Upadek - Fragment XII
Droga,
którą podążałem była tak monotonna, iż nie potrafiłem sobie przypomnieć kiedy
na nią wkroczyłem. Choć może najpierw zapomniałem i dlatego teraz wydawała mi
się taka, nie inna? W sumie nie miało to większego znaczenia. Liczył się tylko
cel.
Zmierzałem do miasta skąpanego
w świetle niebieskiego płomienia. Za plecami miałem góry, których słabnące
światło mej latarni już nie sięgało. Przed sobą zaś monotonię równin,
porośniętych wysokimi trawami. Na szczęście zawsze mogłem wznieść wzrok ku
górze i zawiesić go na białej komecie sunącej przez niebo, od której oddzielił
się niewielki fragment, wyglądający jakby miał upaść.
Po
dłuższej wędrówce na granicy światła rzucanego przez latarnię zaczęły pojawiać
się drzewa. Zadowolony ze zmiany scenerii, uniosłem kostur z latarnią, którym
do tej pory się nieco podpierałem i przyśpieszyłem kroku. Dzięki temu szybko
dość szybko znalazłem się w gęstym lesie, zamieszkiwanym przez podejrzane
cienie. Nie zaszedłem w niego daleko, gdy na drodze dostrzegłem czterech
dziwnie zachowujących, zamaskowanych osobników. Wierzgali się oni bowiem amoku
i bólu, atakując się nawzajem. Znalazłszy się bliżej dostrzegłem, iż dwoje
miało rany kłute na piersi, jednemu sterczał z niej bełt, a ostatniemu ktoś
zmiażdżył niemal połowę głowy. Chciałem jakoś to zrozumieć, aczkolwiek gdy
tylko mnie dostrzegli, rzucili się do ataku. Odruchowo zdzieliłem najbliżej
znajdującego się z nich kosturem w głowę. Ponieważ użyłem niefortunnie zbyt
dużo siły, usłyszałem wyraźne pęknięcie kości czaszki. Kolejnego próbowałem
uderzyć w pierś, co skończyło się trafieniem w ranę i przebiciem go na wylot.
Pozostała dwójka zdążyła się do mnie w tym czasie dorwać. Puściłem więc kostur
i szponami przebiłem szyję tego z zmiażdżoną głową, a osobnika z bełtem
uderzyłem łokciem w twarz, posyłając go na jedno z drzew.
Sądząc, iż zneutralizowałem
napastników, odzyskałem kostur z ciała, w którym utknął i już miałem
przeanalizować sytuację, gdy niespodziewanie, nieboszczyki poczęły się ruszać.
Niezbyt chętny do walki z kimś kogo nie mogę pokonać, postanowiłem dokonać
taktycznego odwrotu i pobiec w stronę, w którą wcześniej zmierzałem.
Nie
byłem ścigany. Nieumarli niebywale szybko stracili mną zainteresowanie.
Pozwoliło mi to spowolnić kroku i oszczędzić sił, na wypadek kolejnego starcia.
Zastanawiało mnie, czy to było normalne? Czy mogłem spotkać więcej takich
stworzeń? Czy było to jakieś wynaturzenie? Jeśli tak, jak powstało? Czy miało
to jakieś znaczenie? Nadmiar pytań i analizowanie sytuacji, pozwalało mi
zabijać monotonię skąpanych w żółtym świetle drzew. Mimo to spodziewałem się,
iż znużę się myśleniem, nim dotrę do miasta.
Przerzedzające się drzewa zdradzały mi, iż zbliżam się do końca lasu.
Była to zaskakująco długa i monotonna wędrówka, aczkolwiek miałem nadzieję, iż
warta przebycia.
Niespodziewanie na skraju
drogi dostrzegłem wywrócony wóz i konia jak gdyby nigdy nic spożywającego
trawę. Zaciekawiony, zbliżyłem się, by dostrzec mężczyznę przywalonego dużym,
pokrytym płachtą przedmiotem. Nieznajomy nieskutecznie wysilał się, próbując
uwolnić się z pułapki. Zobaczywszy mnie zaś zbladł i wrzasnął z przerażenia.
Wyglądało to dziwnie, biorąc pod uwagę, iż nic nie słyszałem. Mężczyzna
niebywale szybko się jednak opanował i spojrzał na mnie z jakąś myślą.
– Mógłbyś mi pomóc?
Zdziwienie ogarnęło mój umysł,
gdy zrozumiałem co mówi, mimo iż żaden dźwięk do mnie nie dotarł.
– To jak będzie? – Kolejne zapytanie, przywróciło mi trzeźwość.
Uniosłem przedmiot
przygniatający nieznajomego, który nie mogąc się podnieść, przez złamaną nogę,
zaraz spod niego wypełzł.
– Nie jesteś stąd. W dodatku
silny jesteś – zauważył – Mógłbyś zając się wozem i odłożyć na niego to co
trzymasz?
Bez protestu zrobiłem o co
prosił, a nawet pomogłem mu wstać i zasiąść na koźle. Następnie usiadłem obok
niego, złapałem lejce i ruszyłem w stronę miasta.
Podczas podróży mężczyzna nie
odezwał się ani słowem. Nie zwracał nawet uwagi na swoją ranę. Wpatrywał się
tylko pustym wzrokiem w światło mej latarni. Ocknął się dopiero, gdy dotarliśmy
do przedmieścia, wydającego się niewielkim na tle ogromnych murów miasta.
– Daj mi lejce. – Nie czekając,
wyrwał mi je z dłoni.
Skierował nas do jakiegoś budynku,
niczym nie wyróżniającego się od innych.
– Mógłbyś zapukać? – Gdy tylko
się zatrzymaliśmy, wskazał głową ku drzwiom. – Trzy razy szybko i dwa razy powoli.
Powoli zszedłem z wozu,
zbliżyłem się do domu i spełniłem jego prośbę. Momentalnie drzwi się uchyliły,
a w powstałej szparze pojawiła się połowa twarzy i zielone oko. Widząc w nim
przestrach, wysunąłem nogę i uniemożliwiłem zamknięcie przejścia. Nieznajomy
walczył ze mną przez chwilę, lecz nagle przestał i delikatnie otworzył drzwi na
oścież. Spoglądając na mnie podejrzliwie, powiedział coś. Niestety nie wiedziałem
co. Skierowałem więc głowę ku mężczyźnie na powozie i z lekkim zaskoczeniem
spostrzegłem, iż on też coś mówi, a ja nie mam pojęcia co. W sumie ludzi,
których mijaliśmy po drodze, też nie słyszałem.
– Na razie mój kolega znajdzie
dla ciebie jakieś ubranie, a potem pogadamy – ranny osobnik w końcu skierował
do mnie swoje słowa.
Przytaknąłem skonfundowany i zwróciłem
się ponownie ku zielonookiemu.
– Zaczekaj w środku.
Usunął się i wpuścił mnie do
zaskakująco pustego wnętrza, które okupował niewielki piecyk, szafka, stół i
cztery krzesła. Następnie opuścił dom, wskoczył na powóz i odjechał z
towarzyszem.
*****
Fragment XI
Spis treści
Fragment XIII
Czytałam z zaciekawieniem i odnoszę wrażenie, że to....opis snu. A chyba nie taki był cel?
OdpowiedzUsuńZ założenia Upadek jest czymś w rodzaju snu. Ma perspektywa jest jednak efektem założenia, którego nie opisuję w opowieści.
Usuń