Demon (nowe podejście)

Narrator
     Usypiasz otępiony lekami. Oczy widzą jedynie ciemność. Uszy wyłapują jeszcze niewyraźne i odległe rozmowy obcych ci osób. Charakterystyczny zapach sali operacyjnej już dawno przestaje już drażnić twoje zmysły. W twoich myślach odbija się ostania świadoma myśl. Po chwili zaś znikasz z rzeczywistości. Tracisz wszystko. Kończysz swoją opowieść. Umierasz po raz pierwszy. Oddajesz życie, by zagrabić coś, co spełnić może twe pragnienie. Przepiękne. Doświadczyć takiej wspaniałości dopiero się narodziwszy. Rozpieszczasz mnie. Dlatego tą historię, choć nie jest o tobie, choć nie jest dla ciebie, poświęcam twej osobie.




ZAKON

Nowicjusz
     Powoli rozwierasz swe powieki, bombardowane przez promienie słoneczne. Oślepiony jasnym światłem przesłaniasz oczy dłonią, a przynajmniej próbujesz to zrobić. Niestety nie udaje ci się to, albowiem orientujesz się, iż twoje ciało jest zbyt otępiałe aby cię w pełni słuchać. Obracasz więc głowę na boki, aby znaleźć trochę cienia. Twoje działania zdają się jednak na nic. Nagle zaczynasz kaszleć czując suchość i dziwny ból w gardle. Starasz się więc przełknąć ślinę, lecz szybko przekonujesz się, iż jest jej ci brak.
– Wstawaj! – wykrzyknienie splątane z stukotem obcasów wywołuje u ciebie jęk rozpaczy.
– Za takie dbanie o pacjenta powinni wam wlepić karę jakąś… – mamroczesz kuląc się i przykrywając pościelą.
– Jeszcze narzekasz? – twój lekarz nie daje za wygraną – Wstawaj i ubieraj się.
– Tak, tak. – bąkasz pod nosem, po czym gramoląc się, wstajesz i zaczynasz naciągać na siebie ciuchy, które najwyraźniej przyniosła twa rozmówczyni – Nie miałaś mieć urlopu, czy coś?
– Miałam. Tyle, że jakiś geniusz postanowił potańczyć sobie ze śmiercią i zamiast gotować się do wyjazdu, musiałam go ratować. – fałszywe marudzenie dociera do twoich uszu.
– To co tu jeszcze robisz? – zapytujesz, samemu nie wiedząc jak zawiązując swój pas kontuszowy.
– Staram się nie spóźnić na pociąg. – pada odpowiedź, a następnie stwierdzenie – Gotowy? To idziemy. Jeśli dobrze pójdzie to zdążymy.
– Gdzie? – pytasz nie rozumiejąc sytuacji.
– Na pociąg. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – irytuje się kobieta ciągnąc cię za rękę, abyś w końcu się ruszył.
– Czasami mam wrażenie, iż mój mózg automatycznie zaczyna cię ignorować. – mówisz kąśliwie, a następnie milkniesz i zaczynasz rozmyślać.
Wszystkie myśli podpowiadają ci, iż znasz osobę, za którą podążasz, aczkolwiek jakieś głęboko zakopane przekonanie wmawia ci, iż tak naprawdę widzisz ją na oczy pierwszy raz.
– Masz fikuśną fryzurę. – mówisz, będąc wsadzanym do taksówki, do której nie wiedzieć kiedy, dotarłeś.
– Nie wiem, czy mnie komplementujesz, czy obrażasz, gdy zwracasz się do mnie takim tonem. – odpowiada ci rozmówczyni, zaraz po podaniu celu podróży kierowcy.
– Wymyślna. – komplementujesz ponownie.
– Pacjent mi zrobił. Chłopak ma tylko trzynaście lat, a takie rzeczy robi… Nie rozumiem dlaczego nie zostanie fryzjerem, tylko chce być piłkarzem. – wzdycha.
– Jest ofiarą propagandy… – twoje słowa zostają nagle przerwane przez towarzyszkę, szturchającą taksówkarza.
– Mógłby pan dać głośniej? – ewidentnie jej prośba odnosi się do utworu płynącego z radia.
     Taksówkarz wysłuchuje jej prośby i po chwili cała przestrzeń zalewa się przyjemnością rokowej ballady. Z jednej strony zawiedziony, iż nie dano ci dokończyć, a z drugiej zadowolony, iż nie musisz już nic mówić, opierasz głowę o szybę i zaczynasz wpatrywać się w niebo. Wnet zalewa cię nostalgia, gdyż nie możesz sobie przypomnieć kiedy ostatni widziałeś je nie przez szpitalne okno.
– Jesteśmy. Należy się… – głos kierowcy wybudza cię z letargu.
Odruchowo opuszczasz pojazd i nie marnując czasu kierujesz się w stronę dworca głównego.
– Zaczekałbyś na mnie. – odzywa się z wyrzutem kobieta równająca z tobą krok.
– To nie tak, iż jesteś w stanie mnie dogonić. – rzucasz sarkastycznie.
     Nie dostajesz odpowiedzi. Miast tego kroczysz z nią w milczeniu i obserwujesz jak stara się znaleźć na swoim telefonie informacje o pociągu, na który wcześniej kupiła bilety. Dowiedziawszy się co trzeba kieruje was na odpowiedni peron. Gdy już na niego docieracie spogląda na swój zegarek.
– Już tak późno? Jak tak dalej pójdzie, to spóźni się jakieś sześć minut. – oświadczasz, udając zadręczonego, a następnie wychylasz się ostentacyjnie, próbując dostrzec zbyt odległy obiekt.
– Co? – zapytuje cię zdezorientowana.
– Zawsze byłaś taka piękna, czy to ja byłem ślepy? – rzucasz zamyślony.
     Nie wiedząc co miałaby ci odrzec, spogląda się na ciebie z otwartymi ustami.
– Próbujesz być zabawny? – zapytuje w końcu.
– Czy ja wiem? Jeśli to cię bawi, to raczej tak. – stwierdzasz i milkniesz.
     Piękne, pełne usta. Takie… duże. Ciekawe jakie są w dotyku? Myśl przelatuje ci przez umysł, gdy twój wzrok kieruje się na twarz rozmówczyni. Jakież to dziwne, nieprawdaż? Twoje odczucia i sposób postrzegania. Taka atrakcyjna. Taka perfekcyjna. Jak mogłeś wcześniej tego nie dostrzegać? Jak możesz dostrzegać to teraz? Zupełnie jakby jakiś podmiot wszechmocny przełączył coś w twej mózgownicy, by ustawić twoją osobę, w sposób odpowiedni dla pewnej, rysującej się wizji. Wyobrażasz to sobie? Jakież nieszczęsne może być wymarzone przez wielu życie? Bycie bohaterem, kukiełką, która gra jak jej się zagra. Bezmyślną istotą, której każda akcja, jest pociągnięciem odpowiednich linii. Oczywiście, iż, przynajmniej w tej chwili, nie potrafisz przywołać czegoś takiego. Ale, ale… Chyba zbyt odeszliśmy od tematu. Jak sądzisz?
– Chyba za długo leżałem w szpitalu… - wzdychasz zrezygnowany.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - pstryknięcie koło ucha, przywraca cię do rzeczywistości.
– Ta… Nie. Przepraszam. Mogłabyś z łaski swej powtórzyć? – zapytujesz, przeczesując włosy, a następnie zauważasz, iż siedzisz w wagonie pociągu i spoglądasz na miejsce, w którym niedawno stałeś.
     Speszony przekręcasz głowę na bok i zaczynasz się po niej drapać.
– Ej. Odpowiesz mi? – irytacja w kobiecym głosie, znów przywołuje cię do porządku.
– Oczywiście. – mówisz, choć nie wiesz o co chodzi, a po chwili ciszy zapytujesz – Tak w ogóle gdzie mnie zabierasz?
– Nie zmieniaj tematu. – karci cię.
– To ty unikasz odpowiedzi. - rzucasz kąśliwie, zsuwając się na fotelu, aby bardziej leżeć niż siedzieć.
     Następnie zamykasz oczy i mruczysz gardłowo. Kontynuujesz to do momentu, gdy twa towarzyszka traci cierpliwość i wciąga syczy wciągając powietrze, aby cię zrugać.
– Śniła mi się kobieta. – ubiegasz ją - Gdyby miała na sobie zwiewną, jaśniejącą bielą sukienkę, jak sugeruje moja wyobraźnia… Byłaby taka ulotna i piękna za razem. Zupełnie jak księżniczka z bajki.
– O czym ty mówisz? – irytuje się kobieta.
– Miała na sobie poniszczony kaftan bezpieczeństwa. Nie zwykły. Były na nim święte znaki, słowa Pana i proroków Jego. Z niej samej emanowała zaś aura, której nie da się wyrazić słowami. Była jakby najmocniejszym kuszeniem. Najfałszywszą i zarazem najbardziej wiarygodna obietnicą. Czymś za co dusza sama pragnie się zaprzedać. – mówisz niemal zahipnotyzowany.
     Po tym ziewasz i jakoś tak nieplanowanie zapadasz w sen.




     Sny są wspaniałe. Chociaż wiele rzeczy nie ma w nich sensu i przeczy logice, ty akceptujesz ich błędy, jakby było to coś oczywistego. Błądząc w wykreowanym przez nie świecie widzisz twarze, miejsca i ogrywasz sytuacje, które były lub wymieszały się i na nowo stworzyły. Ten chaos, który jest porządkiem. Jakiż on jest przyjemny. Cały czas coś się dzieje. Nie ma czasu, aby choć na chwilę się zamyślić. Czasami człowiek zastanawia się czy to co przeżywa, to wymyślne marzenie senne, czy zwykłe, pospolite wspomnienie.




     Woda, która już chwilę temu wystygła wciąż oplata większość twego ciała. Najwspanialsza chwila nadal trwa. Musisz rozkoszować się każdą jej sekundą, póki jeszcze nie została pożarta przez rutynę. Jak to się jednak zdarza, gdy człowiek ma to czego pragnie, pojawia się małe, irytujące coś, kłujące na granicach każdego ze zmysłów.
– Cholera… – marudzisz, wstając i wychodząc z wanny.
     Po tym wycierasz się ręcznikiem, a będąc już suchym, kierujesz się do sypialni. Tam naciągasz na siebie jedyny zestaw ubrań jaki posiadasz i oczywiście swój kontuszowy pas. Następnie idziesz do wyjścia, gdzie ubierasz buty i opuszczasz mieszkanie.
– Gdzie? – zapytujesz samego siebie, rozglądając się po pustej, oświetlonej blaskiem lamp ulicy.
     Nie czekając na odpowiedź, dajesz ponieść się swemu instynktowi. W niedługim czasie docierasz do zawsze otwartej bramy.
– Eden. – wzdychasz, natychmiastowo rozpoznając miejsce – Dlaczego zawsze tutaj przychodzę?
     Chowasz dłonie do kieszeni i wkraczasz na teren parku. Swój krok kierujesz natychmiast w stronę konkretnej kapliczki, przy której zwykłeś siadać i rozmyślać. Spacerujesz wolnym krokiem jedną z alejek skąpanej w cieniach drzew, oświetlanych przez księżyc. Nagle dostrzegasz źródło tego irytującego uczucia, które cię tu przywiodło. Przed twą ulubioną kapliczką siedzi młoda dama, odziana w podarty kaftan bezpieczeństwa. Coś w tobie mówi ci, iż nie powinieneś się zbliżać, jednak otępienie i zmęczenie dręczące cię od operacji tłumi podstawowe instynkty. Choć to i tak nie kwestia tego. Powodem dla którego zamiast oddalić się z tego miejsca, zbliżasz się do istoty skąpanej w długich, kruczoczarnych włosach i siadasz przy niej, jest przeświadczenie, iż teoretycznie jesteś już martwy.
„Wtedy, gdy zamiera czas
Gdy z chmur czerni,
Łzy niebiańskie kapią,
By niesione gdzieś przez wiatr,
Zanieść smutku czar
Gdy zwierzęta zamraża śmierci brat
Ptaki opuszczają dom prawdziwy
Odlatując w dal
Rośliny kryją ścieżki, ściółki
Każdy kąt barw paletą
Gdy cały świat powoli umiera
Wszystko wchodzi w anabiozy stan
Kosie kostuchy tak uciec chce
Ziemię zalewa szarość i bezwonność
Egzystencja żmudna zdaje się
Bez blasku gwiazdy radosnego
Gdy wypełza na powierzchnię
Skryty niegdyś głęboko
Ponury, ciężki ton
Czyni przestrzeń nieprzyjazną
Gdy zimno jest i mokro
Ciągle słychać kaszlu dzwon
Myśli ciemne odzywają się
Wszelkie plugastwo
Podłe zło
W umyśle dziury wierci
Kłuje pod czaszką
Zmusza świadomość
Do zamyślenia
Wspomnieniami lata odetchnienia
Gdy całe piękno bezsensowne jest
Nikły uśmiech to zbawienie
A bezdźwięczna melancholia
Kłębi wkoło się
Oferując swoje wdzięki
Jak mogę być kimś innym?
Jak mam zalać szczęściem się?
Jak odtrącić apatii zew?
Jak zwalczyć niekończące się zmęczenie?
Jak…
Gdy w jesień
Dnia czwartego, acz pierwszego
Kiedy misterną rzeczywistość stworzywszy
Odpoczął nawet Pan
Mały, pusty jeszcze ja
Poznawać zaczął
Samotności stan”
     Wysłuchawszy nie wypowiedzianego przez nikogo poematu zamykasz oczy by uprzedzić pustkę, złodziejkę zmysłów, która cię ogarnia. Nie wiem co mam powiedzieć. Piękna śmierć. Gdyby poprzedzała ją dramatyczna historia zemsty, przyjaźni, zdrady, miłości, rywalizacji i wielu innych. Rozpłakałbym się. Zalałbym się łzami po tak wspaniałym podsumowaniu. Nie mógłbym się pozbierać przez wiele, wiele dni. Bił bym się w myślach debatując, czy powinieneś był zginąć, czy nie było innego wyjścia. Ach… Jak odmiennie jest czasami pomarzyć. Choć, gdyby nagle wszystko zmienić… Nie. Ciągnijmy, co zaczęliśmy. Poza tym żyjesz i jedziesz teraz pociągiem. Do tego właśnie się rozbudzasz otrzymując na powitanie poranka zimny, kwaśny pocałunek wąskich, spękanych ust kobiety z twoich snów.




     Charakterystyczny stukot, wraz z mało wyczuwalnym drganiami wyciąga cię na powierzchnię rzeczywistości. Pierwszą czynnością, którą wykonujesz, jest głębokie westchnięcie pełne tęsknoty za błądzącym się gdzieś na skraju świadomości, wyjątkowym wspomnieniem pocałunku. Drugą zaś, otwarcie oczu, podczas którego, dosłownie na setną, czy tysięczną sekundy rejestrujesz nad sobą obraz przedstawiający bladą, kobiecą postać w poszarpanym kaftanie bezpieczeństwa, skąpaną w długich, czarnych włosach, pływających w przestrzeni jakby targane były prądami wodnymi. Z pewnym opóźnieniem w pojawia się u ciebie zdziwienie, którego podstawy, ze względu na bodziec, który trwał zbyt krótko, nie możesz zrozumieć. Wpatrujesz się więc w poprzecinany rombami sufit, uświadamiając sobie, iż leżysz na podłodze, a po twojej towarzyszce nie ma ani śladu. Podnosisz się więc powoli i ostrożnie, a zrobiwszy to wychodzisz na korytarz. Tam uświadamiasz sobie, iż twoje nogi trzęsą się i odmawiają pełnego posłuszeństwa. Przystajesz więc na moment, opierając czoło o zimną szybę i wpatrujesz się w zmieniający się krajobraz.
– Dzień dobry. – słyszysz, zaraz po tym jak dociera do ciebie odgłos, otwieranych drzwi.
– Dzień dobry. – odpowiadasz nie kwapiąc się na zmianę pozycji.
– Pali pan? – nieznajomy podsuwa ci otwartą paczkę papierosów.
– Nie… - mamroczesz, spoglądając na kuszącą brać tytoniowych wyrobów.
– Jak chcesz. – odpiera mężczyzna i sam wyciąga jednego, aby zapalić.
– Czy naleśniki to dobre śniadanie? – zapytujesz go ni stąd ni z owąd.
– Może być nieco za słodkie, chyba iż weźmie się na słono. – odrzeka ci jak gdyby nigdy nic.
– Yhym… - wzdychasz i w końcu prostujesz swą postawę, aby udać się do wagonu restauracyjnego.
     Dotarłszy do niego odnajdujesz wzrokiem swą lekarkę przy jednym ze stolików popijającą poranną kawę i spoglądającą na przemijający krajobraz. Podchodzisz więc do niej i zasiadasz głośno westchnąwszy.
– Dzień dobry. – rzucasz ziewając.
– Jak się spało? – dostajesz pytanie zadane przyjaznym tonem.
– Twardo. – odrzekasz krzywiąc się nieco i łapiąc w dłonie kartę dań - Polecasz coś?
– Mają całkiem dobre naleśniki. – odpowiada kobieta.
– Na słodko, czy słono? – zapytujesz udając, iż się zastanawiasz.
– Na słodko. – dostajesz odpowiedź.
– Yhym… - mruczysz cicho, a w tym czasie do stolika zbliża się młoda kelnerka.
– Czy mogę przyjąć zamów…? – nie kończy, gdyż ktoś klepie ją w pośladek powodując, iż podskakuje z zaskoczenia i tracąc równowagę upada niezgrabnie na podłogę.
– Nic się pani nie stało? – zapytujesz chcąc pomóc jej wstać.
– Nic, nic… - odrzeka ta wracając momentalnie do pionu – To jakie było pana zamówienie?
– Naleśniki. – mówisz z delikatnym uśmiechem – Z szpinakiem.
– Oczywiście. Coś jeszcze? – wyrzuca z siebie pośpiesznie i coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy.
– I cappuccino. – dodajesz spojrzawszy ukradkiem na filiżankę swej towarzyszki.
– Dobrze. – odpowiada i w tym samym momencie odwraca się na pięcie i odchodzi.
     Ty odprowadzasz ją przez chwilę wzrokiem, a następnie odwracasz głowę by zagaić do blondynki naprzeciw ciebie. Rzucasz jednak podczas tego jedno spojrzenie na podłogę i dostrzegasz tam owalny, półprzeźroczysty, czerwony kamień. Podnosisz go więc i oglądając go mówisz:
– Chyba coś jej wypadło.
– Oddasz, gdy wróci z twoim zamówieniem. – oświadcza twa towarzyszka.
– Tak… - wzdychasz po raz kolejny, słysząc jak twój żołądek zaczyna domagać się jedzenia.
     Nagle cały pociąg zatrząsa się potężnie, a niewidzialna dotąd bariera go chroniąca ukazuje się na moment, tylko po to, aby roztrzaskać się na kawałki. Po tym wszelakie dźwięki z zewnątrz zaczynają dopływać do wnętrza każdego wagonu. W tym momencie odzywa się okrutny dźwięk rozdzieranej stali, któremu wtórują odległe krzyki. Jakby na jego wezwanie, znajdujący się w pociągu ochroniarze podnoszą się i biegnąc ku jego źródłu przygotowują do walki. Swoją drogą nie spodziewałeś się, iż aż tylu ich tu jest. Zaczyna ci się kręcić w głowie. Czemu, gdy akurat wyszedłeś ze szpitala, wszystko musiało się popsuć? Ogarnięty tą myślą słabniesz i upadasz bezwładnie na podłogę. Leżysz na niej wpół przytomny, aż nagle uświadamiasz sobie, iż wszystkie odgłosy, które przed chwilą atakowały twe uszy, ustąpiły miejsca nienaturalnej ciszy przerywanej pojedynczymi, niezrozumiałymi szeptami. Zaintrygowany nimi podnosisz się z trudem na równe nogi i spostrzegasz ogarniętą zastojem przestrzeń. Wszyscy i wszystko co znajduje się w zasięgu twego wzroku nie porusza się. Nie wiedząc co się dzieje spoglądasz po sobie. Wtem dostrzegasz, iż spomiędzy palców twej zaciśniętej ręki wydobywa się łagodne, czerwone światło. Otwierasz więc dłoń i twym oczom ukazuje się należący do kelnerki kamień. Błyskawicznie domyślasz się, iż to dzięki niemu możesz się teraz poruszać. Tysiące pytań zaczynają cisnąć się do twej głowy, lecz zostają zignorowane w obliczu kuszących szeptów. Nie myśląc zaczynasz podążać w kierunku, z którego te dochodzą. Po kilkunastu krokach docierasz do drzwi oddzielających wagony. Otwierasz je z trudem i wtem ukazuje ci się fragment przejścia i kompletna ciemność. Światło zatrzymane w biegu nie dociera do twych oczu, uniemożliwiając ci widzenie. Boisz się postawić przed siebie krok. Wyciągasz więc przed siebie dłoń. Niespodziewanie okazuje się to dobrym posunięciem. Wszystko to ponieważ wystawiasz dłoń z kamieniem, którego światło oświetla ci na czerwono najbliższe dwa metry. Nadal przestraszony, lecz kuszony szeptami ruszasz dalej. Przechodzisz kilka wagonów, gdy nagle dostrzegasz w oddali podobne, czerwone światło. Jedyna różnica polega na tym, iż tamto jest silniejsze. Niewiele myśląc przyśpieszasz kroku, aczkolwiek zwalniasz go, gdy dostrzegasz pięć postaci starających się przebić do kolejnego wagonu przez zabezpieczone runami drzwi. Bojąc się, iż zostaniesz zauważony chowasz się w jednym z przedziałów i zaciskasz palce na swoim kamieniu, aby jego blask nie mógł cię zdradzić. Wychylasz co chwila głowę, aby sprawdzić postępy nieznajomych. Gdy ci w końcu przedostają się dalej, ruszasz za nimi. Sytuacja powtarza się kilka razy, aż w końcu piątka postaci niknie w kolejnym wagonie, w którym ich światło nagle słabnie. Przeczuwasz, iż nie oznacza to nic dobrego, ale intensywne szepty przebijające się coraz mocniej do twej świadomości, nie pozwalają ci się wycofać. Miast tego posuwają cię krok po kroku na przód. W końcu przechodzisz do kolejnego wagonu, gdzie przeżywasz szok. Nagle twe uszy zalewa wrzask bólu, przerażenia i płaczu. Twój nos zaczyna zaś cierpieć od nieopisanego smrodu śmierci. Receptory dotyku w twej skórze przekazują do twego mózgu uczucie nacisku, powodowanego niezwykle gęstą ciemnością. Światło, które trzymasz w dłoni blednie tak bardzo, iż zdolne jest jedynie oświetlić niecałe pół metra przestrzeni wkoło. W tym momencie doświadczasz swoimi zmysłami bodźców, które sugerują ci, iż w mroku coś się czai. Całe twoje ciało każe ci uciekać. Nie słuchasz go jednak, gdyż szepty, które w tym momencie świdrują twą świadomość nie chcą cię wypuścić ze swoich szponów. Zaczynasz więc iść przed siebie. Stąpasz powoli dostrzegając naokoło jakieś ruchy. Wiesz, iż jesteś obserwowany. Nagle potykasz się i upadasz w jakąś mazistą substancję. Spoglądasz na nią, lecz przez niemożliwość odczucia jej zapachu przez otaczający cię smród, czy niezdolność dostrzeżenia jej koloru przez czerwone źródło światła, nie potrafisz jej rozpoznać. Zaczynasz się więc podnosić i wtem odczuwasz jak coś łapie cię za kostkę. Odruchowo szarpiesz nogą i odwracasz się, aby dostrzec cóż tam jest. Nie widzisz nic, więc przełamując swój strach wyciągasz dłoń z kamieniem i oświetlasz sobie przestrzeń. W tej chwili dostrzegasz stworzoną z czarnej, półpłynnej substancji humanoidalną postać bez oblicza. Na części jej ciała, która wygląda na głowę dostrzegasz talizman zaznaczony nieznanymi ci runami. Ta istota jakby przygląda się tobie z wątpliwościami. Wtem odczuwasz jakiś ruch obok i odruchowo kierujesz tam światło. Przez to dostrzegasz kolejną taką postać. Zaniepokojony kierujesz blask kamienia na różne strony i orientujesz się, iż jesteś otoczony. Przerażony tym faktem zaczynasz się podnosić, aby nie zostawać w miejscu. Zrobiwszy to ruszasz według woli prowadzących cię szeptów. Nie robisz jednak kilku kroków, a znów się potykasz. Tym razem nie upadasz jednak. Łapiesz równowagę i postanawiasz sprawdzić co leży pod twoimi nogami. Kucasz więc i wtem czerwone światło oświetla zmasakrowane zwłoki. Ten widok mimo swej okropności nie porusza cię wielce. Nie wiesz, czy to kwestia szeptów nakazujących zignorować ci wszystko i kroczyć przed siebie, czy fakt, iż w szpitalu widziałeś już wiele śmierci. Tak, czy siak podnosisz się znów do pionu i kontynuujesz swój chód. Wtem dostrzegasz przed sobą blade czerwone światło. Natychmiastowo uświadamiasz sobie do kogo musiało należeć to ciało. Nagle budzi się w tobie zapytanie. Czemu nie atakują mnie? Nie trudząc się odpowiedzią, przyśpieszasz kroku, aby dostać się do pozostałych przy życiu osób. W pewnym momencie zaczynasz nawet biec, lecz nim docierasz do swego celu czerwone światło gaśnie. Zatrzymujesz się więc zdyszany i trzęsący się z zmęczenia. Słyszysz dźwięki łamanych kości i cichnące krzyki. Tym razem twoje ciało przezwycięża wszelkie pokusy i cofa się o krok. Niestety potęga szeptów, będących teraz istnymi krzykami zmuszającymi cię do poruszania się. Idziesz więc starając się zawalczyć, lecz jesteś bezsilny. Mijasz czarne postacie, które przerywają na moment rozszarpywanie jeszcze dychających ciał, aby na ciebie spojrzeć. Zahipnotyzowany nie zwracasz na nie uwagi. Kroczysz dalej, aż docierasz do stojącej na stoliku, małej skrzynki opisanej licznymi runami i skutej łańcuchami z metalu, który mimo bycia oświetlanym czerwonym światłem, nadal ukazuje się jako srebrny. Pod nakazem kładziesz na niej dłoń. W tym momencie odczuwasz jak w twoim ciele zaczyna się coś wić, a następnie przebijać twą skórę i wypełzać na przedmiot, na którym trzymasz rękę. Gdy to się dzieje, czujesz jak coraz bardziej słabniesz i zaczynasz tracić przytomność. Przy tym masz świadomość, iż jeśli zaśniesz, już nigdy się nie obudzisz. Nie masz jednak ochoty, ani sił by walczyć. Upadasz więc na kolana. Twe ciało pozostaje w tej pozycji, gdyż twoja dłoń nie może oderwać się od skrzynki. W końcu jednak odzywa się dźwięk pękających łańcuchów i zamka. Twoja dłoń zostaje uwolniona i upadasz na podłogę tracąc przytomność. Zanim jeszcze twa świadomość odpływa w nicość, odczuwasz jak jakieś przerażające i potężne istnienie wypływa z skrzynki rozlewając się po przestrzeni i wzburzając istoty ukryte w mroku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI