Ulewny wieczór


     Szum spadających kropli działał bardzo uspokajająco, zagłuszając wszystko wokół, podczas gdy zimna woda zmywała zaschniętą krew z ulic. Duchota i gorąc dnia już dawno odeszły, zastąpione przez wilgoć i chłód spadający z nieba. Nagle ciemny nieboskłon rozdarła lśniąca błyskawica, za którą momentalnie podążył zatrważający grzmot. Pośród całego tego zamieszania, miarowym tempem, szedł samotny mężczyzna, w czarnym płaszczu. Wydawał się nie przejmować pogodą, ani otaczającą go pustką. Na drodze nie znajdował się nikt prócz niego. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby mógł, dostrzegałby pewnie puste domy bez świateł, lecz ulewa skutecznie ograniczała jego pole widzenia do dwóch, może trzech metrów.
- Siedzi mi coś w głowie. Nie wiem co to jest. Siedzi mi coś w głowie. Strasznie męczy mnie. Siedzi mi coś w głowie. Boję się, iż wiem co to jest. – zanucił.
     Nagle stanął w miejscu i zamilkł. Ciężkie krople spływały po jego ubraniu. Przeszył go mocny dreszcz.
- Wtedy też padał deszcz, a życiodajna ciecz oplatała me ciało. Czym się staliśmy mój drogi? Cóżem uczynił? – mrukną wpatrując się w swoją dłoń.
     Stał tak jeszcze trochę, a gdy niespodziewany podmuch wiatru uderzył go delikatnie w plecy, ruszył. Z chwilą, gdy wykonał pierwszy krok zaczął recytować wiersz.

„Kap, kap znów coś spada.
Kap, kap jak kropla upada.
Na skórę twoją, twoje ciało.
Cóż to? Gdzie to? Jak to?
Czujesz może? To obtula.
Twoje stopy delikatne.
Twoje nogi takie gładkie.
Twoje krocze i pośladki.
Wzgórek łonowy, tak wspaniały.
Plecy piękne, ich obrysy.
Kręgosłupa, karku, aż do ramion.
Schodzą w ręce, dłonie delikatne.
I po brzuchu. Tak powoli. Nęci strasznie.
Wtem twe piersi. Ach, jedwabne. Uczucie tak powabne.
Dalej szyją, uszy, skronie.
Włosy długie, lekkie jak powietrze. Aż by musnąć je się chciało.
I na  twarzy. Usta, nos i oczy. Duszy odbicie. Po policzkach.
Coś tu spływa.
Kap, kap, kap… znów coś spada.
Kap, kap, kap… czegoś ubywa.
Kap, kap… ciągle upada.
Kap, kap  złość mnie dopada.
Kap, kap wszystko źle.
Kap, kap, kap, kap…”

     Ostatnie słowa wymówił, wspinając się na cztery schodki, prowadzące do ciężkich, dębowych drzwi wejściowych. Stanął przed nimi, jakby podziwiając wyrzeźbione w nich rozmaite wzory. Wreszcie nacisnął mosiężną klamkę. Otworzył si ę przed nim jakby inny świat, pełen ciepła i zapachu ogniska domowego. Przestąpił próg, jak bramę między-wymiarową. Jedyna droga powrotna zamknęła się za nim, pozostawiając go w tym spokojnym miejscu.
- Straszliwa pogoda. – obudził go z zamyślenia, głos przygrubego faceta, po pięćdziesiątce, ubranego w nieskazitelną liberię.
- Wspaniała. Wymyśliłem wierszyk. Chcesz usłyszeć? – rzekł oddając mu przemoczony płaszcz.
- Z największą chęcią, lecz proszę wpierw zdjąć buty. Ech… dobrze, że miałeś kaptur.
- Tak w ogóle, to czemu robisz za mojego lokaja? – zapytał ściągnąwszy mokre buty i skarpety.
- Robię za twego ochroniarza, a lokaj to przykrywka.
- Ta. To dobrze, że nie sprzątacz. Wiesz. Nie lubię tych twoich perfum o zapachu mokrego papieru toaletowego. – zażartował.
- Tak, tak. Chodźmy do salonu. Przygotuję kawę. Mówiłeś coś o wierszyku? – odpowiedział, z lekkim zmęczeniem.
- Wierszyk? A… tak. Słuchaj. Stoję w deszczu. Znowu grzmi. Spływają po mnie. Wspomnienia chwil. Przeszywają mnie dreszcze. Nie czuję już nic. Jest tylko zapach. Burza odeszła. Muszę stąd iść.
- Wybitny. Dający do myślenia. Prosty, aczkolwiek głęboki.
- Od kiedy to jesteś takim znawcą literatury, co? I jak tam u dzieci? – zapytał śmiejąc się serdecznie.
     Niestety nie zdołał usłyszeć odpowiedzi, gdyż odwróciwszy głowę w stronę kanapy, krzykną
i błyskawicznie schował się za swego rozmówcę.
- Co ona tu robi? – szepnął do niego.
- Pije herbatę i je ciastka. Własnej roboty. Naprawdę przepyszne. Z przepisu świętej pamięci babuni.
- Ona chciała mnie zabić! – jękną zrozpaczony.
- Kto? Babunia? Przecież, ona by muchy nie skrzywdziła.
- Muchy to może nie, ale… Przestań! O niej mówię!
- Nie rozumiem cię. Sam mówiłeś, że się nada. Poza tym, jak wiesz, jej pracodawca nie żyje i zadanie nie jest ważne. Teraz pracuje dla ciebie.
- Dla mnie? – zapytał zaszokowany.
     Niespodziewanie, wyszedł wyprostowany i dumny za pleców swego ochroniarza i rzekł do dziewczyny:
- I jak?
- Bardzo ładny. Naprawdę mi się podobał. Przypomniał mi ten wieczór w kinie. Było tak duszno. Ach… jak ja wtedy pragnęłam tych kilku kropli deszczu. Nadal również uważam, iż masz piękne stopy. – odrzekła rozpromieniona.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI