Ułuda Snów
W pomieszczeniu otoczonym ścianami z
cienkiego drewna i papieru, na których namalowane były przecudowne kwiaty we
wszystkich znanych kolorach, rozlegały się nierzadkie westchnięcia. Te dźwięki
świadczyły o przyjemności jakiej oddawał się mężczyzna leżący na łóżku do
masażu. Nagle, choć kompletnie spodziewanie, spokój który unosił się w
powietrzu razem z dymem kadzidła, zrujnowany został przez głośne kroki, które
ucichły tak szybko, jak się odezwały.
– Witaj, moja droga Aerilio. W końcu się obudziłaś? – głos masowanego jegomościa, był niezwykle spokojny i jakby wypływał z jego ust, niosąc przy tym błogość, a także odprężenie.
– Jak… mogłeś… mnie… tam… zostawić?! – dukająca dziewczyna niemal łkała ze złości.
– A co miałem innego zrobić? Byłaś nieprzytomna. – oświadczył, równocześnie machając dłonią do świadczącej mu swe usługi, humanoidalnej istoty stworzonej jakby z magmy, skrywającej swą twarz za chustą.
– Masz pojęcie jaka przerażona byłam, gdy się obudziłam?! – rozpacz wypływała z rozmówczyni jak woda z rozbitego dzbanka, przeradzając się w wściekłość – A ty…! Ty sobie tu leżałeś i odpoczywałeś!
– Całe cztery dni. W noce robiłem sobie przerwy na kąpiele w tutejszych wodach. – to powiedziawszy ziewną przeciągle i zaczął się podnosić.
Nie zdążył jednak tego uczynić, a momentalnie poczuł pchnięcie i wylądował na drewnianej posadzce.
– Moja droga. Przemawia przez ciebie bezimienna dziewczynka, której marzenie spełni się jako ostatnie. – rzekł wstając, a następnie dodał – Uspokój się więc. Odnajdź siebie. Nie pozwól sobą sterować. Po prostu…
Dokończenie tej wypowiedzi okazało się niestety niemożliwe, gdy w jego twarz uderzył idealny prawy prosty.
– Za co?! – wrzasnął w jednym momencie, chwytając się za nos.
W drugim zaś zaczął naciągać na siebie swe czarne ubrania i marudzić pod nosem.
– Przynajmniej sen Marty się spełnił. Szkoda tylko, iż razem z nią wyszła ta mała psota. Gdyby nie ona, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Poza tym nie miałabyś tak namieszane w głowie...
W chwili, w której zakończył czynność ubierania się, którą zwieńczył nałożeniem na głowę kapelusza z szerokim rondem, spojrzał na bordowowłosą damę i dodał z żalem w głosie:
– Naprawię wszystko moja droga. Obiecuję ci.
– Mam nadzieję. Oczekuję czegoś konkretnego za to pozostawienie mnie na pastwę tych, tych… – odrzekła mając co innego na myśli.
– Nie wiedziałem, iż masz coś do płomyczków. – rzucił, porzucając wszystko na rzecz żartobliwego tonu.
– Płomyczków? To były istoty z szarego dymu i popiołu. – zaczęła się gniewać, ruszając za rozmówcą, który błyskawicznym krokiem skierował się ku korytarzowi.
– Jesteś, aż taka chłodna? Myślałem, iż Marta cię opuściła. – bąknął niezrozumiale.
– Proszę? – zapytała jakby nic nie usłyszała.
– Nic takiego. – rzucił głośno i wyraźnie, przystając przy drzwiach wyjściowych.
– Mówiłeś o jakiejś kobiecie. – wyraźne iskierki zazdrości zapaliły się w jej oczach.
– Czyli jednak słyszałaś. Ech… Nigdy mi się nie znudzicie. – mruknął do siebie, po czym opuścił budynek.
– Zaczekaj. – wyskoczyła szybko za nim.
W jednym momencie oboje znaleźli się na zalanym gorącem pustyni zewnątrz, które było niecodziennym w tych stronach i zaprawdę fascynującym miejscem. Stali bowiem na jednym z drewnianych pomostów, będących integralną częścią ogromnego miasta dryfującego po ogromnym, sztucznym jeziorze słodkiej wody, którego granice wyznaczały mury z piaskowca tak potężne, iż żaden z współczesnych architektów nie podołałby ich budowie.
– Pięknie to musi wyglądać z lotu ptaka. – westchnął mężczyzna, unosząc głowę, by spojrzeć w niebo, równocześnie poprawiając kapelusz, tak by jak najbardziej przesłonić sobie widok.
Zastygł w tej pozycji na kilka minut, tylko po to by wyrwać się nagle ku powierzchni rzeczywistości i ruszyć bez ostrzeżenia.
– Hej! – wrzasnęła dziewczyna niemal natychmiast podążając za nim.
– Idziemy do klasztoru. Nasi drodzy klerycy muszą się niepokoić. – oświadczył, rozglądając się po otaczającej go pustej przestrzeni.
– Jeszcze tam nie byłeś?! – rozmówczyni wyraźnie nie była zadowolona z jego słów.
– Nie i szczerze powiedziawszy chyba nas zgubiłem… – wyznał nie przerywając chodu – To by wyjaśniało te pustki.
Niespodziewanie zatrzymał się i obrócił w stronę kobiety.
– Zagadałaś mnie! – rzekł z wyrzutem.
– Twoja wina, że się dałeś zagadać! – odfuknęła, po czym zapytała – Co z tym teraz zrobisz?
– Ja zrobię? – odezwał się z niedowierzeniem.
– Zgubiłeś nas, to teraz nas znajdź. – mówiła obrażona.
– Moja wspaniała, kochana, przepiękna, miła, nieskazitelna, niewinna, inteligentna panno, której włosy spadają bordowymi kaskadami na smukłe barki, plecy i ramiona… Ja cię chyba zaraz zamorduję własnymi, gołymi dłońmi, wrzucając cię do wody, gdzie dusić cię będę do momentu, aż twój duch nie straci tchu. – syczał przez zaciśnięte zęby, nadmiernie przy tym gestykulując.
– Złościsz się? Jak słodko… – jęknęła ironicznie głosem, jakby zwracała się do niemowlaka.
– Nie… Złościć się? Gdzieżby tam. Ja po prostu staram się wyrazić swą nieopisaną miłość do ciebie. – odrzekł równie ironicznie, zbliżając się do niej tak blisko, iż ich usta dzieliły dosłownie milimetry.
Następnie, przechyliwszy głowę lekko na bok, zaczął wodzić swymi wargami po jej, wywołując u niej ciche westchnięcie, świadczące o rosnącym podnieceniu. Gdy zaś nadszedł ten odpowiedni moment, w którym oboje powinni złączyć się w pocałunku, on z niespotykaną obojętnością zepchnął ją z podestu, wprost do ciepłej wody i jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie. Dopiero po kilku krokach przypomniał sobie o moknącej dziewczynie, którą potraktował niezwykle brutalnie. Wrócił się więc i kucną w zastanowieniu.
– Zastanawiam się, czy lepiej wyglądasz, gdy jesteś mokra, czy sucha… – wymamrotał, spoglądając jak jego towarzyszka stara się wgramolić z powrotem na deski.
W chwili, w której udało jej się to osiągnąć, podniósł ją i zaczął nieść w obranym wcześniej kierunku.
– Dziwny. – szepnęła oniemiała dama, spoglądając na budynek zbudowany z białego marmuru – Jesteś pewien?
– Nie wygląda jak biblioteka? – zapytał jej towarzysz, zbliżając się do ogromnych, lekko uchylonych drzwi, odlanych z brązu.
– Nie wiem… – rzekła niemal bezgłośnie, po czym podążyła za nim.
W kilku krokach znalazła się w ogromnym pomieszczeniu, którego przód jak prolog do czegoś większego zajmowały nieduże, acz liczne stanowiska z wiedzą przydatną na co dzień. Idąc powoli przed siebie i rozglądając się wkoło, dotarła do śnieżnobiałego stanowiska z informacją, które wydawało się być zbawienną wysepką, chroniącą przed falą ksiąg, która mimo iż unieruchomiona półkami, zdawała się napierać na wszystkie strony, byle się tylko wydostać.
– Wspaniałe, prawda? Nawet ja, mimo iż spędzam tu niemal każdą chwilę, nie potrafię otrząsnąć się z majestatu tego miejsca. – odezwała się nagle, a także niezwykle cicho kobieta w skromnej, kremowej sukni wychodząc z za pleców bordowowłosej – Szuka pani czegoś konkretnego?
– Tak. Ja… – odezwała się, lecz błyskawicznie umilkła uświadamiając sobie jak głośne wydaje z siebie dźwięki.
Na to rozmówczyni uśmiechnęła się grzecznie, nie chcąc by jej gość czuł się winny.
– Pani szuka drogi do klasztoru, albowiem pan, czyli ja, ją zgubił. – wtrącił się mężczyzna w czerni, który przed momentem wydawał się nie istnieć.
– Klasztoru. – powtórzyła brunetka, starając się zasłonić rosnące na jej twarzy rozbawienie skrawkiem rękawa – Proszę wybaczyć, ale w tym mieście jest wiele klasztorów.
– No tak… – westchnął, po czym wycofał się, znikając z pola widzenia.
– Więc którego pani szuka? – zapytała trochę poważniejąc.
– Proszę? – jej rozmówczyni była speszona jakby dopiero się ocknęła.
– Klasztor. Szuka pani klasztoru, tak? – przypomniała jej.
– Tak… – szepnęła wlepiając wzrok w blat przed sobą.
– Którego? – nieznajoma starała się wyciągnąć więcej informacji.
Wtem zapadła jednak cisza, która utrzymywała się na tyle długo, iż postanowiła dać sobie z tym spokój.
– Herbaty? – zaproponowała.
– Jeśli można. – padło w odpowiedzi.
– Ja z kolei napiłbym się kawy, ale jeśli nie ma, to kakao. – jegomość w czerni znów dał o sobie znać.
Usłyszawszy jego głos, obie damy zaczęły szukać go szukać wzrokiem, albowiem nigdzie nie mogły go dostrzec. Dopiero po chwili zauważyły, iż siedzi na podłodze, niedaleko nich.
– Od kiedy tu siedzisz? – zapytała zaciekawiona Aerilia.
– Od kiedy mnie tu ujrzałaś. – zbył ją niezrozumiałą odpowiedzią, po czym podniósł się, stękając i dodał – Więc?
– Proszę tutaj. – powiedziała brązowowłosa dziewczyna wskazując znajdujące się na jednej z bocznych ścian przejście.
Wszyscy udali się więc we wskazanym kierunku, a gdy dotarli na miejsce, wkroczyli do przestronnego pokoju, wypełnionego w połowie stołami i krzesłami, a w połowie blatami i wszelakimi rzeczami służącymi do przygotowywania posiłków.
– Proszę usiąść. Zaraz przyniosę napitek. – odezwała się miło kobieta, która natychmiast skierowała swe kroki do części kuchennej.
Zgodnie z życzeniem jej goście wybrali sobie pierwsze lepsze miejsce i zasiedli z westchnięciami.
– Nie masz mi nic do powiedzenia? – bordowowłosa przybrała swój pasywnie-agresywny ton.
– Błagam… Będziemy do tego wracać?! – oburzył się mężczyzna.
– Zostawiłeś mnie nieprzytomną w jakimś pokoju na tydzień i nawet nie pofatygowałeś się, aby pójść i sprawdzić czy nadal żyję. Potem zgubiłeś mnie i bezczelnie wrzuciłeś do wody. – tym razem ton jaki przybrała był zdecydowanie agresywny.
– Bardzo przepraszam, iż postanowiłem sobie odpocząć po tym jak musiałem cię taszczyć przez pustynię i po tych cholernych schodach w ten nieziemski upał. Schodach! Rozumiesz to?! Bo im się winda zepsuła! I jeszcze ten ryczący dzieciak… Zgubiliśmy się, gdyż mnie zagadałaś. To z wodą było przypadkiem! Choć nawet jeśli by nie było, to ci się cholero należało. – złość wyraźnie w nim zbierała, jednak było w niej coś dziwnego.
Zupełnie jakby w duchu śmiał się z tego co mówił i nie był poważny. To dodatkowo nakręcało jego rozmówczynie, która już chciała rzucić się przez oddzielający ich mebel, aby go rozszarpać, jednak odgłos ceramicznych naczyń kładzionych na drewnie skutecznie ją powstrzymał.
– Proszę. Herbata i kawa z nutką kakao. To na pewno pomoże w otrząśnięciu się. – rzekła dziewczyna siadając naprzeciw Aerilii – Niestety to miejsce może namieszać w głowie. Szczególnie, gdy wszyscy gromadzą się w centrum. Wtedy te pustki naokoło nie pomagają.
– Czemu wszyscy tak znikają? – zainteresował się osobnik w czerni, który łapczywie zaczął pochłaniać swój napój.
– Raz w miesiącu wszyscy idą do centrum miasta i po prostu spędzają tam cały dzień. Tak już tu jest.
– Dlaczego więc ciebie tam nie ma? – padło kolejne pytanie.
– Ponieważ jestem tutaj. Ktoś musi być. Poza tym nie lubię tłumów. – wyznała pociągając łyk z naczynia.
– Ma to jakiś sens. – odpowiedź, która zaszczyciła uszy bibliotekarki brzmiała jakby została rzucona pod przymusem poprawnego zachowania.
Zakończyła ona temat i pozwoliła niezręcznej ciszy wkraść się między osobników, zasiadających przy stole.
– Och! – podniecił się znienacka mężczyzna, zrywając się z siedziska, co doprowadziło do wylania się brązowego płynu z stojącego przed nim kubka.
– Co ty robisz?! – wrzasnęła bordowowłosa również się gwałtownie podrywając i czyniąc dokładnie tą samą szkodę.
Odbiorca jej słów zignorował ją i wybiegł z pomieszczenia.
– Nic się nie stało? – przeraziła się bibliotekarka.
– Nie. Nic. – wycedziła wściekle przez swe idealne ząbki.
Dopiero po chwili zorientowała się, iż z mokrego stołu skapują dwie, ciepłe ciecze.
– Och! Przepraszam… Ja… – nie wiedziała co powiedzieć, czując jak złość odchodzi, ustępując miejsca wstydowi.
– Nic nie szkodzi. Posprzątam to. – odpowiedziała miło rozmówczyni, po czym zwróciła uwagę na coś innego – Wydajesz się być strasznie roztrzęsiona. Może zechciałabyś chwilkę odpocząć?
– Nie, nie. Nie… I tak już nadużyłam gościnności. Powinnam się zbierać. – mówiła trochę niezrozumiale, zwracając głowę ku boku i ściszając co drugie słowo głos.
– Nie będę cię zatrzymywać na siłę, ale też nie zamierzam cię wypuścić, abyś znów się zgubiła. Skieruję cię do ratusza. Tam powinni ci pomóc w odnalezieniu odpowiedniego klasztoru. – głos dziewczyny działał na nią niezwykle uspokajająco.
– Bardzo dziękuję i proszę o wybaczenie. – speszona Aerilia skłoniła się przepraszająco.
– Nic się nie stało. – zapewniła ją ponownie, po czym wskazała dłonią na wyjście na korytarz i dodała – Chodźmy. Wyjaśnię ci drogę na podstawie planu miasta.
Po tych słowach obie damy udały się do części głównej budynku, gdzie bordowowłosa została zapoznana z trasą, którą powinna się poruszać, by dotrzeć do celu. Następnie, podziękowawszy za wszelką pomoc, opuściła budynek i udała się zgodnie z tym jak została poinstruowana. Niestety wiele razy zgubiła się. Powodem tego były myśli uciekające nieustannie w stronę jednego zapytania: „Skąd u osób pracujących w bibliotece tyle cierpliwości?”. W końcu jednak odnalazła się i kierując się przeczuciem, dotarła do zatłoczonej przestrzeni przepełnionej straganami i istotami wszelakich gatunków. Tam przeciskając się przez tuszę, starała się kierować do strzelistej wierzy, górującej nad wszystkim. Niestety, nieprzyzwyczajona do tak wielkich tłumów, dosłownie w nim tonęła. Na szczęście, w chwili gdy już miała mdleć, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
– Aerilio! Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy, gdy nie dotarłaś z karawaną! – osobnik w jasnokremowej szacie niemal wrzasnął z radości i ulgi, a następnie złapał zaczepioną kobietę tuż przy łokciach w geście powitania i westchnął ku niebiosom – Dziękujmy Gwiezdnemu Panu, iż przeprowadził cię przez trudy pustyni!
Widząc dezorientację swojej rozmówczyni, zmarszczył jeszcze bardziej swoją twarz za pomocą uśmiechu i dodał łapiąc ją za nadgarstek:
– Chodźmy, chodźmy. Musisz być spragniona.
Następnie nie czekając na jej zgodę, czy zaprzeczenie, zaczął ciągnąć ją między tłumem.
Odgłos porcelanowej filiżanki stawianej na spodku wybrzmiał cicho pośród gwaru, na który składały się wszelakie dźwięki począwszy od głosów rozmawiających postaci, a skończywszy na stukach towarzyszących stawaniu kroków. Kobieta, która zaś go wywołała odetchnęła głęboko z ulgą, napawając się smakiem połykanej cieczy. Następnie przeczesała swe bordowe włosy, które w cieniu, rzucanym przez rozległy parasol, zdążyły się przyjemnie schłodzić.
– Naprawdę nie pamiętasz? – siedzący naprzeciwko mężczyzna zapytał z niedowierzaniem.
W odpowiedzi na jego pytanie machnęła głową na boki, po czym znów złapała w palce ucho małego naczynia i uniósłszy je, wzięła kolejny łyczek.
– Cóż… Dużo podróżujesz i nie wszystko musisz pamiętać. Jednak wydarzenia z ostatniej konklawe? Winnaś przynajmniej coś kojarzyć. – głos rozmówcy przepełniony był przygnębiającym smutkiem, zaraz jednak rozbrzmiał lekką radością, gdy kontynuował – No nic. Przynajmniej znów się spotykamy. Tak długa rozłąka sprawia, iż nie mam już jak walczyć z tęsknotą.
– Yhym… – rzuciła beznamiętnie, spoglądając na dno pustej filiżanki, na którym rysował się niekompletny, czarny okrąg.
Wyglądała przy tym jakby w ogóle nie interesowała ją rzeczywistość, otaczająca jej postać. Zupełnie jakby czegoś jej brakowało. Jakby gdzieś w tym mieście zagubiła cząstkę siebie, a jednocześnie wyzbyła się choć trochę trudnych do wytłumaczenia okowów, spowijających jej umysł gęstą mgłą. Trudno było to wyjaśnić, ale miała dziwne wrażenie, iż ktoś kto cały czas, w większym stopniu ją kontrolował, zniknął gdzieś na moment. Cała ta apatyczność i niecodzienne odczucia prysły jednakowoż w jednej chwili jak cieniuteńka bańka mydlana, gdy na puste krzesło stojące obok opadła niebywale ciężko, dysząca ze zmęczenia postać w czerni.
– Okropny dzień. Wszędzie gwar. Gorąc leje się z przestworzy. Dobrze, iż pływamy po wodzie, bo inaczej… – zaczęła narzekać, ściągnąwszy swój kapelusz z szerokim rondem, którym zaczęła się wachlować – Inaczej napiłbym się czegoś zimnego.
Wypowiedziawszy ostatnie słowa westchnęła przeciągle i uniosła wolną dłoń ku górze. Tym samy przywołała młodego kelnera, który stanął przy niej z zapytaniem wykutym na wieczność w pamięci.
– Czy mogę przyjąć zamówienie? – jego głos brzmiał równie przyjemnie, co odgłos ścieranego przy zapisywaniu zamówienia grafitu, który zahaczając o kartkę papieru zostawiał swój ślad.
– Coś zimnego i płynnego. Aby mnie trochę rozbudziło. Proszę mnie zaskoczyć. – rzucił z fantazją, a gdy jego rozmówca odszedł już, aby wypełnić swoje zadanie, odezwał się do siedzącej przy stoliku pary – Jak tam romanse?
Odpowiedziała mu na to dwojaka cisza, która od strony Aerili wypełniała się radością wymieszaną ze zezłoszczeniem, a od mężczyzny w płowej szacie awersją tak wielka, iż mogłaby go udusić.
– Ech... – westchnął przeciągle rozsiadając się na nie tak dużym siedzisku – Uczucia prawda? Interesujące i przyjemne do oglądania, czy przeżywania. Jednakowoż na dłuższy czas, okazują się nie tyle nieprzydatne, co wadzące. Oczywiście życie zna przypadki, gdy emocje pozwalają nam wspiąć się na wyżyny naszych możliwości, lecz uważam, iż nawet w tych momentach są one zgubne. Pomyślcie tylko. Czyż nie zaburzają one światopoglądu? Czy nie obtulają w gęstą mgłę naszych zmysłów? Najgorszym z tego kolorowego wachlarza, jest zaś miłość. Ona...
– Proszę bardzo. Życzę smacznego. – krótkie zdania pracownika przybytku, przerwały nagle wypowiedź.
– Dziękuję. – odrzekł spoglądając na postawiony przed nim szklany pucharek, wypełniony w jednej trzeciej lazurowym płynem, który wyraźnie odgraniczał się od zieleni galaretki i bieli bitej śmietany, znajdujących się nad nim – Kolory są takie piękne. Szczególnie, gdy ich nasycenie aż kuje w oczęta. Zgodzisz się ze mną Damirze?
Zapytany osobnik zmarszczył tylko czoło, proklamując tym samym swe niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Nie przejęty tym mężczyzna w czerni zwrócił się więc ostentacyjnie w jego stronę, równocześnie przesuwając swoje wymyślne zamówienie ku Aerili, która mimo faktu bycia zignorowaną cieszyła się z podarku jak małe, głupie dziecię.
– Szczególnie, gdy ma się odziedziczoną po przodkach skłonność do tego typu uzależnienia. Cóż ja jednak o tym wiem? Wyprany z tego, co nadaje wam sens życia, nie powinienem oceniać. Możliwość mam jednak, jako trzecioosobowy obserwator, by uraczyć zaślepioną ofiarę swym słowem. Rzeknę więc, iż...
Jego monolog ponownie został przerwany. Tym razem stało się to przez głośny brzdęk upadającego na drewniane podłoże szklanego naczynia. Gdy dwaj jegomoście zareagowawszy na ten bodziec, zwrócili wzrok w odpowiednim kierunku, dostrzegli zasmuconą kobietę z umorusaną twarzyczką w okolicy ust, która była niezwykle blisko wybuchnięcia płaczem.
– Oj... Nic ci się nie stało? Biedna... Nie zrobiłaś nic sobie? – zapytał z niezwykle przesadzoną troską, tonem infantylnym, a następnie nie wiadomo skąd wyciągając czystą chustę złożoną w prostokąt, zaczął wycierać jej buzię i mówić dalej – Wszystko jest dobrze. Nie przejmuj się tym. Teraz musimy iść, lecz następnym razem sobie to jakoś odbijemy. Zamówimy jakieś dobre ciastko i coś do picia. Co ty na to?
W odpowiedzi na swe słowa otrzymał radosne kiwnięcie głową i chytry błysk w oczach, świadczący o tym, iż całe zdarzenie zostało skrupulatnie zaplanowane. Udał, iż nie zwrócił na ten mały szczegół uwagi i skończywszy, co rozpoczął, podniósł się z siedziska, założył kapelusz na głowę i mruknął:
– Chodźmy. Wysoki Kapłan winien mieć za niedługo wolną chwilkę.
Następnie nie czekając na swe towarzystwo ruszył w tłum. Aerilia w miarę szybko podążyła za nim, lecz nie mogąc utrzymać tempa, jak również mając problemy w przedzieraniu się między gromem istot, zgubiła go z oczu. Chociaż lepszym określeniem byłoby stwierdzenie, iż mężczyzna rozpłynął się w tłoku, co stało się powodem jej zagubienia. Ku jej szczęściu podążał za nią osobnik w jasnokremowej szacie, który dwoił się i troił, aby za nią nadążyć.
– Aerilio? – zapytał zdyszany – Czy możesz na chwilę zwolnić kroku?
Dziewczyna nie odpowiedziała na jego słowa, rozglądając się wśród gwaru, kurzu i niezliczonej liczby straganów, szukając w tenże sposób jegomościa w charakterystycznym, czarnym odzieniu.
– Aerilio? – pytanie powtórzyło się, odbijając się w jej głowie jak odległe echo.
– Wysoki Kapłan… – wymruczała, przypomniawszy sobie słowa poszukiwanej osoby.
– Tak. To w tym kierunku, ale proszę zwolnij trochę, albowiem nie chciałbym zgubić cię w tym zgiełku. – błagał jej rozmówca, przecierając spływający po jego zmarszczonym czole pot.
Gdy skończył, spróbował ją złapać za ramię. Jego zbliżająca się dłoń spowodowała oschłą i oziębłą reakcję, którą było nie tylko natychmiastowe odsunięcie się, ale również lodowate spojrzenie.
– Chodźmy więc. – wydusił z siebie, nie wiedząc jak inaczej zareagować na zaistniałą sytuację, a następnie ruszył w odpowiednim kierunku.
Po tym co ujrzał w oczach kobiety, jego podświadomość obudziła w nim strach i pragnienie ucieczki. Dlatego też nie przejmował się już nawet tym, czy szła ona za nim. Kroczył jedynie przed siebie, co chwila przyśpieszając tempo i modląc się w duchu do swego bóstwa, by to uchroniło go przed wszelkim złem. Jednocześnie przeklinał samego siebie i płakał w duchu, mając świadomość umierających marzeń, a także nadziei, które niegdyś rysowały się w jego wyobraźni.
Wydawało się, jakby ich krótka podróż trwała całą wieczność, jednak w końcu udało im się dotrzeć do miejsca przeznaczenia, którym była kancelaria. Stanąwszy przed wejściem do niej, mężczyzna w jasnokremowej szacie, odwrócił się do swej towarzyszki i ze zdziwieniem zauważył, iż wyglądała ona na osobę, której wspomnienie trzymał w swej pamięci. Znikł ten otaczający ją chłód i okropny cień, czający się w jej oczach. Mimo tej odmiany, układ współczulny jego organizmu nie zaprzestawał swej działalności, nieustannie pobudzając jego ciało do ucieczki. Z tego też powodu, bez większych ceregieli zaczął się oddalać.
– Wybacz, lecz muszę coś załatwić. – rzucił jeszcze na pożegnanie i czym prędzej ewakuował swą osobę.
To zachowanie pozostawiło dziewczynę lekko oszołomioną, a przynajmniej tak jej się wydawało. Prawda jednak była taka, iż wrażenie to zostało wywołane przez niespodziewane pojawienie się kilka milimetrów od jej ucha jegomościa w czerni.
– Mężczyźni, nieprawdaż? Gdy tylko coś się zaczyna psuć, ci się ulatniają. W najważniejszych momentach nie są zdolni do stanięcia na wysokości zadania. Szkoda. – wyszeptał jej do ucha, a następnie zniknął bez ostrzeżenia, zupełnie jakby wcale się nie pojawił.
– Tak… – mruknęła sama do siebie, a następnie pokonała kilka schodków, by móc przekroczyć próg misternie rzeźbionych drzwi z brązu.
Gdy zaś znalazła się w przyjaźnie chłodnym wnętrzu, stanęła z konsternacją, uświadamiając sobie, iż nie ma pojęcia, do kogo ma się zgłosić. Znów jednak odezwało się jej życiowe szczęcie i zaraz za nią, do wnętrza wkroczył łysy starzec w jasnokremowej szacie, przepasany ciemnoróżowym pasem.
– Aerilio? Czy mnie oczy nie mylą? – zapytał nie wierząc swoim zmysłom – Nic się nie zmieniłaś. Cóż… może troszkę schudłaś, lecz… Jak się czujesz moja droga? Podróż musiała cię wykończyć.
– Remus? – zapytała nie będąc pewna, czy jej podświadomość podaje jej odpowiednie imię.
– O i widzę, że mnie nawet pamiętasz! No, no! Trzeba to uczcić. – uradował się niezmiernie, po czym obdarzył ją czułym uściskiem – Biorąc pod uwagę, że poza konklawe praktycznie się nie widzieliśmy, jestem naprawdę pod wrażeniem. Choć proszę. Nie będziemy rozmawiać w przejściu. Od czegoś mam swój gabinet.
Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, zaśmiał się przyjaźnie, jakby opowiedział świetny dowcip, a następnie złapał swą rozmówczynię pod rękę i ruszył z nią przez korytarze, a także klatki schodowe.
– Powiedz. Jak się czujesz? Słyszałem, że spędziłaś trochę czasu na północy. Musiał być to dla twojego organizmu lekki szok. Takie przejście z lodowatego zimna do gorąca. Miejsce tamto pełne jest również złych duchów przeszłości. Może usiądziesz na moment, jak tylko dotrzemy do pokoju. – odezwał się troskliwym głosem.
– Nie narzekam, choć ostatnimi czasy czuję się naprawdę wyczerpana. – przyznała, spoglądając na miękki dywan, po którym kroczyła.
– Och moja droga. Wszyscy czasami tak mamy. W końcu jesteśmy tym, czym jesteśmy. Daleko nam do pradawnych, a ponoć i oni musieli odpoczywać. – rzekł z starczą mądrością, podkreślając swe słowa uniesionym wysoko palcem.
Po tym zatrzymał się przed drzwiami swego gabinetu i westchnął głęboko.
– Zapomniałem klucza… – rzekł, sprawdzając wszystkie swoje kieszenie, których posiadał aż dwie, a następnie dodał – Zaczekaj chwilę proszę. Zaraz wrócę.
Rzekłszy to, oddalił się rześkim krokiem tam, skąd właśnie przyszedł, zostawiając bordowowłosą damę samą z sobą.
– Kiedyś było ich tu więcej, prawda? Dawno temu. Zanim lody północy zabrały ich ducha. Zniknęła ich gwiazda i większość zgubiła swą drogę. – odezwał się spokojny głos mężczyzny w czerni, wyglądającego na zewnątrz przez jedno z okien – Smutna historia. Prawie jak ta z twoim ukochanym.
– Ukochanym? – zmieszała się dziewczyna.
– Związek na odległość to trudna sztuka. Szczególnie w takim przypadku. Kochaś niestety jej nie opanował. – mruknął rozmówca, po czym odwrócił się na pięcie i podążył w stronę wyjścia.
Zaraz po tym, gdy znikł za zakrętem korytarza, pojawił się starzec, machający radośnie kluczem do drzwi.
– Mam! – zakrzyknął zadowolony – Nie masz pojęcia, gdzie to leżało…
Wypowiedziawszy to, zbliżył się do drzwi i sprawnie je otworzył. Po tym wkroczył do wnętrza i od razu rozpoczął poszukiwania dwóch szklanek, jak również odpowiedniego trunku.
– Rozgość się proszę. Zaraz coś naleję. – zawołał z głową w jakiejś szafce, którą gdy wydobył dodał – Rad jesteśmy, że przerwałaś dla nas swą ekspedycję, choć zaznaczaliśmy, że nasza sprawa może okazać się mało istotna. Mógłbym zapytać, jakie były tego powody?
– Cóż… – zamyśliła się na moment, próbując z trudem przywołać jakiekolwiek wspomnienia.
W końcu, gdy echo wspomnień zaczęło huczeć w jej głowie, pojawił się ostry ból, jakby lodowe zimno, które zalało jej głowę. Zaprzestała więc dalszych działań i postanowiła bazować, na tym co zdołała przywołać.
– Nawet nie rozpoczęłam wyprawy. Odwołano ją. Warunki nie były korzystne. Nie zamierzałam więc marnować czasu i po otrzymaniu wiadomości, od razu wyruszyłam. – rzekła, odbierając podawaną jej szklankę z niedużą ilością bursztynowego trunku.
– Od razu, gdy mogłaś. – poprawił ją rozmówca, a następnie zadziwiony dodał – Odwołano? Cóż takiego się wydarzyło?
– Oczywiście. Kilka grup badawczych nie wróciło, a Ci, którzy podążyli na misję ratunkową, nie powrócili. Ja miałam jeszcze do załatwienia kilka urzędowych spraw, jednak zaraz po tym wyruszyłam. – żachnęła się lekko.
– Ech… Świat staje się coraz groźniejszy. Prawie jakby zbudziło się jakieś pradawne zło. Zaś jeśli jesteśmy tym temacie, to najgorszą rzeczą była, jest i będzie papierologia. Współczuję utraconego tygodnia. – westchnął starzec siadając przy nad wyraz dużym biurku.
Po tym wziął łyk napoju i zamilkł, rozkoszując się jego smakiem.
– Usiądź proszę. – rzekł, wskazując krzesło naprzeciw.
– Dziękuję. Postoję. – odrzekła, zbliżając się do okna, o którego framugę następnie się oparła – Tydzień… Jesteś pewien?
– Co najmniej tydzień. Odpowiedź na depeszę wysłałaś miesiąc od jej dostarczenia. Biorąc pod uwagę twoją młodzieńczą ciekawość, energię i pociąg do przygody, zapewne oddałaś się przeróżnych przyjemnościom. – odrzekł, dopijając resztę trunku, a następnie nalał sobie kolejną porcję.
– Zapewne… – mruknęła czując we wnętrzu dziwne zimno.
Następnie wyjrzała na zewnątrz, gdzie dostrzegła swego, odzianego w czerń towarzysza, siedzącego na schodach, przed wejściem do budynku. Omijany szerokim łukiem przez każdego przechodzącego osobnika, przerzucał on coś w rękach, wykonując co chwila misterne sztuczki kuglarskie. Mimo, iż w jego działaniach brakowało jakichkolwiek czarów, było w nich coś hipnotyzującego i przyciągającego. Dlatego też w niedługim czasie zebrała się wokół niego gromada dziatków, które oczarowane, wpatrywały się w jego działania, jakby były gotowe oddać mu swą duszę. On zaś bawił się ich pojmowaniem, jak siła nieczysta składające słodkie obietnice, w celu uzyskania podpisu z krwi. W pewnym momencie, w jego dłoniach pojawiły się podłużne karty, posiadające na sobie misterne obrazki. Tasował on nimi, jak śmierć tasująca losami wojaków, idących na pewne zgubienie. Niespodziewanie z oddalonego tłumu wystąpiła postać starszej kobiety, która zakrzyknęła donośnie, przywołując do siebie dzieci. Następnie, gdy te zbliżyły się do niej niechętnie, zaczęła je mocno uderzać trzymaną lagą i pouczać o tym co złe, a co dobre. W taki oto sposób otoczenie mężczyzny na powrót opustoszało. On zaś niczym nie przejęty, pomachał tylko na pożegnanie, uśmiechając się delikatnie.
– ..., ale to nie jest naszym zmartwieniem, prawda? – wypowiedziane słowa i gromki śmiech starca, znajdującego się razem z nią w pokoju, wyrwały dziewczynę z zadumy i zmusiły do powrotu do najbliższej jej rzeczywistości.
– Tak, tak! Prawda! – potwierdziła, zaśmiawszy się sztucznie, choć z pragnieniem jak największej prawdziwości.
– Ach… Do rzeczy jednak. Wpierw musisz udać się do depozytu z otrzymanym ode mnie zaświadczeniem, skąd odbierzesz niepozorną metalową płytkę, będącą twoim celem i następnie udasz się z nią do Biblioteki. Tam zgłosisz się do jednej z bibliotekarek, one pomogą ci w odczytaniu map. – powiedział, wykładając na wierzch zbyt dużego mebla niedużą kartkę z kilkoma słowami i pieczęcią, a następnie dodał – Niestety depozyt znajduje się na innym poziomie… Najszybszą drogą byłby Purpurowy Plac, niestety dopchać się do niego będzie nie lada wyzwaniem. Sugeruję więc przejście przez Bibliotekę. Również pragnę ci podziękować całym moim duchem. Naprawdę nie wiesz jak wiele znaczy dla nas twoje zainteresowanie.
– Nie przesadzajmy… – odrzekła, uśmiechając się przyjaźnie.
– Nikt tu moja droga nie przeszkadza. Jesteśmy małym zakonem i nie posiadamy wielkiego poważania. W niczym nie pomaga brak… – mówił wstając i zbliżając się do swej rozmówczyni, a gdy już to zrobił, położył swe dłonie na jej skroniach – Niech Gwiezdny Pan prowadzi cię przez gorące piaski i zimne noce.
Po tym uderzył ją dosyć mocno w policzek i wykrzyknął:
– Teraz leć! Nie marnuj czasu na takich starców, jak ja!
– To nie jest… – zaczęła, lecz szybko jej przerwano.
– Uciekaj!
Nie chcąc niepokoić swojego gospodarza, odstawiła na parapet szklankę, z której ani razu nie upiła i wybiegła czym prędzej z pokoju.
– Młodość… Gdybym ja był wciąż tak żwawy. – jęknął starzec, prowizorycznie rozmasowując swoje plecy w okolicy lędźwiowej.
Kojenie złapał odstawione przed momentem naczynie, wypił wszystko z niego jednym haustem i podążył w stronę szafek, do których schował je razem z tym, z którego on wcześniej pił, jak również z tym, służącym do przechowywania bursztynowego płynu. Po tym skierował się ku wyjściu, a opuszczając pomieszczenie, zamknął drzwi na klucz.
– Niech Gwiezdny Pan cię prowadzi i niech Gwiazda Jaeha wskaże ci drogę, bracie – do jego uszu doszedł zachrypnięty głos, którego nie dało się przypisać żadnej z płci.
Słysząc te słowa westchnął głęboko i zamkną na moment oczy, by przywołać wspomnienia dawnych dni.
– Skąd przybywasz bracie? Czy nie spoglądałeś w nocne niebo? Nie dojrzałeś zaniku blasku naszej Gwiazdy? – rzekł, unosząc zwolna swe powieki, by spoglądnąć na swe pomarszczone i wysuszone dłonie.
– Z zamknięcia i oddalenia, skąd wróciłem do ruin mego zakonu, by podnieść go z kolan. – padła odpowiedź, od postaci w poszarpanej szacie, siedzącej przy ścianie – Gwiazda, mój bracie, nie płonie na niebie. Jej płomień żyje w nas. Narodzony razem z nami, zgaśnie, gdy my zgaśniemy. Kiedy zagubiliśmy nasze nauki?
– Gdy wieczne lody skuły naszego Ducha… – ból w głosie starca odbił się wyraźnym echem między ścianami korytarza.
– Obwieść to światu, iż Duch powrócił! Niech ponownie zapłonie blask Gwiazdy Jaeha! Niech Gwiezdny Pan prowadzi nasz zakon ku lepszym czasom!
Młoda dama wybiegając czym prędzej z budynku, skierowała momentalnie swój wzrok na schody, gdzie winien siedzieć jej towarzysz. Można by powiedzieć, iż ku swemu zdziwieniu nie zauważyła go, jednakowoż prawda rysowała się tak, iż dobrze wiedziała czego się spodziewać. Nieprzybita faktem nieobecności mężczyzny, postanowiła obrać Bibliotekę za swój cel. Wszakże ciekawe zrządzenie losu, postawiło niedaleko niej osobnika w jasnokremowej szacie, który nie tak dawno pomógł jej się odnaleźć w tym mieście.
– Ukochany… – mruknęła do siebie zaintrygowana, po czym ruszyła w jego stronę, wrzeszcząc z oddali – Hej!
Tylko tyle zdołała z siebie wyrzucić, gdyż wtem uświadomiła sobie, iż nie pamięta jak ów dżentelmen się nazywa.
– Aerilio? Nie powinnaś… Ja właśnie…– zaczął niewyraźnie, cofając się o krok, mając w pamięci pragnienie ucieczki – …do Biblioteki!
– Yhym… – przytaknęła z delikatnym zdziwieniem, podchodząc do przodu, a następnie przeczesała włosy, zwracając twarz nieco ku niebu, jednak nie spuszczając wzroku z rozmówcy i rzekła – Tak się składa, iż również zmierzam do tego budynku. Tak więc z chęcią Ci potowarzyszę.
– Oczywiście… – bąknął, cofając się o kilka kolejnych kroków, które automatycznie nastąpione zostały ruchami kobiety.
W taki oto sposób niezręczna i nienaturalna próba umknięcia przerodziła się w nieśpieszny chód pośród rozrzedzającego się tłumu. Można by pomyśleć, iż w jego trakcie powinna panować cisza, którą tylko bordowowłosa starałaby się przełamać. Jednakowoż rzeczywistość zaserwowała coś innego. Otóż mężczyzna czujący na sobie krople zimnego potu, zagaił ledwo wykrztuszonym pytaniem.
– Nie idzie…? – chrząknął, jak gdyby chciał przeczyścić swe drogi oddechowe i natychmiastowo kontynuował – Droga przez Purpurowy Plac byłaby znacznie krótsza. Czemu idziesz przez Bibliotekę?
– Remus mówił, iż tak będzie szybciej. – przyznała spoglądając na rozmówcę, który nie mając pojęcia gdzie spoglądać, obrzucał wzrokiem wszystko, co znajdowało się dookoła.
– No tak! Przecież wszyscy się tam teraz udają. Zupełnie zapomniałem. – powiedział mając jeszcze w głosie resztki niepokoju.
– Dlaczego purpurowy? – naglące zapytanie wyłoniło się z ust Aerili, nie pozwalając na wtargnięcie w konwersację ni chwili milczenia.
– Kto? – dezorientacja jegomościa w jasnokremowej szacie osiągnęła przy tych słowach swój szczyt.
W odpowiedzi pojawił się delikatny i orzeźwiający śmiech, który jak dotyk boskiej dłoni, rozwiał wszelkie niedobre emocje, krążące w najbliższej przestrzeni i w umyśle mężczyzny.
– Ach… Ten. Wybacz mi. Zbyt dużo ostatnio myślę. – przyznał z głupkowatym uśmiechem, drapiąc się po głowie.
– Nie szkodzi. Wybaczam. – odpowiedziała, po czym wzięła głębszy wdech, aby uzupełnić niedobory powietrza w płucach.
– Purpurowy Plac? Cóż… Historia tego miejsca nie jest piękna, aczkolwiek do dzisiejszego dnia zaprząta nasze umysły. Zapiski mówią, iż dawno temu, gdy Vithak rozpościerało się po horyzont, a coś takiego jak pustynia nie istniało, na te ziemie przybył z północy potężny czarnoksiężnik, odziany w szaty królewskiej purpury i błyszczący najczystszym srebrem pancerz. Za nim podążała zaś armia zbyt wielka, by choćby spróbować ją policzyć. Niektóre źródła wspominają, iż w jej skład wchodziły nawet smoki i to nie byle jakie, ale te wysokiej krwi. Nim jednak wszyscy ujrzeli to wszystko na swe oczy, do stolicy przybył posłaniec. Ultimatum, które ze sobą niósł brzmiało prosto: „Poddajcie się i żyjcie w pokoju, lub walczcie i gińcie ku chwale swych bogów.”. Były to czasy pokoju i porażka była zbyt oczywista, by nie przyjąć propozycji. Znaleźli się oczywiście przeciwnicy, lecz nie dano im dojść do słowa. Nie minęło więc wiele czasu i bramy stolicy otworzyły się szeroko dla czarnoksiężnika i jego wojsk. Pokierowano ich w stronę największego placu, gdzie miały zostać podpisane stosowne dokumenty. Przejęcie państwa byłoby jedynie formalnością, gdyby nie rządza krwi najeźdźcy. Odziany w purpurę czarnoksiężnik z jak największym spokojem spoczął na przygotowanym dla niego siedzisku i zaczął obserwować swoich ludzi, którzy rzucili się na mieszkańców jak krwiożercze bestie. Tego dnia plac skąpał się w krwi tysięcy niewinnych istot, których stos wzniósł się ku niebu, aby później zapłonąć i rozświetlić najcichszą noc w historii Vithak.
– Och… To… – zaczęła, czując przytłaczający ton.
Nie zdołała jednak nic rzec, albowiem nagle usłyszała za sobą kroki i poczuła niewyobrażalnie wielką złość, która aż rzuciła cień na jej otoczenie.
– Kłamstwo! – rozległ się syk, przeszywający aż do samej duszy.
– To tylko część prawdy. W końcu zapiski pochodzą z późniejszego okresu i kto wie, któż był ich autorem. Wątpię w to, aby po stronie włodarzy z Vithak nie było żadnej winy. – rzekł jegomość zupełnie nie usłyszawszy nieprzyjemnego dźwięku i nie ujrzawszy czegoś, co przesłoniło słońce górujące nad nim.
Zaniepokojona dziewczyna zignorowała go więc, by spojrzeć za siebie, a gdy to zrobiła, okazało się, iż nie ma tam nikogo, a na pewno nie kogoś kogo się spodziewała. Wnet zorientowała się, iż wszystko, co było nie tak zniknęło i sytuacja wróciła do normy.
– Tak, czy siak mnie w z całej historii interesuje jedynie fakt, iż czarnoksiężnikowi udało stworzyć się stabilną koniunkcję i to silniejszą niż Skrzyżowanie Piramid, czy Bibliotekę. Co więcej sądzę, iż jest ona najbliższa legendarnej Cieśni, która miała powstać całkowicie naturalnie. – rozmówcę opanowała nagle niepojęta zwykłym istotom pasja – Sposoby w jakich przemieszcza się między wymiarami są naprawdę pasjonujące. Weźmy Skrzyżowanie Piramid dla przykładu. Doszedłszy do rozwidlenia, wybierało się odpowiednią drogę i podążało nią, aż nie wyszło się w innym wymiarze. Niestety jeśli ktoś zboczył z drogi, skazany był na wieczne błądzenie po międzywymiarowych bezdrożach.
– Skrzyżowanie Piramid? – zdziwiła się dziewczyna, próbując sobie wyobrazić wygląd tego miejsca.
– Nazwa pochodzi od czterech piramid, których szczyty zaginają się i krzyżują. Dzięki nim możliwa stała się koniunkcja, choć do jej osiągnięcia należało budować te budynki w każdej rzeczywistości, którą chciano przyłączyć. – wyjaśnienie pojawiło się błyskawicznie.
– Hmm… A reszta? Na jakiej zasadzie działa? – padło pełne zainteresowania zapytanie.
– Biblioteka wymaga przewodnika. Kogoś kto przeprowadzi twoje jestestwo. Taki mechanizm wynika z faktu, iż kiedyś ten budynek służył jako ośrodek kultu, którego wyznawcy prowadzeni przez swego przywódcę religijnego, modlili się tak gorliwie, iż zdołali wytworzyć koniunkcję. To prawdopodobnie było powodem ich upadku. Cieśń z innej strony, jako naturalne przejście jest nieprzewidywalne i chaotyczne. Z moich badań wynika, że powinno być ono jak rwąca rzeka, z której musisz wyjść szybciej niż wchodzisz. Kto wie, co dzieje się z tymi, którym się to nie uda. Teraz zaś Purpurowy Plac. Dzieło zaprawdę fascynujące i niezwykle przemyślane. Nie wciąga jak Cieśń, a raczej wsysa powoli pozwalając się namyśleć i zdecydować gdzie chce się iść. Niesamowicie trudno jest się zgubić. Jednakowoż jest taka możliwość, która kończy się rozłożeniem do czystej energii, w celu zasilenia przejścia. Tutaj, podobnie jak w Bibliotece istnieje zapłata w postaci energii, która pobierana jest od podróżnika.
– Tym się zajmujesz na co dzień? Badasz koniunkcje? – bordowowłosa była zaimponowana swym rozmówcą.
– Dlatego przyłączyłem się do tego Zakonu. Chciałem być jak najbliżej tych tworów. – przyznał, czując w sobie dumę, iż udało mu się spełnić część swych życiowych pragnień.
Nagle zreflektował się nad swymi słowami i dodał:
– Przynajmniej dwóch z nich. Skrzyżowanie Piramid znajduje się daleko poza miastem. Cieśń, którą mam nadzieję znalezione mapy pozwolą odnaleźć, pozostaje nadal nie odkryta. Jest także Arbor Vithak, o którym zapomniałem wspomnieć…
– Drzewo Wiedzy?! – młoda dama ewidentnie się pobudziła – Gdzież ono jest?
– Pojęcia nie mam. – bąknął mężczyzna, studząc jej zapał – Jego istnienie wspomniane jest jedynie w księgach. Nie ma żadnego słowa o jego położeniu. Jest jedynie wspomniane, iż dostęp do niego mieli emisariusze.
– Ach… – jęknęła przybita – To byłoby coś…Dostalibyśmy odpowiedzi na tyle pytań!
– Nie wątpię.– rzekł rozmówca, po czym dodał – Przyjemnie się rozmawiało, jednakowoż musze się pożegnać.
– Co? Dlaczego? – zdziwiła się.
– Dotarliśmy. – rzucił w odpowiedzi.
Dopiero teraz Aerilia uświadomiła sobie, iż stoi razem ze swym rozmówcą w pobliżu białego budynku.
– W takim razie do zobaczenia. – rzekła z uśmiechem.
– Do widzenia. – odrzekł i odchodząc w swoją stronę, rzucił jeszcze – Właśnie sobie przypomniałem. Powiadają, iż w głębi lądu dostrzec można miraż jakiegoś budynku. Niektórzy spekulują, iż ma to związek z Drzewem. Do zobaczenia jeszcze raz.
Nie marnując czasu, dziewczyna wkroczyła do gmachu i gdy tylko przekroczyła próg drzwi, ujrzała siedzącego przy jednym ze stolików jegomościa w czerni, czytającego jakąś księgę. Poczuła wtedy zdenerwowanie na skraju świadomości, która wywołana była faktem, iż ów mężczyzna znów zostawił ją samą w mieście. Zbliżyła się więc do niego ostentacyjnie, lecz nim zdołała wypalić ze swymi pretensjami, usłyszała:
– Coś jest nie tak. Mam przeczucie, iż sprawy nie potoczą się pomyślnie.
– Co masz na myśli? – zainteresowała się.
– Nie istotne… – mruknął odkładając swą lekturę i podniósł się, poklepując się po pośladkach.
Nagle Aerilia poczuła się jakby jej ciało właśnie stało się nieco bardziej ociężałe i co dziwne ciasne. Zupełnie jakby coś wepchnęło się w nią, mimo iż nie było na to miejsca. Na szczęście to uczucie dość szybko zniknęło, a ona otrząsnęła się, by zauważyć, iż jej towarzysz właśnie był w połowie drogi od niej do śnieżnobiałego stanowiska, gdzie znajdowała się brązowowłosa dama w skromnej, kremowej sukni. Nie zamierzając zostać z tyłu, ruszyła szybkim krokiem i nie wiedząc kiedy, stanęła przy bibliotekarce.
– Och! Witaj Aerilio! Udało ci się dotrzeć do swego celu? – odezwała się ta, stając się radośniejszą, lecz ukrywając to pod rąbkiem swego rękawa.
– Tak... – zaczęła odpowiadać, gdy nagle mężczyzna w czerni, który stanął obok wtrącił się.
– Z twą pomocą, jak moglibyśmy nie trafić, gdzie chcieliśmy? – rzucił szarmancko, obniżając przednią część swego kapelusza, jakby chciał uniemożliwić rozmówczyni dojrzenie jego oblicza.
– Cieszę się, iż zdołałam pomóc.
– Niestety musimy znów zająć twój czas, byś pomogłam nam udać się do depozytu. – dodał jegomość głosem, który wzbudził w jego towarzyszce lekką zazdrość.
– Po mapę! – wypaliła ta, czując iż musi przejąć inicjatywę.
W tym momencie poczuła na sobie zdziwione spojrzenia, które trąciły współczuciem.
– Po mapę, do pomocy odczytania której będziemy potrzebować twej pomocy. – rozmowa powróciła na swe tory, ignorując to, co się przed chwilą wydarzyło.
– Pomogę wam z największą chęcią. – rzuciła zachęcająco, wywołując nieprzyjemne uczucie u Aerilii.
– Nie będzie to problemem? Nie chcemy zajmować twego cennego czasu. – rzucił niezwykle czule.
– Oczywiście, iż nie. Jestem całkowicie wolna. Co więcej, zapewne nudziłabym się, nie mając nic do zrobienia. – zadeklarowała, jakby nie chcąc by uciekła jej szansa na spotkanie.
– Dobrze więc. Wpadniemy wieczorem, gdyż mamy do załatwienia jeszcze kilka spraw. – rzekł, jakby nie przejmował się w ogóle swą rozmówczynią, po czym odwrócił się i zaczął odchodzić.
– A… – bibliotekarka chciała coś dodać, jednak mężczyzna jej przeszkodził.
– A może gdzieś potem wyjdziemy? Na pewno znasz miejsca w Vithak, które warto zobaczyć. – powiedział delikatnie ciszej niż powinien, po czym machając dłonią opuścił budynek.
– Ach… – westchnęła dziewczyna, po czym otrząsnęła się i zwróciła się do Aerilii podając jej małe zawiniątko – To mapa do depozytu. Miłego dnia.
– Miłego dnia. – rzuciła ta zirytowana, odbierając przedmiot, a następnie wyszła powoli na zewnątrz.
Gdy tam się znalazła, podbiegła do swego towarzysza i wypaliła.
– Co to niby było? – frustracja w jej głosie była tak gęsta, iż można było kroić ją nożem.
– Rozmowa, czyż nie? – rzucił ten od niechcenia.
– A co mamy niby do załatwienia jeszcze? – młoda dama nie spuszczała z tonu.
– Ubrania. W końcu idziemy na randkę. – oświadczył, odbierając jej mapę.
– Chyba sam na nią pójdziesz! – wrzasnęła nie mogąc się już pohamować.
– Jeśli taka twa wola… – mruknął i zaczął iść w odpowiednim kierunku.
Aerilia zaś ogarnięta gniewem, udała się w przeciwną stronę, chcąc zgubić siebie i swoje negatywne emocje.
– Dzień dobry królowo snów. – przyjemne jak ciepły miód na języku słowa wprowadziły gładko budzącą się bordowowłosą damę w poranek.
Wśród tego, co działo się z nią ostatnimi czasy, była to miła odmiana, którą postanowiła przyswoić z uśmiechem. Jeszcze nie zdążyła otworzyć oczu i rozbudzić się do końca, a już mówiła sobie, iż tej chwili nie może chyba nic zepsuć. To trochę dziwne, biorąc pod uwagę otaczające ją szaleństwo. Nie można jej jednak za to winić. W końcu każdy żyje czasami nadzieją, iż przynajmniej raz los się uśmiechnie i ześle przyjemny dzień. Niestety to nie była ta chwila, w której rzeczywistość ukłoniłaby się jej w pas, a raczej ta, w której zdzieliłaby ją grzbietem dłoni w lewy policzek. Ten fakt uświadomiła sobie w momencie, gdy jej zmysły zarejestrowały uczucie mokra, czyli obecność niezidentyfikowanego płynu pod jej ciałem. Na początku zechciała wybuchnąć, jednak znużona ciągłym emocjonowaniem się, podniosła się po prostu do siadu, przetarła oczy, ziewnęła przeciągle i unosząc powieki, pozwoliła odbitemu światłu wpaść przez jej źrenice prosto na siatkówkę. Wtem ukazał się jej sielankowy obrazek mężczyzny w czerni, siedzącego przy okrągłym stoliku na środku pokoju i popijającego jakiś napar z fikuśnie ozdobionej filiżanki.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, przełknąwszy nie wiadomo który łyk.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Powodem tego, było podejrzenie iż coś jest nie tak. Jej umysł przeprowadził więc błyskawiczną analizę, podczas której doszedł do kilku wniosków. Ciało jej było nagie, mokre i czerwone. Zupełnie jak materac, pościel i poduszki na łożu, na którym się znajdowała. Do tego po jej prawej stronie leżała martwa, brązowowłosa bibliotekarka, która z powodu braku krwi była blada jak ściana. Po jej lewej znajdowała się zaś bania z parującą wodą na tyle duża, iż mogła się w niej spokojnie zmieścić. Wniosek? Cóż… Jej podświadomość uznała, iż to nie pora na żadne podsumowania. Dlatego też wstała powoli, jakby automatycznie i poszła zmyć z siebie wszelakie obce ciała i płyny. Podczas tej czynności obserwowała postać jegomościa, który jak gdyby nigdy nic zaczął nalewać do drugiej filiżanki na stoliku napar z czajniczka, a następnie dodawać do niego dwie kostki cukru i łyżeczkę proszku w kolorze cynamonu. Gdy w końcu skończyła, podeszła i usiadła naprzeciw swego towarzysza. Złapała przygotowany dla niej napój i drżącymi rękami przybliżyła go do swego oblicza, by poczuć jego zapach.
– Skłamałbym, gdybym powiedział, iż nie przeżyłaś upojnej nocy z tą kobietą. Również rzekłbym nieprawdę, gdybym stwierdził, iż nie popełniłaś okropnego czynu jakim jest odebranie życia. Jednakże powiedziałbym prawdę, oświadczając ci, iż zbrodnia przez ciebie uczyniona była działaniem w samoobronie. Niestety musiałbym powiadomić cię wtedy, iż według panujących praw i tak zostałabyś pozbawiona wolności, skazana na tortury, a także inne przyjemności. Wszystko to z powodu tego, co zrobiłaś z już wtedy martwą osobą, ale być może lepiej o tym nie wspominać. – odezwał się ten niespodziewanie, niezwykle opanowanym głosem – Jeśli szukasz odpowiedzi na temat tego jak do tego wszystkiego doszło, nie dostaniesz jej. Przynajmniej nie w całości. Niestety udało ci się przesadzić z używkami. Jednakowoż jeśli chciała byś wiedzieć, dlaczegóż to ta oto dama targnęła się na twe życie, wystarczy iż przywołasz jej imię.
– Sihe… – wyszeptała, poprzedzając tym głośne siorbnięcie.
– Sihe nie będąc zadowolona ze śmierci swych towarzyszy, jak również posiadając wiedzę na temat celu naszej podróży i sposobu na dostanie się do niego, postanowiła skończyć z twym żywotem. – oświadczył nadmiernie gestykulując wolną dłonią – Szkoda. Zdawała się być… sympatyczną osobą.
Po tych słowach dopił, co zostało w jego naczyniu, podniósł się i zbliżył do drzwi wyjściowych. Tam złapał swój wiszący na wieszaku płaszcz i stojąc tyłem rzekł:
– Ubieraj się kochana. Mamy napięty grafik.
Na jego polecenie Aerilia zareagowała niemal bezmyślnym posłuszeństwem. W naturalnym dla siebie tempie odziała swe ciało, a skończywszy ruszyła do wyjścia, które specjalnie dla niej zostało otwarte na oścież. Gdy tylko opuściła pomieszczenie, odziany w czerń mężczyzna ruszył za nią. Nim jednak przekroczył próg, omiótł przestrzeń nikłym gestem kończyny górnej, wzniecając tym samym płonący czernią ogień, który nie mógł zgasnąć póki nie spopielił tego, czym go nakarmiono.
Blask niezliczonej liczby ciał krystalicznych wypełniał wnętrze nie za dużego pomieszczenia przyjemnymi, rozproszonymi promieniami. Tą jakże miłą atmosferę psuły kłótnie przyodzianego w czerń mężczyzny z właścicielem przybytku. Gdyby przynajmniej nie trwały one tak długo i nie miały takiego natężenia, może bordowowłosa dziewczyna mogłaby w głębszym stopniu oddawać się przyjemności przyglądania się misternym kształtom kryształowych wyrobów. Gdyby zaś nie fakt, iż kompletnie nie rozumiała języka, którym się posługiwali, już dawno by się wtrąciła i zakończyła tą bezsensowną paplaninę. Tak jednak skazana była na przepełnione niewiedzą czekanie. Niespodziewanie jej uwagę zwróciły gromkie śmiechy i brzdęk monet.
– Wychodzimy. – usłyszała chwilę po tym od swego towarzysza.
Ruszyła więc na zewnątrz, a gdy już znalazła się skąpana w gorącu słońca, na zawieszonym nad przepastną wodą podeście, spojrzała na niego. Stał on z delikatnie skrzywioną miną i badał trzymany w dłoniach kryształ, unosząc go ku jaśniejącej wśród niebios kuli ognia. Wnet cmoknął z niezadowolenia i schował swój zakup do kieszeni.
– Nijak ma się to do lishtvarskiego kunsztu, aczkolwiek winno starczyć. – mruknął pod nosem, po czym zwrócił się do stojącej obok dziewczyny – Został nam jeszcze zaklinacz i możemy ruszać.
Po tym zaczął iść w kierunku Krwawego Placu, aby z niego dotrzeć do odpowiedniej części między-wymiarowego miasta Vithak.
– Nie rozumiem dlaczego nie użyjemy po prostu pierścieni… – rzuciła nagle Aerilia, chcąc wyrazić swą dezaprobatę odnośnie zmarnowanego czasu.
– Istota tkwi w strukturze molekularnej. Czyżbyś zapominała podstaw? – odezwał się na to z pogardą w głosie.
– Ach… – westchnęła, próbując przywołać wspomnienia przyswojonej wiedzy.
Wtem odczuła świdrujący ból we wnętrzu głowy, który sprawił, iż skuliła się lekko i złapała za głowę.
– Odpuść sobie. Jesteś przemęczona ostatnimi wydarzeniami. – poradził jej mężczyzna, a następnie zamilkł już na resztę podróży.
Stare drzwi otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem skrzypienia, który poprzedził donośny dźwięk dzwonka zawieszonego na takiej wysokości, aby rozbrzmiewał za każdym razem, gdy ktoś wchodzi, czy wychodzi.
– Dzień dobry. – odezwał się cieniutki i cichutki głos Aerilii, która ujrzawszy wnętrze przeraziła się jego starości i widocznej na pierwsze oko kruchości.
Nikt jej nie odpowiedział, więc podeszła wolnym krokiem do szerokiego blatu, za którym powinien stać sprzedawca. Stanąwszy obok niego postanowiła poczekać na pojawienie się stosownej persony. Niestety jej plany zostały przekreślone przez jej odzianego w czerń towarzysza, który wynurzył się jakby zza jej pleców i z niebywałą siłą uderzył w mebel, który jakimś cudem się nie rozpadł. Dźwięk jaki powstał, sprawił iż gdzieś z zaplecza odezwał się huk upadającej na podłogę osoby razem z siedziskiem, które zajmowała. Po tym swój utwór zaprezentował rumor, którego crescendo rosło nieprzerwanie z każdą chwilą, aż do momentu, gdy osiągnęło forte fortissimo blisko przejścia do części zakładu, przeznaczonego dla klienteli. Wreszcie w pokoju pojawił się siedemnastoletni rudzielec z krótkimi, kręconymi włosami, który spektakularnie potknął się i niczym płaska deska przywalił w podłogę, gasząc wszelkie dźwięki do niente.
– Głupcze! Robisz nam wstyd przy klientach! – strasznie szorstki i zdenerwowany głos rozbrzmiał jakby ze wszystkich ścian – Podnoś się natychmiast, inaczej ci pomogę!
– Nie… – jęknął ten niewyraźnie i błyskawicznie stanął na nogi, by przywitać dwójkę nieznajomych – Witamy w skromnych progach. W czym mogę służyć?
– Chyba wiedzą gdzie przybyli. – dostał odpowiedź z przestrzeni.
– Ale to forma grzecznościowa… – bąknął zasmucony.
– No dobrze, dobrze. Masz rację. – przyznano mu niechętnie rację.
– Pragniemy skorzystać z usług zaklinacza. Ponoć tutaj znajduje się najlepszy w całym Vithak. – wtrąciła się nagle Aerilia.
– W całym świecie! – żachnął się głos – Nie ma większego na świecie zaklinacza od Ghranna Zulaka!
– Czemuż, więc tak wielki zaklinacz mieszka na obrzeżach niezamieszkanego wymiaru w starej chacie, a pamięć o nim leży jedynie w przedwiecznych księgach? – odezwał się nagle jegomość w czerni, który z zaciekawieniem zaczął oglądać wszelakie przedmioty, stanowiące wystrój wnętrza.
– Może lepiej… – zaczął młody rudzielec, lecz nim zdarzył dokończyć jego oczy zaszły mgłą i z ust wydobył się szorstki dźwięk, który przed chwilą nie był tak scentralizowany – Zollander, ten cholerny czarodziej, zaklął mą duszę w tym miejscu i nawet śmierć nie jest w stanie mnie sięgnąć!
Po tych słowach mówca zbliżył się do swych gości i zlustrował ich wzrokiem.
– Odegrałem mu się jednak. Zakląłem go w mieczu i kazałem wbić w magiczne kowadło na tysiące lat. Czar zapewne już zdążył przeminąć i jakiś biedak wyciągnął z niego Zollandera, a ja.. Nadal tu tkwię. – oświadczył ewidentnie żałując, iż nie zrobił czegoś gorszego, a następnie zwrócił się do mężczyzny przed nim – Ty zaś jesteś mi podobny. Również uwięziony w przedmiocie. Jedynie różni nas, iż ja chcę się uwolnić, by móc umrzeć. Ty jednak pragniesz pozostać w swym więzieniu by żyć. Powiedź mi. Czemu purpurę kryjesz pod czernią czarnoksiężniku?
– Mylisz mnie z kimś starcze. – odparł mu ten wywołując ciszę, podczas której oboje spoglądali sobie w oczy.
– Czy…? – zechciała się odezwać kobieta, lecz gdy wszyscy skierowali na nią spojrzenie, zamilkła czując zbyt dużą presję.
– Czy możemy przejść do interesów? – dokończył za nią jej towarzysz.
W tym momencie gospodarz odwrócił się od swych rozmówców i ruszył do lady, by się o nią wesprzeć. Mimo, iż ciało, w którym przebywał, było bardzo młode, biła od niego aura zmęczenia i starości.
– Oczywiście. – mruknął, machnąwszy wolną ręką – Jakie zaklęcie i w czym?
– Potrzebujemy możliwości oddechu pod wodą. – rzekła Aerilia, gdy mężczyzna w czerni zaczął wyciągać zakupione wcześniej klejnoty.
– Pff… Gdzież chcecie pływać? – zapytał lekceważąco odbierając przedmioty, które miał zakląć.
Zaczął im się przyglądać, a nie dostawszy odpowiedzi, przeanalizował swe pytanie. Odpowiedź przyszła do niego niespodziewanie szybko. Przełknął więc głośno ślinę i spojrzał na swoich klientów z szeroko rozwartymi oczami, a także uśmiechem na twarzy.
– Oszaleliście! – powiedziawszy to zaczął się szalenie śmiać.
– Dasz radę? – padło nierozważne pytanie od bordowowłosej dziewczyny.
– Żartujesz sobie! – rzucił jej nienawistny wzrok, a następnie dodał – Moje zaklęcia was nie zawiodą! Prędzej te świecidełka się rozpadną!
– W dzisiejszych czasach trudno o finezję Lishtvarów, czy Athanów… – mruknął mu na to rozmówca.
– Wszystko ma jednak swoją cenę. Cóż dostanę za swe usługi? – zaciekawił się z lubieżnym uśmiechem.
W tym momencie osobnik w czerni zbliżył się do niego i wyszeptał mu coś do ucha. Temu zaś podczas tego mina najpierw zrzedła, a następnie spoważniała. W zmatowionych oczach zaświeciło się zaś jak przy wybuchu gwiazdy.
– To chwilę potrwa. – oświadczył swym szorstkim głosem, a następnie stanął na równe nogi, by zwrócić się i udać na zaplecze, gdzie zapewne znajdowała się jego pracownia.
Dwójce jego klientów nie pozostało zaś nic, prócz czekania, aż ten wróci z gotowym dziełem. Spojrzeli się więc na siebie, by nie powiedzieć nic i rozejrzeć się za jakimś zajęciem, które zdołałoby zabić umykający czas.
Drewniane drzwi zamknęły się za bordowowłosą kobietą z charakterystycznym, dudniącym odgłosem. Po tym odezwały się odgłosy kroków jednej osoby, choć po kładce kroczyły dwie.
– Cóż mu powiedziałeś? – zapytała nagle, a kiedy odpowiedziało jej milczenie, dodała – Gdy zażądał zapłaty.
– Rzekłem jak wyglądasz nago. Jak się okazało ten stary zaklinacz to zwykły zboczeniec. – rzucił jej towarzysz bez jakiegokolwiek przekonania, patrząc się pod swe nogi.
Po tym nastąpiło milczenie, które trwało w akompaniamencie chlupnięć wody, która nie wiedzieć czemu falować poczęła. Aerilia pragnęła, aby z jej ust popłynęły jakieś słowa, które podtrzymałyby rozmowę, która z góry skazana była na niezaistnienie. Coś korciło ją w brzuchu i kazało jej rzucić jakąkolwiek myśl, która przyszłaby jej na głowę. Niestety umysł jej krnąbrny jak na złość wiał pustką. Kroczyła więc w ciszy z mężczyzną odzianym w czerń, a dokładniej lekko przed nim, gdyż naturalnym odruchem pozwolił jej się wyprzedzić.
– Znajdź mnie jutrzejszego popołudnia, gdzie mapa wskazała wejście. – rozkazał, gdy znaleźli się na skrzyżowaniu dróg.
Po tym zwrócił się w lewo i podążył wybranym kierunkiem rozsiewając aurę zamyślenia. Młoda dama chciała za nim podążyć aczkolwiek nie mogła postąpić kroku. Dopiero, gdy straciła go ze swych oczu w gęstej mgle, która nie wiedzieć kiedy się pojawiła, postawiła w przód stopę i wyciągnęła rękę. Było już na to za późno, jednak jej ciało i umysł zareagowały z opóźnieniem. Być może był to wynik jakiegoś otępienia, a być może zdała sobie sprawę, iż warto jest poddać się w swych płonnych staraniach.
Na skraju rozległej platformy, która przystrojona była przeróżnymi meblami niczym pokój jadalny jakiegoś szlachcica, siedział mężczyzna w czerni. Moczył on swe nogi w otaczającej go wodzie, kołysząc nimi powoli to w przód i tył, to w boki. Przy tym nucił sobie pod nosem jakąś smętną melodię. Zastanawiał się nad tym po co przybył do miejsca, w którym aktualnie się znajdował i jaki sens miał jego cel. Niby wiedział, iż to do czego dążył miało posłużyć mu do zdjęcia z Aerilii brzemienia, które pozwolił, aby ją opętało. Miał świadomość, iż to cóż zamierzał uczynić, miałoby pomóc kolejnej duszy wyśnić swój sen. Jednakowoż pewien cichy głos wołający z czeluści jego podświadomości wołał go, aby wykorzystał okazję i porzucając obietnicę, uwolnił się z swego więzienia.
– Nie mogę im tego zrobić… – mruknął sam do siebie pod nosem – Czarnoksiężnik uratował me jestestwo, bym mógł kiedyś wyśnić swój własny sen.
Nagle usłyszał za sobą powolne kroki, które oświadczyły mu, iż pora podnieść się i stawić czoła przeznaczeniu. Uczynił więc tak i już po chwili stał na równych nogach przeciągając się nieznacznie i poprawiając kapelusz na swej głowie.
– Pora nam ruszać. – oświadczył nawet nie spoglądając na osobę, która przybyła, po czym ruszył ku centrum platformy, gdzie znajdowała się duża klapa.
Znalazłszy się przy niej, otworzył przejście i spojrzał w ciemność, która poczęła z niego zionąć. Westchnąwszy zanurzył się w niej, a wyczuwając stopą szczebel drabiny oparł się o niego i już po chwili zaczął schodzić w dół. Za nim ruszyła jego towarzyszka, co obaczył po zgrabnych pośladkach, które znalazły się tuż nad nim.
– To będzie przyjemna podróż. – oznajmił, a jego głos rozniósł się niespotykanym echem po przestrzeni, która wydawała się być jednocześnie skończona i bez jakichkolwiek granic.
Po tym zamilkł, by odgłosy oddechów i stawianych na poprzecznie leżących kawałkach drewna kroków mogły otulić rzeczywistość niczym rytm pięknej ballady.
– Cóż za drabina… – wydusiła z siebie bordowowłosa dama, gdy podeszwa jej stopy poprzez grubą warstwę materiału dotknęła zalanej wodą podłogi, wywołując charakterystyczny dźwięk chlupnięcie.
– Zaprawdę długa. – rzucił jej w odpowiedzi jej towarzysz, a następnie uniósł dłoń, by zakręcić nią w powietrzu.
W taki sposób zrodził między palcami światło, które uniosło się ponad ich koniuszki i zebrało się w jaśniejącą kulę. Tak rozświetliwszy sobie przestrzeń w promieniu około dwóch metrów, zaczął się rozglądać.
– Czego szukasz? – padło pytanie od jego towarzyszki.
– Wiatru… – szepnął, aczkolwiek szybko zamilkł, gdyż na skórze poczuł delikatne uderzenie powietrza, a jego magiczna kula popchnięta została przez jego prąd.
Oceniwszy po tym kierunek, ruszył według niego. Nie zaszedł daleko, a napotkał ścianę, w której znajdowało się przejście do korytarza. Zadowolony z siebie przystanął i odwrócił się do Aerilii.
– Już niedaleko. – oświadczył jej, a następnie wydobył z połów swego odzienia dwie maski z klejnotami przyczepionymi w okolicy ust.
– Dlaczego tak? – zapytała, odbierając jedną z nich.
– Byś nie musiała go wsadzać do gardła. – odparł, po czym ruszył w końcu przed siebie.
– Aha… – bąknęła, po czym ruszyła za nim.
Z każdym ich krokiem sufit się obniżał, a poziom wody się zwiększał. Nie minęło więc wiele czasu, aż w końcu zmuszeni zostali do nałożenia na swe oblicza zaklęte przedmioty i zanurkowania. Wpierw bardziej niż płynęli, odpychali się od znajdujących się niezwykle blisko nich ścian. Dopiero po jakimś czasie poczuli zwiększający się prąd, który zaczął zwiększać ich pęd, aż w końcu porwał ich. Ciągnięci jego siłą jedyne co mogli robić to zasłaniać swe głowy, by te nie zostały uszkodzone. Płynęli z zawrotną prędkością, w tak ciasnej przestrzeni, iż nie szło się połapać w przestrzeni i tym co się w ogóle dzieje. Trwało to dłuższą chwilę i przyprawiało ich oboje o mdłości, gdy nagle z niebywałym impetem zostali wystrzeleni do nieskończonej głębi oświetlanej przez blade światło, które przebijało się ostatkami sił do tych głębokości. Byli jednak tak poturbowani, iż zajęło im to dobrą chwilę, by przyswoić ten fakt. Nie mniej w końcu zdołali się ogarnąć. Niestety mimo niebywałej czystości cieczy, w której się znajdowali nie mogli się dostrzec. Spróbowali więc stworzyć źródło światła, aczkolwiek gdy tylko spróbowali toń pochłonęła ich energię i rozproszyła ją w sobie. Przekląwszy sytuację, postanowili iż będą płynąć do celu, który swoją drogą nie wiadomo gdzie się znajdował, by tam być może się odnaleźć. Nim jednak zdążyli się poruszyć coś ogromnego przepłynęło obok nich i wzburzyło spokój prądów. Tym samym cała energia zgromadzona w cieczy straciła swój neutralny stan i poczęła uderzać w nich falami, za każdym razem tworząc pęknięcie na ich klejnotach, a także maskach. Wnet ogarnęła ich panika. Ich życie wisiało na włosku. Musieli coś zrobić. Jedynym wyjściem, które uznali za sensowne, było wycofanie się i popłynięcie ku powierzchni, nim mieli jeszcze szansę. Jak pomyśleli tak zrobili i wnet machali swymi kończynami, by rozpocząć wypływanie. Dobrze im to szło i nawet w pewnym momencie, gdy w przestrzeni znalazło się więcej światła, zaczęli się dostrzegać. Na ich nieszczęście to, co wcześniej zaburzyło ład cieczy, wróciło prawdopodobnie chcąc sobie zrobić z nich małą przekąskę. Wpłynęło więc między nich, odrzucając ich z dala od siebie. Teraz zdali byli jedynie na siebie, aczkolwiek Aerilia wylądowała w gorszej sytuacji, albowiem to na nią wzięła sobie cel podwodna istota. Poczęła więc machać jeszcze szybciej swymi rękami i nogami. Przy tym postarała się nawet pomóc sobie magią, lecz ta błyskawicznie rozpraszana zdawała się na nic. Jej ciało i umysł skupiały się tylko na jednym celu, ignorując przy tym zagrożenie, na które nie mogły nic poradzić. Szamotała się więc zbliżając się coraz bardziej do powierzchni, gdy nagle oberwała czymś naprawdę ogromnym. Ten cios nie tyle rzucił ją nie wiadomo gdzie, ale do tego roztrzaskał jej maskę. W tym momencie woda zalała jej cały układ oddechowy. Nie miała szans na przeżycie i błyskawicznie zaczęła się dusić. Po chwili była już na skraju przytomności robiąc ostatni rachunek sumienia. Miała wybaczyć sobie wszystko i odejść w spokoju, lecz jak na złość wszystko o czym pomyślała skazywała na potępienie. Widocznie nie było dla niej nadziei nawet po śmierci. Odpuściła sobie więc i porzuciła do końca kontrolę nad ciałem. Nim jeszcze jej świadomość usnęła całkowicie, poczuła jak coś zaczyna ją ciągnąć w górę. Co jednak to było i jak to zrobiło nie było już jej zmartwieniem, gdyż nim zdążyła się nad tym zastanowić, straciła przytomność.
Ostre promienie słoneczne zsyłane na świat przez jedną z płonących żywym ogniem gwiazd, paliły skórę bordowowłosej kobiety leżącej jedną trzecią swego ciała w niewielkim jeziorku, a pozostałą na mokrym piasku przyozdobionym licznymi źdźbłami trawy. Wzbijające się ku przestworzom palmy, które znajdowały się naokoło próbowały stworzyć nieco cienia dla jej osoby, aczkolwiek nie dawały sobie rady z panującą wkoło jasnością. Wszystko zaś obmywał delikatny wiatr, który sunął się blisko zaległych na ziemi ziarenek piasku, unosząc niektóre z nich na kilka centymetrów. Tak świat istniał sobie puki tafla wody nie poczęła się burzyć, tworząc niewielkie fale. Po chwili życiodajna ciecz wyrzuciła z siebie odzianego w czerń mężczyznę, który gdy tylko znalazł się na powierzchni, wziął głęboki wdech. Następnie wierzgając bezsilnie kończynami podpłynął do brzegu i ostatkami sił wspiął się na niego. Gdy większość jego ciała znalazła się poza jeziorkiem, padł wyczerpany na plecy i począł wpatrywać się w wrzynające się w błękit nieba zielone liście drzew. Oddychał płytko i szybko. Tak wyprany z mocy nie czuł się chyba nigdy. Nagle zorientował się, iż jego umysł jest sam. To był dla niego niezwykły ewenement, albowiem tyle czasu spędził w połączeniu z innymi duszami, iż już zdążył zapomnieć jaka cisza panuje, gdy jest się pojedynczą świadomością zamkniętą w jednym ciele. Zadziwiony tym uczuciem począł się uśmiechać. Wreszcie był wolny. Głębiny Vithak ściągnęły z niego klątwę bycia Śniącym. Radość zaczęła przepełniać go w całości. Jednakowoż gdzieś za tym czaiło się poczucie winy i smutek, albowiem wiedział, iż nie może tak po prostu porzucić swej powinności, a także nie może złożyć wszystko na barki Aerilii. To nie było jej przeznaczeniem. Zamknął więc oczy, aby pocieszyć się jeszcze chwilę i w końcu obrócił głowę w prawo i w lewo, aby ogarnąć wzrokiem większą ilość przestrzeni. Wtem stwierdził, iż znajduje się w jakiejś oazie na pustyni, a jego aktualnie nieprzytomna towarzyszka znajduje się obok niego.
– Ech… – westchnął zrezygnowany, a następnie dźwignął się, by się na niej usiąść.
Uczyniwszy to, począł ciągnąć za jej ubranie w taki sposób, aby odsłonić okolicę mostkową jej klatki piersiowej. Tam, prócz gładkiej skóry, której widok budził w nim ogromne pragnienie fizycznej bliskości, odnalazł czarny krzyżyk. Złapał go, wezbrawszy wcześniej powietrze w płuca i pozwolił swojemu jestestwu na powrót połączyć się z wszystkimi innym istnieniami, które się w nim znajdowały. Nie minęło wiele czasu, a jego postać zmieniła się w niewyraźny cień i została wessana do zawieszki, pozostawiając pozbawioną świadomości dziewczynę samą.
Zachodni horyzont poczynał świecić pomarańczowo-czerwonym światłem, ustępując miejsca ciemnogranatowemu niebu, na którym pojawił się już pierwszy księżyc i jego nikły blask. Wiatr, który wcześniej śmigał poprzez pustynny krajobraz zdążył umknąć gdzieś i zniknąć na dobre. Przy tym wszelakie istoty rozpoczęły wypełzanie ze swoich kryjówek, by podczas zimnej nocy zapolować na swe ofiary, które albo szły spać, albo też jak one się budziły. Rzeczywistość zmieniała swój obraz podług zawiłych mechanizmów jej magicznego wymiaru. Czuwające przy tym duchy pilnowały, by wszystko działo się jak powinno. Przeznaczenie zaś rzucało swymi kośćmi, by wytyczyć ścieżki dla losu, podlegającego pod widzimisię każdej istoty. Wszystko kroczyło swym naturalnym tempem nie przejmując się niczym poza większym, nieokreślonym celem, który był zbyt prosty i zawiły za razem, by zostać zrozumianym przez proste istoty. Świadomość tego faktu mogła budzić frustrację i poczucie bezsilności, aczkolwiek nie w momencie czasu, w którym znajdowała się bordowowłosa dziewczyna, zalegająca w oazie, gdzieś na pustyni. W tej chwili żadne z istnień nie było na tyle potężne, by przejmować się takimi sprawami, a nawet jeśli takie się znalazło, było ono jedynie wyjątkiem, które nazbyt pojmując sens wszechrzeczy, nie starało się w nic ingerować. Dlatego też nie było sensu skupiać się na czymś wielkim i rozległym, albowiem samo w sobie było to zbyt nudne. Ciekawszym za to wydawało się ponowne skoncentrowanie na pojedynczej osobie, która właśnie poczęła się budzić ze swojej nieświadomości. Zerwała się ona gwałtownie na bok, by odkaszleć z płuc zaległą wodę. Skończywszy, zaczęła oddychać głęboko i dość szybko, by uzupełnić braki tlenu. W końcu uspokoiwszy oddech i serce, uświadomiła sobie, iż jej nogi są mokre. Przesunęła się więc, by wyciągnąć je z jeziorka, przy którym się znajdowała, a następnie padła na plecy, czując się wyprana z energii. Pomyślała, iż przydałoby się jej wysuszyć, aczkolwiek miała poczucie, iż jedyne na co ją aktualnie stać prócz wspomożenia swego ciała w wszelakich czynnościach, to jedynie wywołanie kilku małych iskier. Westchnęła więc przeciągle i odgoniła chcące ją ogarnąć zmęczenie. Gdy już się odpowiednio pobudziła, podniosła się, by rozejrzeć się i spróbować określić, gdzie się znajduje. Niestety prócz tego, iż znajdowała się w jakiejś oazie, nic innego nie mogła wywnioskować. Westchnęła więc po raz kolejny i zaczęła poszukiwać drwa, które posłużyłoby jej za materiał do rozpalenia ogniska. To zajęcie nie zajęło jej długą chwilę i wnet zebrała wszystko czego było jej potrzeba, a także wydzieliła sobie odpowiednie miejsce. W nim zrodziła radosny ogień, trawiący w radosnym transie poświęcone mu surowce. W końcu usiadłszy i odetchnąwszy ze spokojem, zaczęła analizować co się stało. Dopiero po chwili doszła do wniosku, iż czuje się niezwykle lekko i przestronnie. Jakby cały ciężar, który spoczywał na jej duszy i umyśle, gdzieś zniknął. Przy tym jednak nie mogła odnaleźć obecności swego towarzysza. Wniosek był więc jeden. Zostali rozdzieleni przez przeznaczenie i kto wie, czy jeszcze się spotkają. Nie wiedząc czemu nie było jej z tego powodu smutno, a bardziej nieco się radowała z takiego obrotu spraw. Aby tego tematu nie roztrącać, skierowała swe myśli ku temu, co zawiodło podczas jej wyprawy. Wnet podniosła się i podeszła do brzegu pobliskiego jeziorka, aby poszukać tam maski otrzymanej od zaklinacza. Znalazła ją stosunkowo szybko, aczkolwiek w kawałkach. Praktycznie nie było co po niej zbierać. Rozejrzała się więc w poszukiwaniu klejnotu, który powinien wraz z jej szczątkami gdzieś leżeć. Chwilę jej to zajęło, ale w końcu dostrzegła ów przedmiot i zadowolona złapała go w dłoń. Nie zdołała jednak całkowicie jej na nim zacisnąć, a ten zmienił się w proch, który upadając zmieszał się z piachem.
– Tyle po całym przedsięwzięciu… – mruknęła niezadowolona, a następnie rozejrzała się wkoło w poszukiwaniu swego towarzysza, którego również mogło wyrzucić gdzieś w pobliżu.
Niestety jedynym co dostrzegła był pustynny lis, który gdyby tylko miała siły na polowanie, zostałby jej posiłkiem. Tak jednak, zrezygnowana ruszyła z powrotem do ogniska, przy którym usiadła z głową złożoną na przysuniętych do reszty ciała kolanach.
Ranek wstał powoli, a tym co przyniosło go do świadomości Aerilii był kuszący zapach smażącego się mięsa. Czując jak jej brzuch domaga się posiłku, a jama ustna wypełnia się śliną jedynie na myśl o nim, otworzyła oczy i podniosła głowę, by spojrzeć przed siebie. Ujrzała trzymane nad ogniem magiczną mocą zwierzę, którego skóra zdążyła już ładnie zbrązowieć. Jej ciało zechciało się rzucić na ów obrazek, jednak umysł zahamował je, nakazując poszukania odpowiedzi na to kto lub co jest odpowiedzialne za taki stan rzeczy. Na szczęście nie trzeba było jej tego długo szukać, albowiem w mig dostrzegła po drugiej stronie ogniska wielkiego na trzy metry osobnika, przyodzianego w szaty koloru królewskiej purpury i srebrny, nieco sczerniały pancerz. Ponieważ nie mogła dostrzec jego oblicza, które skrywał cień rzucany przez kaptur, a także ze względu na fakt, iż nie było widać żadnego ruchu jego ciała, nie miała pojęcia czy to na co spogląda jest prawdą, czy jedynie ułudą.
– Kim jesteś? – rzuciła zapytanie, podrywając się i stając w gotowości do pojedynku.
Mimo, iż w głębi siebie czuła, iż zna tego, kto się przed nią znajdował, nie mogła tego dopuścić do swej świadomości. Poczęła więc zastanawiać się i szukać w swej pamięci jakichś informacji o nim.
– Jesteś tym czarnoksiężnikiem. – rzuciła z lekkim strachem, przypominając sobie skąd go kojarzy.
Momentalnie dojrzałą wspomnienie o tym jak uciekała w celu ratowania swego życia i natknęła się na niego. Nagle uświadomiła sobie, iż pamięta jedynie urywki tego co się działo z nią od tamtej pory. To pozwoliło jej uznać, iż do tej pory pozostawała w opętaniu. Teraz dopiero głębiny Vithak uwolniły ją od niego. Niestety widziała, iż raczej nie ma co cieszyć się wolnością, gdyż na skraju świadomości poczęła odczuwać obecność, która bezwzględnie pragnęła uwięzić jej duszę i przejąć kontrolę nad jej ciałem.
– Nie… – spróbowała zawalczyć, aczkolwiek nic to nie dało, gdyż coraz bardziej traciła kontrolę i zanurzała się w ciemności.
Jedyne co mogła robić to jak przez mgłę spoglądać na osobnika naprzeciw, który podniósł się powoli i ruszył w jej stronę. Stanąwszy przy niej, złapał jej głowę obiema dłońmi obleczonymi srebrnymi szponami, a następnie wbił dwa z nich znajdujące się na kciukach w jej oczy. Zechciała zakrzyczeć, lecz z jej rozwierających się zbyt wolno ust wymsknęło się jedynie ciche, gardłowe jęknięcie. Wtem poczuła obce zimno rozlewające się wpierw po jej gałkach ocznych, a następnie po całym mózgowiu i rdzeniu kręgowym. Po chwili wszystko przeniosło się wraz z nerwami na całe ciało i stała się niezwykle ciężka. Następnie jej zmysły oświadczyły, iż została puszczona i upada. Wtedy jej ciało zaczęło niebywale tężeć, aż w końcu stało się niczym zastygła stal. To więzienie, w którym się znalazła rysowało się na jej grobowiec, więc miast walczyć i starać się dosięgnąć energii, która już w niej nie płynęła, odrzuciła swą świadomość.
Otępiona dziewczyna obudziła się, nie mogąc do końca porozumieć się z własnymi zmysłami. Mimo świadomości, iż jej wzrok nie działa, widziała świat wkoło niej jako płynący i ciągle zmieniający swój kształt szary metal, który odwzorowywał karykaturalnie to, co znała jako rzeczywistość. Przy tym słyszała niezliczone szepty, które mieszając się ze sobą tworzyły jakby muzykę tła. W ustach czuła metaliczny posmak, który gdy tylko połykała ślinę, rozchodził się po całym jej ciele niczym szpilki wbijające się w skórę. Czegokolwiek nie spróbowała dotknąć, uciekało to spod jej palców jakby bojąc się jej. Skonsternowana tymi doświadczeniami, rozejrzała się wkoło, uświadamiając sobie przy tym, iż powietrze było jakieś gęstsze, co utrudniało poruszanie się. W każdym kierunku, w którym rzuciła swym wzrokiem dostrzegała przedziwne rzeczy. Czasem były to przedmioty, a czasem istoty. Wszystko to zdawało się na nią spoglądać, w sposób taki jakby jej obecność była niewygodna. W końcu jednak dostrzegła rozrastające się bezlistne drzewo, które przebiwszy się przez szumy, poczęło ją wołać i kusić.
– Przyjdź moje dziecko. Dokończ swego przymierza. Jam Sigilium. Tom mądrości. Krzew potęgi. – mówił zniekształcony głos, którego tonu nie dało się określić.
Oczarowana tymi słowami, ruszyła w kierunku z którego dochodziły, a pod jej nogami zaczęła się rysować ścieżka z splecionych ze sobą gałęzi.
Gruby pień szarego drzewa, wokół którego rozpościerała się największa sala rozległego sanktuarium Arbor Vithak, począł rozwierać się długą szczeliną, uwalniając ze swego wnętrza lepką i gęstą maź w tym samym kolorze. Gdy wypuścił z siebie jego ogromną ilość, zasklepił się i wnet zregenerował tak, iż nie było widać na nim ni śladu po tym co się wydarzyło. Kolejno przestrzeń przeszyło głośne i łapczywe wezbranie powietrza, wraz z którym z substancji zaległej na wyłożonej białymi, z szklistym połyskiem płytkami podłodze wynurzać zaczął się zarys humanoidalnej postaci. Miotał się on niczym na nowo rodząca się istota obdarzona zbyt durzą świadomością jak na etap, który przechodziła. W niedługim czasie zaczął on przybierać kompletniejsze kształty, by szybko zaznaczyć wszelakie detale i zamienić się w kobietę rzucającą się w spazmach przez bycie uwięzioną w śliskim materiale. Następnie ciepiąca katusze postać zastygła w bezruchu, gdyż jej więzienie postanowiło stwardnieć w całości, by kolejno zacząć pękać, dając jej wolność. Tak blada, bordowowłosa kobieta, której ciało obleczone było pulsującym tatuażem w kształcie gałęzi, narodziła się na nowo. Jej nieskazitelny aspekt fizyczny, który dopiero co zgrywał się z jej umysłem rzucał się jeszcze w niekontrolowanych ruchach. Dopiero po czasie uspokoił się i dał okiełznać. Wtedy w komnacie ściszyły się wszystkie dźwięki i na powrót zapanował spokój. Nie trwał on jednak zbyt długo, gdyż w pewnej chwili rozległy się odgłosy klaskania, które niosły ze sobą metaliczny pogłos.
– Winszuję. – oświadczył znajomy głos radującym się tonem – Wyśniłaś w końcu swój sen.
Dziewczyna odruchowo zechciała skierować swe oblicze w jego stronę. Niestety nie była w stanie tego zrobić, gdyż docierał on jakby z głębi jej umysłu. Obróciła więc jedynie swą głową wkoło, ukazując otoczeniu zalane srebrem oczy, które błyszczały zimnym światłem.
– Ach… Wybacz. Zapomniałem. – rozległo się stwierdzenie, po którym odezwały się ciężkie kroki z towarzyszącym im charakterystycznym odgłosem metalu uderzającego o ceramikę.
Następnie kobieta poczuła zimno dotyku na swej twarzy, gdy z jej gałek ocznych począł cofać się materiał, przez który nie mogła widzieć. Wpierw zalała ją jasność przestrzeni, oślepiając ją tym samym na tak długi czas, iż osobnik, który się przy niej przez chwilę znajdował, zdążył wrócić ku swojej wcześniejszej pozycji. Następnie poczuła jak jej dusza rozpływa się po ciele i podłącza do każdej jego komórki. Wszystkie zmysły powróciły i pojawił się naturalny ból jaki na co dzień odczuwała każda żyjąca istota. W tym momencie przeciągnęła się niczym kot zmuszając swe mięśnie do spięcia się i rozluźnienia. W końcu podniosła się do siadu i rozejrzała wkoło. Ogrom pustki jaki ujrzała onieśmielił ją niemal tak mocno, iż zapragnęła zamknąć się w sobie. Na szczęście obok niej znajdowało się ogromne, szare drzewo, a nieco dalej stał niewielki w porównaniu do niego, okrągły, szklany stolik, przy którym na krzesełku z tego samego materiału zasiadywała trzymetrowa postać w szatach koloru królewskiej purpury kreślonych czarnymi wstawkami i przykrytej sczerniałą w dużym stopniu srebrną zbroją. Delektowała się ona oglądaniem istoty, jak się wydawało skrytej pod obszernym, krwistoczerwonym płótnem, która przyniósłszy na tacy czajnik, filiżanki i cukier, poczęła wykładać wszystko na powierzchnię mebla.
– Napijesz się herbaty Aerilio? – padło pytanie wraz z zapraszającym gestem dłoni.
W odpowiedzi na nie, młoda dama podniosła się z podłoża z niespodziewaną zwinnością, a następnie zaczęła iść w odpowiednim kierunku. Nim postąpiła dwa kroki, w zastraszającym tempie przyleciała do niej inna postać pod krwistoczerwonym płótnem, która błyskawicznie oplotła się wokół niej, służąc jej jako odzienie. W tym momencie przekonała się, iż nie było żadnej istoty, a jedynie zaklęty materiał, który wydawał się posiadać świadomość i inteligencję. Wpierw poczuła się z tym delikatnie nieswojo, aczkolwiek gdy jej ciało zaakceptowało fakturę chwilowego ubrania jako delikatną, a także odczuło przyjemne ciepło, wszystko zaakceptowała i kontynuowała swój krok. W końcu dotarła do szklanego siedziska i zajęła na nim miejsce. Po tym wyciągnęła rękę, z której jak na zawołanie zsunął się niepotrzebny kawałek materiału i sięgnęła po wypełnioną gorącym naparem filiżankę.
– Nie jesteś tym czarnoksiężnikiem. – rzekła, gdy tylko westchnęła po wzięciu pierwszego łyku.
– Nie. – cała radość, która wcześniej rysowała się w głosie rozmówcy, zniknęła bez śladu.
– Kim więc jesteś? – zapytała bez zaciekawienia.
– Sigilium ci nie powiedziało? – odpowiedział pytaniem.
– Chcę to usłyszeć od ciebie. – stwierdziła, biorąc drugi łyk.
Wtem zapadła chwilowa cisza, podczas której nie zdarzyło się całkowicie nic.
– Cieniem, którego wyciągnięto z Ciemności. – oświadczył wreszcie.
– W jakim celu? – rzuciła kolejne zdanie pytające.
– Masz dużo pytań. Srebrny Przewodnik musiał spowolnić proces. Nie martw się jednak. Wiedza za niedługo przyjdzie. – powiedział, licząc na zakończenie niepotrzebnej wymiany zdań.
– Chcę jej teraz. – lekko uniesiony głos posłał żądanie.
– Cierpliwość to cnota. – rzekł, tylko po to by zrobić chwilę przerwy i po niej kontynuować – Czarnoksiężnik wyśnił już swój sen. Nim jednak to zrobił obiecał spełnienie mego. Warunkiem było, iż będę kontynuował jego dzieło i umożliwię każdemu istnieniu urzeczywistnić to, co tylko mogło mu się śnić.
– Za jaką cenę? – odezwała się z kolejnym pytaniem.
– Wcześniej fragment istnienia. Teraz… Cokolwiek uznam za odpowiednią zapłatę. – odrzekł.
– Czym ja zapłaciłam? – nagle zmarszczyła brwi.
– Twoja zapłata jeszcze trwa. – oświadczenie, które padło z jego ust, wypowiedziane zostało w tonie, który ewidentnie mówił, iż nic więcej na ten temat nie zostanie zdradzone.
– Kim jest Sre…? – zaczęła więc zdawać inne pytanie, aczkolwiek w tym momencie znalazła w umyśle odpowiedź, której poszukiwała – Ach…
– Widzę, iż inicjacja się kończy. Czy byłabyś więc tak miła i zaprzestała odrzucania mnie? Energia, którą posiadam nie należy do mnie, a zużywanie jej na bezsensowną walkę nie jest mi w smak. – poprosił wskazując jednym ze srebrnych szponów na swych palcach na pierś rozmówczyni.
Ta więc spojrzała w wskazywane miejsce i gdy tylko przykrywający ją materiał usunął się z miejsca, ukazały jej się dwa tatuaże zwarte w wirze walki. Jeden z nich, skupiony wokół zawieszki w kształcie krzyża bronił się skutecznie przez drugim, który znajdował się na całej reszcie ciała.
– Oczywiście. – rzekła i chwilę po tym większy z nich zamarł w bezruchu, a mniejszy na znak pokoju zrobił to samo.
Po tym skierowała swój wzrok na postać, z którą toczyła rozmowę i stwierdziła:
– Poszukujesz Klejnotu Dusz. Dlaczego?
– Czy wiesz jak trudno jest nie zagubić się pośród niezliczonej liczby snów? Szczególnie, gdy zaczynają one wpływać na siebie nawzajem. – odrzekł zagadkowo, a następnie podniósł się powoli – Gdy tylko będziesz gotowa ruszymy z powrotem do Vithak.
Wypowiedziawszy to zaczął iść w stronę jednego z wyjść z pomieszczenia. Po kilkunastu krokach zatrzymał się jednak na moment, by dodać:
– Pieszo. Chcę, byś przyzwyczaiła się do tego jak postrzegasz teraz świat.
Na jego słowa dziewczyna lekko się zafrapowała i zaczęła zastanawiać się cóż takiego się w niej zmieniło, albowiem nie miała w ogóle takiego poczucia. Z tego zamyślenia wyrwał ją jednak fakt, iż w jej filiżance nie było już napoju, co zauważyła pragnąc wziąć kolejny łyk. Stwierdziła więc, iż to znak, aby znaleźć sobie ubranie, a nim zdołała skończyć tę myśl, pojawiło się przy niej krwistoczerwone płótno posiadające kształt jak gdyby wisiało na humanoidalnej postaci. Skłoniło się ono lekko i kawałkiem siebie wskazało jej kierunek, w którym powinna się udać.
Śmiercionośny gorąc lejący się z nieba upłynniał przestrzeń tak bardzo, iż zaczynała falować i rozmywać się przed oczami. Na horyzoncie rysował się jeszcze niewyraźnie obraz sanktuarium, z którego niedawno wyruszyła kobieta o bordowych włosach wraz ze swoim trzymetrowym towarzyszem.
– Kunszt starożytnych zaklęć jest niezwykle fascynujący do obserwacji, nieprawdaż? – odezwał się nagle mężczyzna.
– Yhym… – mruknęła w odpowiedzi, krzywiąc swe oblicze w lekkim bólu.
– Misternie splecione nici magiczne, które dla niewtajemniczonych tworzą jedynie odległy miraż. – rzekł zafascynowany, a nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi utracił swój ton i bezemocjonalnie dodał – Nadal nie przywykłaś?
– Ehe… – wydała tylko z siebie.
– Twój gatunek zawsze wydawał się oporny… – westchnął tworząc wkoło nich barierę tępiącą wszystkie bodźce docierające z otoczenia – To powinno na razie pomóc.
– Zamierzasz tak wejść do miasta? – zapytała nagle, najprawdopodobniej w celu zajęcia czymś umysłu.
– Jak inaczej miałbym to uczynić? – ton w jakim wypowiedział to pytanie sugerował głupotę rozmówczyni.
– Nawet jeśli czarnoksiężnikiem nie jesteś, wyglądasz jak on. – wyjaśniła mu, a zaraz po tym wypuściła resztę powietrza z płuc z boleścią.
Przy tym zgięła się nieco i zwolniła kroku.
– Ta personifikacja istnieje jedynie w tym umyśle. Wszystko czynię twym ciałem. Owszem w Vithak wykorzystałem bezmiar energii, się tam znajdujący. Straciłem jednak zbyt wiele. Oddaliłem się zbyt daleko. Nie mogę już ryzykować. Jeśli wszystko by się powtórzyło, umknąłbym lub został i utoną w snach. – mówił nie przejmując się kobietą i nie zwalniając kroku.
Nie przestąpił jednak dziesięciu kroków, a ta upadła nieprzytomna na gorący piach. Zatrzymał się więc i zbliżył do niej.
– Jej duch nie pozwala Sigilium wrosnąć w twe jestestwo. – westchnął spoglądając na nią z góry.
Następnie jego postać rozwiała się wraz z jej świadomością. Przejął więc kontrolę nad jej ciałem i powstał, by kontynuować podróż.
– Gdybyś tylko mogła mnie nie obciążać wyobrażeniem, iż jako osoba z krwi i kości usiłuję cię nieść… – mruknął za pomocą jej głosu, a kolejno użył energii zmagazynowanej w jej organizmie, w celu uniesienia się kilka centymetrów nad powierzchnię piachu i poszybowania w odpowiednim kierunku.
– Cholera… – padło z wyschniętych ust kobiety, która ledwo powłóczyła nogami dręczona okrutnym, pustynnym upałem – Nie dam rady…
Jej zdrętwiałe ciało odmawiało nie tylko kolejnych kroków, ale także podstawowych czynności życiowych. Bynajmniej nie było to spowodowane wyczerpaniem fizycznym, albowiem to nie mogło grozić komuś, kto był Emisariuszem nie tylko z tytułu. Problem tworzyło Sigilium walczące z obcą duszą, starającą się władać jej ciałem. Dodatkowo jego nie w pełni złączenie z istotą Aerilii prowadziło do jej mentalnego wyczerpania i cierpienia.
– Nie opieraj mi się! – zechciał zakrzyczeć osobnik sterujący jej ciałem, niestety zdołał uzyskać jedynie ciche westchnięcie.
Załkał więc bez jakichkolwiek łez, które i tak błyskawicznie by wyparowały. Po tym pozwolił ciału osunąć się bezwładnie na gorący piach.
– Wybacz mi. Ani ja, ani twe ciało nie ma już energii. Wybacz, iż przedwcześnie radowałem się z końca twego snu. – wyrzekł w myślach nim odpuścił wszelką walkę i powrócił do zawieszki, w której był zaklęty razem z niezliczoną ilością uśpionych istot.
– Wróciłeś do mnie mój panie? – z ciemności odezwał się niezwykle niski, dudniący głos – Myślałem, iż zaakceptowałeś już to co zwałeś snem jako rzeczywistość.
– Ja… Nie wiem. – odezwał mu nikły głos, który wydawał się być niezwykle pogubiony – Jej ciało dało mi coś co dawno utraciłem.
– Cóż takiego? – padło zapytanie.
– Strach… – szepnął z przerażeniem – Przed nicością. Przed… Tym miejscem?
Na te słowa gromki śmiech rozmówcy wypełnił przestrzeń i trwał jakby miał nigdy nie ucichnąć. Wtem nikły cień zbyt skonfundowany swymi myślami, by cokolwiek zrobić począł się cofać. Niestety w miejscu, w którym się znajdował nie można było tego zrobić, gdyż nie było w nim żadnego punktu odniesienia. Nie miał też w nim fizycznej postaci, więc nie mógł w ogóle wykonać żadnego ruchu. Jedyne co, to miał możliwość pozwolenia swemu umysłowi na rozproszenie się i to też uczynił.
Przywołujące mdłości uczucie kołysania i ściskający się z głodu żołądek doprowadziły do przytomności bordowowłosą dziewczynę, która ostatnie co pamiętała to wyjście z Arbor Vithak na przepastną pustynię. Pytanie, które więc nasunęło się jej na wysuszone usta brzmiało „Gdzie jestem?”. By na nie odpowiedzieć spróbowała rozewrzeć powieki, aczkolwiek szybko tego pożałowała, gdyż przez jej źrenice wpadł oślepiający nadmiar światła.
– Jedziesz na wielbłądzie. – wyjaśnił jej głos, który rozbrzmiał w jej myślach.
– Kim jesteś? – chciała odruchowo zapytać, aczkolwiek z jej ust wykradło się jedynie nikłe skrzekniecie.
– Sigilium. – rzekł, a po chwili ciszy odezwał się ponownie – Te istnienia, które w sobie niesiesz nie pozwalają nam się złączyć. Musisz się ich pozbyć. Użyj do tego Kamienia Dusz.
– Ale… – zechciała zaprotestować w myślach.
– W chwili, w której mnie zaakceptowałaś, stałaś się jedynie postronną obserwatorką. Dobrze znałaś cenę za wiedzę i musisz ją zapłacić. – skwitował wszystko tymi słowami, po czym zamilkł uniemożliwiając dalszą dyskusję.
Z tego powodu Aerilia odpuściła ją sobie i skupiła się na swej aktualnej sytuacji. Nie mogąc jej jakoś sensownie ogarnąć poczęła się wierzgać niczym irytujące dziecko. W odpowiedzi dostała klapsa w pośladek i jakieś zdanie zakończone gromkim śmiechem. Niestety nie do końca je zrozumiała, albowiem czując, iż słabnie poddała swą świadomość.
Pośród zmieszanych ze sobą odgłosów zwierząt i jęków nielicznych półprzytomnych, humanoidalnych istot, oczy otworzyła kobieta o bordowych włosach. Bez zrozumienia i z wielkim wysiłkiem dźwignęła ciało, które odmawiało jej współpracy i rozejrzała się wkoło. Dzięki temu uświadomiła sobie, iż znajduje się kilkaset metrów nad ziemią na unoszącej powoli platformie.
– Vithak… – wydała z siebie ni to szept, ni to jęk, po czym padła z powrotem na plecy.
Teraz widziała wznoszący się ku niebiosom mur i niebieskie przestworza same w sobie. Zadowolona z faktu, iż udało jej się dotrzeć do celu, uspokoiła się i pozwoliła sobie zasnąć.
Skąpany w jasnoniebieskim kolorze pokój oświetlało grono magicznych kamieni rozmieszczonych tak, by nie zostawiać żadnego miejsca dla ciemności. Prócz prostego łóżka, na którego szkielet składał się stop kilku metali, stał w kącie niewielki, drewniany nakastlik z jedną szufladą. Te dwa meble walczyły ciężko z wrażeniem pustki, które swą potęgą miażdżyło je i tak zmniejszało je optycznie, by tym je upokorzyć. Tym co pozostawało obojętnym w tej ograniczanej przez ściany walce, pozostawały drzwi. Stare i nieco popękane, nie widziały sensu, czy też potrzeby w odgrywający się na co dzień, nic nie znaczącym sporze. Prawdopodobnie powodem tego był fakt, iż widziały coś więcej, niż cokolwiek innego w tym pokoju. W końcu stanowiły przejście między dwoma odmiennymi od siebie światami, których bierne obserwowanie doprowadzało jedynie do znudzenia. Dlatego też pozostawały one niewzruszone i milczące. Tylko czasami, gdy ktoś postanowił przekroczyć ich próg i zmuszał stare zawiasy do pracy, odzywały się rwącym jękiem bólu. Pośród tej nic nie znaczącej dla wyższych istot rzeczywistości rozwarła swe powieki szczupła postać, której nagie ciało zdobiła zawieszka w kształcie krzyżyka i dwa tatuaże, z których jeden, szczycący się szarym kolorem, a także wyglądem gałęzi oplatał większość jej ciała, prócz niewielkiego skrawka pokrytego czarnymi, zawiłymi wzorami. Uniosła się ona do pozycji siedzącej i przeczesała swe bordowe włosy. Następnie rozglądnęła się po miejscu, które momentalnie wzbudziło w niej niechęć. Nie było to nieuzasadnione uczucie, albowiem coś w tym pomieszczeniu wysysało z niej energię, która przez to utrzymywała się na poziomie, na którym wystarczała jedynie na czynności wegetatywne. Naturalnym odruchem było więc uwolnienie się z pułapki jasnoniebieskich ścian. To jednak nie mogło zostać wykonane, gdyż kończyny kobiety zostały przykute runicznymi łańcuchami do łoża, podczas jej nieprzytomności. Dźwięk tych metalowych pęt odezwał się kilku krotnie, gdy dopiero co obudzony umysł zmusił odpowiednie mięśnie do skurczu. Po tym nastała cisza, czas na zadumę. Sposób na wolność był niezwykle prosty, acz niewykonalny dla istnienia, które aktualnie dorwało się do władzy. Pozostawało więc jedynie czekać na wybawienie.
– Obudziłaś się Aerilio. – zauważył oczywistość jasnokremowy osobnik, który bez wcześniejszej zapowiedzi wkroczył do pokoju, wywołując tym skrzypienie zawiasów – Musisz mi wybaczyć za te więzy, aczkolwiek założyłem je dla twego dobra.
Rzekłszy to zbliżył się do skraju łóżka, gdzie usiadł. Między rękami trzymał drewnianą tacę, którą teraz położył sobie na kolanach. Po tym złapał za leżącą na niej łyżką i wymachując nią powiedział:
– Przygotowałem zupę. Powinna przywrócić twoje siły.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, złapał talerz i razem z nim odwrócił się odpowiednio, a nabrawszy nieco gorącej potrawy, wyciągnął rękę z sztućcem ku ustom dziewczyny. Ta niechętnie, lecz pochłonęła co jej oferowano. W mig poczuła nienaturalną słodkość, którą spróbowano przykryć ogromną ilością soli. Miała już przeczucie co dostaje. Nie przerywała jednak i jadła kolejne porcje. Wszystko to do momentu, aż siedzący przy niej mężczyzna nie poczuł się pewnie. Wtedy, gdy nieco się rozluźnił, rzuciła się na niego i z niebywałą siłą wgryzła się w jego przedramię. Zaszokowany uderzył ją w głowę, odskakując jednocześnie. Dzięki temu uwolnił na chwilę swą kończynę górną. Wskórał tym jedynie kilka dodatkowych sekund życia, albowiem napastniczka wypiwszy już nieco jego krwi i przeżuwszy kawałek odgryzionego ciała, pozyskała energię magiczną. Wpompowała ją błyskawicznie w swe mięśnie i wyrwała się z łańcuchów, jednocześnie rzucając się swej ofierze do szyi. Rozgryzłszy ją i uwolniwszy krew z żyły szyjnej zewnętrznej, poczęła łapczywie spijać życiodajny płyn i czerpać z niego energię magiczną. Dzięki temu wzmacniała się jeszcze bardziej i gryzła jeszcze głębiej, szybko docierając do tętnicy. Nie minęło wiele czasu nim jegomość, którego konsumowała utracił przytomność. To zaś tylko ułatwiło jej zadanie. Zadowolona skupiła się na pożeraniu jego ciała. W końcu duch postanowił opuścić umierającego osobnika, uwalniając przy tym niebywałą ilość energii z pękających nici, które go trzymały. Ta sposobność również została przez bordowowłosą wykorzystana w celu pozyskania mocy. Gdy opanowała swe pragnienie, oprzytomniła się na moment, podniosła się, złapała zwłoki za nadgarstek i wyciągnęła je do salonu. Tam w spokoju dokończyła ich konsumpcję. Po tym przeszła się po mieszkaniu w celu znalezienia przedmiotów magazynujących moc, wysysaną w nieprzyjaznym, jasnoniebieskim pokoju. Oczywiście odnalazła co szukała, a zrobiwszy to opróżniła je do cna. W końcu zaspokojona spojrzała na siebie. Była cała ubrudzona krwią, kawałkami skóry, mięśni, tłuszczu i innymi fragmentami ciała. Niezadowolona z tego faktu udała się do łazienki, aby się ogarnąć. Nie zajęło jej to długo, a gdy skończyła, znalazła w jednej z szaf jasnokremowe szaty, z których jedną na siebie włożyła. Po tym ruszyła zadowolona do wyjścia. Przechodząc obok truchła spojrzała jeszcze na nie beznamiętnie spostrzegając jak bardzo różniło się ono wyglądem od mężczyzny imieniem Damir, którym niegdyś było. Ostatecznie nacisnęła klamkę głównych drzwi i wkroczyła na drewnianą platformę, znajdującą się wysoko nad powierzchnią błękitnej cieczy, ograniczanej przez ogromne mury miasta-państwa Vithak.
– Aaa… – bolesne jękniecie rozległo się w przestrzeni, nie wywołując u nikogo żadnej reakcji.
Umknęło ono nawet zanurzonej w płytkim śnie dziewczynie, której zmysły pozostawały w nadzwyczajnym wyczuleniu. Cóż jednak z tego, jeśli sygnały z ciała nie docierały do duszy, która zagubiona w dobrze sobie znanym więzieniu z krwi i kości, nie mogła się odnaleźć?
– Dzień dobry! – radosne wykrzyknienie rozbrzmiało zaraz po trzaśnięciu otwieranych drzwi.
– Mistrzu! – jakaś kobieta zganiła głośnym szeptem osobnika, który był źródłem hałasu – To lecznica!
– Jakoś ciągle o tym zapominam. – mruknął niepocieszony, zmieniając błyskawicznie swój nastrój na grobowy – Co dziś mamy? Niech zgadnę. Kolejne udary?
– Głównie tak… – odrzekła mu ta sama osoba co wcześniej – Jest jednak jedna pacjentka z inną przypadłością.
– Ho… Zainteresowałaś mnie. – rzucił z błyskiem pobudzenia w oku – Prowadź.
– Wygląda na zdrową, lecz nie mogłyśmy jej zbadać. Coś nie pozwala nam się do niej dostać. Z oględzin wynika, iż nic jej nie jest. – wyjaśniła, prowadząc do bordowowłosej dziewczyny, zaległej na jednym z łóżek.
– Hmm… – mruknął po raz kolejny, lecz tym razem z konsternacją.
Następnie stanął przy osobie, o której mu mówiono i dotknął jej czoła wysyłając w jego stronę nieco swej energii. Ta błyskawicznie została wchłonięta i rozproszona.
– Interesujące… – rzucił pod nosem, a po tym zwrócił się do swej rozmówczyni – Co o niej wiemy?
– Znaleźliśmy ją przy drzwiach. – odpowiedź była niezwykle zdawkowa i krótka.
– I? – zniecierpliwił się.
– I tyle. – stwierdzenie to dobiło mężczyznę.
– Ech… – westchnął przecierając twarz dłonią – No nic. Idę tam, gdzie mogę coś zrobić.
Wypowiedziawszy te słowa oddalił się w stronę innych pacjentów w budynku pozostawiając kobietę, z którą rozmawiał, jak i tą, którą wcześniej badał samym sobie.
– Jest tu kto? – kobiecy głos odezwał się wśród nieprzeniknionej ciemności, rozpraszając ją na moment i rozdzierając jej strukturę niczym stare płótno.
Gdy wszystko powróciło do swego pierwotnego stanu, odezwało się głębokie westchnięcie, jakby dopiero budzącej się ze snu postaci.
– Witaj młoda damo. Dawno nie mieliśmy tu gości. – odparł jej niski, dudniący głos.
– Kim jesteś?– przeraziła się słysząc go, a jej słowa ponownie poszarpały przestrzeń, która błyskawicznie się zregenerowała.
– Mój przyjaciel zwie mnie smokiem. – padła krótka odpowiedź, po której nastąpiło zapytanie – Ty zaś jesteś Aerilia?
– Smoków już nie ma. – zaprzeczyła, ignorując resztę wypowiedzi.
Wtem rozległ się gromki śmiech, jak gdyby osobnik, z którym rozmawiała został niezwykle rozbawiony jej twierdzeniem.
– Cóż tu robisz moja droga? Czemuż uciekasz? – spytał, uspokoiwszy się nieco.
– Nigdzie nie uciekam! – wydarła się, strzępiąc rzeczywistość tak mocno, iż ta potrzebowała dłuższej chwili, by się zregenerować, co też zostało jej utrudnione przez kolejne zdanie – Po prostu jestem tym wszystkim zmęczona…
– Od kiedy Emisariusze się męczą? – rzucił retorycznym pytaniem, używając szczypty naiwności.
– Emisariusze nie istnieją. To tylko legendy czczone niczym bożki. – odparła jakby chciała sobie wmówić oczywiste kłamstwo, w które byłoby wygodnym uwierzyć.
– Jednak prawie jesteś jednym z nich. – stwierdził ze współczuciem – Czy nie dlatego wyrzekłaś się wszystkiego i nakreśliłaś swe ciało znakami oddania?
– Nie tego chciałam… – szepnęła na tyle cicho, iż przestrzeń jedynie zadrgała, nie tracąc swej spójności – To był tylko sposób na ucieczkę. Okazja by żyć inaczej.
Po tych słowach zamilkła, aby wziąć głęboki wdech i nastąpić go wydechem. Przy tym zebrała się w sobie, aby kontynuować.
– Nigdy nie wierzyłam w Sigilium, czy Światowida Postronnego. Chciałam przeżyć przygody. Posnuć się po świecie. W dogodnym momencie zaś zniknąć i zaszyć się gdzieś? Sama nie wiem… – powiedziawszy to westchnęła smutnie – Widząc te wszystkie cuda, tę zagubioną wiedzę, utraciłam poczucie sensu. Zagubiłam się i… Ogarnął mnie strach przed nicością.
– Jeśli przestaniesz walczyć i poddasz się Sigilium, strach cię opuści. Razem z wszelkimi wątpliwościami. Wszelkimi uczuciami. – oświadczył jej znajomy głos, który nagle pojawił się w rozmowie.
– Smoku? – zwróciła się do swego rozmówcy, ignorując tego, który się wtrącił – Mogę tu jeszcze chwilę zostać?
– Ile tylko zechcesz. – odparł jej ten niskim, dudniącym głosem, a następnie ziewną sennie i zamilkł, zapewne pozwalając swej świadomości rozproszyć się wśród wszechobecnej ciemności.
– Dziękuję. – szepnęła poczuwszy jak przestrzeń wibruje od jej głosu, a następnie pozwoliła swojej świadomości na bezcelowe dryfowanie wśród kojącej ciszy nieokreślonego świata, w którym się znajdowała.
– Nadal tu jest? – padło retoryczne pytanie od kogoś, kto ni stąd, ni z owąd zebrał w całość swą świadomość.
– Błąka się gdzieś. – odparł mu niski, dudniący głos – Ty zaś mój panie? Nadal śnisz?
Po tym zapytaniu zaległa głucha cisza, podczas której przestrzeń rozluźniła się z napięcia, w którym nie wiedzieć czemu przed momentem trwała.
– Zmieniło się coś Smoku. Od tamtego momentu… Poczułem. Zmieniłem się. Zaakceptowałem jako rzeczywistość to, co zawsze nazywałem snem. Zwiodły mnie zmysły naczynia? Myliłem się? A jeśli to wspomnienia jakiejś duszy nawiedzają mnie? – rzekł zamyślony osobnik – Mam przedziwne poczucie orzeźwienia, choć równocześnie pamięć senności męczy me istnienie. Ja… Kim ja jestem?
– Śniącym mój panie. Brzemię to przyjąłeś, gdy czarnoksiężnik z odmętów ciemności wydobył cię. – dostał precyzyjną odpowiedź.
– Tak… Nie… – mimo niej miotał się w niejasnych obrazach z pamięci.
– Mój panie. – rozmówca wyrwał go z zamyślenia – Jaki jest twój najgłębszy sen?
– Dźwięk pióra muskającego kartki papieru. Spokój wieczora. Blask księżyca. Chłodny wiatr wpadający przez rozwarty balkon i ogień z kominka, który na ścianę rzuca mój i jej cień. – odparł bez zastanowienia, a to pozwoliło mu się na chwilę skupić – Zamotałem się. Zagubiłem w tym chaosie. To jednak nie ja śnię. Pomogę jej go wyśnić.
– Ukradniesz jej duszę, czy oddasz ją Sigilium? – padło podchwytliwe w swej naturze pytanie.
– Tym razem zrobię co winienem i oddam decyzję jej. – odparł, a następnie umknął, by odnaleźć osobę, która była podmiotem jego wypowiedzi.
– Będę cię wyczekiwał mój panie. – zapewnił niski, dudniący głos, po czym z wolna uczynił to, co wszyscy, którzy trafili do tego miejsca i tak pozwolił swemu umysłowi rozpłynąć się.
Rozkoszujący się błogim nic nie robieniem umysł Aerilii, dryfował w przepełnionej mrokiem przestrzeni. Nurzając się w tym uczuciu, nie miał zamiaru nic robić, jednak nagle coś zaczęło go niepokoić. Z początku robiło to delikatnie, lecz po chwili stało się tak nieznośne, iż musiał zareagować.
– Musisz wracać. – oświadczył mu znajomy głos, który brzmiał tak chłodno, iż nie można było mu odmówić.
– Nie… – odezwał się jęk, który był bardziej bierną akceptacją polecenia, niż sprzeciwem.
Po tym świadomość dziewczyny poczęła wypływać na powierzchnię, aby w końcu przejąć kontrolę nad zdrętwiałym ciałem, które ze względu na istnienia je zamieszkujące zdawało się być ciasne i niezwykle oporne na jakąkolwiek wolę. Mimo to zmusiła je do pobudzenia i z perspektywy trzecio-osobowego obserwatora po prostu wstała i wyszła z budynku, w którym się znajdowała. Następnie jeszcze nie do końca zgrana z swą fizyczną postacią i nie mając większego pojęcia gdzie się znajduje, ruszyła przed siebie mając nadzieję, iż błądząc, uda jej się odnaleźć.
– Mistrzu! Mistrzu! – wołała kobieta poruszająca się dość szybkim krokiem – Pacjentka nam uciekła!
– Ech… – westchnął leżący na biurku mężczyzna, niezadowolony z faktu, iż został obudzony – Wyszła o własnych siłach?
– Eee… Tak. – odparła zdezorientowana.
– Więc opuściła nas na własne życzenie i w stanie dostatecznym. – oświadczył, ułożywszy się z powrotem do snu, a zamknąwszy oczy mruknął jeszcze – Jeśli coś jej jest i tak byś my nie pomogli.
– Mistrzu! – oburzyła się, lecz odbiorca jej słów, zdążył już poddać swą świadomość.
Zniesmaczona i lekko zdenerwowana, odwróciła się na pięcie, aby pójść sprawdzić co dzieje się z resztą chorych. Nim zdołała się uspokoić przeklęła swojego przełożonego za lekceważący stosunek. Na koniec pomodliła się szybko za utraconą pacjentkę i wreszcie zajęła się swoją pracą.
Nie czująca się zbyt dobrze dziewczyna, powłóczyła nogami wymijając przeróżne istoty, które w przeciwieństwie do niej, nic nie robiły sobie z niemiłosiernego żaru, padającego z nieba. Stukając swymi nieposłusznymi stopami o drewniane pomosty, zastanawiała się nad tym, czy nie zakończyć swej podróży w aktualnym położeniu. Niestety coś kazało jej nie przerywać chodu i kierowało ją jakby w jakieś konkretne miejsce. Pozwalała więc nieść się temu czemuś. W końcu dotarła do platformy, na której znajdowało się kilka straganów, ławki i szerokie parasole, rzucające zbawienny cień. Wkroczywszy w tą przestrzeń, dostrzegła swego towarzysza w czerni, skrywającego swe oblicze pod kapeluszem z szerokim rondem i palącego jakieś zioła zwinięte w papierową glizę. Ucieszywszy się na jego widok, usiadła na ławce, lecz nie obok niego, a na jej przeciwnym końcu.
– Czekałeś tu na mnie? – zapytała nie wiedząc co innego powiedzieć.
– Nie… – westchnął, wypuszczając z płuc znaczną ilość białego dymu – To ty oczekiwałaś mnie.
Po jego słowach spostrzegła, iż nagle zamienili się miejscami. Odruchowo zechciała się zdziwić tym wydarzeniem, lecz uświadomiwszy sobie, iż przecież postać osobnika, z którym rozmawia jest jedynie wytworem jej wyobraźni, zaakceptowała je.
– A to…? – zechciała zapytać o tlące się zioła.
– Dostałaś od jakiegoś wesołego chłopaka, gdy tu szłaś. – wyjaśnił jej, a w tym samym momencie jej umysł uświadomił ją, iż to ona je pali.
– Ach tak… – westchnęła wydychając bielącą się chmurkę, którą przed momentem wciągnęła do swego układu oddechowego – Mogłeś przybyć wcześniej. Trochę mi pomóc.
– Nie dość już pomogłem? – zapytał z ewidentnym niesmakiem w głosie.
– Mogło być gorzej. – odrzekła spokojnie, orientując się, iż nie wiedzieć kiedy przybliżyła się do swego rozmówcy – Chciałeś dobrze.
– Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. – rzucił z wyrzutem, odsuwając się nieco, by zachować dystans.
Wtem zapadło milczenie, które dla obojga rozmówców mogłoby się nigdy nie kończyć. Nie wszystko jednak można przemilczeć i to był jeden z takich tematów.
– Sama wybrałam sobie ten los. Ty tylko mi uświadomiłeś moja decyzję. Prędzej, czy później i tak to by się stało. – odezwała się bordowowłosa.
– Chcesz bym porzucił odpowiedzialność… – zaczął, lecz nagle zostało mu przerwane.
– O nic cię nie prosiłam. – głos dziewczyny zabrzmiał ostro.
Zdenerwowany mężczyzna poderwał się na nogi i postąpił krok w przód,
– I co zrobisz? – spokojne zapytanie powstrzymało go przed postawieniem kolejnego – Uciekniesz? Dokąd? Jak?
– Jesteśmy w Vithak. Nie potrzeba mi tu wiele, by odejść. – odparł, lecz nadal pozostał w bezruchu.
– Idź więc. Biegnij. Spełniaj swe sny. Zostaw mnie z całym bajzlem, którym mnie obdarowałeś. – powiedziała lekceważąco, a następnie wciągnęła do płuc kolejną porcję dymu z tlących się ziół.
Wysłuchawszy tej wypowiedzi, padł ciężko na ławkę i schował głowę w rękach.
– Dlaczego tu jesteś? – dostał pytanie – Dokąd zmierzasz?
– Mam taki sen. Odgłos pióra muskającego kartki papieru w nim. Księżycowy blask. Wieczorowy chłód i wiatr. Ciepło ognia. Pośród tego wszystkiego ja. – rzekł rozmarzony.
– Po tym byś odszedł? – w głosie młodej damy pojawiło się zaciekawienie.
– Myślę, iż tak… – mruknął z powątpiewaniem.
– A co jeśli twe marzenie to tylko złudzenie? – zadała kolejne pytanie w zamyśleniu.
– Wszystkie sny są złudzeniami. Marami nikłymi, odległymi rzeczywistości. – oświadczył smutnie, po czym dodał – Nawet jeśli w jakiejś części się spełnią, to tylko na moment.
– Dlaczego wiec ty, a wcześniej czarnoksiężnik chcieliście je spełniać? – zafrapowała się, usłyszawszy to wyznanie.
– Nigdy o to nie chodziło. On dla mocy obiecał im niemożliwe, iluzję spełnienia, po której by się rozpadli. Nigdy nie wyśniwszy snu i też nigdy się nie obudziwszy z jego fałszu. Ja… Ja chciałem jedynie podtrzymać mój byt. – wyjaśnił wszystko, nie będąc dumny z tego co mówi.
– Więc wszystko to tylko kłamstwo. – kolejne zapytanie popłynęło z jej ust, zaraz po tym jak ułożyła się na ławce tak, by jej głowa leżała na udach rozmówcy.
– Zależy… – szepnął, pozwalając swej głowie opaść w tył.
W takiej pozycji zastygli na jakiś czas, nie odzywając się ni słowem.
– I co teraz? – zapytał zrezygnowany mężczyzna.
– Udamy się po Klejnot Dusz i uwolnimy cię od brzemienia. – oświadczyła niemal radośnie.
– A Sigilium? – w tej wypowiedzi brak było podobnego entuzjazmu.
– Z tym też sobie jakoś poradzimy. – odparła jakby była przekonana, iż od tej chwili wszystko będzie dobrze.
– Brzmi to zbyt pięknie. – skwitował, a przypomniawszy sobie duszę, której życzenie zdołał spełnić, dodał sobie otuchy – Zupełnie jak sen Marty.
– Idziemy? – zapytała, zmuszając mięśnie do skurczu izometrycznego.
– Za moment… – szepnął, sugerując tym lekkie zanurkowanie w chwili spokoju, z której nie zamierzał się szybko wynurzać.
Do budynku kancelarii wkroczyła powolnym krokiem bordowowłosa kobieta ubrana w jasnokremową szatę. Nie musiała się trudzić z misternie rzeźbionymi drzwiami z brązu, gdyż te były otwarte na całą, możliwą szerokość. Od razu dostrzegła młodego osobnika w podobnym do jej ubraniu, który pochłonięty był zamiataniem podłogi tak bardzo, iż nie był w stanie zorientować się, iż cały kurz, którego zdoła się pozbyć, zaraz powróci przez otwarte wejście.
– Przepraszam. – zbliżywszy się do niego, wybudziła go z transu – Remus jest u siebie?
– Remus? – zdziwił się odbiorca jej słów, zastanawiając się, czy zna kogoś o takim imieniu.
– Wysoki Kapłan. – rzekła, widząc iż zmieszanie rozmówcy nie miało szansy szybko minąć.
– Nie ma go. – odrzekł po krótkim zastanowieniu, a następnie szepnął bez przekonania – Wyruszył na samotna pielgrzymkę. Powiedział, iż przyniesie nam światło Gwiazdy Jeha, aby na nowo wypełniło nasze serca.
– A Damir? – zapytała, przypomniawszy sobie o swym znajomym.
– Albo kręci się po mieście, albo jest u siebie. Ostatnio spędza dużo czasu na studiowaniu opętania. – oświadczył, a następnie czując, iż to koniec rozmowy, wrócił do swego zajęcia.
– Dziękuję. – powiedziała, a wiedząc, iż i tak już nie jest słuchana, zrobiła to wychodząc.
Znalazłszy się na kilku schodkach przed wejściem do budynku, przystanęła i spojrzała na swego odzianego w czarny płaszcz towarzysza, który wpatrywał się w tłum istot przed sobą.
– Idziemy odwiedzić twego kochasia? – zapytał, poprawiając swój kapelusz.
– Na to wychodzi. – odarła, ignorując docinek posłany w jej kierunku.
– Po co nam on w ogóle? – zadał kolejne pytanie, tym razem wstając i otrzepując swe spodnie z kurzu.
– Musimy odzyskać kamienie, które zabrałam z sanktuarium. – odparła lekko zirytowana tak oczywistym zapytaniem.
– Oczywiście, lecz nadal… Po co nam ten mężczyzna? – rozglądając się wkoło, jakby czegoś wypatrywał, nie odpuszczał w dyskusji – Nie możemy iść do Bramy i tam trochę popytać?
– Nie sądzisz, iż on mógłby nam pomóc? – rzuciła z coraz wyraźniejszą złością w głosie.
– Oczywiście, lecz nadal… Po co? – spytał po raz kolejny lekceważącym tonem.
Dla Aerilii było to już zbyt wiele. Zamilkła więc, ucinając tym samym dyskusję i zaczęła iść.
– Wiesz, gdzie on mieszka? – rozmówca zatrzymał ją po kilku krokach.
Uświadomiwszy sobie, iż w sumie nie ma pojęcia, zwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by wejść po raz kolejny do budynku kancelarii i zapytać sprzątającego osobnika o drogę.
– Jak się czujesz? – zapytał siedzący Aerilii na ramionach mężczyzna w czerni.
– Dobrze. Dlaczego pytasz? – odparła ta, nie zważając na poczynania swego towarzysza.
– Wcześniej walka z Sigilium cię wykańczała. – oświadczył z troską, wyginając się w tył i łapiąc ją za biodra – Zaakceptowałaś je?
– Nie, ale… Co ty wyprawiasz? – w końcu stwierdziła, iż nie pasuje jej, iż wyczyniane są na niej jakieś wygibasy.
– Nic takiego. – rzekł bez przejęcia, a w tym samym czasie, powstrzymując się dłońmi przed upadkiem, spełzł po kończynach dolnych rozmówczyni na podłoże.
Po tym pozwolił swojemu ciału przechylić się i upaść na stopy. Wreszcie stanąwszy o własnych siłach, dał sobie moment na rozciągnięcie. Następnie poprawił swój kapelusz i rozejrzał się wkoło. Znajdował się na dziesiątej wzwyż platformie jednego z wielu osiedli. Za swoimi plecami miał budynki mieszkalne stanowiące rdzeń tej wysokiej budowli. Przed sobą zaś widział rozległy obraz innych wyższych, lub niższych tworów podobnych do tego, na którym się znajdował.
– Interesująca okolica. – przyznał, a następnie podszedł do krawędzi i wychylając się nieco, by spojrzeć w dół, dodał – Jesteś pewna, iż to dobry adres?
– Wydaje mi się, iż tak… – mruknęła niepewnie.
– Więc zapukaj? – zapytał, odskakując gwałtownie ku drzwiom wybranego budynku i prezentując je w burleskowym geście.
Rozmówczyni przewróciła na to oczami, aczkolwiek podeszła do wskazanego miejsca i zapukała dwukrotnie. Trzecie uderzenie kłykciami, nie trafiło już w pomalowane na jasnoniebieski kolor drewno, a zatrzymało się w powietrzu, gdyż wejście otworzyło się od impetu, dwóch pierwszych.
– Gościnny. – rzucił zgięty w pół jegomość, zaglądający spod ramienia dziewczyny, do zaciemnionego wnętrza.
– Dzień dobry. – rzekła ta niepewnie, wkraczając do salonu, który był pierwszym pokojem w budynku – Jest tu kto?
Jedynym co jej odpowiedziało, była głucha cisza. Zamachnęła się więc dłonią, wytwarzając falę energii, która uderzywszy w przełączniki na ścianach, przyczyniła się do oświetlenia pomieszczenia światłem o zimnej aparycji.
– Trochę tu pusto. – zauważyła, spoglądając na minimalną ilość mebli zajmujących nijaką przestrzeń.
– Nie czujesz tego? – zapytał poważnym tonem jej towarzysz.
– Czego? – zdziwiła się, próbując zmusić swe przytępione zmysły do wzmożonego działania.
– Coś tu sczezło… – odezwał się z grymasem, stąpając ostrożnie ku pokojowi, który dawał mu to przekonanie.
– Nic nie… – chciała rzec, lecz mężczyzna wszedł jej w zdanie.
– Śmierć unosi się w powietrzu. – rzekł, znikając w innym pomieszczeniu.
– O co Ci chodzi? – zirytowana, ruszyła za nim, aczkolwiek gdy już miała stanąć w przejściu, on je przekroczył ponownie, blokując drogę i rujnując jej równowagę.
– O ciało strawione przez resztki energii w nim pozostawione. – wyjaśnił, a podczas tego przeszedł do kolejnego pokoju, gdzie na podłodze odnalazł sproszkowane kamienie, które niegdyś służyły do magazynowania mocy.
Aerilia dotarła do niego, gdy właśnie skończył go analizować i wstał, by pójść jeszcze gdzieś. Czując się przytłoczona aktualnymi wydarzeniami i poczuciem, iż za niczym nie nadąża, wróciła do salonu i tam usiadła na najzwyklejszym, drewnianym krześle. Oparłszy łokieć na stole, schowała twarz w swej dłoni i poczęła oddychać krótko, a także ciężko. Przechodziły po niej fale zimnego potu, i czuła się jakby miała zwymiotować. Poza tym jej ciało zdawało się coraz bardziej drętwieć. Krzątający się gdzieś wkoło mężczyzna w czerni, rozpraszał jej starania polepszenia swego stanu. W końcu, gdy stanęła przy granicy zwymiotowania i następnie zemdlenia, jej towarzysz usiadł obok niej z jakimiś notatkami, które rozczytywał.
– Twoje ciało jest strasznie ociężałe. – zauważył, nie odrywając się od swego zajęcia.
– Co ty nie powiesz? – wydusiła z siebie sarkastycznie, serwując sobie przez to falę mdłości.
– Wybacz. Zapomniałem się nieco. – rzekł obojętnie, po czym skończył czytanie i wstał, by kucnąć po chwili przy swej rozmówczyni – Lepiej ci.
Widząc jej nienawistny wzrok, który posłużył za odpowiedź, zamilkł i ułożył głowę na jej kolanach. Następnie zamknął oczy i począł brać głębokie wdechy, które następował podobnymi wydechami. Po ponad kwadransie tkwienia w jednej pozycji Aerilia poczuła się dobrze. Miała świadomość, iż powinna posiedzieć jeszcze kilka minut, ale złe samopoczucie jej przeszło.
– Czego się dowiedziałeś? – wyszeptała, jakby chciała uniknąć nadmiernego napinania mięśni.
– Nic szczególnego, prócz tego iż ktoś tu zginął i został obrabowany z mocy. – oświadczył sennym głosem – Poza tym nasz kochaś miał chyba dziwny fetysz, gdyż miał w tamtym pokoju runiczne łańcuchy. Szkoda, iż nieskuteczne. To na pewno jego dom?
– Mam wrażenie, iż tak. – odparła z trudem.
– Byłaś tu już? – zadawszy to pytanie, zechciał zbadać jej pamięć, lecz coś mu w tym przeszkodziło.
– Nie wiem… – westchnęła.
– Może zapytaj Sigilium? – zaproponował, obracając głowę, by poleżeć na drugim policzku.
– Nie. – ucięła ostro, a po chwili dodała – Mam wrażenie, jakby oddzielała mnie od niego jakaś ściana i na razie pragnę, by tak zostało.
– Oczywiście. – stwierdził, a następnie zaproponował – Wyjedziemy stąd? Atmosfera tego domostwa przyprawia mnie o dreszcze.
Na jego słowa, dziewczyna dźwignęła się i podpierając się o meble, a także ściany, wyszła na zewnątrz. Uderzona świeżym powietrzem, rozbudziła się nieco. Mimo to wiedziała, iż musi usiąść, by nie powróciły do niej mdłości. Osunęła się więc na drewniana platformę, usiadła na niej i zaczęła podziwiać rozległy krajobraz miasta.
– Co teraz zrobimy? – zapytał rozmówca, zasiadłszy ciężko obok niej.
– Odpoczniemy i pójdziemy do Bramy. – odparła, a następnie pozwoliła sobie przesłonić powiekami oczy i oddać się objęciom krótkiej drzemki.
Ogromny tłum istot niczym rzeka przepływał w wolnym tempie przez zabytkowe wrota, które najprawdopodobniej w zamierzchłych czasach służyły olbrzymom jako wejście do miasta. Jedynym co odróżniało to zbiorowisko od strugi wody, był fakt iż jego połowa zmierzała w przeciwnym kierunku niż druga. Dodatkowo, kiedy każda kropla zmierzała zawiłymi korytami wyrytymi w ziemi ku wolności morza, czy oceanu, każda z postaci uwikłana w to zgromadzenie kierowała się do jednej z mniejszych bramek, w których miała nastąpić decyzja o ich możliwości przejścia. Co ciekawe ta brama nie była integralną częścią górujących nad nią murów Vithak, a osobną budowlą, która gdyby nie nowo nadane funkcje zostałaby zapewne wyburzona. Tak zaś służąc jako przejście graniczne i siedziba wielu urzędów, mogła wzbogacać krajobraz swą obecnością. Jednakowoż zrobienie z niej takiego ośrodka wymagało nieco pomyślunku, albowiem oddzielić należało osoby imigrujące i emigrujące od tych, pragnących załatwić sprawy urzędowe. By rozwiązać ten problem, po jej bokach zbudowano kamienne platformy o powierzchni na tyle dużej, iż mogły służyć za coś więcej niż droga do przeniesionych na zewnątrz wejść. Na jednym z tych tworów, opierając się o szeroki i dość wysoki murek, chroniący przed upadkiem z krawędzi, stała bordowowłosa kobieta, która leniwym wzrokiem wyłapywała poszczególne typy charakterów w tłumie przekraczających wrota istot.
– Ech… Czemu życie nie może być proste, jak wtedy gdy walczyłam z nieumarłymi w mrocznym lesie? – jęknęła rozpaczliwie, chcąc nieskutecznie zwrócić na siebie uwagę osobnika w czerni, leżącego obok niej.
Odczekawszy dłuższą chwilę z fałszywą nadzieją, iż dostatnie jakąś odpowiedź, nadęła policzki i z mruknięciem oparła twarz o dłonie, przesłaniając swe usta.
– Trochę mi kogoś przypominasz. – wycedziła niewyraźnie, wiedząc iż to, czy wypowie te słowa na głos, czy w myślach nie będzie miało znaczenia dla odbiorcy – Jakbym cię już kiedyś spotkała.
– Powiedziałbym, iż znajdujesz naturalne podobieństwa między mną, a kimś kogo znasz lub znałaś, gdyby nie fakt, iż to ty kształtujesz moją postać. – odparł poczuwszy, iż ma ochotę na rozmowę – Jako, iż zostałem oddzielony od dusz, nad którymi sprawowałem pieczę i zostałem skazany na ciebie, jako silniejsze istnienie, możesz ze mną zrobić cóż zapragniesz. Dodawszy do tego me zaburzone pojmowanie ze względu na bycie duchem, jestem w porównaniu do ciebie jak dziecko błądzące we mgle.
– Nie przesadzasz trochę? Spotkałam w swoim życiu wiele zjaw i żadna z nich nie była taka jak opisujesz. Były to silne byty, których jedynym problemem było odróżnienie płci i brak większości wspomnień z czasów, gdy posiadały ciało. – mówiąc to zmarszczyła brwi w zwątpieniu.
– Generalizując masz rację. Dusza pozbawiona ciała, nie jest przez nie ograniczana, ale też nie ma gdzie przechowywać doświadczeń. Tylko ja nie jestem typowym duchem, na którego możesz się natknąć. – oświadczył, a następnie zapytał – Co się dzieje z duszą, która opuściła ciało i nic nie niewoli? Żaden przedmiot, zaklęcie, czy pragnienie.
– Staje się częścią Rzeki Dusz, która płynie przez rzeczywistości i nierzeczywistości, aż nie zostanie oczyszczona. – odrzekła jakby wyuczyła się tej odpowiedzi na pamięć.
– Wiesz ile trwa ten proces? – spytał z nagłym pobudzeniem.
– Nikt nie wie. Rzeka płynie poza czasem, który i tak sam w sobie jest przez każdą rasę inaczej postrzegany. – mówiąc to nurzała się w przekonaniu, iż oświadcza oczywistą oczywistość.
– Szoda… – mruknął lekko zasmucony, a powróciwszy do swego nijakiego tonu zaczął wyjaśniać – Nie mniej umarłem kiedyś. Choć z tego co jeszcze pamiętam to dałem się zabić. Nie chciałem walczyć, nie chciałem zostawać. Chyba… Miałem odejść i zostać zlać się całkowicie z pewnym bytem, którego autonomiczną częścią byłem.
– I co się stało? – wtrąciła się dziewczyna, podekscytowana zaczynającą się opowieścią.
– Nie pozwolono mi na to. Zostałem wyłowiony z ciemności, która mnie otaczała i wrzucony prosto w strumień Rzeki Dusz. – wypowiedział te słowa bez większych emocji, lecz jego rozmówczyni nie wiedzieć czemu odczuwając smutek, wypełniła je nimi.
– Kto to zrobił? – zapytała cicho.
– Cień, który mi towarzyszy. – odparł, zbijając ją z tropu.
– Jaki…? – zechciała się dopytać, lecz nagle przypomniała sobie obraz cienistej postaci tańczącej wśród blasku ogniska – Czemu twój Cień to zrobił?
– Nie mam pojęcia. – rzekłszy to wzruszył na tyle na ile mógł ramionami, leżącymi na murku – Poza tym to nie jest mój Cień.
– Nie rozumiem… – skonsternowana dama wyprostowała się, aby rozprostować swe stawy i podrapać się po głowie.
– Tak, czy siak ponieważ pobyłem nieco w Rzece Dusz, praktycznie nie posiadam wspomnień, energii, a także jestem zbyt nikły, by doświadczać świata wkoło. Istnieję tylko przez to, iż jestem uwięziony w zawieszce na twej szyi. Ze względu na fakt, iż nosisz ten krucyfiks jesteś kimś kogo jestem w stanie pojąć w jakimś stopniu własnymi siłami, choć i tak przez większość czasu jesteś dla mnie jedynie kobietą z bordowymi włosami. – oświadczył, a zapragnąwszy zmiany tematu jęknął sztucznie – Ależ długa ta kolejka! Ile to jeszcze? Siedemset osób przed nami?
Ku jego nieszczęściu dziewczyna z nim rozmawiająca, nie dała się na to złapać i postanowiła wypytywać go dalej.
– Gdzie jest ten Cień? Dawno go nie widziałam.
– Ech… Trzyma się mego istnienia jak najbliżej od jakiegoś czasu. – westchnął zmęczony – Coś jeszcze?
– Kto oddzielił cię od dusz, nad którymi sprawowałeś pieczę? Jak to się stało? Jak to możliwe? – zarzucając go zapytaniami, przesunęła się nieco, by umieścić swą głowę nad jego.
– Zabierasz mi powietrze. Zaraz się uduszę. – mruknął niepocieszony.
– Jesteś projekcją mego umysłu. – odparła mu na to kąśliwie.
– Brzmi sensownie. – rzucił przegrawszy potyczkę, a kolejno, by na nic się nie narażać, zaczął odpowiadać – Po tym, gdy założyłaś naszyjnik, pozwoliłem Marcie cię opętać. Sama nie przetrwałabyś na lodowych pustkowiach. W tym czasie wyrwała się też inna dusza, nad którą ciężko jest zapanować. Ostatecznie Marta odeszła, gdy spełnił się jej sen. Niestety druga niesforna istota nadal nie odpuszczała twego ciała. Stąd potrzebny był nam klejnot by ją z ciebie ekstrahować, a przy okazji z krucyfiksu, co byłoby dla mnie niezwykle pomocne. Po wszystkim zapewne wykorzystałbym cię, by spełnić jeszcze kilka snów, a w końcu umknął ku innemu gospodarzowi. Tylko to wszystko się trochę pokomplikowało. Znaleźliśmy Sigilium, więc to też było wyjścia. Nie sądziłem jednak, iż ona zdoła mu się oprzeć. W zasadzie nie sądziłem, iż ty będziesz się opierać. No i teraz jesteśmy sobie my dwoje, odgrodzeni nią od Sigilium i dusz w zawieszce.
– Ale jak ona to zrobiła? – sfrustrowana dziewczyna, zażądała wyjaśnienia, którego od początku chciała.
– Władzę posiada ta dusza, która jest najsilniejsza lub jak w moim przypadku, która nie jest zanurzona w swoim śnie. Ona, gdy wyrwała się ze swojego snu i zobaczyła szansę na jego spełnienie, postanowiła działać. Nawet gdybym chciał, nie mogłem jej konkretnie powstrzymywać. Mimo to starałem się to robić, choć prawdę powiedziawszy w pewnym momencie odpuściłem i teraz to ona sprawuje władzę. – rzucił beztrosko.
– Czy to nie jest źle? – zapytała z przejęciem.
– W zasadzie nie wiem. Do tej pory nic wielkiego się chyba nie stało. Poza tym jej cel jest jasny i raczej nie będzie od niego odbiegała. – tymi słowami zechciał zakończyć trwającą rozmowę i udało mu się to.
Nagle zapadła między nimi cisza, której żadne nie pragnęło przerywać. Oddali się więc wsłuchiwaniu w wywoływane po kolei numery, oczekując aż w końcu odczytany zostanie ten, który przypisano im.
– Może opowiesz coś o sobie. – zaproponował mężczyzna po jakimś czasie – Wiem, iż mówienie może nie być najciekawszym zajęciem, ale jeśli i tak czekamy w kolejce nic nie robiąc...
– Coś o sobie? – powtórzyła pod nosem, zastanawiając się cóż może rzec.
– Na przykład jak to się stało, iż zostałaś Emisariuszką. Byłaś biedną sierotą z obrzeży miasta, czy może rozpuszczonym bachorem magnackiej rodziny?
– Nic z tych rzeczy. Mojej rodzinie żyło się dobrze. Wpisywaliśmy się w klasę średnią, jeśli mogę tak powiedzieć. Uczęszczałam do szkół. Uczyłam się dość dobrze. Nie zawsze zgadzałam się z rodzicami, lecz takie jest życie, nieprawdaż?
– Co więc skłoniło cię do stania się Emisariuszką? – wtrącił się jej.
– Hmm… Chęć ucieczki. Świat był dla mnie nijaki. Mało fascynujący. Taki normalny. Miałam skończyć edukację, zacząć pracę, znaleźć sobie męża, zrodzić mu dzieci, wychować je i tak dalej. Pragnęłam się z tego wyrwać. Przeżyć jakąś przygodę. – odparła z nostalgią.
– Jest wiele profesji, w których można przeżywać przygody. Czemu właśnie ta? – pytał dalej.
– Gdy teraz o tym myślę, nie wiem. Nie była to kwestia pieniędzy, choć państwo przeznaczało znaczne kwoty na poszukiwania zaginionej i nowej wiedzy. Jakoś mnie to porwało. Rodzina protestowała, lecz jeśli zdasz egzaminy, nie ma nic do gadania. Poza tym miałam dostać nowe ciało. Wiesz ile może oddać młoda kobieta za bycie idealną? –skończywszy swą wypowiedź zaśmiała się nieco.
– Nowe ciało? – zaciekawił się.
– Sztuczne naczynie na duszę. Stworzone by zdobywać wiedzę. – rzekła z udawaną dumą, a następnie wymamrotała lekceważąco – Tak przynajmniej mówili.
– Jaki był powód, by przenosić duszę w nowe naczynie? – zapytał z niezrozumieniem.
– Tworzyli je z domieszką żywicy z naszego Drzewa. – wyjaśniła.
– Ach… Interesujące. – zafascynował się na moment, co dorowadziło go do głębokiego zamyślenia.
– O czym myślisz? – wyrwała go szybko z tego stanu.
– O niczym… – mruknął, po czym poderwał się gwałtownie i zeskoczył z murka, na którym leżał – Chodźmy. Za chwilę nasza kolej.
Powiedziawszy to, zaczął iść ku wejściu do bramy. Dziewczyna zaś, która spoglądając na jego poczynania musiała zaakceptować fakt, iż rozmowa została zakończona, przeciągnęła się. Kolejno rzuciła jeszcze raz okiem na stłoczony tłum przechodzący przez ogromne wrota i pomyślała, iż może jeszcze przez chwilę postoi sobie w miejscu. W tym momencie odezwał się jednak głos, który
odczytał kolejny numer z kolejki. Uświadomiwszy sobie, iż nie zostało wiele osób przed nią, jęknęła
wyrażając swe małe niezadowolenie, a następnie ruszyła za swoim towarzyszem.
– Witaj, moja droga Aerilio. W końcu się obudziłaś? – głos masowanego jegomościa, był niezwykle spokojny i jakby wypływał z jego ust, niosąc przy tym błogość, a także odprężenie.
– Jak… mogłeś… mnie… tam… zostawić?! – dukająca dziewczyna niemal łkała ze złości.
– A co miałem innego zrobić? Byłaś nieprzytomna. – oświadczył, równocześnie machając dłonią do świadczącej mu swe usługi, humanoidalnej istoty stworzonej jakby z magmy, skrywającej swą twarz za chustą.
– Masz pojęcie jaka przerażona byłam, gdy się obudziłam?! – rozpacz wypływała z rozmówczyni jak woda z rozbitego dzbanka, przeradzając się w wściekłość – A ty…! Ty sobie tu leżałeś i odpoczywałeś!
– Całe cztery dni. W noce robiłem sobie przerwy na kąpiele w tutejszych wodach. – to powiedziawszy ziewną przeciągle i zaczął się podnosić.
Nie zdążył jednak tego uczynić, a momentalnie poczuł pchnięcie i wylądował na drewnianej posadzce.
– Moja droga. Przemawia przez ciebie bezimienna dziewczynka, której marzenie spełni się jako ostatnie. – rzekł wstając, a następnie dodał – Uspokój się więc. Odnajdź siebie. Nie pozwól sobą sterować. Po prostu…
Dokończenie tej wypowiedzi okazało się niestety niemożliwe, gdy w jego twarz uderzył idealny prawy prosty.
– Za co?! – wrzasnął w jednym momencie, chwytając się za nos.
W drugim zaś zaczął naciągać na siebie swe czarne ubrania i marudzić pod nosem.
– Przynajmniej sen Marty się spełnił. Szkoda tylko, iż razem z nią wyszła ta mała psota. Gdyby nie ona, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Poza tym nie miałabyś tak namieszane w głowie...
W chwili, w której zakończył czynność ubierania się, którą zwieńczył nałożeniem na głowę kapelusza z szerokim rondem, spojrzał na bordowowłosą damę i dodał z żalem w głosie:
– Naprawię wszystko moja droga. Obiecuję ci.
– Mam nadzieję. Oczekuję czegoś konkretnego za to pozostawienie mnie na pastwę tych, tych… – odrzekła mając co innego na myśli.
– Nie wiedziałem, iż masz coś do płomyczków. – rzucił, porzucając wszystko na rzecz żartobliwego tonu.
– Płomyczków? To były istoty z szarego dymu i popiołu. – zaczęła się gniewać, ruszając za rozmówcą, który błyskawicznym krokiem skierował się ku korytarzowi.
– Jesteś, aż taka chłodna? Myślałem, iż Marta cię opuściła. – bąknął niezrozumiale.
– Proszę? – zapytała jakby nic nie usłyszała.
– Nic takiego. – rzucił głośno i wyraźnie, przystając przy drzwiach wyjściowych.
– Mówiłeś o jakiejś kobiecie. – wyraźne iskierki zazdrości zapaliły się w jej oczach.
– Czyli jednak słyszałaś. Ech… Nigdy mi się nie znudzicie. – mruknął do siebie, po czym opuścił budynek.
– Zaczekaj. – wyskoczyła szybko za nim.
W jednym momencie oboje znaleźli się na zalanym gorącem pustyni zewnątrz, które było niecodziennym w tych stronach i zaprawdę fascynującym miejscem. Stali bowiem na jednym z drewnianych pomostów, będących integralną częścią ogromnego miasta dryfującego po ogromnym, sztucznym jeziorze słodkiej wody, którego granice wyznaczały mury z piaskowca tak potężne, iż żaden z współczesnych architektów nie podołałby ich budowie.
– Pięknie to musi wyglądać z lotu ptaka. – westchnął mężczyzna, unosząc głowę, by spojrzeć w niebo, równocześnie poprawiając kapelusz, tak by jak najbardziej przesłonić sobie widok.
Zastygł w tej pozycji na kilka minut, tylko po to by wyrwać się nagle ku powierzchni rzeczywistości i ruszyć bez ostrzeżenia.
– Hej! – wrzasnęła dziewczyna niemal natychmiast podążając za nim.
– Idziemy do klasztoru. Nasi drodzy klerycy muszą się niepokoić. – oświadczył, rozglądając się po otaczającej go pustej przestrzeni.
– Jeszcze tam nie byłeś?! – rozmówczyni wyraźnie nie była zadowolona z jego słów.
– Nie i szczerze powiedziawszy chyba nas zgubiłem… – wyznał nie przerywając chodu – To by wyjaśniało te pustki.
Niespodziewanie zatrzymał się i obrócił w stronę kobiety.
– Zagadałaś mnie! – rzekł z wyrzutem.
– Twoja wina, że się dałeś zagadać! – odfuknęła, po czym zapytała – Co z tym teraz zrobisz?
– Ja zrobię? – odezwał się z niedowierzeniem.
– Zgubiłeś nas, to teraz nas znajdź. – mówiła obrażona.
– Moja wspaniała, kochana, przepiękna, miła, nieskazitelna, niewinna, inteligentna panno, której włosy spadają bordowymi kaskadami na smukłe barki, plecy i ramiona… Ja cię chyba zaraz zamorduję własnymi, gołymi dłońmi, wrzucając cię do wody, gdzie dusić cię będę do momentu, aż twój duch nie straci tchu. – syczał przez zaciśnięte zęby, nadmiernie przy tym gestykulując.
– Złościsz się? Jak słodko… – jęknęła ironicznie głosem, jakby zwracała się do niemowlaka.
– Nie… Złościć się? Gdzieżby tam. Ja po prostu staram się wyrazić swą nieopisaną miłość do ciebie. – odrzekł równie ironicznie, zbliżając się do niej tak blisko, iż ich usta dzieliły dosłownie milimetry.
Następnie, przechyliwszy głowę lekko na bok, zaczął wodzić swymi wargami po jej, wywołując u niej ciche westchnięcie, świadczące o rosnącym podnieceniu. Gdy zaś nadszedł ten odpowiedni moment, w którym oboje powinni złączyć się w pocałunku, on z niespotykaną obojętnością zepchnął ją z podestu, wprost do ciepłej wody i jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie. Dopiero po kilku krokach przypomniał sobie o moknącej dziewczynie, którą potraktował niezwykle brutalnie. Wrócił się więc i kucną w zastanowieniu.
– Zastanawiam się, czy lepiej wyglądasz, gdy jesteś mokra, czy sucha… – wymamrotał, spoglądając jak jego towarzyszka stara się wgramolić z powrotem na deski.
W chwili, w której udało jej się to osiągnąć, podniósł ją i zaczął nieść w obranym wcześniej kierunku.
– Dziwny. – szepnęła oniemiała dama, spoglądając na budynek zbudowany z białego marmuru – Jesteś pewien?
– Nie wygląda jak biblioteka? – zapytał jej towarzysz, zbliżając się do ogromnych, lekko uchylonych drzwi, odlanych z brązu.
– Nie wiem… – rzekła niemal bezgłośnie, po czym podążyła za nim.
W kilku krokach znalazła się w ogromnym pomieszczeniu, którego przód jak prolog do czegoś większego zajmowały nieduże, acz liczne stanowiska z wiedzą przydatną na co dzień. Idąc powoli przed siebie i rozglądając się wkoło, dotarła do śnieżnobiałego stanowiska z informacją, które wydawało się być zbawienną wysepką, chroniącą przed falą ksiąg, która mimo iż unieruchomiona półkami, zdawała się napierać na wszystkie strony, byle się tylko wydostać.
– Wspaniałe, prawda? Nawet ja, mimo iż spędzam tu niemal każdą chwilę, nie potrafię otrząsnąć się z majestatu tego miejsca. – odezwała się nagle, a także niezwykle cicho kobieta w skromnej, kremowej sukni wychodząc z za pleców bordowowłosej – Szuka pani czegoś konkretnego?
– Tak. Ja… – odezwała się, lecz błyskawicznie umilkła uświadamiając sobie jak głośne wydaje z siebie dźwięki.
Na to rozmówczyni uśmiechnęła się grzecznie, nie chcąc by jej gość czuł się winny.
– Pani szuka drogi do klasztoru, albowiem pan, czyli ja, ją zgubił. – wtrącił się mężczyzna w czerni, który przed momentem wydawał się nie istnieć.
– Klasztoru. – powtórzyła brunetka, starając się zasłonić rosnące na jej twarzy rozbawienie skrawkiem rękawa – Proszę wybaczyć, ale w tym mieście jest wiele klasztorów.
– No tak… – westchnął, po czym wycofał się, znikając z pola widzenia.
– Więc którego pani szuka? – zapytała trochę poważniejąc.
– Proszę? – jej rozmówczyni była speszona jakby dopiero się ocknęła.
– Klasztor. Szuka pani klasztoru, tak? – przypomniała jej.
– Tak… – szepnęła wlepiając wzrok w blat przed sobą.
– Którego? – nieznajoma starała się wyciągnąć więcej informacji.
Wtem zapadła jednak cisza, która utrzymywała się na tyle długo, iż postanowiła dać sobie z tym spokój.
– Herbaty? – zaproponowała.
– Jeśli można. – padło w odpowiedzi.
– Ja z kolei napiłbym się kawy, ale jeśli nie ma, to kakao. – jegomość w czerni znów dał o sobie znać.
Usłyszawszy jego głos, obie damy zaczęły szukać go szukać wzrokiem, albowiem nigdzie nie mogły go dostrzec. Dopiero po chwili zauważyły, iż siedzi na podłodze, niedaleko nich.
– Od kiedy tu siedzisz? – zapytała zaciekawiona Aerilia.
– Od kiedy mnie tu ujrzałaś. – zbył ją niezrozumiałą odpowiedzią, po czym podniósł się, stękając i dodał – Więc?
– Proszę tutaj. – powiedziała brązowowłosa dziewczyna wskazując znajdujące się na jednej z bocznych ścian przejście.
Wszyscy udali się więc we wskazanym kierunku, a gdy dotarli na miejsce, wkroczyli do przestronnego pokoju, wypełnionego w połowie stołami i krzesłami, a w połowie blatami i wszelakimi rzeczami służącymi do przygotowywania posiłków.
– Proszę usiąść. Zaraz przyniosę napitek. – odezwała się miło kobieta, która natychmiast skierowała swe kroki do części kuchennej.
Zgodnie z życzeniem jej goście wybrali sobie pierwsze lepsze miejsce i zasiedli z westchnięciami.
– Nie masz mi nic do powiedzenia? – bordowowłosa przybrała swój pasywnie-agresywny ton.
– Błagam… Będziemy do tego wracać?! – oburzył się mężczyzna.
– Zostawiłeś mnie nieprzytomną w jakimś pokoju na tydzień i nawet nie pofatygowałeś się, aby pójść i sprawdzić czy nadal żyję. Potem zgubiłeś mnie i bezczelnie wrzuciłeś do wody. – tym razem ton jaki przybrała był zdecydowanie agresywny.
– Bardzo przepraszam, iż postanowiłem sobie odpocząć po tym jak musiałem cię taszczyć przez pustynię i po tych cholernych schodach w ten nieziemski upał. Schodach! Rozumiesz to?! Bo im się winda zepsuła! I jeszcze ten ryczący dzieciak… Zgubiliśmy się, gdyż mnie zagadałaś. To z wodą było przypadkiem! Choć nawet jeśli by nie było, to ci się cholero należało. – złość wyraźnie w nim zbierała, jednak było w niej coś dziwnego.
Zupełnie jakby w duchu śmiał się z tego co mówił i nie był poważny. To dodatkowo nakręcało jego rozmówczynie, która już chciała rzucić się przez oddzielający ich mebel, aby go rozszarpać, jednak odgłos ceramicznych naczyń kładzionych na drewnie skutecznie ją powstrzymał.
– Proszę. Herbata i kawa z nutką kakao. To na pewno pomoże w otrząśnięciu się. – rzekła dziewczyna siadając naprzeciw Aerilii – Niestety to miejsce może namieszać w głowie. Szczególnie, gdy wszyscy gromadzą się w centrum. Wtedy te pustki naokoło nie pomagają.
– Czemu wszyscy tak znikają? – zainteresował się osobnik w czerni, który łapczywie zaczął pochłaniać swój napój.
– Raz w miesiącu wszyscy idą do centrum miasta i po prostu spędzają tam cały dzień. Tak już tu jest.
– Dlaczego więc ciebie tam nie ma? – padło kolejne pytanie.
– Ponieważ jestem tutaj. Ktoś musi być. Poza tym nie lubię tłumów. – wyznała pociągając łyk z naczynia.
– Ma to jakiś sens. – odpowiedź, która zaszczyciła uszy bibliotekarki brzmiała jakby została rzucona pod przymusem poprawnego zachowania.
Zakończyła ona temat i pozwoliła niezręcznej ciszy wkraść się między osobników, zasiadających przy stole.
– Och! – podniecił się znienacka mężczyzna, zrywając się z siedziska, co doprowadziło do wylania się brązowego płynu z stojącego przed nim kubka.
– Co ty robisz?! – wrzasnęła bordowowłosa również się gwałtownie podrywając i czyniąc dokładnie tą samą szkodę.
Odbiorca jej słów zignorował ją i wybiegł z pomieszczenia.
– Nic się nie stało? – przeraziła się bibliotekarka.
– Nie. Nic. – wycedziła wściekle przez swe idealne ząbki.
Dopiero po chwili zorientowała się, iż z mokrego stołu skapują dwie, ciepłe ciecze.
– Och! Przepraszam… Ja… – nie wiedziała co powiedzieć, czując jak złość odchodzi, ustępując miejsca wstydowi.
– Nic nie szkodzi. Posprzątam to. – odpowiedziała miło rozmówczyni, po czym zwróciła uwagę na coś innego – Wydajesz się być strasznie roztrzęsiona. Może zechciałabyś chwilkę odpocząć?
– Nie, nie. Nie… I tak już nadużyłam gościnności. Powinnam się zbierać. – mówiła trochę niezrozumiale, zwracając głowę ku boku i ściszając co drugie słowo głos.
– Nie będę cię zatrzymywać na siłę, ale też nie zamierzam cię wypuścić, abyś znów się zgubiła. Skieruję cię do ratusza. Tam powinni ci pomóc w odnalezieniu odpowiedniego klasztoru. – głos dziewczyny działał na nią niezwykle uspokajająco.
– Bardzo dziękuję i proszę o wybaczenie. – speszona Aerilia skłoniła się przepraszająco.
– Nic się nie stało. – zapewniła ją ponownie, po czym wskazała dłonią na wyjście na korytarz i dodała – Chodźmy. Wyjaśnię ci drogę na podstawie planu miasta.
Po tych słowach obie damy udały się do części głównej budynku, gdzie bordowowłosa została zapoznana z trasą, którą powinna się poruszać, by dotrzeć do celu. Następnie, podziękowawszy za wszelką pomoc, opuściła budynek i udała się zgodnie z tym jak została poinstruowana. Niestety wiele razy zgubiła się. Powodem tego były myśli uciekające nieustannie w stronę jednego zapytania: „Skąd u osób pracujących w bibliotece tyle cierpliwości?”. W końcu jednak odnalazła się i kierując się przeczuciem, dotarła do zatłoczonej przestrzeni przepełnionej straganami i istotami wszelakich gatunków. Tam przeciskając się przez tuszę, starała się kierować do strzelistej wierzy, górującej nad wszystkim. Niestety, nieprzyzwyczajona do tak wielkich tłumów, dosłownie w nim tonęła. Na szczęście, w chwili gdy już miała mdleć, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
– Aerilio! Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy, gdy nie dotarłaś z karawaną! – osobnik w jasnokremowej szacie niemal wrzasnął z radości i ulgi, a następnie złapał zaczepioną kobietę tuż przy łokciach w geście powitania i westchnął ku niebiosom – Dziękujmy Gwiezdnemu Panu, iż przeprowadził cię przez trudy pustyni!
Widząc dezorientację swojej rozmówczyni, zmarszczył jeszcze bardziej swoją twarz za pomocą uśmiechu i dodał łapiąc ją za nadgarstek:
– Chodźmy, chodźmy. Musisz być spragniona.
Następnie nie czekając na jej zgodę, czy zaprzeczenie, zaczął ciągnąć ją między tłumem.
Odgłos porcelanowej filiżanki stawianej na spodku wybrzmiał cicho pośród gwaru, na który składały się wszelakie dźwięki począwszy od głosów rozmawiających postaci, a skończywszy na stukach towarzyszących stawaniu kroków. Kobieta, która zaś go wywołała odetchnęła głęboko z ulgą, napawając się smakiem połykanej cieczy. Następnie przeczesała swe bordowe włosy, które w cieniu, rzucanym przez rozległy parasol, zdążyły się przyjemnie schłodzić.
– Naprawdę nie pamiętasz? – siedzący naprzeciwko mężczyzna zapytał z niedowierzaniem.
W odpowiedzi na jego pytanie machnęła głową na boki, po czym znów złapała w palce ucho małego naczynia i uniósłszy je, wzięła kolejny łyczek.
– Cóż… Dużo podróżujesz i nie wszystko musisz pamiętać. Jednak wydarzenia z ostatniej konklawe? Winnaś przynajmniej coś kojarzyć. – głos rozmówcy przepełniony był przygnębiającym smutkiem, zaraz jednak rozbrzmiał lekką radością, gdy kontynuował – No nic. Przynajmniej znów się spotykamy. Tak długa rozłąka sprawia, iż nie mam już jak walczyć z tęsknotą.
– Yhym… – rzuciła beznamiętnie, spoglądając na dno pustej filiżanki, na którym rysował się niekompletny, czarny okrąg.
Wyglądała przy tym jakby w ogóle nie interesowała ją rzeczywistość, otaczająca jej postać. Zupełnie jakby czegoś jej brakowało. Jakby gdzieś w tym mieście zagubiła cząstkę siebie, a jednocześnie wyzbyła się choć trochę trudnych do wytłumaczenia okowów, spowijających jej umysł gęstą mgłą. Trudno było to wyjaśnić, ale miała dziwne wrażenie, iż ktoś kto cały czas, w większym stopniu ją kontrolował, zniknął gdzieś na moment. Cała ta apatyczność i niecodzienne odczucia prysły jednakowoż w jednej chwili jak cieniuteńka bańka mydlana, gdy na puste krzesło stojące obok opadła niebywale ciężko, dysząca ze zmęczenia postać w czerni.
– Okropny dzień. Wszędzie gwar. Gorąc leje się z przestworzy. Dobrze, iż pływamy po wodzie, bo inaczej… – zaczęła narzekać, ściągnąwszy swój kapelusz z szerokim rondem, którym zaczęła się wachlować – Inaczej napiłbym się czegoś zimnego.
Wypowiedziawszy ostatnie słowa westchnęła przeciągle i uniosła wolną dłoń ku górze. Tym samy przywołała młodego kelnera, który stanął przy niej z zapytaniem wykutym na wieczność w pamięci.
– Czy mogę przyjąć zamówienie? – jego głos brzmiał równie przyjemnie, co odgłos ścieranego przy zapisywaniu zamówienia grafitu, który zahaczając o kartkę papieru zostawiał swój ślad.
– Coś zimnego i płynnego. Aby mnie trochę rozbudziło. Proszę mnie zaskoczyć. – rzucił z fantazją, a gdy jego rozmówca odszedł już, aby wypełnić swoje zadanie, odezwał się do siedzącej przy stoliku pary – Jak tam romanse?
Odpowiedziała mu na to dwojaka cisza, która od strony Aerili wypełniała się radością wymieszaną ze zezłoszczeniem, a od mężczyzny w płowej szacie awersją tak wielka, iż mogłaby go udusić.
– Ech... – westchnął przeciągle rozsiadając się na nie tak dużym siedzisku – Uczucia prawda? Interesujące i przyjemne do oglądania, czy przeżywania. Jednakowoż na dłuższy czas, okazują się nie tyle nieprzydatne, co wadzące. Oczywiście życie zna przypadki, gdy emocje pozwalają nam wspiąć się na wyżyny naszych możliwości, lecz uważam, iż nawet w tych momentach są one zgubne. Pomyślcie tylko. Czyż nie zaburzają one światopoglądu? Czy nie obtulają w gęstą mgłę naszych zmysłów? Najgorszym z tego kolorowego wachlarza, jest zaś miłość. Ona...
– Proszę bardzo. Życzę smacznego. – krótkie zdania pracownika przybytku, przerwały nagle wypowiedź.
– Dziękuję. – odrzekł spoglądając na postawiony przed nim szklany pucharek, wypełniony w jednej trzeciej lazurowym płynem, który wyraźnie odgraniczał się od zieleni galaretki i bieli bitej śmietany, znajdujących się nad nim – Kolory są takie piękne. Szczególnie, gdy ich nasycenie aż kuje w oczęta. Zgodzisz się ze mną Damirze?
Zapytany osobnik zmarszczył tylko czoło, proklamując tym samym swe niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Nie przejęty tym mężczyzna w czerni zwrócił się więc ostentacyjnie w jego stronę, równocześnie przesuwając swoje wymyślne zamówienie ku Aerili, która mimo faktu bycia zignorowaną cieszyła się z podarku jak małe, głupie dziecię.
– Szczególnie, gdy ma się odziedziczoną po przodkach skłonność do tego typu uzależnienia. Cóż ja jednak o tym wiem? Wyprany z tego, co nadaje wam sens życia, nie powinienem oceniać. Możliwość mam jednak, jako trzecioosobowy obserwator, by uraczyć zaślepioną ofiarę swym słowem. Rzeknę więc, iż...
Jego monolog ponownie został przerwany. Tym razem stało się to przez głośny brzdęk upadającego na drewniane podłoże szklanego naczynia. Gdy dwaj jegomoście zareagowawszy na ten bodziec, zwrócili wzrok w odpowiednim kierunku, dostrzegli zasmuconą kobietę z umorusaną twarzyczką w okolicy ust, która była niezwykle blisko wybuchnięcia płaczem.
– Oj... Nic ci się nie stało? Biedna... Nie zrobiłaś nic sobie? – zapytał z niezwykle przesadzoną troską, tonem infantylnym, a następnie nie wiadomo skąd wyciągając czystą chustę złożoną w prostokąt, zaczął wycierać jej buzię i mówić dalej – Wszystko jest dobrze. Nie przejmuj się tym. Teraz musimy iść, lecz następnym razem sobie to jakoś odbijemy. Zamówimy jakieś dobre ciastko i coś do picia. Co ty na to?
W odpowiedzi na swe słowa otrzymał radosne kiwnięcie głową i chytry błysk w oczach, świadczący o tym, iż całe zdarzenie zostało skrupulatnie zaplanowane. Udał, iż nie zwrócił na ten mały szczegół uwagi i skończywszy, co rozpoczął, podniósł się z siedziska, założył kapelusz na głowę i mruknął:
– Chodźmy. Wysoki Kapłan winien mieć za niedługo wolną chwilkę.
Następnie nie czekając na swe towarzystwo ruszył w tłum. Aerilia w miarę szybko podążyła za nim, lecz nie mogąc utrzymać tempa, jak również mając problemy w przedzieraniu się między gromem istot, zgubiła go z oczu. Chociaż lepszym określeniem byłoby stwierdzenie, iż mężczyzna rozpłynął się w tłoku, co stało się powodem jej zagubienia. Ku jej szczęściu podążał za nią osobnik w jasnokremowej szacie, który dwoił się i troił, aby za nią nadążyć.
– Aerilio? – zapytał zdyszany – Czy możesz na chwilę zwolnić kroku?
Dziewczyna nie odpowiedziała na jego słowa, rozglądając się wśród gwaru, kurzu i niezliczonej liczby straganów, szukając w tenże sposób jegomościa w charakterystycznym, czarnym odzieniu.
– Aerilio? – pytanie powtórzyło się, odbijając się w jej głowie jak odległe echo.
– Wysoki Kapłan… – wymruczała, przypomniawszy sobie słowa poszukiwanej osoby.
– Tak. To w tym kierunku, ale proszę zwolnij trochę, albowiem nie chciałbym zgubić cię w tym zgiełku. – błagał jej rozmówca, przecierając spływający po jego zmarszczonym czole pot.
Gdy skończył, spróbował ją złapać za ramię. Jego zbliżająca się dłoń spowodowała oschłą i oziębłą reakcję, którą było nie tylko natychmiastowe odsunięcie się, ale również lodowate spojrzenie.
– Chodźmy więc. – wydusił z siebie, nie wiedząc jak inaczej zareagować na zaistniałą sytuację, a następnie ruszył w odpowiednim kierunku.
Po tym co ujrzał w oczach kobiety, jego podświadomość obudziła w nim strach i pragnienie ucieczki. Dlatego też nie przejmował się już nawet tym, czy szła ona za nim. Kroczył jedynie przed siebie, co chwila przyśpieszając tempo i modląc się w duchu do swego bóstwa, by to uchroniło go przed wszelkim złem. Jednocześnie przeklinał samego siebie i płakał w duchu, mając świadomość umierających marzeń, a także nadziei, które niegdyś rysowały się w jego wyobraźni.
Wydawało się, jakby ich krótka podróż trwała całą wieczność, jednak w końcu udało im się dotrzeć do miejsca przeznaczenia, którym była kancelaria. Stanąwszy przed wejściem do niej, mężczyzna w jasnokremowej szacie, odwrócił się do swej towarzyszki i ze zdziwieniem zauważył, iż wyglądała ona na osobę, której wspomnienie trzymał w swej pamięci. Znikł ten otaczający ją chłód i okropny cień, czający się w jej oczach. Mimo tej odmiany, układ współczulny jego organizmu nie zaprzestawał swej działalności, nieustannie pobudzając jego ciało do ucieczki. Z tego też powodu, bez większych ceregieli zaczął się oddalać.
– Wybacz, lecz muszę coś załatwić. – rzucił jeszcze na pożegnanie i czym prędzej ewakuował swą osobę.
To zachowanie pozostawiło dziewczynę lekko oszołomioną, a przynajmniej tak jej się wydawało. Prawda jednak była taka, iż wrażenie to zostało wywołane przez niespodziewane pojawienie się kilka milimetrów od jej ucha jegomościa w czerni.
– Mężczyźni, nieprawdaż? Gdy tylko coś się zaczyna psuć, ci się ulatniają. W najważniejszych momentach nie są zdolni do stanięcia na wysokości zadania. Szkoda. – wyszeptał jej do ucha, a następnie zniknął bez ostrzeżenia, zupełnie jakby wcale się nie pojawił.
– Tak… – mruknęła sama do siebie, a następnie pokonała kilka schodków, by móc przekroczyć próg misternie rzeźbionych drzwi z brązu.
Gdy zaś znalazła się w przyjaźnie chłodnym wnętrzu, stanęła z konsternacją, uświadamiając sobie, iż nie ma pojęcia, do kogo ma się zgłosić. Znów jednak odezwało się jej życiowe szczęcie i zaraz za nią, do wnętrza wkroczył łysy starzec w jasnokremowej szacie, przepasany ciemnoróżowym pasem.
– Aerilio? Czy mnie oczy nie mylą? – zapytał nie wierząc swoim zmysłom – Nic się nie zmieniłaś. Cóż… może troszkę schudłaś, lecz… Jak się czujesz moja droga? Podróż musiała cię wykończyć.
– Remus? – zapytała nie będąc pewna, czy jej podświadomość podaje jej odpowiednie imię.
– O i widzę, że mnie nawet pamiętasz! No, no! Trzeba to uczcić. – uradował się niezmiernie, po czym obdarzył ją czułym uściskiem – Biorąc pod uwagę, że poza konklawe praktycznie się nie widzieliśmy, jestem naprawdę pod wrażeniem. Choć proszę. Nie będziemy rozmawiać w przejściu. Od czegoś mam swój gabinet.
Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, zaśmiał się przyjaźnie, jakby opowiedział świetny dowcip, a następnie złapał swą rozmówczynię pod rękę i ruszył z nią przez korytarze, a także klatki schodowe.
– Powiedz. Jak się czujesz? Słyszałem, że spędziłaś trochę czasu na północy. Musiał być to dla twojego organizmu lekki szok. Takie przejście z lodowatego zimna do gorąca. Miejsce tamto pełne jest również złych duchów przeszłości. Może usiądziesz na moment, jak tylko dotrzemy do pokoju. – odezwał się troskliwym głosem.
– Nie narzekam, choć ostatnimi czasy czuję się naprawdę wyczerpana. – przyznała, spoglądając na miękki dywan, po którym kroczyła.
– Och moja droga. Wszyscy czasami tak mamy. W końcu jesteśmy tym, czym jesteśmy. Daleko nam do pradawnych, a ponoć i oni musieli odpoczywać. – rzekł z starczą mądrością, podkreślając swe słowa uniesionym wysoko palcem.
Po tym zatrzymał się przed drzwiami swego gabinetu i westchnął głęboko.
– Zapomniałem klucza… – rzekł, sprawdzając wszystkie swoje kieszenie, których posiadał aż dwie, a następnie dodał – Zaczekaj chwilę proszę. Zaraz wrócę.
Rzekłszy to, oddalił się rześkim krokiem tam, skąd właśnie przyszedł, zostawiając bordowowłosą damę samą z sobą.
– Kiedyś było ich tu więcej, prawda? Dawno temu. Zanim lody północy zabrały ich ducha. Zniknęła ich gwiazda i większość zgubiła swą drogę. – odezwał się spokojny głos mężczyzny w czerni, wyglądającego na zewnątrz przez jedno z okien – Smutna historia. Prawie jak ta z twoim ukochanym.
– Ukochanym? – zmieszała się dziewczyna.
– Związek na odległość to trudna sztuka. Szczególnie w takim przypadku. Kochaś niestety jej nie opanował. – mruknął rozmówca, po czym odwrócił się na pięcie i podążył w stronę wyjścia.
Zaraz po tym, gdy znikł za zakrętem korytarza, pojawił się starzec, machający radośnie kluczem do drzwi.
– Mam! – zakrzyknął zadowolony – Nie masz pojęcia, gdzie to leżało…
Wypowiedziawszy to, zbliżył się do drzwi i sprawnie je otworzył. Po tym wkroczył do wnętrza i od razu rozpoczął poszukiwania dwóch szklanek, jak również odpowiedniego trunku.
– Rozgość się proszę. Zaraz coś naleję. – zawołał z głową w jakiejś szafce, którą gdy wydobył dodał – Rad jesteśmy, że przerwałaś dla nas swą ekspedycję, choć zaznaczaliśmy, że nasza sprawa może okazać się mało istotna. Mógłbym zapytać, jakie były tego powody?
– Cóż… – zamyśliła się na moment, próbując z trudem przywołać jakiekolwiek wspomnienia.
W końcu, gdy echo wspomnień zaczęło huczeć w jej głowie, pojawił się ostry ból, jakby lodowe zimno, które zalało jej głowę. Zaprzestała więc dalszych działań i postanowiła bazować, na tym co zdołała przywołać.
– Nawet nie rozpoczęłam wyprawy. Odwołano ją. Warunki nie były korzystne. Nie zamierzałam więc marnować czasu i po otrzymaniu wiadomości, od razu wyruszyłam. – rzekła, odbierając podawaną jej szklankę z niedużą ilością bursztynowego trunku.
– Od razu, gdy mogłaś. – poprawił ją rozmówca, a następnie zadziwiony dodał – Odwołano? Cóż takiego się wydarzyło?
– Oczywiście. Kilka grup badawczych nie wróciło, a Ci, którzy podążyli na misję ratunkową, nie powrócili. Ja miałam jeszcze do załatwienia kilka urzędowych spraw, jednak zaraz po tym wyruszyłam. – żachnęła się lekko.
– Ech… Świat staje się coraz groźniejszy. Prawie jakby zbudziło się jakieś pradawne zło. Zaś jeśli jesteśmy tym temacie, to najgorszą rzeczą była, jest i będzie papierologia. Współczuję utraconego tygodnia. – westchnął starzec siadając przy nad wyraz dużym biurku.
Po tym wziął łyk napoju i zamilkł, rozkoszując się jego smakiem.
– Usiądź proszę. – rzekł, wskazując krzesło naprzeciw.
– Dziękuję. Postoję. – odrzekła, zbliżając się do okna, o którego framugę następnie się oparła – Tydzień… Jesteś pewien?
– Co najmniej tydzień. Odpowiedź na depeszę wysłałaś miesiąc od jej dostarczenia. Biorąc pod uwagę twoją młodzieńczą ciekawość, energię i pociąg do przygody, zapewne oddałaś się przeróżnych przyjemnościom. – odrzekł, dopijając resztę trunku, a następnie nalał sobie kolejną porcję.
– Zapewne… – mruknęła czując we wnętrzu dziwne zimno.
Następnie wyjrzała na zewnątrz, gdzie dostrzegła swego, odzianego w czerń towarzysza, siedzącego na schodach, przed wejściem do budynku. Omijany szerokim łukiem przez każdego przechodzącego osobnika, przerzucał on coś w rękach, wykonując co chwila misterne sztuczki kuglarskie. Mimo, iż w jego działaniach brakowało jakichkolwiek czarów, było w nich coś hipnotyzującego i przyciągającego. Dlatego też w niedługim czasie zebrała się wokół niego gromada dziatków, które oczarowane, wpatrywały się w jego działania, jakby były gotowe oddać mu swą duszę. On zaś bawił się ich pojmowaniem, jak siła nieczysta składające słodkie obietnice, w celu uzyskania podpisu z krwi. W pewnym momencie, w jego dłoniach pojawiły się podłużne karty, posiadające na sobie misterne obrazki. Tasował on nimi, jak śmierć tasująca losami wojaków, idących na pewne zgubienie. Niespodziewanie z oddalonego tłumu wystąpiła postać starszej kobiety, która zakrzyknęła donośnie, przywołując do siebie dzieci. Następnie, gdy te zbliżyły się do niej niechętnie, zaczęła je mocno uderzać trzymaną lagą i pouczać o tym co złe, a co dobre. W taki oto sposób otoczenie mężczyzny na powrót opustoszało. On zaś niczym nie przejęty, pomachał tylko na pożegnanie, uśmiechając się delikatnie.
– ..., ale to nie jest naszym zmartwieniem, prawda? – wypowiedziane słowa i gromki śmiech starca, znajdującego się razem z nią w pokoju, wyrwały dziewczynę z zadumy i zmusiły do powrotu do najbliższej jej rzeczywistości.
– Tak, tak! Prawda! – potwierdziła, zaśmiawszy się sztucznie, choć z pragnieniem jak największej prawdziwości.
– Ach… Do rzeczy jednak. Wpierw musisz udać się do depozytu z otrzymanym ode mnie zaświadczeniem, skąd odbierzesz niepozorną metalową płytkę, będącą twoim celem i następnie udasz się z nią do Biblioteki. Tam zgłosisz się do jednej z bibliotekarek, one pomogą ci w odczytaniu map. – powiedział, wykładając na wierzch zbyt dużego mebla niedużą kartkę z kilkoma słowami i pieczęcią, a następnie dodał – Niestety depozyt znajduje się na innym poziomie… Najszybszą drogą byłby Purpurowy Plac, niestety dopchać się do niego będzie nie lada wyzwaniem. Sugeruję więc przejście przez Bibliotekę. Również pragnę ci podziękować całym moim duchem. Naprawdę nie wiesz jak wiele znaczy dla nas twoje zainteresowanie.
– Nie przesadzajmy… – odrzekła, uśmiechając się przyjaźnie.
– Nikt tu moja droga nie przeszkadza. Jesteśmy małym zakonem i nie posiadamy wielkiego poważania. W niczym nie pomaga brak… – mówił wstając i zbliżając się do swej rozmówczyni, a gdy już to zrobił, położył swe dłonie na jej skroniach – Niech Gwiezdny Pan prowadzi cię przez gorące piaski i zimne noce.
Po tym uderzył ją dosyć mocno w policzek i wykrzyknął:
– Teraz leć! Nie marnuj czasu na takich starców, jak ja!
– To nie jest… – zaczęła, lecz szybko jej przerwano.
– Uciekaj!
Nie chcąc niepokoić swojego gospodarza, odstawiła na parapet szklankę, z której ani razu nie upiła i wybiegła czym prędzej z pokoju.
– Młodość… Gdybym ja był wciąż tak żwawy. – jęknął starzec, prowizorycznie rozmasowując swoje plecy w okolicy lędźwiowej.
Kojenie złapał odstawione przed momentem naczynie, wypił wszystko z niego jednym haustem i podążył w stronę szafek, do których schował je razem z tym, z którego on wcześniej pił, jak również z tym, służącym do przechowywania bursztynowego płynu. Po tym skierował się ku wyjściu, a opuszczając pomieszczenie, zamknął drzwi na klucz.
– Niech Gwiezdny Pan cię prowadzi i niech Gwiazda Jaeha wskaże ci drogę, bracie – do jego uszu doszedł zachrypnięty głos, którego nie dało się przypisać żadnej z płci.
Słysząc te słowa westchnął głęboko i zamkną na moment oczy, by przywołać wspomnienia dawnych dni.
– Skąd przybywasz bracie? Czy nie spoglądałeś w nocne niebo? Nie dojrzałeś zaniku blasku naszej Gwiazdy? – rzekł, unosząc zwolna swe powieki, by spoglądnąć na swe pomarszczone i wysuszone dłonie.
– Z zamknięcia i oddalenia, skąd wróciłem do ruin mego zakonu, by podnieść go z kolan. – padła odpowiedź, od postaci w poszarpanej szacie, siedzącej przy ścianie – Gwiazda, mój bracie, nie płonie na niebie. Jej płomień żyje w nas. Narodzony razem z nami, zgaśnie, gdy my zgaśniemy. Kiedy zagubiliśmy nasze nauki?
– Gdy wieczne lody skuły naszego Ducha… – ból w głosie starca odbił się wyraźnym echem między ścianami korytarza.
– Obwieść to światu, iż Duch powrócił! Niech ponownie zapłonie blask Gwiazdy Jaeha! Niech Gwiezdny Pan prowadzi nasz zakon ku lepszym czasom!
Młoda dama wybiegając czym prędzej z budynku, skierowała momentalnie swój wzrok na schody, gdzie winien siedzieć jej towarzysz. Można by powiedzieć, iż ku swemu zdziwieniu nie zauważyła go, jednakowoż prawda rysowała się tak, iż dobrze wiedziała czego się spodziewać. Nieprzybita faktem nieobecności mężczyzny, postanowiła obrać Bibliotekę za swój cel. Wszakże ciekawe zrządzenie losu, postawiło niedaleko niej osobnika w jasnokremowej szacie, który nie tak dawno pomógł jej się odnaleźć w tym mieście.
– Ukochany… – mruknęła do siebie zaintrygowana, po czym ruszyła w jego stronę, wrzeszcząc z oddali – Hej!
Tylko tyle zdołała z siebie wyrzucić, gdyż wtem uświadomiła sobie, iż nie pamięta jak ów dżentelmen się nazywa.
– Aerilio? Nie powinnaś… Ja właśnie…– zaczął niewyraźnie, cofając się o krok, mając w pamięci pragnienie ucieczki – …do Biblioteki!
– Yhym… – przytaknęła z delikatnym zdziwieniem, podchodząc do przodu, a następnie przeczesała włosy, zwracając twarz nieco ku niebu, jednak nie spuszczając wzroku z rozmówcy i rzekła – Tak się składa, iż również zmierzam do tego budynku. Tak więc z chęcią Ci potowarzyszę.
– Oczywiście… – bąknął, cofając się o kilka kolejnych kroków, które automatycznie nastąpione zostały ruchami kobiety.
W taki oto sposób niezręczna i nienaturalna próba umknięcia przerodziła się w nieśpieszny chód pośród rozrzedzającego się tłumu. Można by pomyśleć, iż w jego trakcie powinna panować cisza, którą tylko bordowowłosa starałaby się przełamać. Jednakowoż rzeczywistość zaserwowała coś innego. Otóż mężczyzna czujący na sobie krople zimnego potu, zagaił ledwo wykrztuszonym pytaniem.
– Nie idzie…? – chrząknął, jak gdyby chciał przeczyścić swe drogi oddechowe i natychmiastowo kontynuował – Droga przez Purpurowy Plac byłaby znacznie krótsza. Czemu idziesz przez Bibliotekę?
– Remus mówił, iż tak będzie szybciej. – przyznała spoglądając na rozmówcę, który nie mając pojęcia gdzie spoglądać, obrzucał wzrokiem wszystko, co znajdowało się dookoła.
– No tak! Przecież wszyscy się tam teraz udają. Zupełnie zapomniałem. – powiedział mając jeszcze w głosie resztki niepokoju.
– Dlaczego purpurowy? – naglące zapytanie wyłoniło się z ust Aerili, nie pozwalając na wtargnięcie w konwersację ni chwili milczenia.
– Kto? – dezorientacja jegomościa w jasnokremowej szacie osiągnęła przy tych słowach swój szczyt.
W odpowiedzi pojawił się delikatny i orzeźwiający śmiech, który jak dotyk boskiej dłoni, rozwiał wszelkie niedobre emocje, krążące w najbliższej przestrzeni i w umyśle mężczyzny.
– Ach… Ten. Wybacz mi. Zbyt dużo ostatnio myślę. – przyznał z głupkowatym uśmiechem, drapiąc się po głowie.
– Nie szkodzi. Wybaczam. – odpowiedziała, po czym wzięła głębszy wdech, aby uzupełnić niedobory powietrza w płucach.
– Purpurowy Plac? Cóż… Historia tego miejsca nie jest piękna, aczkolwiek do dzisiejszego dnia zaprząta nasze umysły. Zapiski mówią, iż dawno temu, gdy Vithak rozpościerało się po horyzont, a coś takiego jak pustynia nie istniało, na te ziemie przybył z północy potężny czarnoksiężnik, odziany w szaty królewskiej purpury i błyszczący najczystszym srebrem pancerz. Za nim podążała zaś armia zbyt wielka, by choćby spróbować ją policzyć. Niektóre źródła wspominają, iż w jej skład wchodziły nawet smoki i to nie byle jakie, ale te wysokiej krwi. Nim jednak wszyscy ujrzeli to wszystko na swe oczy, do stolicy przybył posłaniec. Ultimatum, które ze sobą niósł brzmiało prosto: „Poddajcie się i żyjcie w pokoju, lub walczcie i gińcie ku chwale swych bogów.”. Były to czasy pokoju i porażka była zbyt oczywista, by nie przyjąć propozycji. Znaleźli się oczywiście przeciwnicy, lecz nie dano im dojść do słowa. Nie minęło więc wiele czasu i bramy stolicy otworzyły się szeroko dla czarnoksiężnika i jego wojsk. Pokierowano ich w stronę największego placu, gdzie miały zostać podpisane stosowne dokumenty. Przejęcie państwa byłoby jedynie formalnością, gdyby nie rządza krwi najeźdźcy. Odziany w purpurę czarnoksiężnik z jak największym spokojem spoczął na przygotowanym dla niego siedzisku i zaczął obserwować swoich ludzi, którzy rzucili się na mieszkańców jak krwiożercze bestie. Tego dnia plac skąpał się w krwi tysięcy niewinnych istot, których stos wzniósł się ku niebu, aby później zapłonąć i rozświetlić najcichszą noc w historii Vithak.
– Och… To… – zaczęła, czując przytłaczający ton.
Nie zdołała jednak nic rzec, albowiem nagle usłyszała za sobą kroki i poczuła niewyobrażalnie wielką złość, która aż rzuciła cień na jej otoczenie.
– Kłamstwo! – rozległ się syk, przeszywający aż do samej duszy.
– To tylko część prawdy. W końcu zapiski pochodzą z późniejszego okresu i kto wie, któż był ich autorem. Wątpię w to, aby po stronie włodarzy z Vithak nie było żadnej winy. – rzekł jegomość zupełnie nie usłyszawszy nieprzyjemnego dźwięku i nie ujrzawszy czegoś, co przesłoniło słońce górujące nad nim.
Zaniepokojona dziewczyna zignorowała go więc, by spojrzeć za siebie, a gdy to zrobiła, okazało się, iż nie ma tam nikogo, a na pewno nie kogoś kogo się spodziewała. Wnet zorientowała się, iż wszystko, co było nie tak zniknęło i sytuacja wróciła do normy.
– Tak, czy siak mnie w z całej historii interesuje jedynie fakt, iż czarnoksiężnikowi udało stworzyć się stabilną koniunkcję i to silniejszą niż Skrzyżowanie Piramid, czy Bibliotekę. Co więcej sądzę, iż jest ona najbliższa legendarnej Cieśni, która miała powstać całkowicie naturalnie. – rozmówcę opanowała nagle niepojęta zwykłym istotom pasja – Sposoby w jakich przemieszcza się między wymiarami są naprawdę pasjonujące. Weźmy Skrzyżowanie Piramid dla przykładu. Doszedłszy do rozwidlenia, wybierało się odpowiednią drogę i podążało nią, aż nie wyszło się w innym wymiarze. Niestety jeśli ktoś zboczył z drogi, skazany był na wieczne błądzenie po międzywymiarowych bezdrożach.
– Skrzyżowanie Piramid? – zdziwiła się dziewczyna, próbując sobie wyobrazić wygląd tego miejsca.
– Nazwa pochodzi od czterech piramid, których szczyty zaginają się i krzyżują. Dzięki nim możliwa stała się koniunkcja, choć do jej osiągnięcia należało budować te budynki w każdej rzeczywistości, którą chciano przyłączyć. – wyjaśnienie pojawiło się błyskawicznie.
– Hmm… A reszta? Na jakiej zasadzie działa? – padło pełne zainteresowania zapytanie.
– Biblioteka wymaga przewodnika. Kogoś kto przeprowadzi twoje jestestwo. Taki mechanizm wynika z faktu, iż kiedyś ten budynek służył jako ośrodek kultu, którego wyznawcy prowadzeni przez swego przywódcę religijnego, modlili się tak gorliwie, iż zdołali wytworzyć koniunkcję. To prawdopodobnie było powodem ich upadku. Cieśń z innej strony, jako naturalne przejście jest nieprzewidywalne i chaotyczne. Z moich badań wynika, że powinno być ono jak rwąca rzeka, z której musisz wyjść szybciej niż wchodzisz. Kto wie, co dzieje się z tymi, którym się to nie uda. Teraz zaś Purpurowy Plac. Dzieło zaprawdę fascynujące i niezwykle przemyślane. Nie wciąga jak Cieśń, a raczej wsysa powoli pozwalając się namyśleć i zdecydować gdzie chce się iść. Niesamowicie trudno jest się zgubić. Jednakowoż jest taka możliwość, która kończy się rozłożeniem do czystej energii, w celu zasilenia przejścia. Tutaj, podobnie jak w Bibliotece istnieje zapłata w postaci energii, która pobierana jest od podróżnika.
– Tym się zajmujesz na co dzień? Badasz koniunkcje? – bordowowłosa była zaimponowana swym rozmówcą.
– Dlatego przyłączyłem się do tego Zakonu. Chciałem być jak najbliżej tych tworów. – przyznał, czując w sobie dumę, iż udało mu się spełnić część swych życiowych pragnień.
Nagle zreflektował się nad swymi słowami i dodał:
– Przynajmniej dwóch z nich. Skrzyżowanie Piramid znajduje się daleko poza miastem. Cieśń, którą mam nadzieję znalezione mapy pozwolą odnaleźć, pozostaje nadal nie odkryta. Jest także Arbor Vithak, o którym zapomniałem wspomnieć…
– Drzewo Wiedzy?! – młoda dama ewidentnie się pobudziła – Gdzież ono jest?
– Pojęcia nie mam. – bąknął mężczyzna, studząc jej zapał – Jego istnienie wspomniane jest jedynie w księgach. Nie ma żadnego słowa o jego położeniu. Jest jedynie wspomniane, iż dostęp do niego mieli emisariusze.
– Ach… – jęknęła przybita – To byłoby coś…Dostalibyśmy odpowiedzi na tyle pytań!
– Nie wątpię.– rzekł rozmówca, po czym dodał – Przyjemnie się rozmawiało, jednakowoż musze się pożegnać.
– Co? Dlaczego? – zdziwiła się.
– Dotarliśmy. – rzucił w odpowiedzi.
Dopiero teraz Aerilia uświadomiła sobie, iż stoi razem ze swym rozmówcą w pobliżu białego budynku.
– W takim razie do zobaczenia. – rzekła z uśmiechem.
– Do widzenia. – odrzekł i odchodząc w swoją stronę, rzucił jeszcze – Właśnie sobie przypomniałem. Powiadają, iż w głębi lądu dostrzec można miraż jakiegoś budynku. Niektórzy spekulują, iż ma to związek z Drzewem. Do zobaczenia jeszcze raz.
Nie marnując czasu, dziewczyna wkroczyła do gmachu i gdy tylko przekroczyła próg drzwi, ujrzała siedzącego przy jednym ze stolików jegomościa w czerni, czytającego jakąś księgę. Poczuła wtedy zdenerwowanie na skraju świadomości, która wywołana była faktem, iż ów mężczyzna znów zostawił ją samą w mieście. Zbliżyła się więc do niego ostentacyjnie, lecz nim zdołała wypalić ze swymi pretensjami, usłyszała:
– Coś jest nie tak. Mam przeczucie, iż sprawy nie potoczą się pomyślnie.
– Co masz na myśli? – zainteresowała się.
– Nie istotne… – mruknął odkładając swą lekturę i podniósł się, poklepując się po pośladkach.
Nagle Aerilia poczuła się jakby jej ciało właśnie stało się nieco bardziej ociężałe i co dziwne ciasne. Zupełnie jakby coś wepchnęło się w nią, mimo iż nie było na to miejsca. Na szczęście to uczucie dość szybko zniknęło, a ona otrząsnęła się, by zauważyć, iż jej towarzysz właśnie był w połowie drogi od niej do śnieżnobiałego stanowiska, gdzie znajdowała się brązowowłosa dama w skromnej, kremowej sukni. Nie zamierzając zostać z tyłu, ruszyła szybkim krokiem i nie wiedząc kiedy, stanęła przy bibliotekarce.
– Och! Witaj Aerilio! Udało ci się dotrzeć do swego celu? – odezwała się ta, stając się radośniejszą, lecz ukrywając to pod rąbkiem swego rękawa.
– Tak... – zaczęła odpowiadać, gdy nagle mężczyzna w czerni, który stanął obok wtrącił się.
– Z twą pomocą, jak moglibyśmy nie trafić, gdzie chcieliśmy? – rzucił szarmancko, obniżając przednią część swego kapelusza, jakby chciał uniemożliwić rozmówczyni dojrzenie jego oblicza.
– Cieszę się, iż zdołałam pomóc.
– Niestety musimy znów zająć twój czas, byś pomogłam nam udać się do depozytu. – dodał jegomość głosem, który wzbudził w jego towarzyszce lekką zazdrość.
– Po mapę! – wypaliła ta, czując iż musi przejąć inicjatywę.
W tym momencie poczuła na sobie zdziwione spojrzenia, które trąciły współczuciem.
– Po mapę, do pomocy odczytania której będziemy potrzebować twej pomocy. – rozmowa powróciła na swe tory, ignorując to, co się przed chwilą wydarzyło.
– Pomogę wam z największą chęcią. – rzuciła zachęcająco, wywołując nieprzyjemne uczucie u Aerilii.
– Nie będzie to problemem? Nie chcemy zajmować twego cennego czasu. – rzucił niezwykle czule.
– Oczywiście, iż nie. Jestem całkowicie wolna. Co więcej, zapewne nudziłabym się, nie mając nic do zrobienia. – zadeklarowała, jakby nie chcąc by uciekła jej szansa na spotkanie.
– Dobrze więc. Wpadniemy wieczorem, gdyż mamy do załatwienia jeszcze kilka spraw. – rzekł, jakby nie przejmował się w ogóle swą rozmówczynią, po czym odwrócił się i zaczął odchodzić.
– A… – bibliotekarka chciała coś dodać, jednak mężczyzna jej przeszkodził.
– A może gdzieś potem wyjdziemy? Na pewno znasz miejsca w Vithak, które warto zobaczyć. – powiedział delikatnie ciszej niż powinien, po czym machając dłonią opuścił budynek.
– Ach… – westchnęła dziewczyna, po czym otrząsnęła się i zwróciła się do Aerilii podając jej małe zawiniątko – To mapa do depozytu. Miłego dnia.
– Miłego dnia. – rzuciła ta zirytowana, odbierając przedmiot, a następnie wyszła powoli na zewnątrz.
Gdy tam się znalazła, podbiegła do swego towarzysza i wypaliła.
– Co to niby było? – frustracja w jej głosie była tak gęsta, iż można było kroić ją nożem.
– Rozmowa, czyż nie? – rzucił ten od niechcenia.
– A co mamy niby do załatwienia jeszcze? – młoda dama nie spuszczała z tonu.
– Ubrania. W końcu idziemy na randkę. – oświadczył, odbierając jej mapę.
– Chyba sam na nią pójdziesz! – wrzasnęła nie mogąc się już pohamować.
– Jeśli taka twa wola… – mruknął i zaczął iść w odpowiednim kierunku.
Aerilia zaś ogarnięta gniewem, udała się w przeciwną stronę, chcąc zgubić siebie i swoje negatywne emocje.
– Dzień dobry królowo snów. – przyjemne jak ciepły miód na języku słowa wprowadziły gładko budzącą się bordowowłosą damę w poranek.
Wśród tego, co działo się z nią ostatnimi czasy, była to miła odmiana, którą postanowiła przyswoić z uśmiechem. Jeszcze nie zdążyła otworzyć oczu i rozbudzić się do końca, a już mówiła sobie, iż tej chwili nie może chyba nic zepsuć. To trochę dziwne, biorąc pod uwagę otaczające ją szaleństwo. Nie można jej jednak za to winić. W końcu każdy żyje czasami nadzieją, iż przynajmniej raz los się uśmiechnie i ześle przyjemny dzień. Niestety to nie była ta chwila, w której rzeczywistość ukłoniłaby się jej w pas, a raczej ta, w której zdzieliłaby ją grzbietem dłoni w lewy policzek. Ten fakt uświadomiła sobie w momencie, gdy jej zmysły zarejestrowały uczucie mokra, czyli obecność niezidentyfikowanego płynu pod jej ciałem. Na początku zechciała wybuchnąć, jednak znużona ciągłym emocjonowaniem się, podniosła się po prostu do siadu, przetarła oczy, ziewnęła przeciągle i unosząc powieki, pozwoliła odbitemu światłu wpaść przez jej źrenice prosto na siatkówkę. Wtem ukazał się jej sielankowy obrazek mężczyzny w czerni, siedzącego przy okrągłym stoliku na środku pokoju i popijającego jakiś napar z fikuśnie ozdobionej filiżanki.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, przełknąwszy nie wiadomo który łyk.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Powodem tego, było podejrzenie iż coś jest nie tak. Jej umysł przeprowadził więc błyskawiczną analizę, podczas której doszedł do kilku wniosków. Ciało jej było nagie, mokre i czerwone. Zupełnie jak materac, pościel i poduszki na łożu, na którym się znajdowała. Do tego po jej prawej stronie leżała martwa, brązowowłosa bibliotekarka, która z powodu braku krwi była blada jak ściana. Po jej lewej znajdowała się zaś bania z parującą wodą na tyle duża, iż mogła się w niej spokojnie zmieścić. Wniosek? Cóż… Jej podświadomość uznała, iż to nie pora na żadne podsumowania. Dlatego też wstała powoli, jakby automatycznie i poszła zmyć z siebie wszelakie obce ciała i płyny. Podczas tej czynności obserwowała postać jegomościa, który jak gdyby nigdy nic zaczął nalewać do drugiej filiżanki na stoliku napar z czajniczka, a następnie dodawać do niego dwie kostki cukru i łyżeczkę proszku w kolorze cynamonu. Gdy w końcu skończyła, podeszła i usiadła naprzeciw swego towarzysza. Złapała przygotowany dla niej napój i drżącymi rękami przybliżyła go do swego oblicza, by poczuć jego zapach.
– Skłamałbym, gdybym powiedział, iż nie przeżyłaś upojnej nocy z tą kobietą. Również rzekłbym nieprawdę, gdybym stwierdził, iż nie popełniłaś okropnego czynu jakim jest odebranie życia. Jednakże powiedziałbym prawdę, oświadczając ci, iż zbrodnia przez ciebie uczyniona była działaniem w samoobronie. Niestety musiałbym powiadomić cię wtedy, iż według panujących praw i tak zostałabyś pozbawiona wolności, skazana na tortury, a także inne przyjemności. Wszystko to z powodu tego, co zrobiłaś z już wtedy martwą osobą, ale być może lepiej o tym nie wspominać. – odezwał się ten niespodziewanie, niezwykle opanowanym głosem – Jeśli szukasz odpowiedzi na temat tego jak do tego wszystkiego doszło, nie dostaniesz jej. Przynajmniej nie w całości. Niestety udało ci się przesadzić z używkami. Jednakowoż jeśli chciała byś wiedzieć, dlaczegóż to ta oto dama targnęła się na twe życie, wystarczy iż przywołasz jej imię.
– Sihe… – wyszeptała, poprzedzając tym głośne siorbnięcie.
– Sihe nie będąc zadowolona ze śmierci swych towarzyszy, jak również posiadając wiedzę na temat celu naszej podróży i sposobu na dostanie się do niego, postanowiła skończyć z twym żywotem. – oświadczył nadmiernie gestykulując wolną dłonią – Szkoda. Zdawała się być… sympatyczną osobą.
Po tych słowach dopił, co zostało w jego naczyniu, podniósł się i zbliżył do drzwi wyjściowych. Tam złapał swój wiszący na wieszaku płaszcz i stojąc tyłem rzekł:
– Ubieraj się kochana. Mamy napięty grafik.
Na jego polecenie Aerilia zareagowała niemal bezmyślnym posłuszeństwem. W naturalnym dla siebie tempie odziała swe ciało, a skończywszy ruszyła do wyjścia, które specjalnie dla niej zostało otwarte na oścież. Gdy tylko opuściła pomieszczenie, odziany w czerń mężczyzna ruszył za nią. Nim jednak przekroczył próg, omiótł przestrzeń nikłym gestem kończyny górnej, wzniecając tym samym płonący czernią ogień, który nie mógł zgasnąć póki nie spopielił tego, czym go nakarmiono.
Blask niezliczonej liczby ciał krystalicznych wypełniał wnętrze nie za dużego pomieszczenia przyjemnymi, rozproszonymi promieniami. Tą jakże miłą atmosferę psuły kłótnie przyodzianego w czerń mężczyzny z właścicielem przybytku. Gdyby przynajmniej nie trwały one tak długo i nie miały takiego natężenia, może bordowowłosa dziewczyna mogłaby w głębszym stopniu oddawać się przyjemności przyglądania się misternym kształtom kryształowych wyrobów. Gdyby zaś nie fakt, iż kompletnie nie rozumiała języka, którym się posługiwali, już dawno by się wtrąciła i zakończyła tą bezsensowną paplaninę. Tak jednak skazana była na przepełnione niewiedzą czekanie. Niespodziewanie jej uwagę zwróciły gromkie śmiechy i brzdęk monet.
– Wychodzimy. – usłyszała chwilę po tym od swego towarzysza.
Ruszyła więc na zewnątrz, a gdy już znalazła się skąpana w gorącu słońca, na zawieszonym nad przepastną wodą podeście, spojrzała na niego. Stał on z delikatnie skrzywioną miną i badał trzymany w dłoniach kryształ, unosząc go ku jaśniejącej wśród niebios kuli ognia. Wnet cmoknął z niezadowolenia i schował swój zakup do kieszeni.
– Nijak ma się to do lishtvarskiego kunsztu, aczkolwiek winno starczyć. – mruknął pod nosem, po czym zwrócił się do stojącej obok dziewczyny – Został nam jeszcze zaklinacz i możemy ruszać.
Po tym zaczął iść w kierunku Krwawego Placu, aby z niego dotrzeć do odpowiedniej części między-wymiarowego miasta Vithak.
– Nie rozumiem dlaczego nie użyjemy po prostu pierścieni… – rzuciła nagle Aerilia, chcąc wyrazić swą dezaprobatę odnośnie zmarnowanego czasu.
– Istota tkwi w strukturze molekularnej. Czyżbyś zapominała podstaw? – odezwał się na to z pogardą w głosie.
– Ach… – westchnęła, próbując przywołać wspomnienia przyswojonej wiedzy.
Wtem odczuła świdrujący ból we wnętrzu głowy, który sprawił, iż skuliła się lekko i złapała za głowę.
– Odpuść sobie. Jesteś przemęczona ostatnimi wydarzeniami. – poradził jej mężczyzna, a następnie zamilkł już na resztę podróży.
Stare drzwi otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem skrzypienia, który poprzedził donośny dźwięk dzwonka zawieszonego na takiej wysokości, aby rozbrzmiewał za każdym razem, gdy ktoś wchodzi, czy wychodzi.
– Dzień dobry. – odezwał się cieniutki i cichutki głos Aerilii, która ujrzawszy wnętrze przeraziła się jego starości i widocznej na pierwsze oko kruchości.
Nikt jej nie odpowiedział, więc podeszła wolnym krokiem do szerokiego blatu, za którym powinien stać sprzedawca. Stanąwszy obok niego postanowiła poczekać na pojawienie się stosownej persony. Niestety jej plany zostały przekreślone przez jej odzianego w czerń towarzysza, który wynurzył się jakby zza jej pleców i z niebywałą siłą uderzył w mebel, który jakimś cudem się nie rozpadł. Dźwięk jaki powstał, sprawił iż gdzieś z zaplecza odezwał się huk upadającej na podłogę osoby razem z siedziskiem, które zajmowała. Po tym swój utwór zaprezentował rumor, którego crescendo rosło nieprzerwanie z każdą chwilą, aż do momentu, gdy osiągnęło forte fortissimo blisko przejścia do części zakładu, przeznaczonego dla klienteli. Wreszcie w pokoju pojawił się siedemnastoletni rudzielec z krótkimi, kręconymi włosami, który spektakularnie potknął się i niczym płaska deska przywalił w podłogę, gasząc wszelkie dźwięki do niente.
– Głupcze! Robisz nam wstyd przy klientach! – strasznie szorstki i zdenerwowany głos rozbrzmiał jakby ze wszystkich ścian – Podnoś się natychmiast, inaczej ci pomogę!
– Nie… – jęknął ten niewyraźnie i błyskawicznie stanął na nogi, by przywitać dwójkę nieznajomych – Witamy w skromnych progach. W czym mogę służyć?
– Chyba wiedzą gdzie przybyli. – dostał odpowiedź z przestrzeni.
– Ale to forma grzecznościowa… – bąknął zasmucony.
– No dobrze, dobrze. Masz rację. – przyznano mu niechętnie rację.
– Pragniemy skorzystać z usług zaklinacza. Ponoć tutaj znajduje się najlepszy w całym Vithak. – wtrąciła się nagle Aerilia.
– W całym świecie! – żachnął się głos – Nie ma większego na świecie zaklinacza od Ghranna Zulaka!
– Czemuż, więc tak wielki zaklinacz mieszka na obrzeżach niezamieszkanego wymiaru w starej chacie, a pamięć o nim leży jedynie w przedwiecznych księgach? – odezwał się nagle jegomość w czerni, który z zaciekawieniem zaczął oglądać wszelakie przedmioty, stanowiące wystrój wnętrza.
– Może lepiej… – zaczął młody rudzielec, lecz nim zdarzył dokończyć jego oczy zaszły mgłą i z ust wydobył się szorstki dźwięk, który przed chwilą nie był tak scentralizowany – Zollander, ten cholerny czarodziej, zaklął mą duszę w tym miejscu i nawet śmierć nie jest w stanie mnie sięgnąć!
Po tych słowach mówca zbliżył się do swych gości i zlustrował ich wzrokiem.
– Odegrałem mu się jednak. Zakląłem go w mieczu i kazałem wbić w magiczne kowadło na tysiące lat. Czar zapewne już zdążył przeminąć i jakiś biedak wyciągnął z niego Zollandera, a ja.. Nadal tu tkwię. – oświadczył ewidentnie żałując, iż nie zrobił czegoś gorszego, a następnie zwrócił się do mężczyzny przed nim – Ty zaś jesteś mi podobny. Również uwięziony w przedmiocie. Jedynie różni nas, iż ja chcę się uwolnić, by móc umrzeć. Ty jednak pragniesz pozostać w swym więzieniu by żyć. Powiedź mi. Czemu purpurę kryjesz pod czernią czarnoksiężniku?
– Mylisz mnie z kimś starcze. – odparł mu ten wywołując ciszę, podczas której oboje spoglądali sobie w oczy.
– Czy…? – zechciała się odezwać kobieta, lecz gdy wszyscy skierowali na nią spojrzenie, zamilkła czując zbyt dużą presję.
– Czy możemy przejść do interesów? – dokończył za nią jej towarzysz.
W tym momencie gospodarz odwrócił się od swych rozmówców i ruszył do lady, by się o nią wesprzeć. Mimo, iż ciało, w którym przebywał, było bardzo młode, biła od niego aura zmęczenia i starości.
– Oczywiście. – mruknął, machnąwszy wolną ręką – Jakie zaklęcie i w czym?
– Potrzebujemy możliwości oddechu pod wodą. – rzekła Aerilia, gdy mężczyzna w czerni zaczął wyciągać zakupione wcześniej klejnoty.
– Pff… Gdzież chcecie pływać? – zapytał lekceważąco odbierając przedmioty, które miał zakląć.
Zaczął im się przyglądać, a nie dostawszy odpowiedzi, przeanalizował swe pytanie. Odpowiedź przyszła do niego niespodziewanie szybko. Przełknął więc głośno ślinę i spojrzał na swoich klientów z szeroko rozwartymi oczami, a także uśmiechem na twarzy.
– Oszaleliście! – powiedziawszy to zaczął się szalenie śmiać.
– Dasz radę? – padło nierozważne pytanie od bordowowłosej dziewczyny.
– Żartujesz sobie! – rzucił jej nienawistny wzrok, a następnie dodał – Moje zaklęcia was nie zawiodą! Prędzej te świecidełka się rozpadną!
– W dzisiejszych czasach trudno o finezję Lishtvarów, czy Athanów… – mruknął mu na to rozmówca.
– Wszystko ma jednak swoją cenę. Cóż dostanę za swe usługi? – zaciekawił się z lubieżnym uśmiechem.
W tym momencie osobnik w czerni zbliżył się do niego i wyszeptał mu coś do ucha. Temu zaś podczas tego mina najpierw zrzedła, a następnie spoważniała. W zmatowionych oczach zaświeciło się zaś jak przy wybuchu gwiazdy.
– To chwilę potrwa. – oświadczył swym szorstkim głosem, a następnie stanął na równe nogi, by zwrócić się i udać na zaplecze, gdzie zapewne znajdowała się jego pracownia.
Dwójce jego klientów nie pozostało zaś nic, prócz czekania, aż ten wróci z gotowym dziełem. Spojrzeli się więc na siebie, by nie powiedzieć nic i rozejrzeć się za jakimś zajęciem, które zdołałoby zabić umykający czas.
Drewniane drzwi zamknęły się za bordowowłosą kobietą z charakterystycznym, dudniącym odgłosem. Po tym odezwały się odgłosy kroków jednej osoby, choć po kładce kroczyły dwie.
– Cóż mu powiedziałeś? – zapytała nagle, a kiedy odpowiedziało jej milczenie, dodała – Gdy zażądał zapłaty.
– Rzekłem jak wyglądasz nago. Jak się okazało ten stary zaklinacz to zwykły zboczeniec. – rzucił jej towarzysz bez jakiegokolwiek przekonania, patrząc się pod swe nogi.
Po tym nastąpiło milczenie, które trwało w akompaniamencie chlupnięć wody, która nie wiedzieć czemu falować poczęła. Aerilia pragnęła, aby z jej ust popłynęły jakieś słowa, które podtrzymałyby rozmowę, która z góry skazana była na niezaistnienie. Coś korciło ją w brzuchu i kazało jej rzucić jakąkolwiek myśl, która przyszłaby jej na głowę. Niestety umysł jej krnąbrny jak na złość wiał pustką. Kroczyła więc w ciszy z mężczyzną odzianym w czerń, a dokładniej lekko przed nim, gdyż naturalnym odruchem pozwolił jej się wyprzedzić.
– Znajdź mnie jutrzejszego popołudnia, gdzie mapa wskazała wejście. – rozkazał, gdy znaleźli się na skrzyżowaniu dróg.
Po tym zwrócił się w lewo i podążył wybranym kierunkiem rozsiewając aurę zamyślenia. Młoda dama chciała za nim podążyć aczkolwiek nie mogła postąpić kroku. Dopiero, gdy straciła go ze swych oczu w gęstej mgle, która nie wiedzieć kiedy się pojawiła, postawiła w przód stopę i wyciągnęła rękę. Było już na to za późno, jednak jej ciało i umysł zareagowały z opóźnieniem. Być może był to wynik jakiegoś otępienia, a być może zdała sobie sprawę, iż warto jest poddać się w swych płonnych staraniach.
Na skraju rozległej platformy, która przystrojona była przeróżnymi meblami niczym pokój jadalny jakiegoś szlachcica, siedział mężczyzna w czerni. Moczył on swe nogi w otaczającej go wodzie, kołysząc nimi powoli to w przód i tył, to w boki. Przy tym nucił sobie pod nosem jakąś smętną melodię. Zastanawiał się nad tym po co przybył do miejsca, w którym aktualnie się znajdował i jaki sens miał jego cel. Niby wiedział, iż to do czego dążył miało posłużyć mu do zdjęcia z Aerilii brzemienia, które pozwolił, aby ją opętało. Miał świadomość, iż to cóż zamierzał uczynić, miałoby pomóc kolejnej duszy wyśnić swój sen. Jednakowoż pewien cichy głos wołający z czeluści jego podświadomości wołał go, aby wykorzystał okazję i porzucając obietnicę, uwolnił się z swego więzienia.
– Nie mogę im tego zrobić… – mruknął sam do siebie pod nosem – Czarnoksiężnik uratował me jestestwo, bym mógł kiedyś wyśnić swój własny sen.
Nagle usłyszał za sobą powolne kroki, które oświadczyły mu, iż pora podnieść się i stawić czoła przeznaczeniu. Uczynił więc tak i już po chwili stał na równych nogach przeciągając się nieznacznie i poprawiając kapelusz na swej głowie.
– Pora nam ruszać. – oświadczył nawet nie spoglądając na osobę, która przybyła, po czym ruszył ku centrum platformy, gdzie znajdowała się duża klapa.
Znalazłszy się przy niej, otworzył przejście i spojrzał w ciemność, która poczęła z niego zionąć. Westchnąwszy zanurzył się w niej, a wyczuwając stopą szczebel drabiny oparł się o niego i już po chwili zaczął schodzić w dół. Za nim ruszyła jego towarzyszka, co obaczył po zgrabnych pośladkach, które znalazły się tuż nad nim.
– To będzie przyjemna podróż. – oznajmił, a jego głos rozniósł się niespotykanym echem po przestrzeni, która wydawała się być jednocześnie skończona i bez jakichkolwiek granic.
Po tym zamilkł, by odgłosy oddechów i stawianych na poprzecznie leżących kawałkach drewna kroków mogły otulić rzeczywistość niczym rytm pięknej ballady.
– Cóż za drabina… – wydusiła z siebie bordowowłosa dama, gdy podeszwa jej stopy poprzez grubą warstwę materiału dotknęła zalanej wodą podłogi, wywołując charakterystyczny dźwięk chlupnięcie.
– Zaprawdę długa. – rzucił jej w odpowiedzi jej towarzysz, a następnie uniósł dłoń, by zakręcić nią w powietrzu.
W taki sposób zrodził między palcami światło, które uniosło się ponad ich koniuszki i zebrało się w jaśniejącą kulę. Tak rozświetliwszy sobie przestrzeń w promieniu około dwóch metrów, zaczął się rozglądać.
– Czego szukasz? – padło pytanie od jego towarzyszki.
– Wiatru… – szepnął, aczkolwiek szybko zamilkł, gdyż na skórze poczuł delikatne uderzenie powietrza, a jego magiczna kula popchnięta została przez jego prąd.
Oceniwszy po tym kierunek, ruszył według niego. Nie zaszedł daleko, a napotkał ścianę, w której znajdowało się przejście do korytarza. Zadowolony z siebie przystanął i odwrócił się do Aerilii.
– Już niedaleko. – oświadczył jej, a następnie wydobył z połów swego odzienia dwie maski z klejnotami przyczepionymi w okolicy ust.
– Dlaczego tak? – zapytała, odbierając jedną z nich.
– Byś nie musiała go wsadzać do gardła. – odparł, po czym ruszył w końcu przed siebie.
– Aha… – bąknęła, po czym ruszyła za nim.
Z każdym ich krokiem sufit się obniżał, a poziom wody się zwiększał. Nie minęło więc wiele czasu, aż w końcu zmuszeni zostali do nałożenia na swe oblicza zaklęte przedmioty i zanurkowania. Wpierw bardziej niż płynęli, odpychali się od znajdujących się niezwykle blisko nich ścian. Dopiero po jakimś czasie poczuli zwiększający się prąd, który zaczął zwiększać ich pęd, aż w końcu porwał ich. Ciągnięci jego siłą jedyne co mogli robić to zasłaniać swe głowy, by te nie zostały uszkodzone. Płynęli z zawrotną prędkością, w tak ciasnej przestrzeni, iż nie szło się połapać w przestrzeni i tym co się w ogóle dzieje. Trwało to dłuższą chwilę i przyprawiało ich oboje o mdłości, gdy nagle z niebywałym impetem zostali wystrzeleni do nieskończonej głębi oświetlanej przez blade światło, które przebijało się ostatkami sił do tych głębokości. Byli jednak tak poturbowani, iż zajęło im to dobrą chwilę, by przyswoić ten fakt. Nie mniej w końcu zdołali się ogarnąć. Niestety mimo niebywałej czystości cieczy, w której się znajdowali nie mogli się dostrzec. Spróbowali więc stworzyć źródło światła, aczkolwiek gdy tylko spróbowali toń pochłonęła ich energię i rozproszyła ją w sobie. Przekląwszy sytuację, postanowili iż będą płynąć do celu, który swoją drogą nie wiadomo gdzie się znajdował, by tam być może się odnaleźć. Nim jednak zdążyli się poruszyć coś ogromnego przepłynęło obok nich i wzburzyło spokój prądów. Tym samym cała energia zgromadzona w cieczy straciła swój neutralny stan i poczęła uderzać w nich falami, za każdym razem tworząc pęknięcie na ich klejnotach, a także maskach. Wnet ogarnęła ich panika. Ich życie wisiało na włosku. Musieli coś zrobić. Jedynym wyjściem, które uznali za sensowne, było wycofanie się i popłynięcie ku powierzchni, nim mieli jeszcze szansę. Jak pomyśleli tak zrobili i wnet machali swymi kończynami, by rozpocząć wypływanie. Dobrze im to szło i nawet w pewnym momencie, gdy w przestrzeni znalazło się więcej światła, zaczęli się dostrzegać. Na ich nieszczęście to, co wcześniej zaburzyło ład cieczy, wróciło prawdopodobnie chcąc sobie zrobić z nich małą przekąskę. Wpłynęło więc między nich, odrzucając ich z dala od siebie. Teraz zdali byli jedynie na siebie, aczkolwiek Aerilia wylądowała w gorszej sytuacji, albowiem to na nią wzięła sobie cel podwodna istota. Poczęła więc machać jeszcze szybciej swymi rękami i nogami. Przy tym postarała się nawet pomóc sobie magią, lecz ta błyskawicznie rozpraszana zdawała się na nic. Jej ciało i umysł skupiały się tylko na jednym celu, ignorując przy tym zagrożenie, na które nie mogły nic poradzić. Szamotała się więc zbliżając się coraz bardziej do powierzchni, gdy nagle oberwała czymś naprawdę ogromnym. Ten cios nie tyle rzucił ją nie wiadomo gdzie, ale do tego roztrzaskał jej maskę. W tym momencie woda zalała jej cały układ oddechowy. Nie miała szans na przeżycie i błyskawicznie zaczęła się dusić. Po chwili była już na skraju przytomności robiąc ostatni rachunek sumienia. Miała wybaczyć sobie wszystko i odejść w spokoju, lecz jak na złość wszystko o czym pomyślała skazywała na potępienie. Widocznie nie było dla niej nadziei nawet po śmierci. Odpuściła sobie więc i porzuciła do końca kontrolę nad ciałem. Nim jeszcze jej świadomość usnęła całkowicie, poczuła jak coś zaczyna ją ciągnąć w górę. Co jednak to było i jak to zrobiło nie było już jej zmartwieniem, gdyż nim zdążyła się nad tym zastanowić, straciła przytomność.
Ostre promienie słoneczne zsyłane na świat przez jedną z płonących żywym ogniem gwiazd, paliły skórę bordowowłosej kobiety leżącej jedną trzecią swego ciała w niewielkim jeziorku, a pozostałą na mokrym piasku przyozdobionym licznymi źdźbłami trawy. Wzbijające się ku przestworzom palmy, które znajdowały się naokoło próbowały stworzyć nieco cienia dla jej osoby, aczkolwiek nie dawały sobie rady z panującą wkoło jasnością. Wszystko zaś obmywał delikatny wiatr, który sunął się blisko zaległych na ziemi ziarenek piasku, unosząc niektóre z nich na kilka centymetrów. Tak świat istniał sobie puki tafla wody nie poczęła się burzyć, tworząc niewielkie fale. Po chwili życiodajna ciecz wyrzuciła z siebie odzianego w czerń mężczyznę, który gdy tylko znalazł się na powierzchni, wziął głęboki wdech. Następnie wierzgając bezsilnie kończynami podpłynął do brzegu i ostatkami sił wspiął się na niego. Gdy większość jego ciała znalazła się poza jeziorkiem, padł wyczerpany na plecy i począł wpatrywać się w wrzynające się w błękit nieba zielone liście drzew. Oddychał płytko i szybko. Tak wyprany z mocy nie czuł się chyba nigdy. Nagle zorientował się, iż jego umysł jest sam. To był dla niego niezwykły ewenement, albowiem tyle czasu spędził w połączeniu z innymi duszami, iż już zdążył zapomnieć jaka cisza panuje, gdy jest się pojedynczą świadomością zamkniętą w jednym ciele. Zadziwiony tym uczuciem począł się uśmiechać. Wreszcie był wolny. Głębiny Vithak ściągnęły z niego klątwę bycia Śniącym. Radość zaczęła przepełniać go w całości. Jednakowoż gdzieś za tym czaiło się poczucie winy i smutek, albowiem wiedział, iż nie może tak po prostu porzucić swej powinności, a także nie może złożyć wszystko na barki Aerilii. To nie było jej przeznaczeniem. Zamknął więc oczy, aby pocieszyć się jeszcze chwilę i w końcu obrócił głowę w prawo i w lewo, aby ogarnąć wzrokiem większą ilość przestrzeni. Wtem stwierdził, iż znajduje się w jakiejś oazie na pustyni, a jego aktualnie nieprzytomna towarzyszka znajduje się obok niego.
– Ech… – westchnął zrezygnowany, a następnie dźwignął się, by się na niej usiąść.
Uczyniwszy to, począł ciągnąć za jej ubranie w taki sposób, aby odsłonić okolicę mostkową jej klatki piersiowej. Tam, prócz gładkiej skóry, której widok budził w nim ogromne pragnienie fizycznej bliskości, odnalazł czarny krzyżyk. Złapał go, wezbrawszy wcześniej powietrze w płuca i pozwolił swojemu jestestwu na powrót połączyć się z wszystkimi innym istnieniami, które się w nim znajdowały. Nie minęło wiele czasu, a jego postać zmieniła się w niewyraźny cień i została wessana do zawieszki, pozostawiając pozbawioną świadomości dziewczynę samą.
Zachodni horyzont poczynał świecić pomarańczowo-czerwonym światłem, ustępując miejsca ciemnogranatowemu niebu, na którym pojawił się już pierwszy księżyc i jego nikły blask. Wiatr, który wcześniej śmigał poprzez pustynny krajobraz zdążył umknąć gdzieś i zniknąć na dobre. Przy tym wszelakie istoty rozpoczęły wypełzanie ze swoich kryjówek, by podczas zimnej nocy zapolować na swe ofiary, które albo szły spać, albo też jak one się budziły. Rzeczywistość zmieniała swój obraz podług zawiłych mechanizmów jej magicznego wymiaru. Czuwające przy tym duchy pilnowały, by wszystko działo się jak powinno. Przeznaczenie zaś rzucało swymi kośćmi, by wytyczyć ścieżki dla losu, podlegającego pod widzimisię każdej istoty. Wszystko kroczyło swym naturalnym tempem nie przejmując się niczym poza większym, nieokreślonym celem, który był zbyt prosty i zawiły za razem, by zostać zrozumianym przez proste istoty. Świadomość tego faktu mogła budzić frustrację i poczucie bezsilności, aczkolwiek nie w momencie czasu, w którym znajdowała się bordowowłosa dziewczyna, zalegająca w oazie, gdzieś na pustyni. W tej chwili żadne z istnień nie było na tyle potężne, by przejmować się takimi sprawami, a nawet jeśli takie się znalazło, było ono jedynie wyjątkiem, które nazbyt pojmując sens wszechrzeczy, nie starało się w nic ingerować. Dlatego też nie było sensu skupiać się na czymś wielkim i rozległym, albowiem samo w sobie było to zbyt nudne. Ciekawszym za to wydawało się ponowne skoncentrowanie na pojedynczej osobie, która właśnie poczęła się budzić ze swojej nieświadomości. Zerwała się ona gwałtownie na bok, by odkaszleć z płuc zaległą wodę. Skończywszy, zaczęła oddychać głęboko i dość szybko, by uzupełnić braki tlenu. W końcu uspokoiwszy oddech i serce, uświadomiła sobie, iż jej nogi są mokre. Przesunęła się więc, by wyciągnąć je z jeziorka, przy którym się znajdowała, a następnie padła na plecy, czując się wyprana z energii. Pomyślała, iż przydałoby się jej wysuszyć, aczkolwiek miała poczucie, iż jedyne na co ją aktualnie stać prócz wspomożenia swego ciała w wszelakich czynnościach, to jedynie wywołanie kilku małych iskier. Westchnęła więc przeciągle i odgoniła chcące ją ogarnąć zmęczenie. Gdy już się odpowiednio pobudziła, podniosła się, by rozejrzeć się i spróbować określić, gdzie się znajduje. Niestety prócz tego, iż znajdowała się w jakiejś oazie, nic innego nie mogła wywnioskować. Westchnęła więc po raz kolejny i zaczęła poszukiwać drwa, które posłużyłoby jej za materiał do rozpalenia ogniska. To zajęcie nie zajęło jej długą chwilę i wnet zebrała wszystko czego było jej potrzeba, a także wydzieliła sobie odpowiednie miejsce. W nim zrodziła radosny ogień, trawiący w radosnym transie poświęcone mu surowce. W końcu usiadłszy i odetchnąwszy ze spokojem, zaczęła analizować co się stało. Dopiero po chwili doszła do wniosku, iż czuje się niezwykle lekko i przestronnie. Jakby cały ciężar, który spoczywał na jej duszy i umyśle, gdzieś zniknął. Przy tym jednak nie mogła odnaleźć obecności swego towarzysza. Wniosek był więc jeden. Zostali rozdzieleni przez przeznaczenie i kto wie, czy jeszcze się spotkają. Nie wiedząc czemu nie było jej z tego powodu smutno, a bardziej nieco się radowała z takiego obrotu spraw. Aby tego tematu nie roztrącać, skierowała swe myśli ku temu, co zawiodło podczas jej wyprawy. Wnet podniosła się i podeszła do brzegu pobliskiego jeziorka, aby poszukać tam maski otrzymanej od zaklinacza. Znalazła ją stosunkowo szybko, aczkolwiek w kawałkach. Praktycznie nie było co po niej zbierać. Rozejrzała się więc w poszukiwaniu klejnotu, który powinien wraz z jej szczątkami gdzieś leżeć. Chwilę jej to zajęło, ale w końcu dostrzegła ów przedmiot i zadowolona złapała go w dłoń. Nie zdołała jednak całkowicie jej na nim zacisnąć, a ten zmienił się w proch, który upadając zmieszał się z piachem.
– Tyle po całym przedsięwzięciu… – mruknęła niezadowolona, a następnie rozejrzała się wkoło w poszukiwaniu swego towarzysza, którego również mogło wyrzucić gdzieś w pobliżu.
Niestety jedynym co dostrzegła był pustynny lis, który gdyby tylko miała siły na polowanie, zostałby jej posiłkiem. Tak jednak, zrezygnowana ruszyła z powrotem do ogniska, przy którym usiadła z głową złożoną na przysuniętych do reszty ciała kolanach.
Ranek wstał powoli, a tym co przyniosło go do świadomości Aerilii był kuszący zapach smażącego się mięsa. Czując jak jej brzuch domaga się posiłku, a jama ustna wypełnia się śliną jedynie na myśl o nim, otworzyła oczy i podniosła głowę, by spojrzeć przed siebie. Ujrzała trzymane nad ogniem magiczną mocą zwierzę, którego skóra zdążyła już ładnie zbrązowieć. Jej ciało zechciało się rzucić na ów obrazek, jednak umysł zahamował je, nakazując poszukania odpowiedzi na to kto lub co jest odpowiedzialne za taki stan rzeczy. Na szczęście nie trzeba było jej tego długo szukać, albowiem w mig dostrzegła po drugiej stronie ogniska wielkiego na trzy metry osobnika, przyodzianego w szaty koloru królewskiej purpury i srebrny, nieco sczerniały pancerz. Ponieważ nie mogła dostrzec jego oblicza, które skrywał cień rzucany przez kaptur, a także ze względu na fakt, iż nie było widać żadnego ruchu jego ciała, nie miała pojęcia czy to na co spogląda jest prawdą, czy jedynie ułudą.
– Kim jesteś? – rzuciła zapytanie, podrywając się i stając w gotowości do pojedynku.
Mimo, iż w głębi siebie czuła, iż zna tego, kto się przed nią znajdował, nie mogła tego dopuścić do swej świadomości. Poczęła więc zastanawiać się i szukać w swej pamięci jakichś informacji o nim.
– Jesteś tym czarnoksiężnikiem. – rzuciła z lekkim strachem, przypominając sobie skąd go kojarzy.
Momentalnie dojrzałą wspomnienie o tym jak uciekała w celu ratowania swego życia i natknęła się na niego. Nagle uświadomiła sobie, iż pamięta jedynie urywki tego co się działo z nią od tamtej pory. To pozwoliło jej uznać, iż do tej pory pozostawała w opętaniu. Teraz dopiero głębiny Vithak uwolniły ją od niego. Niestety widziała, iż raczej nie ma co cieszyć się wolnością, gdyż na skraju świadomości poczęła odczuwać obecność, która bezwzględnie pragnęła uwięzić jej duszę i przejąć kontrolę nad jej ciałem.
– Nie… – spróbowała zawalczyć, aczkolwiek nic to nie dało, gdyż coraz bardziej traciła kontrolę i zanurzała się w ciemności.
Jedyne co mogła robić to jak przez mgłę spoglądać na osobnika naprzeciw, który podniósł się powoli i ruszył w jej stronę. Stanąwszy przy niej, złapał jej głowę obiema dłońmi obleczonymi srebrnymi szponami, a następnie wbił dwa z nich znajdujące się na kciukach w jej oczy. Zechciała zakrzyczeć, lecz z jej rozwierających się zbyt wolno ust wymsknęło się jedynie ciche, gardłowe jęknięcie. Wtem poczuła obce zimno rozlewające się wpierw po jej gałkach ocznych, a następnie po całym mózgowiu i rdzeniu kręgowym. Po chwili wszystko przeniosło się wraz z nerwami na całe ciało i stała się niezwykle ciężka. Następnie jej zmysły oświadczyły, iż została puszczona i upada. Wtedy jej ciało zaczęło niebywale tężeć, aż w końcu stało się niczym zastygła stal. To więzienie, w którym się znalazła rysowało się na jej grobowiec, więc miast walczyć i starać się dosięgnąć energii, która już w niej nie płynęła, odrzuciła swą świadomość.
Otępiona dziewczyna obudziła się, nie mogąc do końca porozumieć się z własnymi zmysłami. Mimo świadomości, iż jej wzrok nie działa, widziała świat wkoło niej jako płynący i ciągle zmieniający swój kształt szary metal, który odwzorowywał karykaturalnie to, co znała jako rzeczywistość. Przy tym słyszała niezliczone szepty, które mieszając się ze sobą tworzyły jakby muzykę tła. W ustach czuła metaliczny posmak, który gdy tylko połykała ślinę, rozchodził się po całym jej ciele niczym szpilki wbijające się w skórę. Czegokolwiek nie spróbowała dotknąć, uciekało to spod jej palców jakby bojąc się jej. Skonsternowana tymi doświadczeniami, rozejrzała się wkoło, uświadamiając sobie przy tym, iż powietrze było jakieś gęstsze, co utrudniało poruszanie się. W każdym kierunku, w którym rzuciła swym wzrokiem dostrzegała przedziwne rzeczy. Czasem były to przedmioty, a czasem istoty. Wszystko to zdawało się na nią spoglądać, w sposób taki jakby jej obecność była niewygodna. W końcu jednak dostrzegła rozrastające się bezlistne drzewo, które przebiwszy się przez szumy, poczęło ją wołać i kusić.
– Przyjdź moje dziecko. Dokończ swego przymierza. Jam Sigilium. Tom mądrości. Krzew potęgi. – mówił zniekształcony głos, którego tonu nie dało się określić.
Oczarowana tymi słowami, ruszyła w kierunku z którego dochodziły, a pod jej nogami zaczęła się rysować ścieżka z splecionych ze sobą gałęzi.
Gruby pień szarego drzewa, wokół którego rozpościerała się największa sala rozległego sanktuarium Arbor Vithak, począł rozwierać się długą szczeliną, uwalniając ze swego wnętrza lepką i gęstą maź w tym samym kolorze. Gdy wypuścił z siebie jego ogromną ilość, zasklepił się i wnet zregenerował tak, iż nie było widać na nim ni śladu po tym co się wydarzyło. Kolejno przestrzeń przeszyło głośne i łapczywe wezbranie powietrza, wraz z którym z substancji zaległej na wyłożonej białymi, z szklistym połyskiem płytkami podłodze wynurzać zaczął się zarys humanoidalnej postaci. Miotał się on niczym na nowo rodząca się istota obdarzona zbyt durzą świadomością jak na etap, który przechodziła. W niedługim czasie zaczął on przybierać kompletniejsze kształty, by szybko zaznaczyć wszelakie detale i zamienić się w kobietę rzucającą się w spazmach przez bycie uwięzioną w śliskim materiale. Następnie ciepiąca katusze postać zastygła w bezruchu, gdyż jej więzienie postanowiło stwardnieć w całości, by kolejno zacząć pękać, dając jej wolność. Tak blada, bordowowłosa kobieta, której ciało obleczone było pulsującym tatuażem w kształcie gałęzi, narodziła się na nowo. Jej nieskazitelny aspekt fizyczny, który dopiero co zgrywał się z jej umysłem rzucał się jeszcze w niekontrolowanych ruchach. Dopiero po czasie uspokoił się i dał okiełznać. Wtedy w komnacie ściszyły się wszystkie dźwięki i na powrót zapanował spokój. Nie trwał on jednak zbyt długo, gdyż w pewnej chwili rozległy się odgłosy klaskania, które niosły ze sobą metaliczny pogłos.
– Winszuję. – oświadczył znajomy głos radującym się tonem – Wyśniłaś w końcu swój sen.
Dziewczyna odruchowo zechciała skierować swe oblicze w jego stronę. Niestety nie była w stanie tego zrobić, gdyż docierał on jakby z głębi jej umysłu. Obróciła więc jedynie swą głową wkoło, ukazując otoczeniu zalane srebrem oczy, które błyszczały zimnym światłem.
– Ach… Wybacz. Zapomniałem. – rozległo się stwierdzenie, po którym odezwały się ciężkie kroki z towarzyszącym im charakterystycznym odgłosem metalu uderzającego o ceramikę.
Następnie kobieta poczuła zimno dotyku na swej twarzy, gdy z jej gałek ocznych począł cofać się materiał, przez który nie mogła widzieć. Wpierw zalała ją jasność przestrzeni, oślepiając ją tym samym na tak długi czas, iż osobnik, który się przy niej przez chwilę znajdował, zdążył wrócić ku swojej wcześniejszej pozycji. Następnie poczuła jak jej dusza rozpływa się po ciele i podłącza do każdej jego komórki. Wszystkie zmysły powróciły i pojawił się naturalny ból jaki na co dzień odczuwała każda żyjąca istota. W tym momencie przeciągnęła się niczym kot zmuszając swe mięśnie do spięcia się i rozluźnienia. W końcu podniosła się do siadu i rozejrzała wkoło. Ogrom pustki jaki ujrzała onieśmielił ją niemal tak mocno, iż zapragnęła zamknąć się w sobie. Na szczęście obok niej znajdowało się ogromne, szare drzewo, a nieco dalej stał niewielki w porównaniu do niego, okrągły, szklany stolik, przy którym na krzesełku z tego samego materiału zasiadywała trzymetrowa postać w szatach koloru królewskiej purpury kreślonych czarnymi wstawkami i przykrytej sczerniałą w dużym stopniu srebrną zbroją. Delektowała się ona oglądaniem istoty, jak się wydawało skrytej pod obszernym, krwistoczerwonym płótnem, która przyniósłszy na tacy czajnik, filiżanki i cukier, poczęła wykładać wszystko na powierzchnię mebla.
– Napijesz się herbaty Aerilio? – padło pytanie wraz z zapraszającym gestem dłoni.
W odpowiedzi na nie, młoda dama podniosła się z podłoża z niespodziewaną zwinnością, a następnie zaczęła iść w odpowiednim kierunku. Nim postąpiła dwa kroki, w zastraszającym tempie przyleciała do niej inna postać pod krwistoczerwonym płótnem, która błyskawicznie oplotła się wokół niej, służąc jej jako odzienie. W tym momencie przekonała się, iż nie było żadnej istoty, a jedynie zaklęty materiał, który wydawał się posiadać świadomość i inteligencję. Wpierw poczuła się z tym delikatnie nieswojo, aczkolwiek gdy jej ciało zaakceptowało fakturę chwilowego ubrania jako delikatną, a także odczuło przyjemne ciepło, wszystko zaakceptowała i kontynuowała swój krok. W końcu dotarła do szklanego siedziska i zajęła na nim miejsce. Po tym wyciągnęła rękę, z której jak na zawołanie zsunął się niepotrzebny kawałek materiału i sięgnęła po wypełnioną gorącym naparem filiżankę.
– Nie jesteś tym czarnoksiężnikiem. – rzekła, gdy tylko westchnęła po wzięciu pierwszego łyku.
– Nie. – cała radość, która wcześniej rysowała się w głosie rozmówcy, zniknęła bez śladu.
– Kim więc jesteś? – zapytała bez zaciekawienia.
– Sigilium ci nie powiedziało? – odpowiedział pytaniem.
– Chcę to usłyszeć od ciebie. – stwierdziła, biorąc drugi łyk.
Wtem zapadła chwilowa cisza, podczas której nie zdarzyło się całkowicie nic.
– Cieniem, którego wyciągnięto z Ciemności. – oświadczył wreszcie.
– W jakim celu? – rzuciła kolejne zdanie pytające.
– Masz dużo pytań. Srebrny Przewodnik musiał spowolnić proces. Nie martw się jednak. Wiedza za niedługo przyjdzie. – powiedział, licząc na zakończenie niepotrzebnej wymiany zdań.
– Chcę jej teraz. – lekko uniesiony głos posłał żądanie.
– Cierpliwość to cnota. – rzekł, tylko po to by zrobić chwilę przerwy i po niej kontynuować – Czarnoksiężnik wyśnił już swój sen. Nim jednak to zrobił obiecał spełnienie mego. Warunkiem było, iż będę kontynuował jego dzieło i umożliwię każdemu istnieniu urzeczywistnić to, co tylko mogło mu się śnić.
– Za jaką cenę? – odezwała się z kolejnym pytaniem.
– Wcześniej fragment istnienia. Teraz… Cokolwiek uznam za odpowiednią zapłatę. – odrzekł.
– Czym ja zapłaciłam? – nagle zmarszczyła brwi.
– Twoja zapłata jeszcze trwa. – oświadczenie, które padło z jego ust, wypowiedziane zostało w tonie, który ewidentnie mówił, iż nic więcej na ten temat nie zostanie zdradzone.
– Kim jest Sre…? – zaczęła więc zdawać inne pytanie, aczkolwiek w tym momencie znalazła w umyśle odpowiedź, której poszukiwała – Ach…
– Widzę, iż inicjacja się kończy. Czy byłabyś więc tak miła i zaprzestała odrzucania mnie? Energia, którą posiadam nie należy do mnie, a zużywanie jej na bezsensowną walkę nie jest mi w smak. – poprosił wskazując jednym ze srebrnych szponów na swych palcach na pierś rozmówczyni.
Ta więc spojrzała w wskazywane miejsce i gdy tylko przykrywający ją materiał usunął się z miejsca, ukazały jej się dwa tatuaże zwarte w wirze walki. Jeden z nich, skupiony wokół zawieszki w kształcie krzyża bronił się skutecznie przez drugim, który znajdował się na całej reszcie ciała.
– Oczywiście. – rzekła i chwilę po tym większy z nich zamarł w bezruchu, a mniejszy na znak pokoju zrobił to samo.
Po tym skierowała swój wzrok na postać, z którą toczyła rozmowę i stwierdziła:
– Poszukujesz Klejnotu Dusz. Dlaczego?
– Czy wiesz jak trudno jest nie zagubić się pośród niezliczonej liczby snów? Szczególnie, gdy zaczynają one wpływać na siebie nawzajem. – odrzekł zagadkowo, a następnie podniósł się powoli – Gdy tylko będziesz gotowa ruszymy z powrotem do Vithak.
Wypowiedziawszy to zaczął iść w stronę jednego z wyjść z pomieszczenia. Po kilkunastu krokach zatrzymał się jednak na moment, by dodać:
– Pieszo. Chcę, byś przyzwyczaiła się do tego jak postrzegasz teraz świat.
Na jego słowa dziewczyna lekko się zafrapowała i zaczęła zastanawiać się cóż takiego się w niej zmieniło, albowiem nie miała w ogóle takiego poczucia. Z tego zamyślenia wyrwał ją jednak fakt, iż w jej filiżance nie było już napoju, co zauważyła pragnąc wziąć kolejny łyk. Stwierdziła więc, iż to znak, aby znaleźć sobie ubranie, a nim zdołała skończyć tę myśl, pojawiło się przy niej krwistoczerwone płótno posiadające kształt jak gdyby wisiało na humanoidalnej postaci. Skłoniło się ono lekko i kawałkiem siebie wskazało jej kierunek, w którym powinna się udać.
Śmiercionośny gorąc lejący się z nieba upłynniał przestrzeń tak bardzo, iż zaczynała falować i rozmywać się przed oczami. Na horyzoncie rysował się jeszcze niewyraźnie obraz sanktuarium, z którego niedawno wyruszyła kobieta o bordowych włosach wraz ze swoim trzymetrowym towarzyszem.
– Kunszt starożytnych zaklęć jest niezwykle fascynujący do obserwacji, nieprawdaż? – odezwał się nagle mężczyzna.
– Yhym… – mruknęła w odpowiedzi, krzywiąc swe oblicze w lekkim bólu.
– Misternie splecione nici magiczne, które dla niewtajemniczonych tworzą jedynie odległy miraż. – rzekł zafascynowany, a nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi utracił swój ton i bezemocjonalnie dodał – Nadal nie przywykłaś?
– Ehe… – wydała tylko z siebie.
– Twój gatunek zawsze wydawał się oporny… – westchnął tworząc wkoło nich barierę tępiącą wszystkie bodźce docierające z otoczenia – To powinno na razie pomóc.
– Zamierzasz tak wejść do miasta? – zapytała nagle, najprawdopodobniej w celu zajęcia czymś umysłu.
– Jak inaczej miałbym to uczynić? – ton w jakim wypowiedział to pytanie sugerował głupotę rozmówczyni.
– Nawet jeśli czarnoksiężnikiem nie jesteś, wyglądasz jak on. – wyjaśniła mu, a zaraz po tym wypuściła resztę powietrza z płuc z boleścią.
Przy tym zgięła się nieco i zwolniła kroku.
– Ta personifikacja istnieje jedynie w tym umyśle. Wszystko czynię twym ciałem. Owszem w Vithak wykorzystałem bezmiar energii, się tam znajdujący. Straciłem jednak zbyt wiele. Oddaliłem się zbyt daleko. Nie mogę już ryzykować. Jeśli wszystko by się powtórzyło, umknąłbym lub został i utoną w snach. – mówił nie przejmując się kobietą i nie zwalniając kroku.
Nie przestąpił jednak dziesięciu kroków, a ta upadła nieprzytomna na gorący piach. Zatrzymał się więc i zbliżył do niej.
– Jej duch nie pozwala Sigilium wrosnąć w twe jestestwo. – westchnął spoglądając na nią z góry.
Następnie jego postać rozwiała się wraz z jej świadomością. Przejął więc kontrolę nad jej ciałem i powstał, by kontynuować podróż.
– Gdybyś tylko mogła mnie nie obciążać wyobrażeniem, iż jako osoba z krwi i kości usiłuję cię nieść… – mruknął za pomocą jej głosu, a kolejno użył energii zmagazynowanej w jej organizmie, w celu uniesienia się kilka centymetrów nad powierzchnię piachu i poszybowania w odpowiednim kierunku.
– Cholera… – padło z wyschniętych ust kobiety, która ledwo powłóczyła nogami dręczona okrutnym, pustynnym upałem – Nie dam rady…
Jej zdrętwiałe ciało odmawiało nie tylko kolejnych kroków, ale także podstawowych czynności życiowych. Bynajmniej nie było to spowodowane wyczerpaniem fizycznym, albowiem to nie mogło grozić komuś, kto był Emisariuszem nie tylko z tytułu. Problem tworzyło Sigilium walczące z obcą duszą, starającą się władać jej ciałem. Dodatkowo jego nie w pełni złączenie z istotą Aerilii prowadziło do jej mentalnego wyczerpania i cierpienia.
– Nie opieraj mi się! – zechciał zakrzyczeć osobnik sterujący jej ciałem, niestety zdołał uzyskać jedynie ciche westchnięcie.
Załkał więc bez jakichkolwiek łez, które i tak błyskawicznie by wyparowały. Po tym pozwolił ciału osunąć się bezwładnie na gorący piach.
– Wybacz mi. Ani ja, ani twe ciało nie ma już energii. Wybacz, iż przedwcześnie radowałem się z końca twego snu. – wyrzekł w myślach nim odpuścił wszelką walkę i powrócił do zawieszki, w której był zaklęty razem z niezliczoną ilością uśpionych istot.
– Wróciłeś do mnie mój panie? – z ciemności odezwał się niezwykle niski, dudniący głos – Myślałem, iż zaakceptowałeś już to co zwałeś snem jako rzeczywistość.
– Ja… Nie wiem. – odezwał mu nikły głos, który wydawał się być niezwykle pogubiony – Jej ciało dało mi coś co dawno utraciłem.
– Cóż takiego? – padło zapytanie.
– Strach… – szepnął z przerażeniem – Przed nicością. Przed… Tym miejscem?
Na te słowa gromki śmiech rozmówcy wypełnił przestrzeń i trwał jakby miał nigdy nie ucichnąć. Wtem nikły cień zbyt skonfundowany swymi myślami, by cokolwiek zrobić począł się cofać. Niestety w miejscu, w którym się znajdował nie można było tego zrobić, gdyż nie było w nim żadnego punktu odniesienia. Nie miał też w nim fizycznej postaci, więc nie mógł w ogóle wykonać żadnego ruchu. Jedyne co, to miał możliwość pozwolenia swemu umysłowi na rozproszenie się i to też uczynił.
Przywołujące mdłości uczucie kołysania i ściskający się z głodu żołądek doprowadziły do przytomności bordowowłosą dziewczynę, która ostatnie co pamiętała to wyjście z Arbor Vithak na przepastną pustynię. Pytanie, które więc nasunęło się jej na wysuszone usta brzmiało „Gdzie jestem?”. By na nie odpowiedzieć spróbowała rozewrzeć powieki, aczkolwiek szybko tego pożałowała, gdyż przez jej źrenice wpadł oślepiający nadmiar światła.
– Jedziesz na wielbłądzie. – wyjaśnił jej głos, który rozbrzmiał w jej myślach.
– Kim jesteś? – chciała odruchowo zapytać, aczkolwiek z jej ust wykradło się jedynie nikłe skrzekniecie.
– Sigilium. – rzekł, a po chwili ciszy odezwał się ponownie – Te istnienia, które w sobie niesiesz nie pozwalają nam się złączyć. Musisz się ich pozbyć. Użyj do tego Kamienia Dusz.
– Ale… – zechciała zaprotestować w myślach.
– W chwili, w której mnie zaakceptowałaś, stałaś się jedynie postronną obserwatorką. Dobrze znałaś cenę za wiedzę i musisz ją zapłacić. – skwitował wszystko tymi słowami, po czym zamilkł uniemożliwiając dalszą dyskusję.
Z tego powodu Aerilia odpuściła ją sobie i skupiła się na swej aktualnej sytuacji. Nie mogąc jej jakoś sensownie ogarnąć poczęła się wierzgać niczym irytujące dziecko. W odpowiedzi dostała klapsa w pośladek i jakieś zdanie zakończone gromkim śmiechem. Niestety nie do końca je zrozumiała, albowiem czując, iż słabnie poddała swą świadomość.
Pośród zmieszanych ze sobą odgłosów zwierząt i jęków nielicznych półprzytomnych, humanoidalnych istot, oczy otworzyła kobieta o bordowych włosach. Bez zrozumienia i z wielkim wysiłkiem dźwignęła ciało, które odmawiało jej współpracy i rozejrzała się wkoło. Dzięki temu uświadomiła sobie, iż znajduje się kilkaset metrów nad ziemią na unoszącej powoli platformie.
– Vithak… – wydała z siebie ni to szept, ni to jęk, po czym padła z powrotem na plecy.
Teraz widziała wznoszący się ku niebiosom mur i niebieskie przestworza same w sobie. Zadowolona z faktu, iż udało jej się dotrzeć do celu, uspokoiła się i pozwoliła sobie zasnąć.
Skąpany w jasnoniebieskim kolorze pokój oświetlało grono magicznych kamieni rozmieszczonych tak, by nie zostawiać żadnego miejsca dla ciemności. Prócz prostego łóżka, na którego szkielet składał się stop kilku metali, stał w kącie niewielki, drewniany nakastlik z jedną szufladą. Te dwa meble walczyły ciężko z wrażeniem pustki, które swą potęgą miażdżyło je i tak zmniejszało je optycznie, by tym je upokorzyć. Tym co pozostawało obojętnym w tej ograniczanej przez ściany walce, pozostawały drzwi. Stare i nieco popękane, nie widziały sensu, czy też potrzeby w odgrywający się na co dzień, nic nie znaczącym sporze. Prawdopodobnie powodem tego był fakt, iż widziały coś więcej, niż cokolwiek innego w tym pokoju. W końcu stanowiły przejście między dwoma odmiennymi od siebie światami, których bierne obserwowanie doprowadzało jedynie do znudzenia. Dlatego też pozostawały one niewzruszone i milczące. Tylko czasami, gdy ktoś postanowił przekroczyć ich próg i zmuszał stare zawiasy do pracy, odzywały się rwącym jękiem bólu. Pośród tej nic nie znaczącej dla wyższych istot rzeczywistości rozwarła swe powieki szczupła postać, której nagie ciało zdobiła zawieszka w kształcie krzyżyka i dwa tatuaże, z których jeden, szczycący się szarym kolorem, a także wyglądem gałęzi oplatał większość jej ciała, prócz niewielkiego skrawka pokrytego czarnymi, zawiłymi wzorami. Uniosła się ona do pozycji siedzącej i przeczesała swe bordowe włosy. Następnie rozglądnęła się po miejscu, które momentalnie wzbudziło w niej niechęć. Nie było to nieuzasadnione uczucie, albowiem coś w tym pomieszczeniu wysysało z niej energię, która przez to utrzymywała się na poziomie, na którym wystarczała jedynie na czynności wegetatywne. Naturalnym odruchem było więc uwolnienie się z pułapki jasnoniebieskich ścian. To jednak nie mogło zostać wykonane, gdyż kończyny kobiety zostały przykute runicznymi łańcuchami do łoża, podczas jej nieprzytomności. Dźwięk tych metalowych pęt odezwał się kilku krotnie, gdy dopiero co obudzony umysł zmusił odpowiednie mięśnie do skurczu. Po tym nastała cisza, czas na zadumę. Sposób na wolność był niezwykle prosty, acz niewykonalny dla istnienia, które aktualnie dorwało się do władzy. Pozostawało więc jedynie czekać na wybawienie.
– Obudziłaś się Aerilio. – zauważył oczywistość jasnokremowy osobnik, który bez wcześniejszej zapowiedzi wkroczył do pokoju, wywołując tym skrzypienie zawiasów – Musisz mi wybaczyć za te więzy, aczkolwiek założyłem je dla twego dobra.
Rzekłszy to zbliżył się do skraju łóżka, gdzie usiadł. Między rękami trzymał drewnianą tacę, którą teraz położył sobie na kolanach. Po tym złapał za leżącą na niej łyżką i wymachując nią powiedział:
– Przygotowałem zupę. Powinna przywrócić twoje siły.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, złapał talerz i razem z nim odwrócił się odpowiednio, a nabrawszy nieco gorącej potrawy, wyciągnął rękę z sztućcem ku ustom dziewczyny. Ta niechętnie, lecz pochłonęła co jej oferowano. W mig poczuła nienaturalną słodkość, którą spróbowano przykryć ogromną ilością soli. Miała już przeczucie co dostaje. Nie przerywała jednak i jadła kolejne porcje. Wszystko to do momentu, aż siedzący przy niej mężczyzna nie poczuł się pewnie. Wtedy, gdy nieco się rozluźnił, rzuciła się na niego i z niebywałą siłą wgryzła się w jego przedramię. Zaszokowany uderzył ją w głowę, odskakując jednocześnie. Dzięki temu uwolnił na chwilę swą kończynę górną. Wskórał tym jedynie kilka dodatkowych sekund życia, albowiem napastniczka wypiwszy już nieco jego krwi i przeżuwszy kawałek odgryzionego ciała, pozyskała energię magiczną. Wpompowała ją błyskawicznie w swe mięśnie i wyrwała się z łańcuchów, jednocześnie rzucając się swej ofierze do szyi. Rozgryzłszy ją i uwolniwszy krew z żyły szyjnej zewnętrznej, poczęła łapczywie spijać życiodajny płyn i czerpać z niego energię magiczną. Dzięki temu wzmacniała się jeszcze bardziej i gryzła jeszcze głębiej, szybko docierając do tętnicy. Nie minęło wiele czasu nim jegomość, którego konsumowała utracił przytomność. To zaś tylko ułatwiło jej zadanie. Zadowolona skupiła się na pożeraniu jego ciała. W końcu duch postanowił opuścić umierającego osobnika, uwalniając przy tym niebywałą ilość energii z pękających nici, które go trzymały. Ta sposobność również została przez bordowowłosą wykorzystana w celu pozyskania mocy. Gdy opanowała swe pragnienie, oprzytomniła się na moment, podniosła się, złapała zwłoki za nadgarstek i wyciągnęła je do salonu. Tam w spokoju dokończyła ich konsumpcję. Po tym przeszła się po mieszkaniu w celu znalezienia przedmiotów magazynujących moc, wysysaną w nieprzyjaznym, jasnoniebieskim pokoju. Oczywiście odnalazła co szukała, a zrobiwszy to opróżniła je do cna. W końcu zaspokojona spojrzała na siebie. Była cała ubrudzona krwią, kawałkami skóry, mięśni, tłuszczu i innymi fragmentami ciała. Niezadowolona z tego faktu udała się do łazienki, aby się ogarnąć. Nie zajęło jej to długo, a gdy skończyła, znalazła w jednej z szaf jasnokremowe szaty, z których jedną na siebie włożyła. Po tym ruszyła zadowolona do wyjścia. Przechodząc obok truchła spojrzała jeszcze na nie beznamiętnie spostrzegając jak bardzo różniło się ono wyglądem od mężczyzny imieniem Damir, którym niegdyś było. Ostatecznie nacisnęła klamkę głównych drzwi i wkroczyła na drewnianą platformę, znajdującą się wysoko nad powierzchnią błękitnej cieczy, ograniczanej przez ogromne mury miasta-państwa Vithak.
– Aaa… – bolesne jękniecie rozległo się w przestrzeni, nie wywołując u nikogo żadnej reakcji.
Umknęło ono nawet zanurzonej w płytkim śnie dziewczynie, której zmysły pozostawały w nadzwyczajnym wyczuleniu. Cóż jednak z tego, jeśli sygnały z ciała nie docierały do duszy, która zagubiona w dobrze sobie znanym więzieniu z krwi i kości, nie mogła się odnaleźć?
– Dzień dobry! – radosne wykrzyknienie rozbrzmiało zaraz po trzaśnięciu otwieranych drzwi.
– Mistrzu! – jakaś kobieta zganiła głośnym szeptem osobnika, który był źródłem hałasu – To lecznica!
– Jakoś ciągle o tym zapominam. – mruknął niepocieszony, zmieniając błyskawicznie swój nastrój na grobowy – Co dziś mamy? Niech zgadnę. Kolejne udary?
– Głównie tak… – odrzekła mu ta sama osoba co wcześniej – Jest jednak jedna pacjentka z inną przypadłością.
– Ho… Zainteresowałaś mnie. – rzucił z błyskiem pobudzenia w oku – Prowadź.
– Wygląda na zdrową, lecz nie mogłyśmy jej zbadać. Coś nie pozwala nam się do niej dostać. Z oględzin wynika, iż nic jej nie jest. – wyjaśniła, prowadząc do bordowowłosej dziewczyny, zaległej na jednym z łóżek.
– Hmm… – mruknął po raz kolejny, lecz tym razem z konsternacją.
Następnie stanął przy osobie, o której mu mówiono i dotknął jej czoła wysyłając w jego stronę nieco swej energii. Ta błyskawicznie została wchłonięta i rozproszona.
– Interesujące… – rzucił pod nosem, a po tym zwrócił się do swej rozmówczyni – Co o niej wiemy?
– Znaleźliśmy ją przy drzwiach. – odpowiedź była niezwykle zdawkowa i krótka.
– I? – zniecierpliwił się.
– I tyle. – stwierdzenie to dobiło mężczyznę.
– Ech… – westchnął przecierając twarz dłonią – No nic. Idę tam, gdzie mogę coś zrobić.
Wypowiedziawszy te słowa oddalił się w stronę innych pacjentów w budynku pozostawiając kobietę, z którą rozmawiał, jak i tą, którą wcześniej badał samym sobie.
– Jest tu kto? – kobiecy głos odezwał się wśród nieprzeniknionej ciemności, rozpraszając ją na moment i rozdzierając jej strukturę niczym stare płótno.
Gdy wszystko powróciło do swego pierwotnego stanu, odezwało się głębokie westchnięcie, jakby dopiero budzącej się ze snu postaci.
– Witaj młoda damo. Dawno nie mieliśmy tu gości. – odparł jej niski, dudniący głos.
– Kim jesteś?– przeraziła się słysząc go, a jej słowa ponownie poszarpały przestrzeń, która błyskawicznie się zregenerowała.
– Mój przyjaciel zwie mnie smokiem. – padła krótka odpowiedź, po której nastąpiło zapytanie – Ty zaś jesteś Aerilia?
– Smoków już nie ma. – zaprzeczyła, ignorując resztę wypowiedzi.
Wtem rozległ się gromki śmiech, jak gdyby osobnik, z którym rozmawiała został niezwykle rozbawiony jej twierdzeniem.
– Cóż tu robisz moja droga? Czemuż uciekasz? – spytał, uspokoiwszy się nieco.
– Nigdzie nie uciekam! – wydarła się, strzępiąc rzeczywistość tak mocno, iż ta potrzebowała dłuższej chwili, by się zregenerować, co też zostało jej utrudnione przez kolejne zdanie – Po prostu jestem tym wszystkim zmęczona…
– Od kiedy Emisariusze się męczą? – rzucił retorycznym pytaniem, używając szczypty naiwności.
– Emisariusze nie istnieją. To tylko legendy czczone niczym bożki. – odparła jakby chciała sobie wmówić oczywiste kłamstwo, w które byłoby wygodnym uwierzyć.
– Jednak prawie jesteś jednym z nich. – stwierdził ze współczuciem – Czy nie dlatego wyrzekłaś się wszystkiego i nakreśliłaś swe ciało znakami oddania?
– Nie tego chciałam… – szepnęła na tyle cicho, iż przestrzeń jedynie zadrgała, nie tracąc swej spójności – To był tylko sposób na ucieczkę. Okazja by żyć inaczej.
Po tych słowach zamilkła, aby wziąć głęboki wdech i nastąpić go wydechem. Przy tym zebrała się w sobie, aby kontynuować.
– Nigdy nie wierzyłam w Sigilium, czy Światowida Postronnego. Chciałam przeżyć przygody. Posnuć się po świecie. W dogodnym momencie zaś zniknąć i zaszyć się gdzieś? Sama nie wiem… – powiedziawszy to westchnęła smutnie – Widząc te wszystkie cuda, tę zagubioną wiedzę, utraciłam poczucie sensu. Zagubiłam się i… Ogarnął mnie strach przed nicością.
– Jeśli przestaniesz walczyć i poddasz się Sigilium, strach cię opuści. Razem z wszelkimi wątpliwościami. Wszelkimi uczuciami. – oświadczył jej znajomy głos, który nagle pojawił się w rozmowie.
– Smoku? – zwróciła się do swego rozmówcy, ignorując tego, który się wtrącił – Mogę tu jeszcze chwilę zostać?
– Ile tylko zechcesz. – odparł jej ten niskim, dudniącym głosem, a następnie ziewną sennie i zamilkł, zapewne pozwalając swej świadomości rozproszyć się wśród wszechobecnej ciemności.
– Dziękuję. – szepnęła poczuwszy jak przestrzeń wibruje od jej głosu, a następnie pozwoliła swojej świadomości na bezcelowe dryfowanie wśród kojącej ciszy nieokreślonego świata, w którym się znajdowała.
– Nadal tu jest? – padło retoryczne pytanie od kogoś, kto ni stąd, ni z owąd zebrał w całość swą świadomość.
– Błąka się gdzieś. – odparł mu niski, dudniący głos – Ty zaś mój panie? Nadal śnisz?
Po tym zapytaniu zaległa głucha cisza, podczas której przestrzeń rozluźniła się z napięcia, w którym nie wiedzieć czemu przed momentem trwała.
– Zmieniło się coś Smoku. Od tamtego momentu… Poczułem. Zmieniłem się. Zaakceptowałem jako rzeczywistość to, co zawsze nazywałem snem. Zwiodły mnie zmysły naczynia? Myliłem się? A jeśli to wspomnienia jakiejś duszy nawiedzają mnie? – rzekł zamyślony osobnik – Mam przedziwne poczucie orzeźwienia, choć równocześnie pamięć senności męczy me istnienie. Ja… Kim ja jestem?
– Śniącym mój panie. Brzemię to przyjąłeś, gdy czarnoksiężnik z odmętów ciemności wydobył cię. – dostał precyzyjną odpowiedź.
– Tak… Nie… – mimo niej miotał się w niejasnych obrazach z pamięci.
– Mój panie. – rozmówca wyrwał go z zamyślenia – Jaki jest twój najgłębszy sen?
– Dźwięk pióra muskającego kartki papieru. Spokój wieczora. Blask księżyca. Chłodny wiatr wpadający przez rozwarty balkon i ogień z kominka, który na ścianę rzuca mój i jej cień. – odparł bez zastanowienia, a to pozwoliło mu się na chwilę skupić – Zamotałem się. Zagubiłem w tym chaosie. To jednak nie ja śnię. Pomogę jej go wyśnić.
– Ukradniesz jej duszę, czy oddasz ją Sigilium? – padło podchwytliwe w swej naturze pytanie.
– Tym razem zrobię co winienem i oddam decyzję jej. – odparł, a następnie umknął, by odnaleźć osobę, która była podmiotem jego wypowiedzi.
– Będę cię wyczekiwał mój panie. – zapewnił niski, dudniący głos, po czym z wolna uczynił to, co wszyscy, którzy trafili do tego miejsca i tak pozwolił swemu umysłowi rozpłynąć się.
Rozkoszujący się błogim nic nie robieniem umysł Aerilii, dryfował w przepełnionej mrokiem przestrzeni. Nurzając się w tym uczuciu, nie miał zamiaru nic robić, jednak nagle coś zaczęło go niepokoić. Z początku robiło to delikatnie, lecz po chwili stało się tak nieznośne, iż musiał zareagować.
– Musisz wracać. – oświadczył mu znajomy głos, który brzmiał tak chłodno, iż nie można było mu odmówić.
– Nie… – odezwał się jęk, który był bardziej bierną akceptacją polecenia, niż sprzeciwem.
Po tym świadomość dziewczyny poczęła wypływać na powierzchnię, aby w końcu przejąć kontrolę nad zdrętwiałym ciałem, które ze względu na istnienia je zamieszkujące zdawało się być ciasne i niezwykle oporne na jakąkolwiek wolę. Mimo to zmusiła je do pobudzenia i z perspektywy trzecio-osobowego obserwatora po prostu wstała i wyszła z budynku, w którym się znajdowała. Następnie jeszcze nie do końca zgrana z swą fizyczną postacią i nie mając większego pojęcia gdzie się znajduje, ruszyła przed siebie mając nadzieję, iż błądząc, uda jej się odnaleźć.
– Mistrzu! Mistrzu! – wołała kobieta poruszająca się dość szybkim krokiem – Pacjentka nam uciekła!
– Ech… – westchnął leżący na biurku mężczyzna, niezadowolony z faktu, iż został obudzony – Wyszła o własnych siłach?
– Eee… Tak. – odparła zdezorientowana.
– Więc opuściła nas na własne życzenie i w stanie dostatecznym. – oświadczył, ułożywszy się z powrotem do snu, a zamknąwszy oczy mruknął jeszcze – Jeśli coś jej jest i tak byś my nie pomogli.
– Mistrzu! – oburzyła się, lecz odbiorca jej słów, zdążył już poddać swą świadomość.
Zniesmaczona i lekko zdenerwowana, odwróciła się na pięcie, aby pójść sprawdzić co dzieje się z resztą chorych. Nim zdołała się uspokoić przeklęła swojego przełożonego za lekceważący stosunek. Na koniec pomodliła się szybko za utraconą pacjentkę i wreszcie zajęła się swoją pracą.
Nie czująca się zbyt dobrze dziewczyna, powłóczyła nogami wymijając przeróżne istoty, które w przeciwieństwie do niej, nic nie robiły sobie z niemiłosiernego żaru, padającego z nieba. Stukając swymi nieposłusznymi stopami o drewniane pomosty, zastanawiała się nad tym, czy nie zakończyć swej podróży w aktualnym położeniu. Niestety coś kazało jej nie przerywać chodu i kierowało ją jakby w jakieś konkretne miejsce. Pozwalała więc nieść się temu czemuś. W końcu dotarła do platformy, na której znajdowało się kilka straganów, ławki i szerokie parasole, rzucające zbawienny cień. Wkroczywszy w tą przestrzeń, dostrzegła swego towarzysza w czerni, skrywającego swe oblicze pod kapeluszem z szerokim rondem i palącego jakieś zioła zwinięte w papierową glizę. Ucieszywszy się na jego widok, usiadła na ławce, lecz nie obok niego, a na jej przeciwnym końcu.
– Czekałeś tu na mnie? – zapytała nie wiedząc co innego powiedzieć.
– Nie… – westchnął, wypuszczając z płuc znaczną ilość białego dymu – To ty oczekiwałaś mnie.
Po jego słowach spostrzegła, iż nagle zamienili się miejscami. Odruchowo zechciała się zdziwić tym wydarzeniem, lecz uświadomiwszy sobie, iż przecież postać osobnika, z którym rozmawia jest jedynie wytworem jej wyobraźni, zaakceptowała je.
– A to…? – zechciała zapytać o tlące się zioła.
– Dostałaś od jakiegoś wesołego chłopaka, gdy tu szłaś. – wyjaśnił jej, a w tym samym momencie jej umysł uświadomił ją, iż to ona je pali.
– Ach tak… – westchnęła wydychając bielącą się chmurkę, którą przed momentem wciągnęła do swego układu oddechowego – Mogłeś przybyć wcześniej. Trochę mi pomóc.
– Nie dość już pomogłem? – zapytał z ewidentnym niesmakiem w głosie.
– Mogło być gorzej. – odrzekła spokojnie, orientując się, iż nie wiedzieć kiedy przybliżyła się do swego rozmówcy – Chciałeś dobrze.
– Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. – rzucił z wyrzutem, odsuwając się nieco, by zachować dystans.
Wtem zapadło milczenie, które dla obojga rozmówców mogłoby się nigdy nie kończyć. Nie wszystko jednak można przemilczeć i to był jeden z takich tematów.
– Sama wybrałam sobie ten los. Ty tylko mi uświadomiłeś moja decyzję. Prędzej, czy później i tak to by się stało. – odezwała się bordowowłosa.
– Chcesz bym porzucił odpowiedzialność… – zaczął, lecz nagle zostało mu przerwane.
– O nic cię nie prosiłam. – głos dziewczyny zabrzmiał ostro.
Zdenerwowany mężczyzna poderwał się na nogi i postąpił krok w przód,
– I co zrobisz? – spokojne zapytanie powstrzymało go przed postawieniem kolejnego – Uciekniesz? Dokąd? Jak?
– Jesteśmy w Vithak. Nie potrzeba mi tu wiele, by odejść. – odparł, lecz nadal pozostał w bezruchu.
– Idź więc. Biegnij. Spełniaj swe sny. Zostaw mnie z całym bajzlem, którym mnie obdarowałeś. – powiedziała lekceważąco, a następnie wciągnęła do płuc kolejną porcję dymu z tlących się ziół.
Wysłuchawszy tej wypowiedzi, padł ciężko na ławkę i schował głowę w rękach.
– Dlaczego tu jesteś? – dostał pytanie – Dokąd zmierzasz?
– Mam taki sen. Odgłos pióra muskającego kartki papieru w nim. Księżycowy blask. Wieczorowy chłód i wiatr. Ciepło ognia. Pośród tego wszystkiego ja. – rzekł rozmarzony.
– Po tym byś odszedł? – w głosie młodej damy pojawiło się zaciekawienie.
– Myślę, iż tak… – mruknął z powątpiewaniem.
– A co jeśli twe marzenie to tylko złudzenie? – zadała kolejne pytanie w zamyśleniu.
– Wszystkie sny są złudzeniami. Marami nikłymi, odległymi rzeczywistości. – oświadczył smutnie, po czym dodał – Nawet jeśli w jakiejś części się spełnią, to tylko na moment.
– Dlaczego wiec ty, a wcześniej czarnoksiężnik chcieliście je spełniać? – zafrapowała się, usłyszawszy to wyznanie.
– Nigdy o to nie chodziło. On dla mocy obiecał im niemożliwe, iluzję spełnienia, po której by się rozpadli. Nigdy nie wyśniwszy snu i też nigdy się nie obudziwszy z jego fałszu. Ja… Ja chciałem jedynie podtrzymać mój byt. – wyjaśnił wszystko, nie będąc dumny z tego co mówi.
– Więc wszystko to tylko kłamstwo. – kolejne zapytanie popłynęło z jej ust, zaraz po tym jak ułożyła się na ławce tak, by jej głowa leżała na udach rozmówcy.
– Zależy… – szepnął, pozwalając swej głowie opaść w tył.
W takiej pozycji zastygli na jakiś czas, nie odzywając się ni słowem.
– I co teraz? – zapytał zrezygnowany mężczyzna.
– Udamy się po Klejnot Dusz i uwolnimy cię od brzemienia. – oświadczyła niemal radośnie.
– A Sigilium? – w tej wypowiedzi brak było podobnego entuzjazmu.
– Z tym też sobie jakoś poradzimy. – odparła jakby była przekonana, iż od tej chwili wszystko będzie dobrze.
– Brzmi to zbyt pięknie. – skwitował, a przypomniawszy sobie duszę, której życzenie zdołał spełnić, dodał sobie otuchy – Zupełnie jak sen Marty.
– Idziemy? – zapytała, zmuszając mięśnie do skurczu izometrycznego.
– Za moment… – szepnął, sugerując tym lekkie zanurkowanie w chwili spokoju, z której nie zamierzał się szybko wynurzać.
Do budynku kancelarii wkroczyła powolnym krokiem bordowowłosa kobieta ubrana w jasnokremową szatę. Nie musiała się trudzić z misternie rzeźbionymi drzwiami z brązu, gdyż te były otwarte na całą, możliwą szerokość. Od razu dostrzegła młodego osobnika w podobnym do jej ubraniu, który pochłonięty był zamiataniem podłogi tak bardzo, iż nie był w stanie zorientować się, iż cały kurz, którego zdoła się pozbyć, zaraz powróci przez otwarte wejście.
– Przepraszam. – zbliżywszy się do niego, wybudziła go z transu – Remus jest u siebie?
– Remus? – zdziwił się odbiorca jej słów, zastanawiając się, czy zna kogoś o takim imieniu.
– Wysoki Kapłan. – rzekła, widząc iż zmieszanie rozmówcy nie miało szansy szybko minąć.
– Nie ma go. – odrzekł po krótkim zastanowieniu, a następnie szepnął bez przekonania – Wyruszył na samotna pielgrzymkę. Powiedział, iż przyniesie nam światło Gwiazdy Jeha, aby na nowo wypełniło nasze serca.
– A Damir? – zapytała, przypomniawszy sobie o swym znajomym.
– Albo kręci się po mieście, albo jest u siebie. Ostatnio spędza dużo czasu na studiowaniu opętania. – oświadczył, a następnie czując, iż to koniec rozmowy, wrócił do swego zajęcia.
– Dziękuję. – powiedziała, a wiedząc, iż i tak już nie jest słuchana, zrobiła to wychodząc.
Znalazłszy się na kilku schodkach przed wejściem do budynku, przystanęła i spojrzała na swego odzianego w czarny płaszcz towarzysza, który wpatrywał się w tłum istot przed sobą.
– Idziemy odwiedzić twego kochasia? – zapytał, poprawiając swój kapelusz.
– Na to wychodzi. – odarła, ignorując docinek posłany w jej kierunku.
– Po co nam on w ogóle? – zadał kolejne pytanie, tym razem wstając i otrzepując swe spodnie z kurzu.
– Musimy odzyskać kamienie, które zabrałam z sanktuarium. – odparła lekko zirytowana tak oczywistym zapytaniem.
– Oczywiście, lecz nadal… Po co nam ten mężczyzna? – rozglądając się wkoło, jakby czegoś wypatrywał, nie odpuszczał w dyskusji – Nie możemy iść do Bramy i tam trochę popytać?
– Nie sądzisz, iż on mógłby nam pomóc? – rzuciła z coraz wyraźniejszą złością w głosie.
– Oczywiście, lecz nadal… Po co? – spytał po raz kolejny lekceważącym tonem.
Dla Aerilii było to już zbyt wiele. Zamilkła więc, ucinając tym samym dyskusję i zaczęła iść.
– Wiesz, gdzie on mieszka? – rozmówca zatrzymał ją po kilku krokach.
Uświadomiwszy sobie, iż w sumie nie ma pojęcia, zwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by wejść po raz kolejny do budynku kancelarii i zapytać sprzątającego osobnika o drogę.
– Jak się czujesz? – zapytał siedzący Aerilii na ramionach mężczyzna w czerni.
– Dobrze. Dlaczego pytasz? – odparła ta, nie zważając na poczynania swego towarzysza.
– Wcześniej walka z Sigilium cię wykańczała. – oświadczył z troską, wyginając się w tył i łapiąc ją za biodra – Zaakceptowałaś je?
– Nie, ale… Co ty wyprawiasz? – w końcu stwierdziła, iż nie pasuje jej, iż wyczyniane są na niej jakieś wygibasy.
– Nic takiego. – rzekł bez przejęcia, a w tym samym czasie, powstrzymując się dłońmi przed upadkiem, spełzł po kończynach dolnych rozmówczyni na podłoże.
Po tym pozwolił swojemu ciału przechylić się i upaść na stopy. Wreszcie stanąwszy o własnych siłach, dał sobie moment na rozciągnięcie. Następnie poprawił swój kapelusz i rozejrzał się wkoło. Znajdował się na dziesiątej wzwyż platformie jednego z wielu osiedli. Za swoimi plecami miał budynki mieszkalne stanowiące rdzeń tej wysokiej budowli. Przed sobą zaś widział rozległy obraz innych wyższych, lub niższych tworów podobnych do tego, na którym się znajdował.
– Interesująca okolica. – przyznał, a następnie podszedł do krawędzi i wychylając się nieco, by spojrzeć w dół, dodał – Jesteś pewna, iż to dobry adres?
– Wydaje mi się, iż tak… – mruknęła niepewnie.
– Więc zapukaj? – zapytał, odskakując gwałtownie ku drzwiom wybranego budynku i prezentując je w burleskowym geście.
Rozmówczyni przewróciła na to oczami, aczkolwiek podeszła do wskazanego miejsca i zapukała dwukrotnie. Trzecie uderzenie kłykciami, nie trafiło już w pomalowane na jasnoniebieski kolor drewno, a zatrzymało się w powietrzu, gdyż wejście otworzyło się od impetu, dwóch pierwszych.
– Gościnny. – rzucił zgięty w pół jegomość, zaglądający spod ramienia dziewczyny, do zaciemnionego wnętrza.
– Dzień dobry. – rzekła ta niepewnie, wkraczając do salonu, który był pierwszym pokojem w budynku – Jest tu kto?
Jedynym co jej odpowiedziało, była głucha cisza. Zamachnęła się więc dłonią, wytwarzając falę energii, która uderzywszy w przełączniki na ścianach, przyczyniła się do oświetlenia pomieszczenia światłem o zimnej aparycji.
– Trochę tu pusto. – zauważyła, spoglądając na minimalną ilość mebli zajmujących nijaką przestrzeń.
– Nie czujesz tego? – zapytał poważnym tonem jej towarzysz.
– Czego? – zdziwiła się, próbując zmusić swe przytępione zmysły do wzmożonego działania.
– Coś tu sczezło… – odezwał się z grymasem, stąpając ostrożnie ku pokojowi, który dawał mu to przekonanie.
– Nic nie… – chciała rzec, lecz mężczyzna wszedł jej w zdanie.
– Śmierć unosi się w powietrzu. – rzekł, znikając w innym pomieszczeniu.
– O co Ci chodzi? – zirytowana, ruszyła za nim, aczkolwiek gdy już miała stanąć w przejściu, on je przekroczył ponownie, blokując drogę i rujnując jej równowagę.
– O ciało strawione przez resztki energii w nim pozostawione. – wyjaśnił, a podczas tego przeszedł do kolejnego pokoju, gdzie na podłodze odnalazł sproszkowane kamienie, które niegdyś służyły do magazynowania mocy.
Aerilia dotarła do niego, gdy właśnie skończył go analizować i wstał, by pójść jeszcze gdzieś. Czując się przytłoczona aktualnymi wydarzeniami i poczuciem, iż za niczym nie nadąża, wróciła do salonu i tam usiadła na najzwyklejszym, drewnianym krześle. Oparłszy łokieć na stole, schowała twarz w swej dłoni i poczęła oddychać krótko, a także ciężko. Przechodziły po niej fale zimnego potu, i czuła się jakby miała zwymiotować. Poza tym jej ciało zdawało się coraz bardziej drętwieć. Krzątający się gdzieś wkoło mężczyzna w czerni, rozpraszał jej starania polepszenia swego stanu. W końcu, gdy stanęła przy granicy zwymiotowania i następnie zemdlenia, jej towarzysz usiadł obok niej z jakimiś notatkami, które rozczytywał.
– Twoje ciało jest strasznie ociężałe. – zauważył, nie odrywając się od swego zajęcia.
– Co ty nie powiesz? – wydusiła z siebie sarkastycznie, serwując sobie przez to falę mdłości.
– Wybacz. Zapomniałem się nieco. – rzekł obojętnie, po czym skończył czytanie i wstał, by kucnąć po chwili przy swej rozmówczyni – Lepiej ci.
Widząc jej nienawistny wzrok, który posłużył za odpowiedź, zamilkł i ułożył głowę na jej kolanach. Następnie zamknął oczy i począł brać głębokie wdechy, które następował podobnymi wydechami. Po ponad kwadransie tkwienia w jednej pozycji Aerilia poczuła się dobrze. Miała świadomość, iż powinna posiedzieć jeszcze kilka minut, ale złe samopoczucie jej przeszło.
– Czego się dowiedziałeś? – wyszeptała, jakby chciała uniknąć nadmiernego napinania mięśni.
– Nic szczególnego, prócz tego iż ktoś tu zginął i został obrabowany z mocy. – oświadczył sennym głosem – Poza tym nasz kochaś miał chyba dziwny fetysz, gdyż miał w tamtym pokoju runiczne łańcuchy. Szkoda, iż nieskuteczne. To na pewno jego dom?
– Mam wrażenie, iż tak. – odparła z trudem.
– Byłaś tu już? – zadawszy to pytanie, zechciał zbadać jej pamięć, lecz coś mu w tym przeszkodziło.
– Nie wiem… – westchnęła.
– Może zapytaj Sigilium? – zaproponował, obracając głowę, by poleżeć na drugim policzku.
– Nie. – ucięła ostro, a po chwili dodała – Mam wrażenie, jakby oddzielała mnie od niego jakaś ściana i na razie pragnę, by tak zostało.
– Oczywiście. – stwierdził, a następnie zaproponował – Wyjedziemy stąd? Atmosfera tego domostwa przyprawia mnie o dreszcze.
Na jego słowa, dziewczyna dźwignęła się i podpierając się o meble, a także ściany, wyszła na zewnątrz. Uderzona świeżym powietrzem, rozbudziła się nieco. Mimo to wiedziała, iż musi usiąść, by nie powróciły do niej mdłości. Osunęła się więc na drewniana platformę, usiadła na niej i zaczęła podziwiać rozległy krajobraz miasta.
– Co teraz zrobimy? – zapytał rozmówca, zasiadłszy ciężko obok niej.
– Odpoczniemy i pójdziemy do Bramy. – odparła, a następnie pozwoliła sobie przesłonić powiekami oczy i oddać się objęciom krótkiej drzemki.
Ogromny tłum istot niczym rzeka przepływał w wolnym tempie przez zabytkowe wrota, które najprawdopodobniej w zamierzchłych czasach służyły olbrzymom jako wejście do miasta. Jedynym co odróżniało to zbiorowisko od strugi wody, był fakt iż jego połowa zmierzała w przeciwnym kierunku niż druga. Dodatkowo, kiedy każda kropla zmierzała zawiłymi korytami wyrytymi w ziemi ku wolności morza, czy oceanu, każda z postaci uwikłana w to zgromadzenie kierowała się do jednej z mniejszych bramek, w których miała nastąpić decyzja o ich możliwości przejścia. Co ciekawe ta brama nie była integralną częścią górujących nad nią murów Vithak, a osobną budowlą, która gdyby nie nowo nadane funkcje zostałaby zapewne wyburzona. Tak zaś służąc jako przejście graniczne i siedziba wielu urzędów, mogła wzbogacać krajobraz swą obecnością. Jednakowoż zrobienie z niej takiego ośrodka wymagało nieco pomyślunku, albowiem oddzielić należało osoby imigrujące i emigrujące od tych, pragnących załatwić sprawy urzędowe. By rozwiązać ten problem, po jej bokach zbudowano kamienne platformy o powierzchni na tyle dużej, iż mogły służyć za coś więcej niż droga do przeniesionych na zewnątrz wejść. Na jednym z tych tworów, opierając się o szeroki i dość wysoki murek, chroniący przed upadkiem z krawędzi, stała bordowowłosa kobieta, która leniwym wzrokiem wyłapywała poszczególne typy charakterów w tłumie przekraczających wrota istot.
– Ech… Czemu życie nie może być proste, jak wtedy gdy walczyłam z nieumarłymi w mrocznym lesie? – jęknęła rozpaczliwie, chcąc nieskutecznie zwrócić na siebie uwagę osobnika w czerni, leżącego obok niej.
Odczekawszy dłuższą chwilę z fałszywą nadzieją, iż dostatnie jakąś odpowiedź, nadęła policzki i z mruknięciem oparła twarz o dłonie, przesłaniając swe usta.
– Trochę mi kogoś przypominasz. – wycedziła niewyraźnie, wiedząc iż to, czy wypowie te słowa na głos, czy w myślach nie będzie miało znaczenia dla odbiorcy – Jakbym cię już kiedyś spotkała.
– Powiedziałbym, iż znajdujesz naturalne podobieństwa między mną, a kimś kogo znasz lub znałaś, gdyby nie fakt, iż to ty kształtujesz moją postać. – odparł poczuwszy, iż ma ochotę na rozmowę – Jako, iż zostałem oddzielony od dusz, nad którymi sprawowałem pieczę i zostałem skazany na ciebie, jako silniejsze istnienie, możesz ze mną zrobić cóż zapragniesz. Dodawszy do tego me zaburzone pojmowanie ze względu na bycie duchem, jestem w porównaniu do ciebie jak dziecko błądzące we mgle.
– Nie przesadzasz trochę? Spotkałam w swoim życiu wiele zjaw i żadna z nich nie była taka jak opisujesz. Były to silne byty, których jedynym problemem było odróżnienie płci i brak większości wspomnień z czasów, gdy posiadały ciało. – mówiąc to zmarszczyła brwi w zwątpieniu.
– Generalizując masz rację. Dusza pozbawiona ciała, nie jest przez nie ograniczana, ale też nie ma gdzie przechowywać doświadczeń. Tylko ja nie jestem typowym duchem, na którego możesz się natknąć. – oświadczył, a następnie zapytał – Co się dzieje z duszą, która opuściła ciało i nic nie niewoli? Żaden przedmiot, zaklęcie, czy pragnienie.
– Staje się częścią Rzeki Dusz, która płynie przez rzeczywistości i nierzeczywistości, aż nie zostanie oczyszczona. – odrzekła jakby wyuczyła się tej odpowiedzi na pamięć.
– Wiesz ile trwa ten proces? – spytał z nagłym pobudzeniem.
– Nikt nie wie. Rzeka płynie poza czasem, który i tak sam w sobie jest przez każdą rasę inaczej postrzegany. – mówiąc to nurzała się w przekonaniu, iż oświadcza oczywistą oczywistość.
– Szoda… – mruknął lekko zasmucony, a powróciwszy do swego nijakiego tonu zaczął wyjaśniać – Nie mniej umarłem kiedyś. Choć z tego co jeszcze pamiętam to dałem się zabić. Nie chciałem walczyć, nie chciałem zostawać. Chyba… Miałem odejść i zostać zlać się całkowicie z pewnym bytem, którego autonomiczną częścią byłem.
– I co się stało? – wtrąciła się dziewczyna, podekscytowana zaczynającą się opowieścią.
– Nie pozwolono mi na to. Zostałem wyłowiony z ciemności, która mnie otaczała i wrzucony prosto w strumień Rzeki Dusz. – wypowiedział te słowa bez większych emocji, lecz jego rozmówczyni nie wiedzieć czemu odczuwając smutek, wypełniła je nimi.
– Kto to zrobił? – zapytała cicho.
– Cień, który mi towarzyszy. – odparł, zbijając ją z tropu.
– Jaki…? – zechciała się dopytać, lecz nagle przypomniała sobie obraz cienistej postaci tańczącej wśród blasku ogniska – Czemu twój Cień to zrobił?
– Nie mam pojęcia. – rzekłszy to wzruszył na tyle na ile mógł ramionami, leżącymi na murku – Poza tym to nie jest mój Cień.
– Nie rozumiem… – skonsternowana dama wyprostowała się, aby rozprostować swe stawy i podrapać się po głowie.
– Tak, czy siak ponieważ pobyłem nieco w Rzece Dusz, praktycznie nie posiadam wspomnień, energii, a także jestem zbyt nikły, by doświadczać świata wkoło. Istnieję tylko przez to, iż jestem uwięziony w zawieszce na twej szyi. Ze względu na fakt, iż nosisz ten krucyfiks jesteś kimś kogo jestem w stanie pojąć w jakimś stopniu własnymi siłami, choć i tak przez większość czasu jesteś dla mnie jedynie kobietą z bordowymi włosami. – oświadczył, a zapragnąwszy zmiany tematu jęknął sztucznie – Ależ długa ta kolejka! Ile to jeszcze? Siedemset osób przed nami?
Ku jego nieszczęściu dziewczyna z nim rozmawiająca, nie dała się na to złapać i postanowiła wypytywać go dalej.
– Gdzie jest ten Cień? Dawno go nie widziałam.
– Ech… Trzyma się mego istnienia jak najbliżej od jakiegoś czasu. – westchnął zmęczony – Coś jeszcze?
– Kto oddzielił cię od dusz, nad którymi sprawowałeś pieczę? Jak to się stało? Jak to możliwe? – zarzucając go zapytaniami, przesunęła się nieco, by umieścić swą głowę nad jego.
– Zabierasz mi powietrze. Zaraz się uduszę. – mruknął niepocieszony.
– Jesteś projekcją mego umysłu. – odparła mu na to kąśliwie.
– Brzmi sensownie. – rzucił przegrawszy potyczkę, a kolejno, by na nic się nie narażać, zaczął odpowiadać – Po tym, gdy założyłaś naszyjnik, pozwoliłem Marcie cię opętać. Sama nie przetrwałabyś na lodowych pustkowiach. W tym czasie wyrwała się też inna dusza, nad którą ciężko jest zapanować. Ostatecznie Marta odeszła, gdy spełnił się jej sen. Niestety druga niesforna istota nadal nie odpuszczała twego ciała. Stąd potrzebny był nam klejnot by ją z ciebie ekstrahować, a przy okazji z krucyfiksu, co byłoby dla mnie niezwykle pomocne. Po wszystkim zapewne wykorzystałbym cię, by spełnić jeszcze kilka snów, a w końcu umknął ku innemu gospodarzowi. Tylko to wszystko się trochę pokomplikowało. Znaleźliśmy Sigilium, więc to też było wyjścia. Nie sądziłem jednak, iż ona zdoła mu się oprzeć. W zasadzie nie sądziłem, iż ty będziesz się opierać. No i teraz jesteśmy sobie my dwoje, odgrodzeni nią od Sigilium i dusz w zawieszce.
– Ale jak ona to zrobiła? – sfrustrowana dziewczyna, zażądała wyjaśnienia, którego od początku chciała.
– Władzę posiada ta dusza, która jest najsilniejsza lub jak w moim przypadku, która nie jest zanurzona w swoim śnie. Ona, gdy wyrwała się ze swojego snu i zobaczyła szansę na jego spełnienie, postanowiła działać. Nawet gdybym chciał, nie mogłem jej konkretnie powstrzymywać. Mimo to starałem się to robić, choć prawdę powiedziawszy w pewnym momencie odpuściłem i teraz to ona sprawuje władzę. – rzucił beztrosko.
– Czy to nie jest źle? – zapytała z przejęciem.
– W zasadzie nie wiem. Do tej pory nic wielkiego się chyba nie stało. Poza tym jej cel jest jasny i raczej nie będzie od niego odbiegała. – tymi słowami zechciał zakończyć trwającą rozmowę i udało mu się to.
Nagle zapadła między nimi cisza, której żadne nie pragnęło przerywać. Oddali się więc wsłuchiwaniu w wywoływane po kolei numery, oczekując aż w końcu odczytany zostanie ten, który przypisano im.
– Może opowiesz coś o sobie. – zaproponował mężczyzna po jakimś czasie – Wiem, iż mówienie może nie być najciekawszym zajęciem, ale jeśli i tak czekamy w kolejce nic nie robiąc...
– Coś o sobie? – powtórzyła pod nosem, zastanawiając się cóż może rzec.
– Na przykład jak to się stało, iż zostałaś Emisariuszką. Byłaś biedną sierotą z obrzeży miasta, czy może rozpuszczonym bachorem magnackiej rodziny?
– Nic z tych rzeczy. Mojej rodzinie żyło się dobrze. Wpisywaliśmy się w klasę średnią, jeśli mogę tak powiedzieć. Uczęszczałam do szkół. Uczyłam się dość dobrze. Nie zawsze zgadzałam się z rodzicami, lecz takie jest życie, nieprawdaż?
– Co więc skłoniło cię do stania się Emisariuszką? – wtrącił się jej.
– Hmm… Chęć ucieczki. Świat był dla mnie nijaki. Mało fascynujący. Taki normalny. Miałam skończyć edukację, zacząć pracę, znaleźć sobie męża, zrodzić mu dzieci, wychować je i tak dalej. Pragnęłam się z tego wyrwać. Przeżyć jakąś przygodę. – odparła z nostalgią.
– Jest wiele profesji, w których można przeżywać przygody. Czemu właśnie ta? – pytał dalej.
– Gdy teraz o tym myślę, nie wiem. Nie była to kwestia pieniędzy, choć państwo przeznaczało znaczne kwoty na poszukiwania zaginionej i nowej wiedzy. Jakoś mnie to porwało. Rodzina protestowała, lecz jeśli zdasz egzaminy, nie ma nic do gadania. Poza tym miałam dostać nowe ciało. Wiesz ile może oddać młoda kobieta za bycie idealną? –skończywszy swą wypowiedź zaśmiała się nieco.
– Nowe ciało? – zaciekawił się.
– Sztuczne naczynie na duszę. Stworzone by zdobywać wiedzę. – rzekła z udawaną dumą, a następnie wymamrotała lekceważąco – Tak przynajmniej mówili.
– Jaki był powód, by przenosić duszę w nowe naczynie? – zapytał z niezrozumieniem.
– Tworzyli je z domieszką żywicy z naszego Drzewa. – wyjaśniła.
– Ach… Interesujące. – zafascynował się na moment, co dorowadziło go do głębokiego zamyślenia.
– O czym myślisz? – wyrwała go szybko z tego stanu.
– O niczym… – mruknął, po czym poderwał się gwałtownie i zeskoczył z murka, na którym leżał – Chodźmy. Za chwilę nasza kolej.
Powiedziawszy to, zaczął iść ku wejściu do bramy. Dziewczyna zaś, która spoglądając na jego poczynania musiała zaakceptować fakt, iż rozmowa została zakończona, przeciągnęła się. Kolejno rzuciła jeszcze raz okiem na stłoczony tłum przechodzący przez ogromne wrota i pomyślała, iż może jeszcze przez chwilę postoi sobie w miejscu. W tym momencie odezwał się jednak głos, który
odczytał kolejny numer z kolejki. Uświadomiwszy sobie, iż nie zostało wiele osób przed nią, jęknęła
wyrażając swe małe niezadowolenie, a następnie ruszyła za swoim towarzyszem.
Komentarze
Prześlij komentarz