Śniący

     Zimne krople spływały po chłodnych, kamiennych ścianach prosto na rzeźbione podłoże, w którego wykrytych wzorach płynęła ciecz gęstsza i ciemniejsza od wody. Z wysokiego stropu zwisały wielkie, refleksyjne stalaktyty, łączące się gdzieniegdzie ze srebrzystym stalagmitami w wielokolorowe, wielokształtne stalagnaty. Mimo braku jakiegokolwiek źródła światła w pomieszczeniu panował lekki półmrok. Ogromna przestrzeń wypełniona była dziwną atmosferą, rozbudzającą strach, ciekawość i nieposkromione podniecenie.

- Kap, kap… Woda kapie? Spływa kropla za kroplą. Czy wciąż tu jestem? Czy to kolejny sen? Czemu cieniu tu znalazłem się? Cóż stało się? Kap, kap… Kap, kap… Coś kapie. Kap… Ciągle kapie. Kap… Kap… - rozniósł się cichy, zmęczony, zaspany szept.





     Gałęzie drzew muskane były przez oślepiające światło odbijające się od licznych luster i kryształów. Na ścieżce idącej przez gęste zarośla znajdowała się młoda jasnowłosa dziewczyna. Spacerowała powoli z lekkim uśmiechem na twarzy, obserwując otoczenie. Mimo, iż humor jej dopisywał, nie miała się z czego cieszyć albowiem wczesnym rankiem zaraz po zdaniu egzaminów, dowiedziała się, ile zostało jej jeszcze czasu. Nie przejmowała się jednak tym faktem. Nic nie mogło zakłócić szczęścia, wypełniającego całą jej świadomość, gdy szła do niego. Właśnie... do niego. Jedyny fakt, który starała się odsunąć na granice swego umysłu. „On taki nie jest. To tylko moje marne, bezsensowne uczucia. ” Powiedziała sobie w myślach po raz kolejny, aby choć trochę upewnić się w przekonaniu, że on nic do niej nie czuje i odpędzić wątpliwości. Niespodziewane myśli zakłóciły powolny spacer, zatrzymując dziewczynę pod jednym z większych drzew. Nagle zorientowała się, że nie wie gdzie się znajduje. Musiała gdzieś zboczyć podczas zamyślenia. Rozglądnęła się więc wkoło i ujrzała kilku mężczyzn w brązowych szatach.

- Co tu robią mężczyźni? I czemu nie mają swych strojów roboczych? – wymamrotała do siebie.

     Po chwili spostrzegła, iż o czymś rozmawiają. Podeszła więc bliżej, aby cokolwiek usłyszeć. Chowając się w zaroślach i zbliżając do rozmówców, spostrzegła również, że na ich szyjach nie było klejnotów kontroli. Coś ewidentnie było nie tak. Musiała powiadomić radę.

- Mówiłeś, że wiesz jak tam trafić! – szeptał jeden z nich wyraźnie zdenerwowany.
- Mówiłem, że znalazłem wskazówki. Jednak nie trafimy tam bez kogoś, kto tam nie był. – jęczał drugi.
- Panowie. Ja wam nie chcę przeszkadzać. Głównie dlatego, że chcę wygrać zakład, ale tam siedzi jakaś dziewczyna w krzakach i zastanawia się co robić. – rzekł trzeci przerywając rozpoczynającą się kłótnię.

     Młoda kobieta spanikowała. Chciała rzucić się do ucieczki, lecz uświadomiła sobie, iż nie może się ruszyć. Niewielkie magiczne sploty wiązały jej umysł i ciało. „Przecież mężczyźni są niemagiczni. Jak to jest w ogóle możliwe? I to bez katalizatorów! On kiedyś wspominał, lecz to było przed...”. Nie było czasu by na przemyślenia. Dziewczyna błyskawicznie uwolniła się z więzów i zaczęła biec przed siebie bez opamiętania.





     W ogromnym pomieszczeniu rozległy się głośne kroki, które gdy tylko ucichły zastąpione zostały przez słowa mężczyzny.

- Po nici do kłębka. Mówiłem, że młoda dama nam pomoże.
- Ty to naprawdę znasz się na kobietach. – odezwał się drugi z trójki.
- Panowie. Jesteśmy tu. Wreszcie! – zakrzyknął trzeci.
- Ćśśś… Trochę szacunku. – skarcił go pierwszy.


     Dziewczyna przestraszona jeszcze bardziej pobiegła w jedyną stronę, w którą mogła. Biegła do niego, z przekonaniem, iż tym razem znów jej pomoże. Niestety jej krok szybko zwolnił. Poczuła bolesny ścisk w brzuchu. Znów powróciła świadomość, iż więcej się z nim nie spotka. Odrzuciła jednak te myśli na bok i znów przyśpieszyła. Była już blisko ogromnej ściany, z ciemnofioletowego kryształu, gdy nagle potknęła się i upadła rozcinając sobie czoło o nierówną posadzkę. Syknąłwszy z bólu, podniosła się na klęczki, tylko po to by ujrzeć humanoidalną postać, bez twarzy i jakichkolwiek obrysów, zatopioną w kryształowej ścianie. Uśmiechnęła się lekko, przymrużając oczy, zalewane krwią. Czuła jak świadomość z niej ucieka, uwalniając, trzymaną niepewnej uwięzi niestabilną moc. Przekonanie, że on jej pomoże, było jednakowoż zbyt wielkie, aby czuła jakikolwiek smutek, czy zmartwienie. Wstała więc, a następnie podeszła do uwięzionej istoty, aby złożyć na jej głowie pocałunek. Gdy to uczyniła, kryształ wokół postaci zaczął się upłynniać i spływać po niej. Dziewczyna odsunęła się kawałek, wpatrując w niecodzienną sytuację. Nie zważała na szybko zbliżających się mężczyzn, wykrzykujących różne słowa. Po chwili nastąpiło głębokie westchnięcie, brzmiące jak to, które następuje po wybudzeniu się z straszliwego koszmaru. Razem z nim przed młodą kobietą stanęła trzymetrowa istota, przyodziana w szaty koloru królewskiej purpury i srebrny, nieco już sczerniały pancerz.

- Znam Cię… Ty jesteś… - odezwał się męski głos postaci, która rysowała krwiste rysy swoimi ostrymi  szponami na policzku, szyi i lewym obojczyku dziewczyny, stojącej w milczeniu i ekstazie.

     Spostrzegając zawieszkę w kształcie krzyża, wiszącą na jej szyi, istota złapała ją w swą dłoń i wpatrywała się w nią, próbując sobie przypomnieć. Niespodziewanie kobieta zesztywniała, jej skóra zbladła nienaturalnie, a oczy zaszły gęstą, nieprzejrzystą mgłą. Następnie jej ciało przechyliło się w tył, chyląc się ku upadkowi. W jednym momencie jej pusta, cielesna powłoka upadła skończywszy swój żywot. Trzech mężczyzn obserwujących całą sytuację, zastygło w bezruchu. Stali jak wryci, nie mogąc się ruszyć. Wpatrywali się w majestat osoby stojącej przed nimi, która nie wyrażając jakichkolwiek emocji, schowała zawieszkę i ostatni raz spojrzała na martwe ciało leżące na kamiennym podłożu, niszczone przez resztki, pozostawionej w niej energii.

- Panie! – gorączkowo, wydusił z siebie jeden z nich, upadając na kolana w zamaszystym pokłonie.
- Panie. – rzekli pozostali dwaj, idąc w ślady swego kompana.
- Witamy w Haliaedzie. – odezwali się wszyscy razem.





     Brunatno-pomarańczowe słońce rzucało właśnie swe ostatnie promienie na niezliczone, piaskowe wydmy sięgające po horyzont, gdy cztery postacie zmierzały w dół przepastnej czeluści, gdzie niegdyś znajdowała się, zawieszona teraz w powietrzu, wyspa życia.

- Halieda. Niegdyś miasto naszych snów. Teraz kipi tęsknotą murów. Niegdyś arka. Teraz niewspomniany wrak. Tak upada nasz świat. Pnąc się w górę… Upada ducha znak. Zostaje marny cień. W nim żyć będziem. – mówił młody blondyn, wpatrując się w przestrzeń oświetloną słabym światłem.
- Na nic naiwne sny. Potrzeba nam ucieczki. – rzekł najstarzej wyglądający z czwórki.
- Wszystko przez chciwość trzech dziedziczek. – podkreślił ten o rudym kolorze włosów.
- Kto przewidzieć mógł? Słabość winą nie jest. Jedynie słabością. Choć nic nie wróci. Coś się skończy, a coś zacznie. Dzięki naszemu panu, era odrodzenia stanie się. – powiedział patrząc na blondyna, rudzielca, a na końcu na wielką sylwetkę czwartej osoby.


     Ta zaś wydawała się wpatrywać w rozległą przestrzeń dookoła, lecz nie można było tego do końca stwierdzić, ze względu na kaptur, rzucający nieprzenikniony mrok na jej oblicze.

- Wybacz panie, lecz będę z panem szczery. Prawda jest taka, że nie wierzyliśmy w pana istnienie. Czy pan uwierzyłby w istnienie legendarnego czarnoksiężnika, który władał tą niegdyś urodzajną ziemią? W czasach jeszcze przed smokami? Trudne by to było. Jednak tonący brzytwy się chwyta. Tak i nasza trójka postanowiła odnaleźć pana i uwolnić z okowów kryształowego więzienia. Przekazy rysowały pana jako srogiego odludka, który przyniósł nam zagładę. Jednak dziwne, że nastąpiła ona dopiero po pańskim zniewoleniu. Wracając jednakowoż do tego co chciałem powiedzieć. Nie sądziliśmy, iż pana znajdziemy, tak samo jak w to, że pan istnieje. Proszę jednak o wybaczenie, ale w przypadku, takim jak teraz, czyli że pan istnieje, postanowiliśmy pana wykorzystać, lecz jako z natury dobry osobnik, nie potrafiłbym dopuścić się takiego czynu. Zrozumiem więc jeśli pan odmówi pomocy i odejdzie. – mówił zestresowanym, przyciszonym głosem, starając się utrzymać sens swojej wypowiedzi.
- Jakież pragnienia trącą wasze dusze? – odparł adresat słów spokojnym, głosem.
- Pragniemy czarnoksiężnika. Władcę czasu. Tkacza życia. Piewcę śmierci. Cień zwisający nad tymi ziemiami. – odezwał się młody, jasnowłosy chłopak.
- Cień… - mruknął niezrozumiale.
- Nie wydurniaj się! – warknął rudy mężczyzna, zdzielając młodszego w potylicę.
- Wybacz im panie. Oni tacy już są. Potrzebujemy potężnego czarodzieja, potrafiącego tkać zapomniane zaklęcia. Dawno temu zauważyliśmy, że struktury świata są zaburzone na naszej ziemi. Zaczęliśmy więc zbierać energię, by to naprawić. Jednakowoż zniszczenia są na tyle duże, iż potrzeba kogoś znającego magię starych dni.
- Niech więc się stanie wola wasza. – odrzekł zamyślonym głosem, brzmiącym jakby jego właściciel rozważał, co jest prawdą, a co snem.






     -...i w taki oto sposób, poprzez zdradę trzech dziedziczek, kobiety przejęły władzę, mordując i niewoląc przy tym wielu mężczyzn. My byliśmy wśród tych, którzy musieli pozostać i wyruszyć później, a kiedy tu dotarliśmy zeszliśmy do podziemi, nie chcąc rozpoczynać kolejnego rozlewu krwi i kłamstwa. Teraz kobiety uważają się za wyższą rasę, a nas tratują jak bydło. Żal mi ich trochę. W większości zatraciły swoją moc. Teraz używać jej mogą jedynie poprzez kryształy tkwiące w ich ciałach.

     Głos starszego mężczyzny niósł się długim, podziemnym korytarzem wraz z dźwiękami powolnych kroków trzech osób.

- Pośpieszcie chłopcy, otworzyć bramę. – rzucił do swych towarzyszy, którzy natychmiast pobiegli w przód, a gdy zniknęli, wyszeptał do czarnoksiężnika – Wybacz panie, lecz wydaje mi się, iż jest pan lekko zagubiony.
- Gdy budzisz się ze snu, połowicznie będąc w jego świecie, skąd masz wiedzieć co prawdziwe, a co nie? – zapytał zagadkowo.


     Te słowa zakończyły rozmowę. Dwaj jegomoście szli w ciszy w stronę światła, bijącego z końca korytarza. Gdy wreszcie do niego dotarli i je przekroczyli, otworzyła się przed nimi olbrzymią przestrzeń, ograniczana przez dwie pionowe ściany, w których wyżłobione były korytarze i różnego rodzaju pomieszczenia. Po środku biegły przeróżne platformy i mosty podparte o potężne kolumny biegnące od samego dna, aż po sklepienie, którego jak i podłoża widać nie było. Pośród tego wszystkiego poruszała się niezliczona ilość istot, wywołujących wrzawę i zgiełk.

- Słyszcie, albowiem powrócił zbawiciel! – rozległ się zagłuszający krzyk młodego chłopca, oplecionego granatowymi bandażami, zbliżającego się na pomalowanym na niebiesko wózku z drewna.

     Gdy znalazł się przy osobie, o której mówił rzekł cichutko:

- Chodź proszę ze mną.





     Na samym dole, w przeogromnej komnacie, do której nie sięgał żaden niepożądany wzrok, słychać było odgłosy, toczących się kół.

- Czy wiesz, czemu panuje tu nieprzenikniona ciemność? – zapytał młodzieniec i nie dając chwili na odpowiedź, kontynuował swoją wypowiedź – Jest tak, ponieważ klejnoty zabierają stąd wszystko. Co więc zostaje? Nic. To nic, jest jednak czymś. Niczym. Więc tutaj jest coś pośród niczego. Coś pomiędzy niczym.

     Kończąc mówić, uwolnił porcję energii, która przeobrażona w kulę światła, rozświetliła na moment, nieskończone pokłady kryształów, aby zaraz zostać przez nie wchłonięta.

- Tu mieszka nasz Bóg. Czczony przez każdego, kto go czuje. Bez niego istota jest niczym. – wyszeptał z mało wyczuwalną kpiną w głosie, a jego głos zniknął błyskawicznie w panującej ciszy.

     Wysoka postać podążająca w milczeniu za kaleką, podniosła leżący samotnie, wielokolorowy kamień.

- Idealny.





     W przestronnej jadalni, stoły stały zastawione, a goście rozprawiali o przeróżnych sprawach. Na potężnym tronie siedziała władcza pani w turkusowej sukni. Obrzuciwszy wzrokiem całą salę, uśmiechnęła się dumnie. Wszystko było jej i cieszyło jak najlepszy sen. Pozłacana posadzka odbijała się złocistym blaskiem w jej przepełnionych chciwością oczach. Górując nad wszystkimi, spojrzała w dół na swą ukochaną podwładną. Jej blada jak mleko i idealna jakoby najdelikatniejszy kryształ twarz zarysowana była lekkim uśmiechem niewinności. Niespodziewanie uśmiech ten przerodził się w grymas zaskoczenia i strachu. Władczyni odwróciła swój wzrok na drzwi wejściowe, których indygowy kolor przed chwilą zaszczycał swą okazałością całe wnętrze. Zamiast niego do środka zionęło zimno i mrok wieczora. Wraz z nimi do pomieszczenia wkroczyła wysoka na trzy metry postać przyodziana w szaty koloru królewskiej purpury i srebrny, nieco już sczerniały pancerz. Za niespodziewanym gościem kroczył młody chłopak, którego ciało oplecione było granatowymi bandażami.

- Witaj droga moja. Czy nie na ciebie jest za duży tron? – odezwał się stając w centrum sali, zaraz obok milczącej postaci.

     Pierwsze zaskoczenie, które pojawiło się na twarzy kobiety, przerodziło się natychmiast w grymas gniewu. Machnęła ręką i do środka wbiegło trzynaście kobiet w ubraniach we wszystkich odcieniach fioletu. Natychmiast, gdy znalazły się przed nieznajomym, ku zdziwieniu wszystkich, padły na ziemie w zamaszystym pokłonie. Rozwścieczona władczyni podniosła się z zbyt wielkiego na nią siedziska i szybkim krokiem zaczęła się zbliżać do intruzów. Będąc już w połowie drogi, zaczęła zbierać energię, która pozwoliłaby jej spalić ich na miejscu. Naraz spostrzegła jednak, iż boleśnie pali ją cała ręka, która świeciła się jakby w środku płonął żywy ogień. Następnie jej ciało powykręcało się nienaturalnie. W bólach i cierpieniu, nie mogła nawet krzyczeć. Patrzyła tylko załzawionymi oczami, w postać młodego chłopaka, na którego zdrowym ciele, zwisały już tylko resztki opatrunków, pełznących po ziemi w jej stronę. Mając przed sobą perspektywę pewnej kary za swe uczynki, zaczęła  podśmiewywać się żałośnie, bezgłośnie błagając o litość, na którą nie zasługiwała. Nie zwracająca uwagi na wszystko co się działo, zachowująca ciszę postać, podeszła do tronu. Zasiadła na nim po królewsku i złapała w swe dłonie wielokolorowy kamień, podany jej przez młodzieńca. Obracając go w dłoni, wymawiała słowa jakby rozkazy, prośby i pragnienia. Gdy skończyła, wsunęła już bezbarwny i przeźroczysty klejnot, emanujący dziwną energią w podłokietnik tronu. W tym momencie, wszyscy na wyspie i pod nią poczuli niewypowiedziany ból, który jak roślina rozrastał się w ich organizmach.

- Nastała nowa era! Zrodził się nasz świat! Nasz zba…

     Słowa wykrzykiwane przez młodego chłopaka, raniły uszy siedzącej na tronie istoty. Światło bijące zaś od każdej z lamp raziło jej oczy. Wszystkiego było zbyt wiele. Niespodziewanie przestronna jadalnia zmieniła się w niewielkie pomieszczenie podskakujące co chwilę. Nagle ów małe pomieszczenie zmieniło się na powrót w miejsce, gdzie ktoś wykrzykiwał słowa chwały, tylko po to by znów stać się niewielkim, cichym pokoikiem z malutkim oknem, przez które sączyło się światło popołudnia. „Więc i ty byłaś moim snem…”. Ostatnia myśl smagnęła gasnącą świadomość jegomościa w królewskiej purpurze.





     - Wysiadka!

     Krzyknięcie rozbudziło trochę półświadomego mężczyznę, siedzącego na jednym z miejsc dla pasażerów, który właśnie podnosił się mozolnie. Nagle ktoś pociągnął go za ramię, wyciągając z pojazdu.

- Do zobaczenia chłopaki! – odezwał się ponownie ten sam głos, co wcześniej.
- Pamiętasz gdzie to jest? – zapytał dwudziestoletni chłopak rozglądając się dookoła.
- Tak. – odpowiedział mężczyzna próbując sobie przypomnieć, gdzie się znajduje.


     Rozglądając się po opustoszałym placu, otoczonym starymi drzewami i pojedynczymi domkami, miał wrażenie, że znajduje się gdzieś na obrzeżach miasta, jednak z drugiej strony przekonany był, iż jest niedaleko jego centrum. Po chwili zastanowienia, ruszył za swoim towarzyszem na starą, poszarzałą ulicę. Znajdując się na niej skierował swoje kroki w stronę prawą, będąc pewnym kierunku, w którym ma iść. Po kilkudziesięciu krokach, uświadomił sobie, że stąpa po bruku. Podniósł więc wzrok i spostrzegł przed sobą, ogromną przestrzeń, otoczoną wielkimi kamienicami i świątyniami, na której znajdowała się niezliczona ilość osób poubieranych w przeróżne stroje szlacheckie i tańczących w wielkiej paradzie. Głośna muzyka i śmiechy tworzyły radosny nastrój zabawy. Kolorowe ubiory i twarze zabawiały wzrok. Cała ta sytuacja sprawiała, że aż samemu chciało się dołączyć.

- To gdzie teraz? – zapytał towarzyszący mężczyźnie chłopak.

    Ten zaś odwrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni, aby odtworzyć drogę do miejsca, w które zmierzali. Nie udało mu się to jednak. Cztery ulice, odchodzące w każdą stronę świata, były do siebie zbyt podobne. Nie mógł się nawet zorientować, z którego kierunku przyszedł. Postanowił więc podejść do kogoś i zapytać o pomoc.

- Przepraszam, którędy do…

     Głośny dźwięk, instrumentów i wrzaski tłumu, zagłuszyły jego słowa, lecz rozmówca usłyszał je mimo to i wskazał odpowiedni kierunek.

- Dziękuję. – odrzekł, obierając wskazany kurs.

     Szedł przedzierając się przez tłum, gdy nagle spostrzegł, iż znajduje się w dużej sali balowej, w której bawi się kilkanaście pań i panów. Przeszedł więc do innego pomieszczenia, z którego do wnętrza wlewały się kolejne osoby. Przedzierając się między nimi, uświadomił sobie, że nagle zrobiło się jakoś cicho. Stał w niewielkim pokoju z dwoma przejściami. Jednym do miejsca, gdzie znajdował się przed chwilą i drugim, które zasłonięte było przed dwóch błaznów tańczących dziwny taniec. Żadne z nich nie było skore do przepuszczenia dwójki mężczyzn. Niespodziewanie jednak jeden z nich jakby obudził się z transu, stanął wpatrzony w przestrzeń i przeszedł przez przejście. Mężczyźni ruszyli za nim. W kolejnym pokoju wypełnionym dużymi sześcianami, błazen zatrzymał się i zdjął swój stój, razem z bladą maską w kolorze mleka. Zaskoczony jegomość spostrzegł, że stoi przed nim atrakcyjna, naga kobieta, która uśmiecha się zachęcająco. Podszedł więc do niej i łapiąc za plecy, przyciągnął do siebie. Następnie ściskając jej uda, uniósł ją w górę i oparł o ścianę, całując. Zmysłowe jęki i oddechy rozbudzały jego pierwotne instynkty. Dzięki temu nie przejmował się zniknięciem swego towarzysza. Niczym była dla niego niezrozumiała sytuacja i zanik pamięci. Wszystko sprowadzało się do jednej chwili i kobiety, będącej wtedy całym jego światem.





     Pośród nieskończonej i nieprzeniknionej ciemności rozległ się niski, dudniący głos.

- Witaj Śniący. Panie mój. O czym tym razem śnisz?
- Stoję sam na wzgórzu. Pośród chaosu. Wielkiego widowiska. Na świat spadają klęski. Wody. Rzeki ognia. Świetliste niebo, koloru purpury przedziera się przez gęste, czarne chmury, zmieszane z pyłem ziemskim, wyrzuconym w powietrze, podczas spektakularnych wybuchów i upadków. Pada gęsty deszcz meteorów. Jemu zaś wtórują grzmoty wyładowań elektrycznych. Gdzieś w oddali, ledwo widoczne istoty, zamieszkujące ten sen, wiją się w bólu i rozpaczy, w przeciwieństwie do niektórych, spoglądających z góry, bram czystych, nieskazitelnych niebios. Stamtąd też spada pogardliwy wzrok na otchłań w dole, z której sączy się toksyczny dym. Czterech jeźdźców prowadzi tysiące armii. Walka gorzeje. By przeżyć, kto może, robi cokolwiek. Nie ma grzechu. Ni skrawka zbawienia. Jest tylko koniec. Proch marny nie pozostanie. Czy to miał być dzień sądu? Czy naszego zbawienia? Nikt nie jest winny, bo wina leży po każdej ze stron. Ci co milczeli, teraz krzyczą w strachu. Ci którzy krzyczeli, milczą ku spóźnionej przestrodze. Dla mnie centrum jestem ja. Coś pomiędzy niczym, ponieważ niczym jest to wszystko i niczym jestem ja. Osoba z osobna obserwuje świat. Te dźwięki, obrazy. Euforia i podniecenie. Dookoła adrenaliny szał. Żuć się w zapomnienie. Zatrać się. Niczego nie będziesz żałować. Muzyka przecież gra. Z wolna narzucając tempo, teraz przez nuty jak wichura, przez doliny gna. Słyszysz? Nie? Zarzuć swą myśl. Niech cię poniesie zguby smak. Wtem cisza i spokój. Sielanka. Stagnacja. Siedzę pod drzewem. Samotnym na łące. Słońce praży przyjemnie, lecz roślina cień rzuca. Rozglądam się w koło. Łąki i pola. Odgłosy owadów. Wolność. Swawola. Ptak niebo przecina. Obłoki chmur lecą. Przeróżne kształty. Oczy me cieszą. Tu rym się wkrada. Czas mi ucieka. Myśleć się nie chce. Odpoczynek nie czeka. Gdyby ta chwila, mogła trwać wiecznie. Czemu ja ciągle, o takich nie śnie? Gdy się podniosę, stoję na bruku. Otoczony ludźmi. Głosami różnymi. Tu się ktoś kłuci. Tam w bramę kopie. Śmiechy, uciechy. Młodzi bardowie. Podążam przed siebie. Chyba mam cele. Ktoś za mną idzie. Kobieta. Przeprasza. Co było? Te rany. Bolą. Ja cierpię. I znikam, nim zgasnę. Powoli. Wpierw głosy. Choć każdy mówi. Znów toczą się dźwięki. Powolna nostalgia me uszy chwyta. Deszcz spada. Wiersz nucę. Czegoś ubywa. Kim jest ten starzec? Co dzieje się? Czy znów się budzę, czy może śnię?





     - Witaj z powrotem mój panie. – rozległy się w pustce słowa o niskim, dudniącym tonie.
- Twój pan stąd odszedł. Ja jestem nikim. Jestem zamknięty w tym więzieniu fałszywym. – odpowiedział mężczyzna leżący w przestrzeni.
- Więc czemu tu jesteś? Zdradziecki cień przywiódł cię tu? – zapytał z lekką kpiną.
- Nie. Zdradziecki mnie zdradził. On zabrał mi to, co niegdyś było dla mnie wszystkim. Cień mój. Znaczy się ja. Pierwotnie zrodzony. Przez ciemność, która na powrót mnie pochłonęła. – mówił zamyślony.
- Czyli ty to nie ty, lecz cień twój marny? A zdrajca jest cieniem, co zdradził swego pana? – dalej pokpiwał głos.
- Nie. Nie cieniem. Jest sługą. Cień-Sługa. Kontrahent. Ja Cień, to jakby inaczej. Zrozumiesz jak wyśnisz. To twoja jest wola. Ja mówię, ty odbierasz.
- Jeśli taka twa wola…
- Nie jestem twym panem. On odszedł daleko. Dawno zaniknął. Udał się w drogę. Ja jestem nikim. Więźniem niewinnym. Śnię i chcę się obudzić, choć czasem jednak nie.
- Nikim pośród niczego. Czyli kimś pośród czegoś. Kimś pośród niczego. Kimś pomiędzy niczym?
- Coś pośród niczego?
- Coś pomiędzy niczym.
- Marne twe słowa. Ty żyjesz w mej głowie. Ja cię stworzyłem. Każdy się dowie.
- Śpij więc mój panie. Śnij wielki Śniący. Ku swej radości, smutku, niemocy. – odrzekł z potężnym ziewnięciem, które rozniosło się cichnącym echem.






     Do niewielkiej sali zasypanej gruzami wbiegła kuśtykająca kobieta, trzymająca się w boku za krwawiącą ranę. Z oddali dochodziły ją odgłosy kroków i czyjeś przekleństwa, wypowiadane w gniewie. Rozejrzała się wkoło, aby dostrzec, iż znalazła się w potrzasku. Spoglądając w stronę wyjścia, ujrzała mężczyznę w sile wieku, który przystanął widząc jej sylwetkę.

- Więc to tu uciekłaś. Przecież mówiliśmy, że chcemy tylko pomóc. Prawda panowie? Nie mamy złych intencji. – rzekł do stojących za nim najemników.

     Ci zaś przytaknęli mu w milczeniu, zastawiając wejście.

- Chodź. Wyleczymy twoją ranę. Nie chcielibyśmy śmierci tak pięknej pani. – powiedział z troską w głosie, wyciągając do niej rękę.

     Dziewczyna zaczęła się cofać w strachu. Nie patrząc pod nogi, potknęła się i upadła raniąc delikatne pośladki.

- Dowódco! Dowódco! – rozległy się krzyki młodego chłopaka, który właśnie wbiegł i zatrzymał się pomiędzy kobietą, a mężczyznami.
- Czego?! – wrzasnął zdenerwowany.
- To tutaj. On tu jest. Góra kazała…
- Mhm… - mruknął zamyślony, przerywając wypowiedź mówiącego.
- Dowódco? – zapytał zaniepokojony.


     Lecz jego rozmówca, zaczął się diabolicznie śmiać. W ślad za nim poszli zdezorientowani najemnicy.

- Brać ją panowie. Nie mamy czasu się z nią bawić. Wyjaśnimy sobie wszystko później. – mruknął, gdy jego mina spoważniała.

     Zrozpaczona kobieta podciągnęła się kawałek do tyłu na rękach. Wykonując ten ruch, poczuła naraz jak coś wpija się w wnętrze jej dłoni. Chwyciła ów przedmiot, aby spostrzec, iż jest to naszyjnik z zawieszką w kształcie krzyża. Wpatrywała się w niego z dziwnym pożądaniem. Coś szeptało jej na skraju umysłu, aby go założyła. Nie mając innego wyjścia, uległa namowom i w chwili, gdy dwoje wojowników znajdowało się dwa metry od niej, ona stała już w pełni sił z krzyżykiem zwisającym z jej szyi. Czuła moc krążącą w jej żyłach i trafiającą w każdy zakamarek organizmu. Niespodziewanie zaczęła się cieszyć jak dziecko i spoglądać na siebie jakby widziała się pierwszy raz. Zauważywszy zbliżające się zagrożenie, postanowiła nacieszyć się pełnią swych możliwości. Położyła więc rękę na ścianie z kryształu, znajdującej się z nią i wyciągnęła z niej cienkie, długie na półtora metra ostrze. Następnie ruszyła błyskawicznie. W trzech krokach powaliła wszystkich wkoło, prócz młodego chłopaka i jego dowódcy. Oni jedyni stali w szoku, nie mogąc się ruszyć.

- Powiadom górę. Szybko. – wyszeptał do młodzieniaszka starszy osobnik, dobywając swego noża i formując zaklęcie obronne.

     Nie zdążył jednak go dokończyć, ponieważ w tej samej chwili jego gardło przyszyła idealnie biała dłoń pokryta krwią. W ostatnim momencie życia zamrugał jedynie oczami, starając się odgonić mgłę, którą zachodziły, po czym upadł martwy. Dziewczyna patrzyła na jedyną osobę pozostałą w pomieszczeniu. Uśmiechała się miło w jej stronę, wyciągając rękę jak matka do swego dziecka. W tej chwili młodzieniec padł na kolano w pokłonie.

- Wstąp w me ciało panie. Pomożemy ci się odrodzić. – wydusił z siebie, wpatrując się w ziemię.

    Kobieta zaczynała czuć jak coś ją opuszcza. Wpierw zdziwiona, rozzłościła się i mimo wyraźnego sprzeciwu nieznanego głosu, kopnęła najsilniej jak mogła w głowę mężczyzny, którego ciało pod wpływem siły wzniosło się w powietrze i uderzyło o jedną ze ścian. Gdy to nastąpiło, dało się słyszeć przeraźliwy trzask kości i ostatni wydech umierającego. Zadowolona z siebie dziewczyna uśmiechnęła się lekko i opuściła niewielką komnatę.





     Burza śnieżna szalała na zewnątrz jaskini, gdy tajemniczy, zakapturzony mężczyzna w czerni dorzucał drwa do ognia, w którym grzebał z nudów patykiem. Czasami tylko odwracał głowę, aby popatrzeć jak jego cień tańczy na ścianie swój wymyślny taniec, wyglądający jak pewnego rodzaju rytuał, czy modlitwa. Niespodziewanie coś poruszyło się gwałtownie obok niego. Nie przejął się tym jednak. Dziewczyna, której gwałtowne ruchy mogły z początku wydawać się niepokojące, właśnie się obudziła.

- Kim jesteś? – zapytała jeszcze śpiąca, dobywając noża i odskakując błyskawicznie do tyłu.
- Ja? Nikim. – odpowiedział nie przerywając swego zajęcia.
- Imię! – krzyknęła próbując sprawić wrażenie panującej nad sytuacją.
- Jest bardzo ważne, a zarazem nie ma znaczenia. Nazywaj mnie jak chcesz.


     Kobieta nie wiedząc co teraz zrobić, stała tylko i wpatrywała się w tajemniczą postać. Nagle spostrzegła jednak przedziwną rzecz. Skupiając na niej całą swą uwagę zapytała spokojniej:

- Czemu twój cień tańczy?
- Czyż taniec nie jest czymś wspaniałym? Szczególnie taniec przy ogniu. Uważany przez wielu za swego rodzaju obrządek. Jak taniec ze śmiercią. – mówił odkładając przedmiot trzymany w ręku.

     Po chwili wstał z ciężkim westchnięciem i podszedł do swej rozmówczyni. Zdjął czarne rękawice i swymi bladymi dłońmi, o mocno zarysowanych czernią konturach, objął delikatnie jej palce zaciśnięte na rękojeści ostrego narzędzia. Następnie położył rękę na jej biodrze i sunąc delikatnie po jej boku, a następnie omijając lekko pierś, powędrował przez obojczyk i bok szyi na kark gdzie wplótł swoje długie, cienkie palce w jej jedwabiste, bordowe włosy. Dziewczyna nie miała pojęcia jak zareagować. Jej myśli biły się ze sobą, a ciało walczyło z narastającą przyjemnością i podekscytowaniem. Pomimo, iż widziała tego mężczyznę po raz pierwszy, miała przeczucie, iż zna go już od wielu lat. Niewielkie, ledwo tlące się w czeluściach umysłu uczucie zaczynało się rozpalać. Słyszała delikatny głos szepczący na granicy jej świadomości słowa nadziei i zachęty. Walczyła ze wszystkim, lecz poddała się, gdy uświadomiła sobie, że jej wargi prawie stykają się z ustami mężczyzny. Był tak blisko. Pachniał tak wspaniale. Jego szorstkie, zimne dłonie były jednocześnie delikatne i gładkie. Nie mogąc się powstrzymać, westchnęła zmysłowo czekając na delikatny pocałunek. Mężczyzna jednak uśmiechnął się tylko lekko i odsunął powoli, pozostawiając po sobie pustkę i przerażający chłód. Na powrót założył rękawice, złapał leżący nieopodal patyk i zaczął grzebać nim w ognisku. Jego cień już nie tańczył na ścianie. Teraz siedział z boku, wpatrzony w zdezorientowaną postać kobiety, która właśnie upuściła z rąk swój nóż i padła na kolana.

- Aerilia… - wyszeptała.
- Aerilia. – jej imię brzmiało w jego ustach tak wspaniale. – Czego pragniesz?
- Nie wiem. A ty? – jej głos był słaby i zmęczony.
- Niczego. Wszystkiego.
- Gdzie jesteśmy?
- W twoim piekielnym niebie. W tym czyśćcu straconych. Tam gdzie skończył się mój świat.
- A… Więc to tak? – zapytała resztkami sił, nim upadła na posłanie w sennym transie.
- Tak. Tak jak chcesz. Aerilio. Tak każdy postrzega cię. A ciebie? Nie dręczy czasami nieznany sen? – rzekł do nikogo, wpatrzony w płonący, podskakujący wesoło ogień, rozświetlający ciemności i niosący ciepło pośród wiecznego chłodu lodowych gór.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI