Zjawa - Rozdział V
Trzy
stuknięcia niczym potrójne uderzenie w pierś, wyciągnęły zaległego na kanapie
detektywa z pułapki snu.
– Jusz… – spróbował wrzasnąć
niewyraźnie, uświadamiając sobie, iż jego kończyny górne są zdrętwiałe i nie
może nimi poruszać.
Zirytowany tym faktem zaczął
się szamotać, co tylko pogorszyło jego sytuację, zrzucając go na podłogę. W
czasie, gdy borykał się z problemem, jakim było podniesienie się i przeżycie przedziwnego
mrowienia niedokrwionych części ciała, odezwał się szczęk zamka i do wnętrza
wkroczył osobnik w średnim wieku, który poszczycić mógł się nie tylko potężnym
wąsem, ale również równie pokaźnym brzuchem.
– Nie kłopocz się. Mam klucze
– rzucił, nie zwracając uwagi na sytuację gospodarza i zdjąwszy buty, udał się
od razu do kuchni – Ile razy tu nie bywam, zawsze jest tak samo.
Przemeblowałbyś trochę.
– Zrób mi tosta! – padło
żądanie od mężczyzny, który odzyskawszy niecałkowitą sprawność fizyczną podniósł
się i udał do łazienki.
Dotarłszy na miejsce
spostrzegł coś niecodziennego, co nie wiadomo dlaczego nie wzbudziło w nim
zdziwienia. Otóż w wannie siedział niezwykle wychudły osobnik w masce
przeciwgazowej, który brał właśnie relaksacyjną kąpiel w różowym kisielu przy
pachnących ananasem świecach. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, po czym
bez żadnej większej reakcji oboje powrócili do swych zajęć. Jegomość, który
dopiero wkroczył do pokoju, stanął przed lustrem i przemywszy twarz zimną,
niezwykle lepką wodą, która potrzebowała chwili, aby spłynąć z jego oblicza, z
jak największą naturalnością zaakceptował, iż posiada nastoletnie ciało.
– Żona postanowiła zrobić mi
dietę! Że niby schudnę! – zakrzyknął człowiek, bawiący się w kuchni w małego
kucharza.
– Może ma rację?! – odkrzyknął
mu, wracając do salonu.
Stanąwszy na jego środku,
począł przypatrywać się promieniom słoneczne, biegnącym po diamentowych nitkach
i rozpryskujących się na ścianach niczym pastelowe kleksy. Traktując ten obraz
jako coś codziennego, zaczął wsłuchiwać się w nieznośne tykanie zegara, którego
nigdzie nie mógł dostrzec.
– Młodyś, to chudyś. Kiedyś
zrozumiesz – rzekł jego gość, podchodząc do niego z jednym tostem w dłoni, a
drugim w ustach.
– Ta… Wiesz, iż… – już miał
coś powiedzieć, lecz nagle jego wypowiedź przerwał głos wydobywający się z
radia.
– Dzień dobry panie i panowie.
Mamy cudowny dzień i…
– Czemu słuchasz tego głupka?
– zdenerwował się niespodziewanie rozmówca, po czym podszedł do jednej ze ścian
i wsadzając palec do kontaktu spowodował grobową ciszę we wnętrzu, którą
przerywały tylko odgłosy bąbli powietrza wydobywających się spod wody.
Ten dźwięk zwrócił uwagę
młodzieńca, który zasłyszawszy go, momentalnie rozpoczął poszukiwania jego
źródła. Znalazł je stosunkowo szybko w kącie mieszkania, gdzie w metrowym
akwarium pływała wielka płaszczka z twarzą człowieka, której oczy świeciły
szmaragdowym światłem.
– Chyba jest głodna. – padło
spostrzeżenie, zniekształcone nieco przez ciepły, przeżuwany ser.
Postanowiwszy coś na to
zaradzić gospodarz, odebrał w końcu swe śniadanie i rzucił je rybie.
– Idziemy? – zapytał po tym, a
miast dostać odpowiedź, nie wiadomo jak znalazł się na oświeconej popołudniowym
słońcem ulicy.
Mijając nieznanych mu ludzi i
słuchając wrzasków bawiących się na chodniku dzieci, próbował nadążyć za swym
otyłym towarzyszem.
– Słyszałeś o tym gościu,
który sprzątnął nam kilku ludzi? – odezwał się ten nagle.
– Młody, z sygnetem, czy coś
takiego. Gadają o nim w mieście. – wysapał, równając z nim krok.
– Gówno prawda. Trzydziestkę
ma na karku jak nic. To co pijaczki w barach opowiadają to bajki. – padło
skwitowanie pełne irytacji.
– To co z nim? – zapytał
zaciekawiony.
– Mamy go sprzątnąć. – tego
typu odpowiedź była spodziewana.
– Jak go znajdziemy? –
wypytywał dalej.
– On znajdzie nas. Dokładnie
ciebie. Będziesz robił za syna jakiegoś potentata na rynku nieruchomości.
Impreza jest wieczorem, więc musimy zdążyć cię ogarnąć – oświadczył.
– No dobra… Ale dlaczego ja?
– Powtarzaj za mną. Jestem nikim.
– rozmówca przystanął na chwilę, aby mu to wyperswadować.
– Ej! – żachnął się, by
błyskawicznie przyznać rozmówcy rację – No w sumie racja… To co najpierw?
– Przemalujemy cię na zielono.
– słowa te odbiły się echem w jego uszach, a rzeczywistość pomarszczyła się
niczym tafla wody, którą przebił kamień i przerodziła się w oświetlony słabą
żarówką pokój.
Rozlegał się ciągły odgłos
skapującej wody. Młody mężczyzna znajdował na drewnianym krześle, do którego
był przywiązany. Cierpiał katusze, przez krople wody uderzające od nie wiadomo
jak długiego czasu w jeden punkt na jego głowie. Co jakiś czas przychodził do
niego jakiś osobnik i w nieznanym języku zadawał mu pytania. Gdy nie odpowiadał
coś niezwykle gorącego było przykładane do jego nagich stóp, wywołując
niemiłosierny ból. Trwało to dla niego wieki, choć nie mógł dokładnie ocenić
upływu czasu. Wtem, ku jego nadziei rozległy się wytłumione strzały i wybuchy.
Gdzieś za ścianą odzywały się zniekształcone krzyki. Po chwili ktoś wpadł do
wnętrza pomieszczenia, podbiegł do niego i łapiąc go za żuchwę wykrzyczał:
– Żyjesz?
Nie był w stanie odpowiedzieć.
Co gorsza stracił na moment przytomność, albowiem nagle zorientował się, iż
znajduje się w pionowej pozycji i ktoś pomaga mu iść.
– Trzymaj się. Już niedaleko.
Zaraz zabierzemy cię do doktora. – padło oświadczenie, po którym wszystko
zajęła ciemność.
Tym co ją rozproszyło było
niezwykle ostre światło, zimno stołu operacyjnego i potworny ból, który
przeszywał całe jego ciało. Gdzieś w tle rozbrzmiewały odgłosy odkładanych
narzędzi, które zwiastowały tylko inny rodzaj bólu. Czasem pod lampą pojawiała
się uśmiechnięta twarz lekarza, który dobrze wiedział, iż jego pacjent czuje
dokładnie wszystko i nie może na to zareagować.
– Czyż nie ode mnie wyszło
zapytanie, czy jesteś pewien? – odezwał się nagle głos, którego źródła nie dało
się zlokalizować.
Po tym mężczyzna znalazł się
bez przyczyny pod taflą wody, nie mogąc wezbrać oddechu. Zdeterminowany do
zrobienia tego, zaczął machać rękami i nogami, aby wynurzyć się na
powierzchnię. Gdy w końcu mu się udało zorientował się, iż stoi na szczycie
wieżowca i ogląda panoramę pogrążonego w rozpaczy, ogniu, krwi i łzach miasta.
Zdruzgotany padł na kolana i starał się zanegować to, co rysowało się przed
jego oczami. Umysł jednak nie chciał uznać tego za mare senną, a co więcej
wmawiał mu, iż to cóż widzi jest prawdą. Nagle gdzieś na skraju jego percepcji
coś spadło wywołując ogromny rozbłysk czystego, białego światła i
przeszywający, niewyobrażalnie krzywdzący pisk.
Zalany
potem detektyw rzucił się konwulsyjnie na podłogę, uderzając łokciem o
powierzchnię ławy. Oddychał szybko i płytko, czując jak serce wali mu w piersi.
Oczy mimo, iż nieprzystosowane do panującej jasności, miał szeroko otwarte.
Leżąc tak i powoli odzyskując kontrolę nad ciałem, której nie utracił, starał
się zebrać rozbity na kawałki umysł. Nie miał pojęcia jak wpadł w taki stan i
co się stało. Pamiętał tylko, iż poprzedniego dnia pił coś w barze, lecz te
wspomnienia były niezwykle rozmazane. Jedyne co mu w tej sytuacji pozostawało
to wstać, zrobić sobie kawę i rozeznać się w aktualnej sytuacji. Jak pomyślał,
tak zrobił, choć był w tym niezwykle powolny i ostrożny. Przygotowawszy sobie
upragniony napój, nie kłopotał się powrotem do salonu. Po prostu został tam
gdzie był i oparłszy się o zimny blat, przetarł oczy. Zdziwiony poczuł, iż
opuszki jego palców stały się mokre.
Płakałem? Pytanie przeleciało
przez jego świadomość.
Szukając
na nie odpowiedzi wziął łyk czarnego płynu i gdy tylko jego gorąc uderzył jego
gardło, zakaszlał zwracając wszystko na podłogę. Poczuł nagle niespodziewany
uścisk na szyi, który był na tyle mocny, iż uniemożliwił mu wezbranie powietrza
w płuca. Czując jak twarz mu sinieje, oparł się ciężko o ścianę. Dusił się tak
przez krótki moment, gdy niespodziewanie wszystko przeminęło. Oddychał ciężko i
głęboko, łapiąc łapczywie tlen do płuc. Jego ręce drżały, a umysł pustoszył
strach. Nie mogąc tego wytrzymać, zechciał ruszyć szybkim krokiem do salonu.
Niestety zachwiał się dosyć mocno i zmuszony został do złapania się framugi. W
wyniku tego nie dość, iż poczuł ogromy piekący ból w dłoni, to jeszcze ze
względu na niego upadł niefortunnie. Zdenerwowany, jak również dobity, obrócił
się na bok, skulił mocno i złapał zdrową ręką za nadgarstek. Wtem spojrzał na
źródło swego aktualnego cierpienia i odkrył, iż całe ono pokryte było
zaschniętą krwią, spod której zaczynała wypływać świeża. Na domiar złego tkwiły
w nim kawałki szkła.
– Aaaa… – jęknął płaczliwie, a
następnie zebrał się w sobie i starając się nie naruszyć niedużych choć
licznych ran, wstał i udał się do łazienki.
Będąc tam otworzył szafkę, w
której trzymał apteczkę. Z niej wydobył gazę, bandaż i jakiś antyseptyk.
Kolejno stanął nad zlewem i zacisnąwszy zęby zaczął przemywać dłoń ciepłą wodą.
Czuł przy tym dyskomfort, który zdawał się być niczym w porównaniu do tego, co
właśnie miał zacząć robić. Zakręciwszy kran, zaczął ostrożnymi ruchami
wydobywać z siebie kawałki szkła, sycząc przy tym niczym najgroźniejszy wąż.
Zakończywszy ten proces, przemył wszystko jeszcze raz wodą i zastosował
antyseptyk. Zadowolony z efektu, złapał za gazę, przyłożył ją sobie do
krwawiącej części swego fizycznego jestestwa, a następnie zaczął pieczołowicie
obwijać wszystko bandażem. Gdy skończył spojrzał na swe dzieło i zadowolony z
niego wrócił do salonu. Tam bardzo szybko zabrał się za poszukiwania swego
telefonu i mimo rozproszenia jakie powodowało nieznośne pieczenie ręki, udało
mu się szybko odnaleźć poszukiwany przedmiot. W końcu mógł wykonać połączenie, którego
potrzebował. Wybrał więc odpowiedni numer i…
– Nie zostawiaj wiadomości i
tak jej nie odsłucham – odezwał się kobiecy głos, który poprzedził piknięcie.
– Cholera… – zaklął, po czym
złapał swój kapelusz leżący na podłodze i założył go na głowę.
Po tym ruszył do drzwi, gdzie
założył buty i nie wiadomo dlaczego, nie wiszący na wieszaku płaszcz, a
następnie wyszedł zamykając za sobą drzwi.
–
Dzień dobry…! – ta sama kobieta co zawsze znów chciała go zaczepić, gdy tylko
wszedł na komisariat.
Na swoje szczęście udało mu
się opracować niezawodny sposób na uniknięcie niechcianej konfrontacji. Dzięki
temu, niewzruszony niczyimi zaczepkami przesmyknął się na odpowiednie piętro
gdzie panował jakiś dziwny spokój. Papiery nie latały. Nikt się na nikogo nie
darł. Prawdziwie przedziwna sytuacja.
– Szefa nie ma, czy mam jakieś
marzenie senne? – zaszokował się nie na żarty, próbując stwierdzić, czy to co
widzi jest prawdą.
– Panie detektywie! Jak ja się
cieszę, że pana widzę! – odezwał się nagle dobrze znany głos, który tym razem
brzmiał niecodziennie miło.
– Szefie? Czy coś się stało? –
zapytał skołowany, gdy na jego ramieniu wylądowała spocona kończyna górna.
– Nie wiem jak to się stało,
ale jeszcze tu pracujemy, a Anna ma dobry humor, więc proszę cię… – tu zrobił
dramatyczną pauzę i spojrzał rozmówcy prosto w oczy – Nie spierdol tego.
– Tak jest! – detektyw
zareagował niezwykle energicznie, co kosztowało go nazbyt dużo wysiłku.
– I weź prysznic. Jedzie od
ciebie jak od śmietnika. – dodał, po czym oddalił się do swego gabinetu.
W tym momencie jegomość w
płaszczu powąchał samego siebie i z odrazą stwierdził, iż naprawdę pachnie
nieświeżo. Odwrócił się więc na pięcie, aby udać się pod znajdujące się w
budynku natryski, gdy jak gdyby znikąd wynurzyła się przed nim ubrana w żakiet
brunetka.
– Anna… Hej! – rzucił mając
świadomość, iż jest obserwowany przez wszystkich zgromadzonych.
– Hej. Jak się czujesz? –
odpowiedź była miła, a osoba, która ją wypowiedziała wręcz promieniała
radością.
– Dobrze… – przeciągnął ostatnią
literę – A ty?
– Świetnie – odparła z
uśmiechem, po czym zapytała – Co dziś będziemy robić?
– Hmm… – detektyw poważnie
zaczął się zastanawiać – Przejrzymy te papiery, które wzięłaś od szanownej pani
doktor.
– Papiery? – zafrasowała się
Anna. – Nic nie mówiłeś, abym coś od kogoś brała.
W tym momencie rozmówca zaczął
się zastanawiać jak wybrnąć z sytuacji, aby nie zostać zlinczowanym przez swego
szefa.
– Wiesz… Te co cię wysłałem
dając ci adres i zdjęcie kota, albowiem nie miałem tego, na którym widniała
doktor – rzekł niepewnym głosem.
W tym momencie kobieta, z
którą prowadził dysputę zaczerwieniła się ze wstydu i opuściła głowę. On zaś
nie wiedząc jak na to zareagować machał tylko rękami w powietrzu zastanawiając
się, czy ją dotknąć w celu pocieszenia, czy może jednak nie.
– Nie poszłaś? – zapytał w
końcu.
– Poszłam – bąknęła w
odpowiedzi.
– No i zapomniałaś ich zabrać,
tak? – przeciągał słowa, sam nie wiedząc czemu.
– Myślałem, iż kazałeś mi
szukać kota… – wybełkotała cicho i niezrozumiale.
– Kogo? – skonsternował się
detektyw.
– Kota. Kazałeś mi szukać
kota! – podniosła głos zbyt wysoko, wywołując u wszystkich światków pełen
zdziwienia wzrok, który momentalnie powędrował w stronę detektywa.
– To nie tak, iż kazałem ci
szukać kota. Musiałaś mnie źle zrozumieć – próbował załagodzić sytuację, choć
wiedział iż może mu to się nie udać – Nie przejmuj się jednak. Zaraz pojedziemy
i wszystko załatwimy…
Jak policyjny negocjator,
którym nigdy nie był, albowiem się do tego nie nadawał, zbliżył zdrową dłoń do
jej głowy, aby ją po niej pogłaskać. Wtedy jednak oberwał w nią niezwykle mocno
i usłyszał:
– Śmierdzisz. Umyj się.
Po tych słowach Anna oddaliła
się prawdopodobnie w stronę łazienki. Detektyw zaś czując, iż coś się na niego
czai, czmychnął w te pędy na klatkę schodową i z niebywałą dla siebie
prędkością poleciał pod prysznice.
Gorąca
woda wylewająca się falami z wanny i rozchlapująca się na posadzce, wydawała
charakterystyczne odgłosy, przywołujące na myśl podły obowiązek sprzątania. To
jednakowoż nie miało wpływu na kobietę, która zanurzając się całkowicie w jej
kojących objęciach, szukała odpowiedzi na pytanie, czy może być coś
wspanialszego od relaksującej kąpieli, zmywającej trudy życia. Nim zdążyła na
nie odpowiedzieć, zaczęło brakować jej tlenu. Wynurzyła więc i odgarniając z
oblicza zmoknięte włosy, wzięła głęboki wdech. Po tym mruknęła jak kot i
delikatnie oparła potylicę o brzeg wanny. Leżąc tak, spoglądała w sufit jakby
widziała w nim coś magicznego. Wnet zamknęła powieki i rozpłynęła się w
błogości chwili. Zatraciła poczucie czasu. Nieplanowanie, z jej ust wybrzmiały
podarowane jej niegdyś wersy.
W nogach mam słońce
W głowie zaś płyn
W piersi powietrze
Czy będę żył?
W przełyku coś stoi
W tchawicy ból
W żołądku kwasy,
Jak na tronie król
Korona na sercu
Przysadka to mózg
Konikotomia
Dźwięk piły wzium
Kończyny skończone
Karku skręt
Stół, pacjent, sala
Gdzież doktor jest?
Światło w oddali
Nieziemski smród
Głosów tysiące
Prosektorium?
To tu
Niespodziewanie,
wraz z ostatnimi słowami przestrzeń przeszyło trzykrotne puknięcie w drzwi.
Słysząc je, zerwała się nazbyt szybko, rozchlapując duże ilości wody, która nie
wiadomo kiedy zdążyła wystygnąć. Wyszedłszy kolejno z wanny, wytarła się szybko
i naciągnęła na siebie pierwsze dorwane ubranie, którym okazał się lekarski
kitel. Nie wiele myśląc, podreptała ku drzwiom wyjściowym. Dotarłszy do nich,
spojrzała przez wizjer i widząc znajomą twarz, otworzyła je.
– Dzień dobry pani doktor –
rzekł z entuzjazmem mężczyzna, w którego aparycji wyróżniała się niespotykanie
biel bandaża, kontrastującego zbyt mocno z czernią ubioru – Nie przeszkadzamy?
– Nigdy… – mruknęła z ironią w
głosie, czując w podświadomości lekką radość.– Wejdźcie.
Po tych słowach, odwróciła się
na pięcie i nie przejmując się gośćmi, ruszyła do kuchni.
– Jak się pani doktor czuje? –
zawołał jegomość z korytarza, zdejmując swój płaszcz, kapelusz i obuwie, a
następnie zwrócił się ciszej do swej towarzyszki – Ściągnij proszę buty.
Ta rzuciła w niego tylko
wymownym milczeniem i wykonała jego polecenie. On zaś nie otrzymawszy werbalnej
odpowiedzi, ruszył do miejsca, w którym znajdowała się gospodyni. Dotarłszy
tam, usadowił się na krześle, stojącym tuż przy oknie.
– Ładną mamy pogodę. Czemu nie
wyjdziesz na spacer? – zapytał, odchylając lekko firankę.
– Kawa? – odpowiedziała
pytaniem, ignorując jego słowa.
– Chętnie – odrzekł, po czym
zwrócił głowę w stronę korytarza i podniósł głos – Anno! Napijesz się czegoś?
Niestety jego wykrzyknienie
nie spotkało się z odpowiedzią, jak również z obrazem osoby, do której zostało
ono skierowane. Przeniósł więc na moment swój wzrok ku sufitowi i zamyślił się.
– Sierściuch wrócił – mruknął
w końcu z niechęcią.
– Co ty nie powiesz? –
odbąknęła blondynka, włączając czajnik i nasypując zmieloną kawę do odpowiedniego
naczynia.
Podczas tego zaczęła mu się z
uwagą przyglądać, zastanawiając się, jaki znów sposób ten idiota znalazł, aby
urządzić się w tak podły sposób.
– W sumie… Mógłbym się ogolić
– przyznał, drapiąc swój półtoratygodniowy zarost, po czym nie darował sobie
małego docinka – Byłbym prawie tak gładki jak ty dzisiaj.
Te słowa, zmusiły rozmówczynię
do błyskawicznego spuszczenia wzroku na swe nogi, w celu rozwiania wątpliwości,
co do swego wyglądu.
– Nowa asystentka –
stwierdzenie, które padło z jej ust pobrzmiewało lekką irytacją i mocną chęcią
zmiany tematu, albowiem przy tym mężczyźnie żadna kobieta, nawet ona, nie
potrafiła czuć się w pełni pewnie – Przydzielili ci kogoś po tym, co stało się
z poprzednią?
– Sam się zdziwiłem! – huknął
z zdziwieniem i ściszając się, dodał – Podobno sama do mnie chciała…
– Jeśli miałabym zgadywać,
zapierałeś się rękami i nogami, by ją oddelegowali do innego detektywa? –
zapytała, zalewając zamienione w proch ziarna, po czym podając zaparzający się
napój, rzekła – Młoda, piękna, naiwna. Idealna dla ciebie. Szczególnie, iż
posiada konkretną… osobowość.
Wymówiwszy ostatnie słowo,
pochyliła się nad swym gościem, łapiąc się wymownie za piersi i uśmiechając
lubieżnie.
– To zapewne przez apetyt na
słodycze – zażartowała.
– Pani doktor… – przewrócił
ten oczami, łapiąc w dłonie gorące naczynie – Zazdrość to grzech. Poza tym
dobrze wiersz, iż pięknem żadna tobie nie dorówna.
Zasłyszawszy to oświadczenie,
blondwłosa dama zaśmiała się donośnie i odsunęła w tył, by zbliżyć się do
blatu, wskoczyć na niego i bezmyślnie skrzyżować nogi.
– Dlaczego przerabiasz
doniczki na kubki? – żachnął się fałszywie, starając się z całych sił skupić na
czerni napoju, by nie spoglądać na atrakcyjne nogi gospodyni – Wiesz, iż one
mają inne przeznaczenie, tak?
– Gdybyś mi ich tyle nie
dawał, może bym tego nie robiła. – stwierdziła ta spokojnie, odgarniając
niesforny, zmoknięty kosmyk włosów, który w ramach buntu, spadł na jej oblicze.
Wtem zapadła chwilowa cisza, w
której dało się jedynie słyszeć mruczenie kota, którego ktoś właśnie
obdarowywał przyjemnością dotyku.
– Mam coś dla ciebie. Jutro
wieczorem odbywa się koncert… – zaczął, sięgając po coś do kieszeni marynarki.
W tym momencie kobieta
uśmiechnęła się szeroko i klasnęła z radości.
– Kogo?! Depeche Mode?! Bruno
Mars?! – nie mogła się opanować, szukając w myślach momentu, kiedy ostatnio
poszła na jakikolwiek koncert.
– …muzyki klasycznej w
amfiteatrze. – padły słowa, które momentalnie zgasiły jej entuzjazm.
– Och… – bąknęła tylko, spuszczając
głowę nie tyle ze smutku, albowiem uwielbiała muzykę klasyczną, ale z wiedzy,
iż koncert ten był jedynie przykrywką do zebrania ważnych person z miasta.
– Mam dwa bilety, z których
zapewne nie skorzystam, więc jeśli zechcesz możesz zabrać ze sobą jakiegoś…
kogoś – oznajmił, odkładając białą kopertę z zawartością na parapet.
Następnie westchnął i dobył z
kieszeni paczkę papierosów. Wstrząsnąwszy nią, złapał jednego czerwienią ust. W
tym samym czasie sięgnął po zapalniczkę i otworzywszy ją zgrabnym ruchem
nadgarstka, użył kciuka, by stworzyć niewielki płomień.
– Ej, ej, ej, ej, ej! –
podnieciła się niespodziewanie gospodyni i zeskakując z blatu. Następne
zbliżyła się do niego i wyrwała mu wypełniony benzyną przedmiot – Co ty sobie
wyobrażasz?
Zdezorientowany mężczyzna
wzniósł tylko ręce w zdziwieniu i zapytał:
– Zapalić nie można?
– Nie. Nie można – postawiła
sprawę jasno.
– Co ci się nagle zmieniło? –
pojawiło się w odpowiedzi prychnięcie – W ciąży jesteś, czy co?
Zadawszy to pytanie, uśmiechnął
się na myśl, jak nierealna taka sytuacja by była, po czym skierował wzrok na
kobietę. Wtem zobaczył jednoznaczne spojrzenie, jakim go obdarowała.
– Nie… – zaśmiał się
jednokrotnie i żałośnie, a następnie zapytał, pozwalając swemu głosowi załamać
się delikatnie – Kto jest ojcem?
– Domyśl się panie Detektywie
– rozległa się odpowiedź z nutką pretensji.
W tym momencie tkwiący miedzy
wargami papieros wyślizgnął się i upadł mu na uda. Na obliczu zarysowało mu się
zaś zmieszanie, a w oczach pokazał się strach. W przestrzeni wypełnionej
zapachem świeżo zaparzonej kawy i pomrukiwaniem kota, pojawiło się ogromne
napięcie, które gdyby trwało tylko chwile dłużej udusiłoby osoby w niej
zawarte, rozrywając im przy tym serca. Na szczęście, czy też nieszczęście nastąpiła
diametralna zmiana nastroju, gdy blondwłosa wybuchła niepohamowanym śmiechem,
rozluźniając atmosferę.
– To… – zaszokowany tym, co
się właśnie stało, nie potrafił wydukać z siebie ni słowa.
– Żartowałam – rzuciła,
podnosząc leżący na jego nogach papieros i odpalając go.
– No tak… – przyznał, śmiejąc
się niepewnie.
Nie potrafił dokończyć zdania,
próbując się otrząsnąć z podłości, której właśnie doświadczył.
– Ach… Dość już tego dobrego –
postanowiła, wypuszczając dym z płuc i stukając o beżową kopertę, leżącą na
blacie – Po coś tu przyszedłeś.
– Tak… – mruknął zbyt cicho,
przecierając swe blade oblicze – Tak. Dzięki.
– Skóra, z której uszyto
ubrania, należała do innych ofiar. Nasz zmarły odszedł z tego świata za sprawą
zawału, niedługo przed tym jak został powieszony – oświadczyła poważniejąc.
– Zawał? – zdziwił się
rozmówca, ogarnąwszy się ostatecznie.
– Yhym. Ofiara zmarła śmiercią
naturalną, jeśli mogę to tak określić, biorąc pod uwagę co stało się z jego
ciałem. Poza tym na skórze znaleźliśmy wypaloną literę Z.
– Nasz Z? Intrygujące… –
mruknął, a następnie rzucił niesmaczny żart – Cóż… Przynajmniej skóra była
naturalna.
– Musiałeś? – rozmówczyni
zdenerwowała się i rzuciła tlącego się papierosa do zlewu – Nie mogłeś sobie
choć raz podarować? Jak możesz nabijać się z tak tragicznych rzeczy? Nie możesz
choć czasami zachować powagi?
– Śmiech działa jak morfina.
Zabiera cierpienie – wymawiając te słowa, podniósł się i ruszył w stronę
wyjścia, zabierając po drodze przeznaczoną dla niego kopertę – Jeszcze raz
dziękuję za raport i kawę.
Zakończywszy swą wypowiedź i
dotarłszy do swych rzeczy, ubrał błyskawicznie swe buty, złapał płaszcz i
kapelusz, a następnie wyszedł, nawet się nie pożegnawszy.
– Och! – dziewczyna głaskająca
rudego kota, obudziła się nagle i w pośpiechu zaczęła zakładać buty.
– Anna – stwierdziła
Złotowłosa, jakby nie mając świadomości, iż osoba, którą widzi, cały czas była
w jej mieszkaniu.
– Hej. Masz miłego kota –
odpowiedziała, gotowa do wyjścia.
– Jak się czujesz? – zapytała,
uświadomiwszy sobie co wcześniej o niej mówiła.
– Bardzo dobrze. Czemu pytasz?
– zainteresowała się.
– Cóż… – westchnęła,
przypominając sobie ich ostatnią rozmowę.
– Och… Tak. – zasmuciła się,
po czym dodała niespodziewanie – Jak pani sobie z nim radzi?
To zapytanie wywołało u
blondwłosej gromki śmiech, po którym nastał niebywały spokój.
– Ja… On jest jak dziecko,
które zostało zmuszone by dorosnąć. Nie potra… Nie chce uwierzyć w to jacy
ludzie i świat są naprawdę. Ja po prostu… Staram się przyjąć jego punkt
widzenia. Choć mi to nie wychodzi – powiedziawszy to uśmiechnęła się lekko i
dała sobie chwilę, aby pomyśleć nad następnym zdaniem. – Widzę w nim coś
wyjątkowego, co mimo wszystkich jego wad, nie pozwala mi go opuścić. Zgaduję,
iż to nazywają miłością.
Wypowiedziawszy to ugryzła się
w język, czując się nieco głupio. Anna zaś widząc to, przekroczyła próg drzwi
wyjściowych, odwróciła w jej stronę i dygnąwszy lekko rzekła:
– Do widzenia.
Po tym zaczęła zbiegać po
schodach, wywołując niosące się w przestrzeni odgłosy kroków, które całkowicie
przykrywały echo tych wywołanych wcześniej przez jej towarzysza.
– Do widzenia – odpowiedziała
blondwłosa dama, zamykając wejście do mieszkania.
Po tym przeczesała swe włosy i
odetchnęła głęboko oparłszy się o drzwi.
– Może trochę przesadziłam… –
szepnęła w zastanowieniu.
Jej myśli zostały jednakowoż
szybko odegnane, przez wypełnioną ziemią doniczkę wielkości kubka i
przyczepioną do niej, złożoną kartkę, które zalegały na szafce, stojące
niedaleko. Skonsternowana tym znaleziskiem, zbliżyła się do niego. Sięgnęła po
kawałek papieru, rozłożyła go i przeczytała zawartość.
Dla Złotowłosej
Zaopiekuj się tym tulipanem.
Obdarzony twą miłością, z pewnością wyrośnie i zakwitnie.
Wymawiając
wszystko na głos, nie mogła powstrzymać uśmiechu wypełzającego na jej oblicze,
który uzewnętrzniał przyjemne ciepło, jakie zaczęło ją wypełniać.
– Nie musiałeś… – westchnęła,
łapiąc w dłonie doniczkę, by zanieść ją w odpowiednie miejsce.
–
Co Ci tak zeszło? – warknął wyraźnie podenerwowany detektyw – Babskie
pogaduchy?
Jego zaczepce nic nie
odpowiedziało. Ubrana w żakiet brunetka minęła go tylko, podeszła do auta i
otworzywszy je, wsiadła do wnętrza. Podążył więc za nią i syknął, uderzając się
w zabandażowaną dłoń. W tym momencie nastałaby standardowa cisza, aczkolwiek
zdarzyło się coś niespodziewanego.
– Kim ona dla ciebie jest? –
zapytała młoda dziewczyna, uruchamiając silnik.
– Martynka? – westchnął z
zamyśleniem opierając głowę o szybę – Kimś, kto lubi tulipany. Kto szkodzi
samemu sobie i brzmi czasami wrednie, jednakowoż w tym tkwi jej urok. Ktoś, do
kogo mogę uciec, gdy upadam i życie traci sens.
– Yhym… – rozmówczyni wydała z
siebie nie do końca zadowolony dźwięk, kończąc tym samym krótką wymianę zdań i
umożliwiając milczeniu, na rozlanie się w przestrzeni.
– Niczym wspomnienie dawnej
miłości, która nigdy nie zdołała rozkwitnąć… – dodał niezwykle cicho, głosem
przepełnionym melancholią, pozwalając sobie na jeszcze chwilę odpoczynku od
rzeczywistości.
W końcu jednak zebrał się w
sobie, włączył radio, z którego zaczęły sączyć się przyjemne dźwięki i
spoglądając na godzinę, oświadczył:
– Jedź na targ. Zdążymy
jeszcze kupić pomarańcze.
Jego polecenie spotkało się ze
zdziwionym spojrzeniem. Nie mając ochoty jej nic wyjaśniać, zaczął więc machać
rękami pokazując jej, aby jechała. Ta zaś przerzuciła tylko oczami i ruszyła z
piskiem opon, irytując go tym.
Gdy
tylko samochód się zatrzymał, mężczyzna w płaszczu wyskoczył z niego, trzymając
w dłoni dokumenty otrzymane od Złotowłosej i zaczął iść ku bramie, przez którą
wchodziło, a także wychodziło pełno ludzi. Szybko jednak się wrócił, otworzył
drzwi pojazdu i rzekł:
– Poczekaj tu chwilkę.
Po tym zamknął je i odszedł. W
niedługim czasie znalazł się w tłumie ludzi chodzących między straganami,
którzy robili cotygodniowe zakupy. Pośród tej hałastry musiał odnaleźć około
pięćdziesięciopięcioletniego faceta z wyraźnym brzuszkiem. Na szczęście
wiedział gdzie ma go szukać. Ruszył więc szybkim krokiem w kierunku jedynego
stoiska z pomarańczami na tym targu.
– Czy on wszyscy muszą być
grubi? –rzucił do siebie, zastanawiając się, czemu ludzie których zna są albo
chudzi, albo przy kości.
Nagle jego myśli popłynęły w
stronę współpracownicy, która go tu przywiozła. Dopiero teraz sobie uświadomił,
iż w sumie widział ją tyle razy, lecz nie potrafi przypomnieć sobie jakiej jest
tuszy.
– Nie jest gruba. Chyba… –
mruknął, oglądając się za siebie, jakby w poszukiwaniu istoty, o której myślał.
Niestety kazał zostać jej w
aucie. Westchnął więc tylko i powrócił do swych poszukiwań. W końcu dotarł do
odpowiedniego miejsca i tam dostrzegł poszukiwaną osobę.
– Don Pablo! – odezwał się
radośnie, rozstawiając szeroko ramiona – Jak my się dawno nie widzieliśmy.
Pamiętasz mnie jeszcze?
– Jak mógłbym zapomnieć faceta,
który zniszczył moją rodzinę? – odparł grymaśnie zaczepiony jegomość,
wyszukując i wrzucając do worka pasujące mu pomarańczowe owoce.
– Oj, będziesz mi to
wypominał? Przecież to i tak nie była już twoja – rzucł, dobrze wiedząc iż jego
rozmówca tylko się z nim droczy. Nie mając jednak ochoty bawić się w kotka i
myszkę, szybko przeszedł do konkretów, które wcale tak nie brzmiały – Szukam
krawca i potrzebuję twej pomocy.
Na jego słowa, zajęty owocami
osobnik skonsternował się na moment i zaprzestał swych działań. Następnie
wyprostował się, spojrzał na niego i pretensjonalnym głosem wypalił:
– Przychodzisz do mnie jak
gdyby nigdy nic. Po dwóch miesiącach ciszy. Gdy ja oddaję się relaksie zakupów.
Mówisz na mnie don. Zero przeprosin. Zero tłumaczeń. Żadnego „Jak się czujesz
Pablo? Jak tam u ciebie?” Nic. Aby było lepiej mówisz mi, że potrzebujesz
krawca?! – mówiąc to jego twarz nabrała czerwieni – Krawca?! Cholera idź prosto
i skręć w prawo! Do widzenia!
Skończywszy swą wypowiedź,
odwrócił się i powrócił do swego zajęcia.
– Konkretnego. Takiego, który
szyje ze skóry – detektyw dopowiedział, a po tym, by uniknąć kolejnych
pretensji, rzucił przed rozmówcę teczkę – Ludzkiej skóry.
Zainteresowany nagle
pięćdziesięciolatek, podniósł leżący przed nim przedmiot i zaczął przeglądać
jego zawartość.
– Nie jest dobrze panie
detektywie – odezwał się poważnym głosem – W mieście rośnie napięcie. Ludzie są
jacyś poirytowani. Wszędzie rodzą się problemy. Zwykłe rzezimieszki nie boją
się atakować. Coś jest nie tak.
– Jest źle? – zapytał głupio,
łapiąc jedną z pomarańczy i zaczynając ją obierać.
– Nie jest stabilnie.
Przydałoby zrobić sobie wakacje, gdzieś daleko.
Po tych słowach zapadła cisza,
podczas której Pablo studiował dostarczony mu raport, a detektyw, ku niezadowoleniu
sprzedawczyni, pochłaniał nie należącą do niego pomarańczę.
– Dobra… Wypuszczę wici –
rozległo się oświadczenie, po którym teczka powróciła do prawowitego
właściciela – Nie wychylaj się panie detektywie. Może weź urlop. Dla swojego
dobra się ulotnij.
– Zastanowię się nad tym. Nie
mniej jednak ty też powinieneś sobie zrobić wakacje – odrzekł, oblizując mokre
od soku palce.
– I uważaj na Annę. Góra
zawsze ma jakiś cel w wysłaniu gdzieś swojego człowieka – dodał ciszej,
zabierając worek z pomarańczami i odchodząc powolnym krokiem.
Na to detektyw sięgnął do
swego kapelusza i spuścił go niżej na oczy. Rozejrzał się dyskretnie po okolicy
i nie dostrzegłszy niczego podejrzanego, ruszył z wolna w kierunku wyjścia z
terenu targu.
Znudzona
Anna stukała paznokciami palca wskazującego i środkowego lewej ręki o
kierownicę, rozglądając się za osobnikiem, z którym przyszło jej pracować. Nie
mogła go jednak nigdzie dostrzec. Westchnęła więc głęboko, zastanawiając się
ile ta chwilka mu zajmie. Nagle, nie wiedzieć dlaczego zirytowała się i
stwierdziła, iż muzyka, która płynie z jej radia, nie pasuje jej gustom.
Zaczęła więc majstrować przy częstotliwości odbieranych fal szukając czegoś
sensownego. Niestety płonne poszukiwania tylko potęgowały jej zdenerwowanie. Przycisnęła
więc przycisk zasilania i wyłączyła denerwujący brzęczyk. Następnie wyciągnęła
telefon i zaczęła przeglądać na nim ostatnie wiadomości. Nie miała do końca
pojęcia co ma robić. Wszystko działało jej lekko na nerwy, powodując nieznośny
ból głowy. Poddała się więc i odłożywszy telefon, oparła głowę o oparcie.
Następnie zamknęła oczy i westchnęła przeciągle, czując iż trochę się uspokaja.
– Już! – rzucił detektyw,
wpadłszy nagle do pojazdu i zamknąwszy za sobą drzwi z hukiem.
Biedna, przestraszona Anna
podskoczyła na te bodźce, czując jak jej serce momentalnie przyśpiesza. Jej
partner zaś nie przejmując się niczym, rzucił trzymaną w rękach teczkę na deskę
rozdzielczą i rzekł:
– To… Może nad rzekę? Znam
dobrą knajpkę – odezwał się, próbując się z nijakim skutkiem zapiąć pasem.
Wypowiedziawszy to spojrzał na
kobietę, do której mówił, zastanawiając się czemu ta jeszcze nie uruchomiła
silnika. Gapiąc się jak głupiec w jej zielone oczy, wydawał się nad czym
zastanawiać. Niespodziewanie sięgnął do swojej kieszeni i wyciągnął z niej
tabliczkę czekolady opakowaną w ładne, platynowe opakowanie.
– Dla ciebie. Za to, iż
musiałaś czekać. – rzekł, podając ją Annie.
Ta zaś nie wiedząc jak ma
zareagować, siedziała jak wryta i spoglądała głupkowato na swego rozmówcę. W
końcu jednak przyjęła podarek, położyła go w wnęce pod radiem i zapaliła
samochód przekręcając kluczyk w stacyjce. Kolejno uruchomiła kierunkowskaz i
włączyła się do ruchu.
Pośród
licznych, toczących się rozmów. W akompaniamencie znienawidzonego przez każdego
człeka, z rozwiniętym odpowiednio słuchem, gatunku muzyki. W pobliżu szerokiej
rzeki. Na jednej z ławek przed niewielką knajpką, siedziała sobie para złożona
z jegomościa w czarnym płaszczu, na który zdecydowanie było za gorąco i kobiety
w niebieskim żakiecie zajmujących się pochłanianiem lodów z szklanych
pucharków. Gdy jedno z nich delektowało się przysmakiem, drugie skupiało się na
treści raportu spisanego przez lekarza medycy sądowej. Oczywiście tym drugim
był nie kto inny jak detektyw, który czasami zapominał się i zaczynał jeść swe
zimne pożywienie na tyle szybko, iż jego głowa zaczynała boleć.
– Mam dość… – mruknął,
rzucając trzymane w dłoni papiery na stół, przy którym siedział.
Po tym schował twarz w
dłoniach i wydał z siebie dźwięki podobne do tych, które wydaje się podczas
łkania. W dziesięć sekund otrząsnął się z tego stanu i odsłonił swe oblicze,
aby spojrzeć na niewzruszoną niczym Annę. W tym momencie zaczął się jej
dokładnie przyglądać. Wpierw jego wzrok powędrował na jej dzierżącą łyżeczkę
rękę, która poruszała się w górę i w dół w niezbyt szybkim tempie. Tu zauważył
pierwszy szczegół, którym był brak pomalowanych paznokci i nazbyt poraniony
kciuk.
– Interesujące… – mruknął do
siebie wędrując wzrokiem na klatkę piersiową, szyję i w końcu twarz.
Tu oczarowały go jasnozielone
tęczówki z charakterystycznymi ciemnymi plamkami, otoczone przez rzadkie
zmarszczki, które nie wiedzieć czemu dodawały swej posiadaczce uroku. Z tych
niepozornych odbić duszy wyczytał coś niecodziennego. Otóż miał wrażenie, iż
patrzy się na kobietę, która tylko z wierzchu była tak spokojna i słodka. W jej
głębi wydawało się zaś tkwić coś naprawdę okropnego. Zło, nienawiść, podłość i
pragnienie zemsty, które toczyły ją jak przewlekła choroba, na którą zachorować
można jedynie doświadczając czegoś naprawdę przykrego. Nie chcąc dalej
spoglądać w ten obraz, skierował swój wzrok na nos. Ten okazał się bardziej
szeroki i krótki, niż długi i wąski. Z jego nasady zaś rozchodziły się liczne
jasne piegi, które bez bliższego przypatrzenia się, nie zaznaczały wyraźnie
swej obecności. Następnie przyszedł czas na szerokie, choć średniej grubości
usta, które skrywały za sobą niezwykle zadbane uzębienie. W tym momencie wzrok
detektywa przesunął się do góry, ku krótkim brwiom i wysokiemu czołu, na którym
rysowała się dosyć wyraźna, pionowo biegnąca żyła. Ponad wszystkim, na samym
czubku swoją prezencję wdzięczyły ciemne włosy, które wywoływały w obserwatorze
pewne zwątpienie, którego dokładnego źródła nie potrafił określić. Dopiero po
dłuższej chwili dostrzegł potwierdzenie tego, co chodziło mu po głowie. Jasne
odrosty. W tym momencie zadowolony z siebie, uśmiechnął się szeroko. W końcu
niecodziennie dochodzi się do wniosku, iż pracuje się z kimś kto farbuje włosy,
prawda?
– Przyglądasz mi się –
oświadczyła niespodziewanie Anna.
– Podziwiam twe oblicze –
odrzekł, a następnie dodał – Z wyraźnymi konturami. Kwadratowe, choć nieco
pociągnięte.
– Fascynujące – skwitowała
wszystko bezemocjonalnie, po czym wróciła do swych słodkości, które były już na
wykończeniu.
– Ile masz lat? – zapytał
nagle.
– Kobiet nie pyta się o wiek –
odparła mu z buzią pełną lodów, które przełknąwszy dodała – Dwadzieścia jeden.
Dlaczego pytasz?
– Zastanawiam się… Ale nie
mogłem cię znać – stwierdził, po czym coś przyszło mu do głowy – Znałem może
twoją matkę?
W tym momencie dziewczyna
zamarła, a mina jej zrzedła. Widocznie wspomnienie jej matki nie było czymś
przyjemnym.
– Nie sądzę – odparła chłodno,
ewidentnie pragnąc zakończyć ten temat.
Na szczęście w tej chwili
odezwał się dzwonek jej telefonu. Wyciągnęła go więc i oświadczywszy
odpowiednią formułką, iż słucha, rozpoczęła rozmowę. Nie trwała ona długo i z
jej strony składała się jedynie z potwierdzeń. W pewnym momencie wyciągnęła
dłoń z urządzeniem do rozmówcy i rzekła:
– Coś do ciebie. Taksówkarz ma
alibi. Opiekunka zapadła się pod ziemię.
– Aha… – rzekł jej, a gdy
przyłożył słuchawkę do ucha, oświadczył – Słucham?
– Chciałeś ostatnio informacje
o Zygusiu. Myślałem, że dałem ci wszystko, ale ostatnio pogrzebałem trochę.
Popytałem tu i tam, no i mam – odezwał się znajomy głos.
– Zamieniam się w słuch –
powiedział, odwróciwszy się plecami do swej towarzyszki.
– Gość dobrych kilka lat temu
mieszkał w tym mieście… Cholera no. Nie pamiętam nazwy. Potem to sprawdzę. Tak
czy siak. Mieszkał tam i pracował jako radiowiec. Czyli nic specjalnego, ale…
Ponoć miał na pieńku z wszelaką mafią, ze względu na swoją wścibskość. Do tego
ponoć miał niezłe wtyki. Te wiersze, które odczytywał co tydzień. Ponoć pisał je
jakiś wpływowy mafiozo, ale kto wie czy to nie jest tylko bajka.
– Sugerujesz, iż to mogła być
jakaś zemsta po latach? – zapytał nagle.
– Wątpię. Całe miasto poszło z
dymem i zostały po nim tylko zgliszcza. Dużo ludzi zginęło. Rodziny ponoć się
rozpadły. Nie ma raczej na to większych szans, ale pomyślałem, że to może jak
już się tego dowiedziałem, to ci przekażę– odparł.
– No dobra… Podeślij mi
później namiary. Każdy trop jest dobry – zażądał, a następnie zechciał zmienić
temat – Jak tam u…?
– Sorki. Muszę lecieć. Mamy
wezwanie – przerwano mu, a następnie połączenie zostało zerwane.
Wzdrygnął więc na to ramionami
i odwrócił się z powrotem ku Annie. Podczas tego czynu, spojrzał na ekran jej
telefonu, na którym ujrzał powiadomienie od nieodczytanej wiadomości, która
właśnie nadeszła.
– Ktoś cię kocha – oświadczył
jej, oddając jej urządzenie, po czym wstał ze stęknięciem i oddalił się o
piętnaście metrów do barierek oddzielających dreptak od brzegu rzeki.
Tam oparł się o nie i
westchnął przeciągle, obserwując stojącego po połowę ud w wodzie mężczyznę,
który co chwila łapał na wędkę jakąś rybę i wypuszczał ją.
– Bezsens… – mruknął.
– Jest jej dokładną odbitką –
odezwał się dobrze znany mu głos, którego lokalizacji nie mógł określić.
– Kto? – odrzekł mu opryskliwie.
– Córka – radość
przepełniająca słowa, które zarejestrował jego mózg, zirytowały go.
– Kogo? – rzucił, nie wiedząc
o co może chodzić.
– Może to chciała ci
powiedzieć… – rozległo się zapytanie.
Gdy tylko zaś wybrzmiało,
skroń detektywa przeszył świdrujący ból, który zmusił go do przyłożenia dłoni
do głowy i pochylenia jej na bolesną stronę.
– O co ci chodzi? – odparł,
przezwyciężając niedogodność.
– Dobrze wiesz o co. Wiesz to.
Widzisz to. Czemu się okłamujesz? – mówił głos, jakby coraz głębiej zanurzając
się w jego myślach.
– Niczego nie wiem – odparł,
machnąwszy ręką, jakby chciał odpędzić coś krążącego wokół głowy.
– A może nie chcesz wiedzieć?
– padło zapytanie.
– Zostaw mnie do cholery w
spokoju! Mam cię dość! – wrzasnął obracając się w stronę, z której przyszedł.
Wtedy ujrzał, a jakżeby
inaczej, Annę stojącą z zapomnianą przez niego teczką w dłoni. Spoglądał na nią
pełnym nienawiści wzrokiem, który nie był przeznaczony dla jej osoby. Widział w
jej oczach, co się szykuje. Dobrze znał rozwój sytuacji. Wiedział, iż może się
spróbować wytłumaczyć. Miał tego świadomość, aczkolwiek… Nie miał do tego
chęci. Nie wypowiedział więc ani słowa i odwrócił się na pięcie, by zacząć iść
przed siebie w celu oddalenia się od okropności rzeczywistości.
– Cholera.. – mruknął sam do
siebie, rozmyślając nad wzięciem urlopu, jak mu zostało nawet doradzone.
Jegomość
idący z głową pękającą od znerwicowania, wkroczył do jakiegoś parku. Zamierzał
zasiąść tam na którejś z ławek, jednak został niespodziewanie zaczepiony przez
dwóch zacnych rycerzy ortalionu. Ci oczywiście zapytali go w swej gwarze cóż
takiego go trapi. On im jednak nie odpowiedział. Jedyne co, to zaczął zdejmować
swój płaszcz. Podczas tego usłyszał niewybredny komentarz, który zbytnio nie
przypadł mu do gustu. Gdy w końcu stał, trzymając w dłoni element swego ubrania
spojrzał szybko na swych przeciwników, aby ocenić ich aparycję. Zebrawszy
potrzebne informacje i dobrawszy odpowiedni moment, rzucił jednemu na głowę
ciuch, po czym poczęstował drugiego potężnym lewym sierpowym w szczękę, który
posłał go prosto na ławkę. W tym momencie pierwszy z przeciwników pozbył się
przedmiotu zasłaniającego jego wzrok. Wyrobił się w odpowiednim momencie, by
zobaczyć prawy prosty, który rozkwasił mu nos i zmusił do cofnięcia się o kilka
kroków. Adrenalina mu momentalnie podskoczyła, lecz nie zdążył uczynić z tego
żadnej korzyści, albowiem błyskawicznie otrzymał uderzenie na wątrobę, które
poprzedziło to na podbródek. To odebrało mu władzę w ciele i skazało na upadek.
Aby nie ryzykować jego podniesienia się, detektyw kopnął potężnie w jego
kostkę. Usłyszawszy satysfakcjonujący dźwięk, obrócił się do osobnika, który
mimo nokautu starał się podnieść i zdołał nawet dobyć noża z kieszeni. Ten
widok ucieszył go niezwykle. Zbliżył się więc do swej ofiary i z szaleńczym
uśmiechem złapał za jej dłoń, a następnie skierował ją w jego udo, w które
zanurzył lekko stępione ostrze. Gdy skończył, cofnął się o kilka kroków, by
spojrzeć na swe dzieło. Stwierdziwszy, iż pozbył się zagrożenia wyciągnął z
kieszeni telefon i wykręcił numer alarmowy.
– Nad rzeką. W parku – rzucił
nim dyspozytor zdołał się odezwać, po czym rozłączył się.
Nagle z jego oblicza spadł
uśmiech i na jego miejscu pojawiła się jedynie zimna obojętność. Z taką
aparycją podniósł z ziemi swój płaszcz i kapelusz, który zdołał gdzieś podczas
walki upaść. Następnie nałożył je na siebie i ruszył powolnym krokiem wprzód.
Nie przestąpił jednak pięciu kroków, a jego urządzenie do komunikacji
zawibrowało. Wyciągnął je więc i odczytał, krótką wiadomość od swego
przyjaciela z pracy.
– Polesie… – mruknął
zdecydowawszy, gdzie go dziś zaprowadzi los.
Był jednak jeden problem, w
którego rozwiązaniu mógł pomóc mu tylko jego dobry kumpel z drogówki. Otóż od
kiedy odzyskał kluczyki do swego auta, nie mógł go znaleźć. Pozostawał więc
zaradzić coś na ten mały szczegół i ruszać w drogę.
Niski,
czarny samochód mknął z niebywałą prędkością po od dawna nieuczęszczanej
drodze. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet różnorakie zwierzęta oddające
się swemu życiu. Mężczyzna, który zaś siedział w jego wnętrzu słuchał
wyciszonego dźwięku wiatru, uderzającego w pojazd. Przy tym czuł się
niekomfortowo. Nie miał pojęcia dlaczego, lecz takie uczucie towarzyszyło mu
zawsze, gdy prowadził. Minęły dwie godziny podróży, gdy wyjechał z lasu, którym
przemieszczał się od dłuższego czasu, prosto na równiny, które miały za
niedługo przejść w wyraźną dolinę.
– W końcu… – mruknął do
siebie, czując w gardle mdłości.
W ciągu kolejnych dziesięciu
minut stanął przed, trzymającymi się nazbyt dobrze jak na kondycję miasta,
starymi murami i wysiadł z swego pojazdu, zatrzymując wcześniej pracę silnika.
Pierwszym co zrobił, było odejście kilka kroków za auto i zwymiotowanie
wszystkiego, co jeszcze znajdowało się w jego żołądku. Po tym wyprostował się,
westchnął głęboko i rozciągnął zastałe mięśnie. Zakończywszy te czynności
ruszył ku bramie mieściny i stanął w niej jak wryty. Oto przed nim rysował się
obraz zrujnowanej miejscowości, w której prócz dzikich zwierząt mieszkały chyba
tylko upiory. Z jednej strony czuł straszny niepokój, a z drugiej męczyło go
nieodparte wrażenie, iż skądś zna to miejsce.
– Byłem tu? – zapytał samego
siebie, nie otrzymując oczywiście odpowiedzi.
Jednak miał wrażenie, iż na skraju
świadomości ktoś szepcze mu jedno słowo: „Wróciłem”. Ruszył więc wolnym
krokiem, spoglądając na stojące wszędzie pomniki przeszłości. Mimo, iż miał
pojęcia, gdzie się kieruje, nie martwił się o to, iż się zgubi.
Jakieś
pół godziny zajęło mu dotarcie do starego blokowiska, które wzbudzało w nim
głęboką nostalgię. Miał wrażenie, iż w tym miejscu spędził niegdyś dużo czasu,
jednak za nic nie mógł sobie tego przypomnieć. Jedyne co świdrowało jego głowę
jako wyraźne wspomnienie była kładka, na której aktualnie stał. Już chciał udać
się do wnętrza starych, zniszczonych i nie wiadomo jakim cudem utrzymujących
się jeszcze bloków, gdy głos radiowca, którego sprawę badał, zwrócił mu uwagę:
– Nie to jest twym celem jak
mniemam.
– Nie… – przyznał mu cicho
rację, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ku centrum, gdzie miał nadzieję
znaleźć stojący jeszcze budynek redakcji radia, w którym za życia pracował
Zygmunt.
Dotarł w założone miejsce w
koło piętnastu minut. Stojąc przed zgliszczami budynku, który w obecnym stanie
nie różnił się zbyt wiele od innych, westchnął. Następnie kucnął i podniósł
jeden z kamieni.
– Radio Doba. Ech… Aż się
łezka w oku kręci – odezwał się znów znajomy głos radiowca. – Pamiętasz te
czasy? Gdy przyszedłeś tu pierwszy raz. Chyba zmierzałeś do Blondyna…
Te słowa sprawiły, iż dźwignął
się szybko, by ujrzeć zupełnie odmienione otoczenie. Nie było śladu po
pochmurnym niebie, czy rozległych zniszczeniach. Miasto, w którym się znajdował
wręcz kipiało życiem pod licznymi promieniami słonecznymi, które gotowały
powietrze. Na jego plecach nie wisiał zaś płaszcz, a na głowie brak było
kapelusza.
– Musisz iść prosto na Plac
Wolności. Tam wsiądziesz w dziesiątkę i pojedziesz do końca. Stamtąd już
spokojnie trafisz. Są znaki. Zrozumiał? – stojący przed nim Zygmunt tłumaczył
mu drogę, o którą prawdopodobnie wcześniej zapytał.
– Tak – odrzekł głosem, który
brzmiał młodziej i zdrowiej o jakieś dwadzieścia lat.
– No to spadaj – rzucił
rozmówca, po czym odwrócił się i wszedł do budynku, w którym pracował.
Detektyw zaś ruszył według
przekazanych mu wskazówek i w niedługim czasie znalazł się w autobusie. Jadąc
nim, nie mógł odciągnąć wzroku od swego nikłego odbicia w szybie, które
pozbawione było wszelakich skaz i wyglądało jakby było z okresu, gdy miał koło
siedemnastu lat. Zafascynowany swą posturą nie zauważył nawet kiedy podróż
minęła i zmuszony został do tego by wysiąść. Gdy to zrobił, nie trafił na
chodnik, a na ogromne schody wyłożone czerwonym dywanem. Zdziwiony odwrócił
się, by dostrzec za sobą jedynie zamknięte, drewniane drzwi. Wzruszył więc
ramionami i zaczął iść w górę. W połowie drogi dołączył do niego starszy
kelner, który od razu zaczął wypytywać o jego życzenia odnośnie posiłku. Został
jednak zignorowany. Kilka kroków później detektyw w ciele młodzieńca wkroczył
do rozległej sali wypełnionej stolikami i ogarniętej nieopisanym przepychem.
Zdumiony zaczął gapić się w sufit tak odległy, iż gwiazdy na nim namalowane,
wydawały się być prawdziwe.
– Przyjacielu! Zachowujesz się
jakbyś był tu pierwszy raz! – zawołał do niego blondyn w białym garniturze,
który ni stąd, ni zowąd do niego podszedł.
– Jestem tu drugi raz. Nowy.
Nie wiem jak można mnie z kimś pomylić – mruknął w odpowiedzi.
– Nie mylę! Nie mylę! –
zakrzyknął rozmówca – Jesteś wyjątkowy. Czuję to w kościach.
Wymówiwszy ostatnie zdanie
złapał go pod rękę i zaprowadził do baru.
– Dobra. To jest teczka, którą
musisz zanieść do katedry. Tyle chciałem – oświadczył mu, przekazując srebrny
przedmiot.
– Robota jak robota –
stwierdził, odbierając przesyłkę i już miał zacząć iść do wyjścia, gdy
powstrzymały go słowa blondyna.
– Wpadnij tu jeszcze. Mam
wrażenie, iż się zaprzyjaźnimy – uśmiech, który towarzyszył temu wyznaniu był
tak szczery i szeroki, iż można było aż zakwestionować jego prawdziwość.
Po tym ruszył do drzwi
wyjściowych i gdy tylko przekroczył ich próg, znalazł się w rozległym wnętrzu
katedry. Wokoło rozbrzmiewały dźwięki religijnych pieśni śpiewanych po łacinie,
mimo, iż nie było nikogo, kto mógłby je wykonywać. Zaczął więc iść powolnym
krokiem ku ołtarzowi. Gdy zaś do niego dotarł, uklęknął, przeżegnał się i
postawił teczkę obok niego. Po tym miał już sobie iść, gdy niespodziewanie
dostał pytanie.
– Czemu to robisz młodzieńcze?
– głos starego proboszcza zmusił go do zastanowienia.
– Tak mnie nauczyli – odrzekł
mu szczerze.
– Jeśli modlisz się, ponieważ
ci kazali, nie powinieneś tego robić. Nigdy nie odnajdziesz Boga, nawet jeśli
będziesz poszukiwać go z całego serca. To On odnajdzie ciebie. Gdy zaś to
nastąpi… Zaczniesz się modlić – oświadczył klecha, a następnie zbliżył się do
ołtarza, zabrał spod niego srebrny pakunek i oddalił się na zakrystie.
– Ciekawe… – mruknął
młodzieniaszek pod nosem, a następnie odwrócił się ku wyjściu.
Wtem, ktoś wyskoczył na niego
z boku. Uniósł więc lewe przedramię, aby zablokować potencjalny cios. Prawą
dłonią zaczął zaś sięgać po broń. Nagle uczuł jak coś wbija się w jego ciało
tuż za nadgarstkiem i tnie w stronę ramienia. Ból był niemiłosierny, lecz
pobudzający. Błyskawicznie wyciągnął pistolet i strzelił napastnikowi w brzuch.
Po tym odtrącił jego umierające jestestwo i skupił się na ranie, w której wciąż
tkwił myśliwski nóż. Syknął na ten widok, lecz postanowił nic z tym na razie
nie robić i jak najszybciej udać się do szpitala. Zaczął więc biec w stronę
wyjścia, gdy bez ostrzeżenia rozszedł się po świątyni dźwięk wystrzału.
Momentalnie ścięło go z nóg. Wylądował na przykrytej czerwonym dywanem posadce
z uczuciem jakby coś mu umykało.
– Co do…? – chciał zapytać,
lecz odebrało mu dech.
Nie wiedząc co się dzieje
spojrzał w stronę wyjścia, gdzie dostrzegł zarys kobiecej postaci, skąpanej w
promieniach słońca. Wyciągnął ku niej dłoń jakby pragnąc ją dorwać. To jednak
na nic się nie zdało. Użył więc ostatku swoich sił, aby przewrócić się na grzbiet.
Jego kończyny górne, jakby w naturalnym porządku rozłożyły się szeroko. W taki
sposób leżał na kształt krzyża i spoglądał słabnącym wzrokiem w malunki
przedstawiające wyobrażenie nieba. Wszystko to trwało do momentu, gdy jego
świadomość nie umknęła niezauważenie w czerń nieskończonej pustki.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz