Zjawa - Fragment XII
Nagły powrót świadomości, napiął ciało w gotowości do działania. Rozwarte oczy nie zaobserwowały jednak nic niebezpiecznego. Tylko do uszu dotarł dźwięk nalewania wody do kubka, dobiegający z kuchni. Detektyw rzucił więc kołdrę w bok i usiadł na skraju łóżka. Definitywnie się nie wyspał i miał lekkie trudności z przypomnieniem sobie dlaczego. Dostrzegłszy ruch w salonie, wstał i przeszedł do niego. Ciemno-blondwłosa kobieta ubrana w jedną z jego czarnych koszul, właśnie podnosiła z podłogi jego płaszcz. Odwiesiwszy go na wieszak, sięgnęła po zdjęcie, które musiało z niego wypaść. Spojrzawszy nań, zamarła.
– Dlaczego ubrałaś moją
koszulę? – zapytał, przypomniawszy sobie co robił ostatniej nocy.
Anna podskoczyła
przestraszona.
– Tak robią na filmach –
wyjaśniła, uspokajając skołatane serce.
Detektyw spoglądał przez
chwilę w jej piwne oczy, czując kłócące się w jego wnętrzu pragnienie, by złapać
ją w objęcia i nigdy nie puszczać z wrażeniem, iż coś jest zdecydowanie nie
tak.
– Znalazłem je wczoraj razem z
wódką w skrytce zrobionej w ambonie. Miałem ci je dziś pokazać.
Nie czekając na odpowiedź,
przeszedł do łazienki, gdzie mimo, iż był czysty, wziął prysznic. Czując ciepłe
krople wody, bombardujące skórę, ignorował wszelakie wspomnienia przychodzące
mu na myśl. Skończywszy, wytarł się i wyszedł do salonu, gdzie zastał siedzącą
na kanapie Annę.
– Zaparzyłam ci kawę. –
Przerwała na moment upijanie czarnego naparu i wskazała na stojący na ławie
kubek.
– Dziękuję – mruknął, udając
się do sypialni, by się ubrać.
Uczyniwszy to, wrócił do
salonu, usiadł obok dziewczyny, złapał naczynie i upił niewielki łyk.
Dziwne.
Tak jak teraz nie czuł się
nawet, gdy pijał kawę z Martyną. Miał taką pustkę w głowie. Nie targały nim
żadne uczucia. Nie było źle ani dobrze. Po prostu był i pił kawę w jej
towarzystwie. Mogłoby tak już zostać. Nic nie jest jednak wieczne, a dwieście
pięćdziesiąt mililitrów to wcale nie tak dużo. Kubki wylądowały więc w końcu z
powrotem na ławie. Anna zaś podniosła się i udała do sypialni. Detektyw
obserwował jak zakłada majtki, a resztę ciuchów zawija w sukienkę i bierze w
dłoń.
– Koszula? – zapytał, gdy
skierowała kroki do wyjścia.
– Kiedyś może zwrócę – rzuciła
nonszalancko, złapawszy buty.
Następnie wyszła z delikatnym
trzaskiem drzwi, pozostawiając po sobie jedynie samotność i nostalgię.
Trzaśnięcie drzwi,
szczęknięcie zamka, a wreszcie odgłos kroków nasilający się, aby osłabnąć i
zniknąć na klatce schodowej, przywróciły świadomość do wpatrującego się pustym
wzrokiem w ścianę ciała. Detektyw poderwał się błyskawicznie, skierował do
drzwi, by je uchylić i nasłuchiwał. Gdy minęło dziesięć minut, w końcu wyszedł
na korytarz, gdzie podszedł do mieszkania Anny i zaczął majstrować wytrychami
przy zamku. Prędkość z jaką pokonał zamek była zatrważająca. Można by pomyśleć,
iż otworzył go szybciej niż kluczem. Znalazłszy się w środku, zaczął
poszukiwania. Na szczęście Anna nie zadomowiła się zbytnio i większość rzeczy
trzymała w sypialnianej szafie. Pośród nich detektyw nie zobaczył nic
interesującego. Złapał więc za torbę podróżną. W jej wnętrzu znajdowała się
zamykana na niewielką kłódkę kieszeń. Poradziwszy sobie z tą przeszkodą,
wyciągnął zamknięte na klucz płaskie, metalowe pudełko. Uporawszy się i z tym
zamkiem, dotarł do zawartości, którą stanowiły akta sześciu osób.
Należące do Remigiusza i
Justyny, matki Anny, już czytał, więc odłożył je na bok. Zjawy były tak puste,
iż nawet nie miał co w nich szukać. Szybko przeanalizował te należące do
pierwszej ofiary, która była specjalistą chirurgii i chorób wewnętrznych,
świadczącym prywatne usługi przez długi czas w Polesiu, a od kilku lat w
pracującym na kontrakcie w Rzeszowie. Wynikało z nich, iż świadczeń udzielał
głównie członkom organizacji przestępczych. Druga ofiara prowadziła zaś
indywidualną firmę ochroniarską, a swoje usługi oczywiście świadczyła między
innymi temu samemu człowiekowi, dla którego pracowała Justyna.
Czytając o tym wszystkim i
oglądając dołączone zdjęcia, detektyw czuł narastający ścisk w głowie.
Powietrze stawało się jakieś cięższe i gorzej się nim oddychało. Wszystko
wydawało się składać w jakąś całość. Jakby było znajome. Tylko nie mógł tego
uchwycić. Czym bardziej zaś próbował, czuł się gorzej. Zamknął więc na moment
oczy i wziął głęboki wdech. Rozwierając powieki, westchnął ciężko i sięgnął po
ostatnie akta. Wydawałyby się one ewenementem. Przedstawiały bowiem mężczyznę,
który spędził część życia w domu dziecka, ponieważ ojciec popełnił samobójstwo.
Jedyną rzeczą, która łączyła je z resztą było miasto. Poszukując w nich czegoś
jeszcze, detektyw znalazł zdjęcie, które sprawiło, iż pośpiesznie przekartkował
akta, by znaleźć informacje o rodzinie.
– Krawiec… – jego głos odbił
się w przestrzeni dziwnym echem, gdy odczytał zawód ojca.
Nagle zrobiło się ciemno. Za
oknem zagrzmiało i zaczęło lać jak z cebra. Czując, jakby umysł zaszedł jakąś
mgłą, jak również przejęty naglącym poczuciem, iż musi iść, schował wszystko do
pudełka, zamknął je i wsadził do torby. Odłożywszy ją na swoje miejsce, ruszył
wątpliwym krokiem do wyjścia, które wyglądało nieco inaczej niż powinno. Mimo
to wyszedł na czerwony korytarz, na którego końcu dostrzegł upadającą
blondynkę. W tym momencie poczuł ucisk w piersi i bez zastanowienia podbiegł do
kobiety. Padł przy niej na kolana, uniósł jej tułów i głowę, a odgarnąwszy
włosy, spojrzał w zielone oczy. Życie uciekało z nich równie szybko, co wypływająca
z rany w piersi krew. Pustka i cierpienie, które wyżerały detektywa od wewnątrz
były nie do opisania. Dlaczego? Dlaczego tak musiało się stać? Nie liczył na
odpowiedź. Nie był w stanie nawet zadać tego pytania. Tylko cierpiał, wiedząc iż
nie może zostać. Odłożył więc martwą kobietę i wstał. Naraz zobaczył w oknie
swe odbicie przeszywające go zimnym, niewzruszonym zielonym wzrokiem. Musiał
już iść. Rzucił się więc w bieg i nie wiedząc kiedy wsiadł do samochodu z
trzaskiem drzwi. Wsadził klucz do stacyjki. Uruchomił silnik i mimo, iż w
kompletnej ulewie nie widział praktycznie nic, ruszył. Nie wiedział jak długo
jechał i gdzie. Nagle jednak w lusterkach błysnęły mu światła i jego pojazd w
coś uderzył. Skołowany wysiadł z niego i podczołgawszy się do jakiejś barierki,
stanął na nogi. Wkoło panował niebywały szum. Woda leciała z nieba i płynęła
gdzieś pod nim. Musiał być na moście. Nie był tego jednak w stanie
przeanalizować, gdyż w ulewie zarysowała się jakaś postać. Przestrzeń przeszyły
odgłosy czterech wystrzałów, z których trzy pchnęły go w tył, przewalając przez
barierkę. Czuł jak upada. Jak los, który sam sobie wykuł, kończy się.
Ostatecznie z ulgą przyjął lodowatą ciemność, która go pochłonęła.
Ostre światło ukłuło
oczy detektywa, gdy tylko jego powieki gwałtownie się rozwarły. Przymrużył więc
je, a gdy źrenice dostosowały się do jasności, rozejrzał się wkoło. Leżał na
łóżku szpitalnego oddziału ratunkowego. Pierwsze co mu przyszło do głowy, to
jakim cudem znalazło się dla niego miejsce. Dopiero po tym zaciekawił się jak
tu trafił. Przywoławszy ostatnie wspomnienia i spojrzawszy na wiszący na
ścianie zegar, zerwał się na nogi. Spodziewał się, iż ktoś do niego podejdzie i
będzie chciał go zatrzymać, aczkolwiek wszyscy zdawali się być w innej części
oddziału, walcząc o życie jakiegoś pacjenta. Zadowolony z tego, bowiem nie miał
czasu do stracenia, opuścił budynek.
Jadąc autobusem, wpatrywał się
w krajobraz za oknem i próbował sobie przypomnieć co się działo od wyjścia z
mieszkania Anny do trafienia na SOR. Niestety miał w głowie tylko kilkugodzinną
pustkę. Musiał się z tym problemem zgłosić do lekarza. Na razie miał jednak
nadzieję, iż zdąży.
Dotarłszy na osiedle, na które
zawiodło go wcześniejsze śledzenie współpracownicy, wszedł do bloku, w którym
mieszkał łysy nieznajomy. Szybko dostał się na piąte piętro i podszedł do
pierwszych drzwi po prawej. Dość silny zapach lawendy uderzył jego nozdrza.
Zignorował go jednak i przyłożył ucho, nasłuchując, czy kogoś nie ma w mieszkaniu.
Następnie zapukał, a nie dostawszy odpowiedzi, wyciągnął zestaw wytrychów i
dobrawszy odpowiedni do typu zamka, w mig znalazł się w środku. Stojące przy wejściu
odświeżacze powietrza wyjaśniały mocny zapach. Poza tym mieszkanie wyglądało,
jakby mieszkał w nim jakiś pedant. Przekręciwszy zamek w drzwiach, przeszukał na
szybko salon i dwie sypialnie, mając wrażenie, iż pod lawendą czuł jeszcze
jakiś inny zapach. W końcu skierował się ku łazience, której drzwi ciężko było
otworzyć. Przyłożywszy siły, poradził sobie jednak i momentalnie jego nozdrza
uderzył nieprzyjemny zapach. Zasłonił je więc rękawem i rozejrzał się po obłożonym
folią pomieszczeniu. Zobaczywszy, w jaki sposób drzwi i framugi były obłożone
materiałem i zabezpieczone taśmą, wiedział dlaczego tak ciężko było się dostać
do wnętrza. Jednak to, co najbardziej zwróciło jego uwagę, leżało zanurzone w
jakimś płynie w wannie. Mimo, iż dostrzegał cóż to, wyciągnął z kieszeni
lateksową rękawiczkę i założywszy ją, wynurzył część ludzkiej skóry. Nie zdążył
jej się dobrze przyjrzeć, gdy nagle usłyszał brzdęk metalu i przekręcanie
klucza w zamku. Błyskawicznie porzucił co robił, a stanąwszy przy drzwiach
łazienki, które przymknął, ściągnął i odrzucił rękawiczkę. Łysy mężczyzna
wkroczył do mieszkania i niestety pierwszym co zrobił, było spojrzenie ku
toalecie. Dojrzawszy uchylone drzwi, puścił trzymane w dłoni zakupy i rzucił
się do ucieczki. Detektyw momentalnie ruszył za nim.
– Stój! – wrzasnął, gdy oboje
znaleźli się na zewnątrz.
Oczywisty brak reakcji niewiele
znaczył, gdyż nieznajomy nie miał jakiejś wybitnej kondycji. Znaczenie miała
jednak stojąca za drzewem Anna, która widząc, co się dzieje, wbiegła prosto w
detektywa, uniemożliwiając mu pościg. Lekko poturbowany i trzymany przez
dziewczynę, rozważał jakie ma opcje. Bez zawahania wybrał tę, która wydała mu
się najlepsza. Sięgnął po pistolet, który Anna miała przy sobie i nim zdążyła
mu przeszkodzić, oddał strzał.
– Nie… – szept wyrwał się z
jej ust, gdy uciekający mężczyzna padł na ziemię. Momentalnie pobiegła ku
niemu, a zobaczywszy cóż uczynił pocisk, poczęła wrzeszczeć – Nie! Nie! Nie!
Nie! Nie!
W tym czasie detektyw również
zbliżył się do praktycznie martwego mężczyzny, rzewnie krwawiącego na wysokości
serca.
– Co ty zrobiłeś?! – poderwała
się i z nienawiścią w oczach napięła mięśnie do ataku. Nim jednak cios padł,
cała siła z niej uszła i załkała – Teraz już nigdy go nie znajdę…
Widząc, iż zaczyna się osuwać,
detektyw przytulił ją, sięgnął po jej telefon i wpatrując się w zaległe obok
zwłoki, zadzwonił, by zgłosić zdarzenie.
*****
Epilog
Komentarze
Prześlij komentarz