Zjawa - Fragment X
– Wróciłaś – zauważył,
nie racząc zbliżającej się Złotowłosej nawet przelotnym spojrzeniem.
– Znaleźli coś? – zapytała,
opierając się o to samo drzewo, co on.
– Nie. – W jego głosie słychać
było lekkie rozgoryczenie.
– Za długo spacerowałam?
– Nie – odparł, zmieniwszy
odpowiednio ton – Zawiozę cię do domu.
– Dobrze.
Mimo oświadczenia, nie ruszył
się. Wpatrywał się tylko w krzątających się przy schronie techników. Zmartwiona
Martyna wyciągnęła dłoń, lecz nim zdążyła go dotknąć, ruszył wolnym krokiem do
samochodu. Nie zaszedł jednak daleko, gdyż niespodziewanie dostrzegł zbliżającą
się ku niemu Annę.
– Pani detektyw! – zabrzmiał
nawet radośnie, nim sarkastycznie nie zauważył – Wygląda pani nieco wczorajszo.
Ciężka noc?
– Jakim prawem przeprowadzasz
śledztwo beze mnie?! – wrzasnęła agresywnie.
Już miał odpowiedzieć jakimś wrednym
komentarzem, gdy Złotowłosa postanowiła stanąć między nimi i się wtrącić:
– Wyszliśmy na spacer i
natknęliśmy się na wszystko przypadkiem.
Obecność osoby trzeciej
otrzeźwiła nieco Annę i pohamowała jej złość.
– Technicy nic nie znaleźli.
Może w laboratorium coś wyjdzie, choć wątpię.
Ta informacja sprawiła, iż
napięcie ogarniające jej ciało widocznie zelżało, ustępując miejsca zmęczeniu potwornemu
zmęczeniu.
– Zawieźć cię do domu? –
zaproponował detektyw.
– Tak – westchnęła, nie mając już
na nic siły.
Stuknięcia obcasów odbijały
się echem po klatce schodowej, czyniąc wrażenie, iż więcej niż dwie osoby się
nią wspinają. Anna wyglądała jakby miała coś na myśli. Detektyw zaś kroczył z
pustką w głowie, jakby zupełnie zatraciwszy świadomość. Może dlatego żadna
rozmowa nie zrodziła się ani teraz, ani podczas podróży samochodem.
W końcu oboje dotarli na odpowiednie
piętro i skierowali się do swych mieszkań. Szczęknięcia mechanizmów zamków
rozbrzmiały niemal jednocześnie, podobnie jak skrzypnięcia zawiasów.
– Nie zapytałeś mnie, dlaczego
tak wyszłam – zagaiła zadręczona myślami Anna.
– Gdyby to było związane z
pracą, na pewno byś mi powiedziała. – Detektyw nawet na nią nie spojrzał.
– Może…
Ledwo zaczęła zdanie, a on
przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi. Normalnie osłupiałaby z tego braku
ogłady i zirytowała się ponad miarę. Niestety zmęczenie po nieprzespanej nocy
skutecznie ją przed tym powstrzymało. Wypuściła tylko ciężko powietrze przez
nos i wkroczyła do mieszkania.
Drzwi dopiero co się domknęły, a detektyw już skierował się ku kanapie, na której zasiadł, ciężko wzdychając. Następnie zanurzył twarz w dłoniach i nasłuchiwał dobiegających zza ściany dźwięków. Te szybko umilkły, gdyż Anna udała się praktycznie prosto do sypialni. Siedząc w ciszy i względnej ciemności, zanurzył się w ogarniającą umysł pustkę. Ostatnimi czasy nie brał nic na poważnie. Pozwalał się nieść nurtowi życia, jakby było mu całkowicie obojętne. W końcu poczuł jednak, iż tak być nie może. Zebrał się w sobie. Przetarł oblicze. Wziął głęboki wdech i przesuną wzrokiem po mieszkaniu, by zatrzymał się na płaszczu, zawieszonym koło wejścia. Przyglądał mu się chwilę, aż w końcu wstał, podszedł do niego i wyciągnął z kieszeni należące do Remigiusza zdjęcie. Spoglądając na nie, doznał olśnienia. Nieco zzieleniały brąz oczu, rysy twarzy i nos, uświadomiły mu, dlaczego miał wrażenie, iż gdzieś już widział Annę. Nie było wątpliwości, iż musiał zbadać to podobieństwo i zagłębić się jakoś w przeszłość współpracownicy. Potrzebował też zapoznać się z aktami poprzednich ofiar Zjawy. Wszystko jednak w swoim czasie. Najpierw bowiem planował zająć się kwestią znalezionego w biurku klucza, który spoczywał w innej kieszeni.
Trzask zamykanego
samochodu ledwo przebił się przez zgiełk skąpanego w popołudniowym słońcu
miasta. Detektyw westchnął naciskając przycisk na pilocie i wolnym krokiem udał
się z końca parkingu w kierunku głównego wejścia.
– Boże jaki on brzydki! –
Pełne zdegustowania wykrzyknienie zwróciło jego uwagę, gdy niemal dotarł do
celu. – Wolałem jak był taki brudnokremowy. Popatrz teraz. Białe to i świeci
się jak psu jajca!
Szybkie spojrzenie w kierunku
chodnika, ukazało proklamującego w boleści przechodnia, który nie miał już
chyba na co narzekać, więc czepił się fasady komisariatu.
– Przesadzasz. Ładnie wygląda.
Tak nowo i świeżo. – Skomentował jego towarzysz.
Na to detektyw, spojrzał się
na budynek i zamyślił na chwilę.
W sumie…
Uformowawszy sobie zdanie
o czymś, na co do tej pory nie zwracał uwagi, otworzył w końcu masywne drzwi i
wkroczył do wnętrza. Już miał począć rozmyślać o jego architektonicznym
kunszcie, gdy przypomniał sobie po co tu przyszedł. Szybkim krokiem przeszedł
pod gabinet komendanta i pociągnął za klamkę. Przejście nie otworzyło się
jednak tak jak się spodziewał. Pociągnął więc raz jeszcze, z tym samym
skutkiem.
– O! Panie detektywie! –
zaczepiła go wychodząca z pokoju obok sekretarka.
– Dzień dobry Kasiu. Wiesz
może gdzie jest komendant?
– Wyszedł do lekarza – mówiąc
przestępowała z nogi na nogę.
– A wiesz kiedy wróci?
– Niestety nie…
Wszystko w jej aparycji
sugerowało zakończenie rozmowy i może tak by było, gdyby nie fakt, iż coś sobie
przypomniała.
– Ale! Kazał ci coś dać! –
Szybko wbiegła do pokoju, by zaraz wybiec i podać teczkę – Dziwił się, iż nie
przyszedłeś wcześniej.
– Dziękuję.
– Nie ma za co – rzuciła
niemal podskakując w miejscu – A teraz przepraszam!
Detektyw spoglądał jak jego
rozmówczyni ucieka korytarzem i wbiega do toalety. Gdy zaś zniknęła mu z pola
widzenia, zerknął na zawartość teczki.
– Hmm… – mruknął, po czym udał
się wolnym krokiem z powrotem do samochodu.
W zapachu starych książek
było coś takiego, co wywoływało u detektywa pragnienie kawy. Jakby te dwie
rzeczy łączyły się jakoś ze sobą. Tylko dlaczego? Czyżby kiedyś pijał kawę, przesiadując
w miejscu pełnym książek? Czy było to tylko dziwactwo podświadomości? Z jednej
strony miło byłoby wiedzieć. Z drugiej… Odpowiadanie na tego typu zagadki, nie
zawsze kończyło się dobrze.
Głośne westchnięcie wybrzmiało
z ust detektywa, gdy oprzytomnił się, iż od jakiegoś czasu pustym wzrokiem
wpatruje się w akta Anny.
– Urodzona, przez babkę wychowana…
– podsumował nic nie wnoszącą historię życia dziewczyny.
W jej życiorysie nie było nic
wyjątkowego, prócz zastrzelonej w starym hotelu matki. O tej zaś też niewiele
było. Oficjalnie pracowała jako ochrona szefa jakiejś mafii. Można było się
tylko domyślać, czym zajmowała się naprawdę. Ojciec oczywiście nieznany.
Przynajmniej z kluczem
Remigiusza poszło mu lepiej. Okazało się, iż pochodził z depozytu, będącego
oddziałem banku mieszącego się w Polesiu.
– Polesie. – Zamknął teczkę i
odłożył ją na stolik, by przetrzeć oczy.
Matka Anny pracowała w tym
mieście. Może to miało jakiś związek.
Może za dużo o tym myślał. Czuł się bowiem dziwnie. Jakby rzeczywistość się
delikatnie rozmywała. Jakby wszystko było troszkę wolniejsze, a za razem nic
się nie działo. Zwalając to na zmęczenie, podniósł się, złapał teczkę i opuścił
bibliotekę, by znaleźć jeszcze ślusarza.
Wchodzenie po schodach wydawało
się detektywowi takie dziwne. Zupełnie jakby się cofał, a nie szedł na przód.
Mimo to, po kilku schodach znalazł się w korytarzu o czerwonych, pokrytych
złotymi znakami ścianach. Już wiedział dlaczego wszystko było takie nierealne.
Zbyt dobrze znał to miejsce i nieodparte poczucie, iż musi już iść. Niestety
odejście nie było takie łatwe. Jakaś moc ciągnęła go bowiem ku upadającej na
końcu korytarza blondynki. Okropny strach, cierpienie i pustka narastały w nim,
gdy przybliżał się do nieznajomej. Nie chciał tego znów doświadczać. Nie mógł
tego ponownie przeżywać. Z zewnątrz docierał coraz głośniejszy odgłos bombardującej
wszystko ulewy. W oknie pod którym leżała kobieta, odbijała się postać o
zimnym, zielonym wzorku.
– Nie! – wrzasnął niemal zrozpaczony.
Wykrzesawszy z siebie ostatek
sił, rzucił się na drzwi po lewej i wpadając do wypełnionego białym dymem
pokoju, usłyszał od wychudłej postaci w masce:
– Nie możesz wiecznie uciekać.
*****
Fragment XI
Komentarze
Prześlij komentarz