprowadzi
Kim będzie ten?
Kim zastąpisz mnie?
Piórem zapiszesz
Słów prawdy i kłamstwa
Znaczenia bez znaczeń
Któż mną stanie się?
Choć jesteś mną
Ja jestem tobą
Gdy spiszesz rzeczywistości
Będę ja?
Czy nie będzie mnie?”

     Słowa które zalały przestrzeń nie należały do niej, choć była fragmentem tego, który je wypowiadał. Dostrzegłszy to, wiedziała już, iż to czego właśnie doświadczała było ponad nią. Choć może zostało to jej jedynie wmówione? Tak, czy siak, dziewczyna zrzekła się tego, upuszczając trzymany w dłoni przedmiot. Pech chciał, iż urzeczywistniła tą czynność nad jedną ze stronic, którą wnet pokryła nieprzejrzysta czerń atramentu. Nagle cały świat ją otaczający rozpadł się, ulatując jako czarny dym. Ona zaś zapadła w nieskończoność białej pustki.





    Młoda, popielatowłosa kobieta ubrana w obcisłe spodnie, wysokie buty i bufiastą koszulę kroczyła po czerwonej kostce chodnika, nie wiedząc gdzie się znajduje. To co ją otaczało nie wyglądało jakby pochodziła z jej świata. Niespodziewanie dostrzegła spacerującego powoli, zamyślonego mężczyznę.

– Przepraszam. Gdzie ja jestem? – zapytała zmieszana.
– Gdybym tylko wiedział… – westchnął zrezygnowany.

     Czyżby on też się zgubił? Zapytała samą siebie w myślach, tylko po to, by powtórzyć to na głos.

– Pan też się zgubił?
– Można tak powiedzieć. Kiedyś jednak się odnajdę. Póki co wędruję sobie bez celu. – odpowiedział z uśmiechem.

     Dziewczyna chciała jeszcze o coś zapytać, lecz niespodziewanie rozpłynęła się w powietrzu tracąc świadomość.





     Stuk, stuk, stuk, stuk… Raz po raz odzywał się odgłos eleganckich butów uderzających o posadzkę. Ich echo niosło się zaś po całym zamku oświadczając, iż oto idzie ktoś, kogo nie powinno się zatrzymywać bez wyraźnego powodu.

– Ach… Krążę tu od wielu dni. Widzę tylko pustki krajobrazy. Mając wiedzę, lecz nie posiadając umiejętności. Czyż…? – mówił do siebie, gdy nagle przy jednym z okien zauważył przyodzianego w nieskazitelną liberę sługę – Oho…

     Szybko zbliżył się do niego i przyglądnąwszy mu się dokładnie, skacząc wkoło, rzekł:

– Rier jak mniemam?
– Tak panie. – osobnik skłonił się nisko, dopiero zauważywszy swego rozmówcę.
– O tobie też zapomniał? – zapytał, otrzepując swój czarny garnitur z kurzu, którego nie było.
– Zapomniał? – na twarzy Riera pojawiło się zdziwienie – Kto zapomniał?
– Czy to ważne? – prychnął niespodziewanie, po czym zaproponował – Przejdziemy się?

     Wypowiedziawszy to pytanie, nie czekał na odpowiedź. Ruszył po prostu w kierunku, w którym zmierzał wcześniej, pogwizdując przy tym radośnie.

– Przedziwne. Tyle się wydarzyło. Tyle minęło, a o nas, jak gdyby nigdy nic, zapomniano. Niemiłe to. Nieprawdaż Rier? – zapytał, po czym nie dając towarzyszącemu mu mężczyźnie szansy na wysłowienie się, kontynuował – Czas nam uciekł. Zabrał cząstkę, którą jeszcze w sobie noszę. Nasza umiłowana Lacentia odeszła. Zagubiona między stronicami, gdzieś się odnajdzie. Z pewnych źródeł wiem, iż moja wizja spełnić może się dzięki niej. Lecz cichutko. Mówić tego nie należy. Ten, który posiada ten świat, bawi w bohatera się. Zaś ja i ty, mój drogi Rier, nie będziemy tutaj siedzieć. Gdzieś udamy się.
– Panie? – sługa nie rozumiał wypowiedzi swego rozmówcy.
– Nie przejmuj się Rier. To nie do ciebie moje słowa. – rzucił, uśmiechając się grzecznie.

     Po tym szedł już w ciszy, choć jego kroku nie można było nazwać chodem. Były to raczej nieduże podskoki, wymieszane z krokiem odstawno­­-dostawnym i truchtem. Poruszając się w taki sposób, dotarł w pewnym momencie do sali jadalnej, w której stał ogromny stół, zastawiony niezliczona ilością jedzenia.

– To ci niespodzianka! – wykrzyknął radośnie, zbliżywszy się do mebla.

     Następnie sięgnął po leżące niedaleko jajko na twardo i uniósłszy je do oczu, wyciągnął swój szpiczasty język, którym z wolna je oplótł. Po zrobieniu tego wciągnął pożywienie do jamy ustnej i połknął je w całości.

– Mmm… Wyśmienite! – rzekł, po czym westchnął z przyjemności.

     Nie mogąc się powstrzymać, sięgnął po kolejne. Gdy zjadł już ich tuzin, przypomniał sobie, iż nie jest sam.

– Rier mój drogi. Zjedz coś proszę. Wyglądasz na głodnego. – zasmucił się tylko po to, by wypowiedzieć te słowa, po czym powrócił do swojego zajęcia.
– Dziękuje panie. – skłonił się sługa, a następnie zbliżył się do stołu i zaczął jeść.

     Minęło sporo czasu, zniknęło tyle samo potraw i w końcu iście królewska uczta dobiegła końca. Obaj jegomoście byli już pełni i szczęśliwi.

– Ach… Ciekawe dla kogo naszykowano tyle tego wszystkiego. Jak myślisz Rier? – zapytał ciemnoczerwony osobnik, lecz znów nie pozwolił, by padła odpowiedź.

     Zrobił to klaszcząc w dłonie dwukrotnie i kierując się w stronę wyjścia.

– Chodźmy. – rozkazał, a następnie wkroczył na korytarz.

     Szedł nim, razem ze swym towarzyszem, aż nie dotarł do sali tronowej. Będąc w niej, zasiadł wygodnie i niedbale na wymyślnym krześle, zwieszając nogi za oparcie.

– Panie? – Rier chciał coś powiedzieć, lecz znów nie było mu to dane.
– Jesteśmy do siebie podobni. Nie jako całość, lecz jako fragmenty. Ty jesteś cząstką rozbitego lustra, a ja jednym z jego odbić. – westchnął czerwonoskóry, pozwalając swojej głowie na odchylenie się w tył zgodnie z siłami grawitacji – Przy okazji. Jak tam Hier?
– Nie mam z nim kontaktu panie. Już od dłuższego czasu. – wyznał sługa.
– Interesujące. Cóż mogło się mu stać? – zaczął się zastanawiać, zamykając oczy.

     Niespodziewanie wielkie drzwi, usytuowane na drugim końcu pomieszczenia, zaczęły otwierać się z charakterystycznym skrzypieniem. Przy tym w przestrzeni rozniósł się odgłos ocierających o siebie elementów zbroi.

– Najwyższy czas! – wykrzyknął zmęczonym głosem jegomość w czarnym garniturze, po czym sturlał się ze swego tronu, upadł na twardą podłogę i podniósłszy się z uśmiechem na twarzy rzekł – Melduj.

     Cienista postać nosząca na sobie poniszczony, brudny pancerz, zatrzymała się zmieszana i zapytała:

– Gdzie nasza pani?
– Aktualnie wybyła. W czas jej nieobecności ja tu rządzę. – mówiąc to uśmiechał się, szybko jednak jego mina wyraziła zniecierpliwienie i groźbę – Melduj.
– Jednak… – wojak nie chciał odpuścić.
– Melduj. – rozkaz wypowiedziany niezwykle cicho, rozniósł się po pomieszczeniu, zyskując dodatkową grozę.
– Tak panie. – rozmówca uderzył się zaciśniętą pięścią w pierś – Większość królestw północy zerwało pakty. Te które się sprzeciwiły, zostały podstępnie zaatakowane i przejęte. Władca południowych marchii zmarł. Rozpoczęła się wojna domowa. Wschód pozostaje neutralny.  Plemiona zachodniego półwyspu wyraziły aprobatę dla naszych celów. Zadeklarowali wsparcie, jako niepodległy sojusznik.

     Wysłuchawszy słów żołnierza, czerwonoskóry osobnik pogładził swą czarną bródkę w zamyśleniu, a następnie machnął swą dłonią przed sobą. Ten nieszczególny ruch spowodował, iż nagle lwia część posadzki zaczęła się unosić i formować w dużych rozmiarów mapę świata.

– Nie jest wesoło… – mruknął, spoglądając na swój twór – Zjednoczona północ może nam zagrozić. Wojna na południu zainteresuje imperium Atrii. Padną marchie, padniemy wszyscy, zalani wojskami jastrzębia. Wschód poczeka, aż wszyscy wybijemy się nawzajem i wkroczy, gdy ujrzy największy zysk. Plemiona jako sojusznik? Co skłoniło radę plemion, do takiej decyzji?
– Co robimy mój panie? – zapytał wojak.
– Hmm… Nasz status?
– Dwadzieścia tysięcy na północnej granicy. Piętnaście na południowej. Wschód i zachód po tysiącu. W różnych zakątkach państwa koło dwóch tysięcy. Braki w wyposażeniu. Niskie morale. – zameldował rozmówca.
– Czeka nas sromotna porażka. – szepnął ponuro, a po chwili ciszy dodał – Poddajemy państwo. Statki gotowe?
– Nie wszystkie. – oświadczył żołnierz.
– Będziemy posiłkować się kupcami. Całą armię przerzucamy najciszej jak możemy na południe, do marchii. Wesprzemy odpowiedniego kandydata do tronu. Naszym priorytetem jest utrzymanie granicy z Atrią. – oświadczył kończąc, jednak szybko się zreflektował – Pięć tysięcy poślij do plemion.
– Tak mój panie. – wraz z tymi słowami rozległ się szczęk zbroi, towarzyszący szybkim krokom, zmierzającym ku wyjściu.

     W momencie, gdy drzwi za wychodzącą postacią zamknęły się, czerwonoskóry osobnik machnął znów dłonią, by przywrócić posadzkę do należytego stanu.

– Twój pan nie powróci Rier. Udaj się ze mną, – rzekł do sługi.
– Jeśli tego sobie życzysz. – ten zaakceptował wszystko niezwykle szybko.

      W jego głowie pojawiła się jednak jedna wątpliwość, którą zechciał rozwiać.

– Liczebność i wyposażenie nie powinno mieć znaczenia. – zauważył.
– Gdy walczysz bronią niekonwencjonalną, tak. My jednak chcemy zmienić ten świat, szanując jego zasady. – rozległa się odpowiedź, po której jegomość w garniturze usiadł na tronie, głaszcząc swą bródkę i drapiąc się ogonem po głowie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI