Zdradziecki Cień
Pośród spokojnej ciszy późnego wieczora,
co jakiś czas odzywał się odgłos pióra, muskającego kartkę papieru. Niewielkie
światło bijące od ognia, płonącego w pokoju, tworzyło romantyczną atmosferę. Z
otwartego na oścież balkonu wzierało do wnętrza, przyjemne zimno. Blask dwóch,
pierwszych księżyców oświetlał czarne, mahoniowe biurko, którego wierzch
pokrywała cienka warstwa szkła lapis luna.
- Jesteś pewien? – odezwała się
cienista postać, przeglądająca księgi, ułożone na półkach.
- Jestem zmęczony tym wszystkim. – odpowiedział mężczyzna zapisujący coś w wielkiej księdze.
- Niech więc tak będzie… - westchnęła istota, ulatując jak szary dym w powietrzu, gdy niespodziewanie rozległo się ciche pukanie.
- Proszę.
- Jestem zmęczony tym wszystkim. – odpowiedział mężczyzna zapisujący coś w wielkiej księdze.
- Niech więc tak będzie… - westchnęła istota, ulatując jak szary dym w powietrzu, gdy niespodziewanie rozległo się ciche pukanie.
- Proszę.
Drzwi się otworzyły i do środka wkroczył
podstarzały sługa, niosący w lewej ręce kubek z gorącym napojem.
- Panie. Chciałbym zasugerować
odpoczynek ciała. Jutro będzie miał pan pracowity dzień. – rzekł z troską w
głosie.
- Tak, tak. Dziękuję Daranie. Tylko dokończę to i ułożę się do snu. – odrzekł jegomość, ziewając i odchylając się na miękkim, drewnianym fotelu.
- Tak, tak. Dziękuję Daranie. Tylko dokończę to i ułożę się do snu. – odrzekł jegomość, ziewając i odchylając się na miękkim, drewnianym fotelu.
Starzec odłożył delikatnie na biurko
naczynie i podszedł do balkonu, zamykając go. Następnie stał, wpatrując się w
niebo i czekając, aż jego Pan skończy swe zapiski.
- Zapowiada się męczący dzień… -
westchnął po chwili.
- Tak. Marszałek z żoną. Kilku hrabiów. Lordowie. Konsul, jeśli pamiętam. Żonaty? – mówił nie przerywając pisania.
- Nie. Powiadają, że on jest inny, ale tak naprawdę ma problemy z zaufaniem do kobiet.
- Nie dziwię się…
- Wiele razy został skrzywdzony. Okłamany. A my mężczyźni jesteśmy tacy wrażliwi...
- Okropnie…
- Skończył już pan?
- Prawie. Dwa zdania… - odpowiedział zamyślony.
- Tak. Marszałek z żoną. Kilku hrabiów. Lordowie. Konsul, jeśli pamiętam. Żonaty? – mówił nie przerywając pisania.
- Nie. Powiadają, że on jest inny, ale tak naprawdę ma problemy z zaufaniem do kobiet.
- Nie dziwię się…
- Wiele razy został skrzywdzony. Okłamany. A my mężczyźni jesteśmy tacy wrażliwi...
- Okropnie…
- Skończył już pan?
- Prawie. Dwa zdania… - odpowiedział zamyślony.
Po chwili wstał od biurka, wypił napar
jednym haustem i westchnął.
- Wiesz co? Podoba mi się ten
kawałek szkła. Ciekawie działa.
- Bezużyteczny kawałek szkła. Jednak w tamtych czasach był taki rzadki. Życie pędzi.
- To nie życie. To my.
- Być może…
- Idziemy?
- Oczywiście. – rzekł sługa i wyszedł za swym panem z pokoju, zamykając za sobą wielkie, mahoniowe drzwi.
- Bezużyteczny kawałek szkła. Jednak w tamtych czasach był taki rzadki. Życie pędzi.
- To nie życie. To my.
- Być może…
- Idziemy?
- Oczywiście. – rzekł sługa i wyszedł za swym panem z pokoju, zamykając za sobą wielkie, mahoniowe drzwi.
Mężczyźni szli powoli w milczeniu,
podziwiając kunszt architektury korytarzy.
- Powinien pan sobie znaleźć
partnerkę życiową. – odezwał się jeden z nich przerywając ciszę.
- Daranie… Ile razy mam ci powtarzać, że kobiety to samo zło? Poza tym mam ciebie… - powiedział zalotnie.
- Oczywiście. Pragnąłbym jednak zwrócić uwagę, iż pośród całego zła znajdują się dwa boskie wręcz argumenty. – odpowiedział odpowiednio akcentując swą wypowiedź.- Ha! Tu masz rację. Poważnie jednak. Wiesz jak to jest… Niezbyt przewiduję czas na takie sprawy. Poza tym kobiety do mnie nie lgną jakoś.
- Może to dlatego, iż mieszka pan z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Niektórzy powiadają…
- Powiadają?
- Nic. Otóż uważam, że kobieta oderwałaby pana, choć trochę, od całej tej bolączki.
- Och Daranie… - westchnął przeciągle, stając na chwilę przy oknie.
- Rozumiem panie.
- Dziękuję. – odpowiedział i ruszył dalej korytarzem.
- Daranie… Ile razy mam ci powtarzać, że kobiety to samo zło? Poza tym mam ciebie… - powiedział zalotnie.
- Oczywiście. Pragnąłbym jednak zwrócić uwagę, iż pośród całego zła znajdują się dwa boskie wręcz argumenty. – odpowiedział odpowiednio akcentując swą wypowiedź.- Ha! Tu masz rację. Poważnie jednak. Wiesz jak to jest… Niezbyt przewiduję czas na takie sprawy. Poza tym kobiety do mnie nie lgną jakoś.
- Może to dlatego, iż mieszka pan z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Niektórzy powiadają…
- Powiadają?
- Nic. Otóż uważam, że kobieta oderwałaby pana, choć trochę, od całej tej bolączki.
- Och Daranie… - westchnął przeciągle, stając na chwilę przy oknie.
- Rozumiem panie.
- Dziękuję. – odpowiedział i ruszył dalej korytarzem.
Zapadła cisza,
przerywana jedynie odgłosami kroków, wyciszanych przez dywan. Nie minęło jednak
dużo czasu, gdy mężczyzna odezwał się ponownie.
- Jutro rano pojadę do miasta. Wezmę powóz. Odbiorę
zamówienie, porozmawiam z ludźmi. W drodze powrotnej załatwię sprawę w
Jabłkowym Dworze. Kolację zjem późno. Gdy wszyscy będą spać. Chcę mieć dzień
odpoczynku, przed całą tą szopką…
- Oczywiście. Mam panu towarzyszyć?
- Nie. Ktoś musi przyjąć naszych gości.
- Jak sobie pan życzy. W takim razie będzie miał pan miejsce, by zabrać tą młodą damę. Tylko co poradzić na macochę?
- Młodą damę? O kim mówisz? – zapytał zdziwiony, stając pod drzwiami swej sypialni.
- Nie pamięta pan? Bodajże rok temu, rozkazał pan, odszukać informacje o członkach swego rodu.
- Było coś takiego… - wtrącił się, wchodząc do pokoju.
- Z tego też powodu rozpocząłem poszukiwania i trzy miesiące temu, odnalazłem pewną młodą damę. Jej rodowód jest długi, a krew rozrzedzona. Wszystko jednak wskazuje na to, że pozostało w niej coś z naszego rodu.
- Yhym… Zaprosiłeś ją tu? – zapytał odpinając guziki koszuli.
- Pan ją tu zaprosił.
- Ja? Kiedy?
- Dwa miesiące temu. Napisał pan list, adresowany do jej ojca, w którym składał pan propozycję odwiedzin. Przyszedł jednak list zwrotny. Szanowny ojciec odpowiadał, iż to zaszczyt, jednakowoż nie chcąc uniżać pana pozycji, jako głowy rodu, uparł się, iż to on odwiedzi pana z swą szacowną córką.
- Tak… Pamiętam. Jak mogłem zapomnieć. Ustaliliśmy termin. Niestety musiałem wyjechać do stolicy. Zostawiłem wszystko tobie. – zawołał z łazienki, do której wszedł, po rozebraniu się.
- Oczywiście. Korespondowałem starając się ustalić kolejny termin. Tymczasem szanowny ojciec zmarł, pozostawiając wszystko swej córce, którą opiekuje się trzecia żona.
- Trzecia? Co się stało z pozostałymi dwoma?
- Pierwsza zmarła, przy narodzinach dziecka. Druga odeszła zaraz po ślubie.
- Smutne… Więc jak to się stało, że przyjeżdżają tu jutro? – rzekł wychodząc i ubierając luźne, cienkie, lekkie spodnie w kolorze czerni.
- Macocha długo nie odpisywała. Jednak kilka dni temu przyszła od niej korespondencja, iż przyjeżdża z córką. Zapewne upatrzyła w tym jakiś interes. Może chce pana zdobyć dla siebie?
- To by ją zabiło. – odpowiedział poważnie.
- Co więc pan planuje?
- Kiedy będą na miejscu? – rzekł układając się na łożu.
- W samo południe.
- Wspominałeś o wysłaniu dyliżansu?
- Oczywiście.
- Odwołaj więc go.
- Jesteś panie pewien?
- Macocha, zabierze się z naszym ulubionym panem Hrabią. Dziewczyna będzie czekać sama do wieczora. Zabiorę ją ze sobą.
- Dziewczyna ma już czternaście lat. Ojciec wychowywał ją jak przystało na członka naszego rodu. Odmówi panu.
- Wtedy ją zwiążę i zaknebluję. – zażartował.
- To chyba kolejny powód, dla którego kobiety do pana nie lgną. Życzę dobrej nocy mój panie. – rzekł wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
- Dobrej nocy Daranie. – ziewnął przeciągle.
- Oczywiście. Mam panu towarzyszyć?
- Nie. Ktoś musi przyjąć naszych gości.
- Jak sobie pan życzy. W takim razie będzie miał pan miejsce, by zabrać tą młodą damę. Tylko co poradzić na macochę?
- Młodą damę? O kim mówisz? – zapytał zdziwiony, stając pod drzwiami swej sypialni.
- Nie pamięta pan? Bodajże rok temu, rozkazał pan, odszukać informacje o członkach swego rodu.
- Było coś takiego… - wtrącił się, wchodząc do pokoju.
- Z tego też powodu rozpocząłem poszukiwania i trzy miesiące temu, odnalazłem pewną młodą damę. Jej rodowód jest długi, a krew rozrzedzona. Wszystko jednak wskazuje na to, że pozostało w niej coś z naszego rodu.
- Yhym… Zaprosiłeś ją tu? – zapytał odpinając guziki koszuli.
- Pan ją tu zaprosił.
- Ja? Kiedy?
- Dwa miesiące temu. Napisał pan list, adresowany do jej ojca, w którym składał pan propozycję odwiedzin. Przyszedł jednak list zwrotny. Szanowny ojciec odpowiadał, iż to zaszczyt, jednakowoż nie chcąc uniżać pana pozycji, jako głowy rodu, uparł się, iż to on odwiedzi pana z swą szacowną córką.
- Tak… Pamiętam. Jak mogłem zapomnieć. Ustaliliśmy termin. Niestety musiałem wyjechać do stolicy. Zostawiłem wszystko tobie. – zawołał z łazienki, do której wszedł, po rozebraniu się.
- Oczywiście. Korespondowałem starając się ustalić kolejny termin. Tymczasem szanowny ojciec zmarł, pozostawiając wszystko swej córce, którą opiekuje się trzecia żona.
- Trzecia? Co się stało z pozostałymi dwoma?
- Pierwsza zmarła, przy narodzinach dziecka. Druga odeszła zaraz po ślubie.
- Smutne… Więc jak to się stało, że przyjeżdżają tu jutro? – rzekł wychodząc i ubierając luźne, cienkie, lekkie spodnie w kolorze czerni.
- Macocha długo nie odpisywała. Jednak kilka dni temu przyszła od niej korespondencja, iż przyjeżdża z córką. Zapewne upatrzyła w tym jakiś interes. Może chce pana zdobyć dla siebie?
- To by ją zabiło. – odpowiedział poważnie.
- Co więc pan planuje?
- Kiedy będą na miejscu? – rzekł układając się na łożu.
- W samo południe.
- Wspominałeś o wysłaniu dyliżansu?
- Oczywiście.
- Odwołaj więc go.
- Jesteś panie pewien?
- Macocha, zabierze się z naszym ulubionym panem Hrabią. Dziewczyna będzie czekać sama do wieczora. Zabiorę ją ze sobą.
- Dziewczyna ma już czternaście lat. Ojciec wychowywał ją jak przystało na członka naszego rodu. Odmówi panu.
- Wtedy ją zwiążę i zaknebluję. – zażartował.
- To chyba kolejny powód, dla którego kobiety do pana nie lgną. Życzę dobrej nocy mój panie. – rzekł wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
- Dobrej nocy Daranie. – ziewnął przeciągle.
W pokoju zapadła
nieprzenikniona ciemność. Słychać było tylko cichnące kroki.
- Zdumiewa mnie ta istota. Czy on się kiedykolwiek uśmiecha?
– odezwał się cichy szept.
- Daran. Wieczny sługa. Obserwator. Pan ponad czasem. Jedyny w swym rodzaju. Ostatni i pierwszy. Służy głowie naszego rodu od niezliczonych pokoleń. Obietnica, którą złożył, zobowiązuje go do wierności i pozostawania w czasie swego pana.
- Więc on wie? – cienista istota zapytała lekko strwożona.
- Nie wie. Nie widzi. Nie chce. – odpowiedział sennym głosem.
- Dobrze. Śpij więc spokojnie. – słowa odbiły się echem i ucichły, gdy postać rozpłynęła się w mroku.
- Daran. Wieczny sługa. Obserwator. Pan ponad czasem. Jedyny w swym rodzaju. Ostatni i pierwszy. Służy głowie naszego rodu od niezliczonych pokoleń. Obietnica, którą złożył, zobowiązuje go do wierności i pozostawania w czasie swego pana.
- Więc on wie? – cienista istota zapytała lekko strwożona.
- Nie wie. Nie widzi. Nie chce. – odpowiedział sennym głosem.
- Dobrze. Śpij więc spokojnie. – słowa odbiły się echem i ucichły, gdy postać rozpłynęła się w mroku.
Dzień zbliżał się
ku południu. Skwar panujący tego dnia był ledwo do zniesienia. Wszystko z
powodu awarii akweduktów zaopatrujących miejskie systemy chłodzące, które
biegły nad każdą ulicą, obtulając całe miasto przyjemną chłodną mgiełką. Otoczenie
nie wpływało jednak na nastrój mieszkańców. Wiodąc swe dotychczasowe, wesołe
życie, pokładali nadzieję w służbach odpowiedzialnych za naprawę tego małego
problemu. Przyjezdni mimo narzekań, również zachowywali dobry nastrój. Mimo
wszystko znalazła się pewna mniejszość, wielce niezadowolona
z aktualnych warunków, która przeklinała właściciela owego miasta. Jedną z tych osób, był osobliwie wystrojony, jak na tę porę roku, lekko otyły, lecz w ciąż w swojej najlepszej formie, hrabia w kwiecie wieku. Osobnik ten, co by o nim nie powiedzieć, mimo iż nie należał do najmilszych osób na świecie, miał swoje zasady i potrafił zachować się w odpowiedniej chwili. Oczywiście trzeźwy i nieurażony. Życie jak każdego i ów hrabiego nie oszczędziło. Pechowy był z niego był z niego jegomość. Co rusz popełniał małą gafę. Nie było dnia, w którym się nie potknął, uderzył, czy nie wpadł na kogoś. Co ciekawe, było to nieodłączną częścią jego charakteru. Powszechnie uważano go za uroczego złośliwca, który stara się być groźny. To zaś pomogło jego interesom. Lekceważony przez przeciwników, szybko wspiął się wprost do elit kupieckiego świata, wyciągając upadający interes swego świętej pamięci ojca, a później schorowanego, starszego brata z bezlitosnych szponów bankructwa. Teraz właśnie ten oto jegomość szedł pośpiesznym krokiem, przeklinając pana tych ziem, starając się nie zabić i próbując nie spóźnić się na miejsce spotkania, które wyznaczył jego przyszły wspólnik w interesach.
z aktualnych warunków, która przeklinała właściciela owego miasta. Jedną z tych osób, był osobliwie wystrojony, jak na tę porę roku, lekko otyły, lecz w ciąż w swojej najlepszej formie, hrabia w kwiecie wieku. Osobnik ten, co by o nim nie powiedzieć, mimo iż nie należał do najmilszych osób na świecie, miał swoje zasady i potrafił zachować się w odpowiedniej chwili. Oczywiście trzeźwy i nieurażony. Życie jak każdego i ów hrabiego nie oszczędziło. Pechowy był z niego był z niego jegomość. Co rusz popełniał małą gafę. Nie było dnia, w którym się nie potknął, uderzył, czy nie wpadł na kogoś. Co ciekawe, było to nieodłączną częścią jego charakteru. Powszechnie uważano go za uroczego złośliwca, który stara się być groźny. To zaś pomogło jego interesom. Lekceważony przez przeciwników, szybko wspiął się wprost do elit kupieckiego świata, wyciągając upadający interes swego świętej pamięci ojca, a później schorowanego, starszego brata z bezlitosnych szponów bankructwa. Teraz właśnie ten oto jegomość szedł pośpiesznym krokiem, przeklinając pana tych ziem, starając się nie zabić i próbując nie spóźnić się na miejsce spotkania, które wyznaczył jego przyszły wspólnik w interesach.
- Cholera jasna! Niech mu piorun strzeli w dach! Założę się,
że specjalnie zatrzymał akwedukty, aby zrobić mi na złość. Taki z niego przyjaciel…
- mamrotał pod nosem, przecierając czoło jedwabnym gramiałem, przyozdobionym
złotymi nićmi.
Chowając mokrą od
potu chustę, spojrzał w niebo. Oślepiły go promienie słońca. W tym momencie
stanął w jedyną kałużę w całym mieście. Błyskawicznie wyjął nogę z brudnej wody
i postarał się ją lekko otrzepać.
Niefortunnie drugą nogą stanął na niewielki kamyk i poleciał do przodu,
tylko po to by wpaść na wychodzącą właśnie ze sklepu postać z pokaźną skrzynią
w rękach. Pojemnik upadł na bruk roztrzaskując się lekko. To pozwoliło na
wysypanie się ze środka dużej ilości kolorowych nici.
- Najmocniej pana przepraszam. Nie chciałem. – mówił hrabia,
pomagając osobie na którą wpadł wstać i pozbierać rozsypane przedmioty.
- Nic się nie stało. Każdemu może się zdarzyć. – odrzekł tamten miłym tonem.
- Nie mniej się zdarzyło mi. Wynagrodzę to panu. Proszę. – rzekł wyciągając przed siebie niewielki mieszek złota.
- Niestety nie mogę tego przyjąć. Nic się nie stało. Niech bóstwa panu błogosławią, gdziekolwiek pan zmierza. – powiedział wchodząc pośpiesznie do sklepu z spuszczoną głową.
- Dziękuję. - rzekł odchodząc powoli.
- Nic się nie stało. Każdemu może się zdarzyć. – odrzekł tamten miłym tonem.
- Nie mniej się zdarzyło mi. Wynagrodzę to panu. Proszę. – rzekł wyciągając przed siebie niewielki mieszek złota.
- Niestety nie mogę tego przyjąć. Nic się nie stało. Niech bóstwa panu błogosławią, gdziekolwiek pan zmierza. – powiedział wchodząc pośpiesznie do sklepu z spuszczoną głową.
- Dziękuję. - rzekł odchodząc powoli.
Nim jednak się
oddalił wsunął mieszek pod koc znajdujący się na szoferce wozu, który
ewidentnie należał, do ofiary jego niewielkiego wypadku. Zadowolony z siebie
ruszył w dalszą drogę. Po chwili jednak zorientował się, iż coś jest nie tak.
Nie była to sprawka mokrej nogawki i buta. Zaczynał odczuwać lekki ból w lewym
nadgarstku. Będąc przezornym po swym dziadku, udał się do pobliskiej placówki pomocy
zdrowotnej. Gdy znalazł się we wnętrzu niewielkiego, białego budynku skierował
swe kroki do izby przyjęć, gdzie dziwnym trafem nikogo nie było. Zapukał więc w
jedne z drzwi.
- Proszę! – odezwało się ciche zawołanie ze środka.
Hrabia wkroczył
do środka. Zamknął za sobą drzwi i usiadł na krześle przed stojącym pod oknem,
białym biurkiem, dokładnie w momencie, gdy kobieta w idealnie białym kitlcie
rzekła:
- Proszę usiąść. Co panu dolega?
- Upadłem i zaczął boleć mnie nadgarstek. Może to nic wielkiego, ale jestem przezorny.
- Proszę pokazać. Yhym… - lekarka sprawdziła nadgarstek, po czym powiedziała cicho – Na trzy.
- Co na trzy? – wypowiadając te słowa, skręcił się z bólu.
- Upadłem i zaczął boleć mnie nadgarstek. Może to nic wielkiego, ale jestem przezorny.
- Proszę pokazać. Yhym… - lekarka sprawdziła nadgarstek, po czym powiedziała cicho – Na trzy.
- Co na trzy? – wypowiadając te słowa, skręcił się z bólu.
Kobieta szarpnęła
mocno za jego dłoń. Słychać było lekki trzask.
- I po sprawie. Będzie pan zdrów.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. – odrzekła rozmówczyni, po czym wstała i wyszła zostawiając mężczyznę samego.
- Co? – zapytał sam siebie skonfundowany.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. – odrzekła rozmówczyni, po czym wstała i wyszła zostawiając mężczyznę samego.
- Co? – zapytał sam siebie skonfundowany.
Po chwili do
pomieszczenia wszedł młody, żywiołowy kurier. Podał hrabiemu list za
pokwitowaniem i zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Cóż to? – zapytał zdziwiony otwierając przesyłkę i
wczytując się w treść.
„Drogi Hrabio
Rad jestem, iż świat posiada, tak
wspaniałą osobę jak Pan. Pragnąłbym więc podziękować, za Pańską szczodrość,
wiarę i wielkie umiejętności detektywistyczne. Z najgłębszych czeluści mego
serca chciałbym również szanownego Hrabiego, prosić, aby zaprzestał on
kontynuowania śledztwa w mojej sprawie. Darzę Pana wielkim uczuciem i
zaufaniem. Z tego też powodu, jeszcze znajduje się Pan na tym srogim padole,
wiodąc swe ułudnie szczęśliwe życie. Nie chciałbym, aby dołączył Pan swe imię i
nazwisko do mej długiej listy. Dlatego też błagam uniżenie o pozostawienie w
spokoju mej ostatniej sprawy, po której pragnę udać się na długo wyczekiwany
spoczynek. Jestem zmęczony. Stary. Nie mam tylu sił, co dzisiejsza młodzież.
Niech Pan Hrabia jednak pamięta, iż zawsze znajdzie się ktoś na moje miejsce.
Pozdrawiam. Życzę miłego dnia i spokojnej nocy.
PS Pewna dama będzie czekać na dworcu dziś w samo południe.”
Mężczyzna
przeczytawszy treść listu kilkukrotnie, złożył go i chciał schować do kieszeni,
gdy ten nagle zamienił się w kupkę popiołu i rozsypał się przelatując przez
jego palce. Wzruszając ramionami hrabia otrzepał dłoń i nieśpiesznie opuścił
budynek.
- Ileż jeszcze?
Przez te opóźnienia stresuję się coraz bardziej… - westchnęła wachlująca się
dama.
- Jeszcze kilka minut. Proszę o cierpliwość. Może napije się pani herbaty ziołowej na uspokojenie? – zaproponował ekscentrycznie ubrany mężczyzna o wielkiej tężyźnie, siedzący naprzeciwko.
- Nie dziękuję. Dam sobie radę. Czasami chciałabym być jak moja śliczna córka. Jak ona może spać w takiej chwili? – zapytała spoglądając na młodą dziewczynę leżącą na jej udach w błogim, nieświadomym stanie.
- Ma to po szanownym, świętej pamięci ojcu.
- Tak… - westchnęła kobieta z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze kilka minut. Proszę o cierpliwość. Może napije się pani herbaty ziołowej na uspokojenie? – zaproponował ekscentrycznie ubrany mężczyzna o wielkiej tężyźnie, siedzący naprzeciwko.
- Nie dziękuję. Dam sobie radę. Czasami chciałabym być jak moja śliczna córka. Jak ona może spać w takiej chwili? – zapytała spoglądając na młodą dziewczynę leżącą na jej udach w błogim, nieświadomym stanie.
- Ma to po szanownym, świętej pamięci ojcu.
- Tak… - westchnęła kobieta z lekkim uśmiechem.
Nagle pojazd
ruszył powoli i spokojnie. Krajobraz za oknami zaczął przyśpieszać. Niewielkie
miasteczko widniejące na horyzoncie, zwiększało zaś swe rozmiary. We wszystkich
przedziałach odezwał się spokojny kobiecy głos przepraszający za niedogodności
i oświadczający czas przyjazdu.
- Co pani o tym wszystkim myśli? – zapytał mężczyzna.- Nie wiem. Czego tak wysoko postawiony człowiek chciałby od naszej rodziny? –
odparła zaniepokojona.
- Może planuje ożenek z pani córką?
- Tylko to przychodzi mi do głowy. Czemu jednak ona?
- Brak pozycji, niewielki majątek, nawet nazwisko podrzędne. Bez urazy. Może pragnie prostej, kochającej damy?
- Może… - odrzekła, wpatrzona w przestrzeń.
- Może planuje ożenek z pani córką?
- Tylko to przychodzi mi do głowy. Czemu jednak ona?
- Brak pozycji, niewielki majątek, nawet nazwisko podrzędne. Bez urazy. Może pragnie prostej, kochającej damy?
- Może… - odrzekła, wpatrzona w przestrzeń.
Rozmowa się
urwała. Wszyscy trwali w ciszy do momentu, gdy ponownie odezwał się głos
kobiety, oświadczający przybycie do celu. Dama obudziła swą córkę i wyszła z
nią na peron. Za nimi wyszedł ubrany ekstrawagancko mężczyzna z dwoma
niewielkimi walizkami w rękach. Postawił je przy kobietach, po czym rzekł ze
smutkiem w głosie:- Niestety muszę wracać. Opiekować się domostwem. Na pewno
poradzą sobie panie beze mnie?
- Damy sobie radę. Jesteśmy kobietami, a to zobowiązuje. – zażartowała.
- Żegnaj więc moja pani. Żegnaj mała. – mówiąc to pogłaskał po głowie jeszcze nie rozbudzoną dziewczynę.
- Do widzenia. Bezpiecznej podróży. – rzekła do odchodzącego mężczyzny, po czym złapała za walizki i ruszyła do wyjścia.
- Pomogę ci mamo. – powiedziała zaspanym głosem córka.
- Nie. Ty masz mieć idealne ręce. Jesteś damą. Pamiętaj o tym. – odrzekła srogo, spoglądając na jej reakcję.
- Damy sobie radę. Jesteśmy kobietami, a to zobowiązuje. – zażartowała.
- Żegnaj więc moja pani. Żegnaj mała. – mówiąc to pogłaskał po głowie jeszcze nie rozbudzoną dziewczynę.
- Do widzenia. Bezpiecznej podróży. – rzekła do odchodzącego mężczyzny, po czym złapała za walizki i ruszyła do wyjścia.
- Pomogę ci mamo. – powiedziała zaspanym głosem córka.
- Nie. Ty masz mieć idealne ręce. Jesteś damą. Pamiętaj o tym. – odrzekła srogo, spoglądając na jej reakcję.
Odwracając głowę
z powrotem zauważyła coś przed sobą. Niestety nie zdążyła zareagować i wpadła
na przeszkodę.
- Nic się pani nie stało?- zapytał ponętny męski głos.
- Nie. Przepraszam. Ja nie popatrzyłam… - zaczęła się tłumaczyć, gdy nagle podniosła wzrok i umilkła.
- Cóż za niespodziewane spotkanie. Co szanowną panią tu sprowadza? – zapytał osobliwie wystrojony, jak na tę porę roku mężczyzna, całując swą rozmówczynię w dłoń.
- Pan Hrabia? Ja… Przyjechałam z córką na zaproszenie właściciela tych ziem. – słowa ledwo wydobywały się z jej bladoróżowych ust.
- Witam młodą damę. – zwrócił się w stronę dziewczyny, a następnie skierował swe słowa ponownie do dorosłej kobiety - To chyba zrządzenie losu. Może przeznaczenie. Sam też zmierzam w tym kierunku. Zaproponowałbym zabranie się z moją osobą, jednak mam tylko miejsca na dwoje. Proponuję więc, aby zabrały się panie mym powozem. Ja zaś dojadę później.
- Ależ nie trzeba. Panie hrabio. Zaczekamy spokojnie, na wysłany po nas dyliżans.
- Oczywiście. – hrabia chciał już odwrócić się i odejść, gdy nagle podbiegł kurier i podał mu krótką wiadomość.
- Nie. Przepraszam. Ja nie popatrzyłam… - zaczęła się tłumaczyć, gdy nagle podniosła wzrok i umilkła.
- Cóż za niespodziewane spotkanie. Co szanowną panią tu sprowadza? – zapytał osobliwie wystrojony, jak na tę porę roku mężczyzna, całując swą rozmówczynię w dłoń.
- Pan Hrabia? Ja… Przyjechałam z córką na zaproszenie właściciela tych ziem. – słowa ledwo wydobywały się z jej bladoróżowych ust.
- Witam młodą damę. – zwrócił się w stronę dziewczyny, a następnie skierował swe słowa ponownie do dorosłej kobiety - To chyba zrządzenie losu. Może przeznaczenie. Sam też zmierzam w tym kierunku. Zaproponowałbym zabranie się z moją osobą, jednak mam tylko miejsca na dwoje. Proponuję więc, aby zabrały się panie mym powozem. Ja zaś dojadę później.
- Ależ nie trzeba. Panie hrabio. Zaczekamy spokojnie, na wysłany po nas dyliżans.
- Oczywiście. – hrabia chciał już odwrócić się i odejść, gdy nagle podbiegł kurier i podał mu krótką wiadomość.
Po odczytaniu jej
mężczyzna dał chłopcowi srebrną monetę i rzekł do dam, podając im do
przeczytania krótki list:
- Czy zabierze się więc pani ze mną? Córka zostanie pod
opieką mego wiernego sługi, do przyjazdu powozu. Odpowiada to pani?
- Jeżeli sprawy tak się mają. Chyba nie mam wyboru. – westchnęła, po czym dodała, chwytając hrabiego pod ramię – Niech szanowny hrabia prowadzi.
- Jeżeli sprawy tak się mają. Chyba nie mam wyboru. – westchnęła, po czym dodała, chwytając hrabiego pod ramię – Niech szanowny hrabia prowadzi.
Dochodziło późne
popołudnie. Duszący skwar został zastąpiony przez przyjemne ciepło. Akwedukty
zostały już naprawione i działały bez zarzutu. Dziewczyna siedziała samotnie na swojej
walizce, oczekując w samotności na przyjazd dyliżansu. Matka razem z hrabią
odjechali dawno temu, a głupi sługa,
mający się nią opiekować odszedł gdzieś godzinę temu i jeszcze nie wrócił. Przez
ulicę toczył się powoli niewielki powóz ciągnięty przez czarnego konia.
Niespodziewanie zatrzymał się przy młodej damie. Siedzący na nim młody
mężczyzna zapytał:
- Czeka szanowna pani na kogoś?
- Owszem. – odrzekła znudzona.
- Aha… A gdzie pani zmierza? – zapytał zaciekawiony.
- Do właściciela tych ziem, którego imienia nie pamiętam.
- Ajć… - syknął z uśmiechem, po czym dodał – Akurat udaję się w tym samym kierunku. Może zabierze się pani ze mną?
- Nie. – odpowiedziała krótko i stanowczo.
- Nie? – zdziwił się.
- Nie. Słyszał pan. Czekam na dyliżans.
- Ach tak? Skąd więc pewność, iż to nie jest dyliżans, na który pani czeka? – zażartował.
- Pan sobie chyba żartuje. – odfuknęła oburzona, starając się zbyć rozmówcę.
- Niestety nie. Proszę. – wyciągnął zapieczętowany list i podał go młodej damie.
- To… - zaszokowała się.
- Sama pani widzi. Zapraszam na kocyk. Bardzo milutki. – zaśmiał się i zszedł z powozu, aby zabrać walizkę dziewczyny.
- Nie wierzę panu. – powstrzymała go.
- Ech… - westchnął i położył jej dłoń na głowie.
- Owszem. – odrzekła znudzona.
- Aha… A gdzie pani zmierza? – zapytał zaciekawiony.
- Do właściciela tych ziem, którego imienia nie pamiętam.
- Ajć… - syknął z uśmiechem, po czym dodał – Akurat udaję się w tym samym kierunku. Może zabierze się pani ze mną?
- Nie. – odpowiedziała krótko i stanowczo.
- Nie? – zdziwił się.
- Nie. Słyszał pan. Czekam na dyliżans.
- Ach tak? Skąd więc pewność, iż to nie jest dyliżans, na który pani czeka? – zażartował.
- Pan sobie chyba żartuje. – odfuknęła oburzona, starając się zbyć rozmówcę.
- Niestety nie. Proszę. – wyciągnął zapieczętowany list i podał go młodej damie.
- To… - zaszokowała się.
- Sama pani widzi. Zapraszam na kocyk. Bardzo milutki. – zaśmiał się i zszedł z powozu, aby zabrać walizkę dziewczyny.
- Nie wierzę panu. – powstrzymała go.
- Ech… - westchnął i położył jej dłoń na głowie.
Kobieta straciła
przytomność i upadła na ziemię. Jegomość podniósł ją i ułożył na kocu między
ładunkiem. Następnie wziął walizkę i umieścił ją koło skrzyń. Po tym usiadł na
swoje miejsce i smagnął delikatnie konia, by ruszył z wolna do przodu.
Młoda dama
ocknęła się zirytowana ciągłym podrzucaniem. Jej kark był zdrętwiały, a
kończyny odmawiały posłuszeństwa. W suchych ustach język naciskał na obolałe
dziąsła. Odrętwienie umysłu mimo swej słabości, nie chciało jej opuścić. Powóz
niespodziewanie się zatrzymał. Ktoś z niego zeskoczył i stanął na wysokości
głowy dziewczyny, opierając się o skrzynie.
- Witaj z powrotem piękna pani. Jak się spało? – zapytał z
troską w głosie.
- T... es... po... rwa... e... – próbowała się wysłowić z marnym skutkiem.
- Jeszcze cię trzyma. Chyba straciłem wyczucie… - po tych słowach zasmucił się lekko.
- T... es... po... rwa... e... – próbowała się wysłowić z marnym skutkiem.
- Jeszcze cię trzyma. Chyba straciłem wyczucie… - po tych słowach zasmucił się lekko.
Następnie sięgnął po podłużne, czarne, hebanowe pudełko. Gdy miał je już w rękach oddalił się
od wozu. Niespodziewanie jednak zawrócił i stojąc nad lekko wierzgającą młodą
kobietą, ponownie się do niej zwrócił.
- Nie uciekniesz. Unieruchomiłem cię. Ale na wypadek, gdybyś
nie myła grzeczna. Szszsz… -mówiąc to przyłożył palec wskazujący do swych ust,
a następnie wykonał gest zasuwania warg.
-Mmmm… - dziewczyna spróbowała coś z siebie wydusić.
- No. Zaczekaj tu proszę chwilkę. Tylko załatwię małą sprawę. – rzekł nie przestając się miło uśmiechać.
-Mmmm… - dziewczyna spróbowała coś z siebie wydusić.
- No. Zaczekaj tu proszę chwilkę. Tylko załatwię małą sprawę. – rzekł nie przestając się miło uśmiechać.
Gdy mężczyzna
odszedł, dziewczyna starała się jeszcze coś zrobić, jednak tylko marnowała swe
siły. Przez głowę przelatywały jej najgorsze myśli. Postanowiła się uspokoić.
Zaczęła oddychać powoli i uspokoiła umysł. Dopiero teraz zorientowała się, iż
słyszy z oddali śmiechy, muzykę i zabawy. Przez chwilę miała nadzieję, że jakoś
to wykorzysta, jednak rzeczywistość chlusnęła ją w twarz jak wiadro zimnej
wody. Leżała wiec spokojnie starając się przypomnieć sobie nauki swego ojca.
Nagle wszystko umilkło. Stan ten trwał niedługo, albowiem po chwili wszystko
odezwało się dwa razy głośniej. Powróciła więc do swego zajęcia. Skupiając się,
starała się przyzwać swego stróża, który w młodości ratował ją z gorszych
opresji. Cienista postać nie pojawiała się. Mimo to dziewczyna nie ustawała w
swych próbach.
- Im więcej go używasz, tym bardziej cię pochłania.
Chłodne słowa
wyrwały ją z transu, w który wpadała, napawając
strachem. Przerażonymi oczami wpatrywała się w wspinającego się na powóz
mężczyznę.
- Kto? – zapytała cicho.
- Nie życzę ci byś podążyła tą ścieżką. Szło nią tylu z nas. Teraz zostałem tylko ja. – mówił z nostalgią w głosie, po czym smagnął konia i wóz ruszył.
- Nie życzę ci byś podążyła tą ścieżką. Szło nią tylu z nas. Teraz zostałem tylko ja. – mówił z nostalgią w głosie, po czym smagnął konia i wóz ruszył.
Dziewczyna nagle
zorientowała się, że może się swobodnie ruszać i mówić. Wstała więc i usiadła
obok młodego jegomościa. Wydawało jej się to takie naturalne. Jakby wydarzenia
z przed chwili nie miały żadnego znaczenia.
- Tylko ty i ja. Dwoje świadomych. Reszta żyje w swoich
snach. – powiedział spoglądając przed siebie, na drogę ciągnącą się po
horyzont.
Po jego słowach
jechali w ciszy, napawając się dziwnie przyjemną atmosferą wieczora. Minęło
sporo czasu nim zobaczyli w oddali czarne mury ogromnej włości.
- Za niedługo będziemy. Możesz się już obudzić. – wyszeptał
cicho, zasypiającej już dziewczynie.
Ta zaś zapadła w
głęboki sen.
Nagły, znajomy
śmiech rozbudził młodą damę. Wyrwana z objęć snu, próbowała się zorientować co
się dzieje.
- Wspominałem, iż ma pani uroczy śmiech? – odezwał się męski
głos.
- Panie hrabio... – zarumieniła się rozmówczyni.
- Och... Chyba już jesteśmy. Pragnąłbym więc pani podziękować za towarzystwo. Bez pani nudziłbym się całą drogę. Tak zaś, zrządzeniem losu, było miło i ciekawie.
- Podziękowania należą się też mojej córce, która całą drogę przespała. Prawda córeczko? – kobieta zwróciła się do półprzytomnej dziewczyny.
- Yhym... – odrzekła skonfundowana.
- Panie hrabio... – zarumieniła się rozmówczyni.
- Och... Chyba już jesteśmy. Pragnąłbym więc pani podziękować za towarzystwo. Bez pani nudziłbym się całą drogę. Tak zaś, zrządzeniem losu, było miło i ciekawie.
- Podziękowania należą się też mojej córce, która całą drogę przespała. Prawda córeczko? – kobieta zwróciła się do półprzytomnej dziewczyny.
- Yhym... – odrzekła skonfundowana.
Dyliżans
zatrzymał się powoli przy wielkich, matowych, czarnych schodach. Pierwszy
wysiadł hrabia, wyciągając rękę i pomagając wysiąść obu damom.
- Witam szanownego hrabię. Witam również piękne panie.
Zapraszam do środka. - rzekł starzec
kłaniając się nisko.
- Pan musi być Daran, czyż nie? – zapytał hrabia.
- Oczywiście. Zapraszam. Proszę. Bagaże już znajdują się w pokojach.
- Pan musi być Daran, czyż nie? – zapytał hrabia.
- Oczywiście. Zapraszam. Proszę. Bagaże już znajdują się w pokojach.
Lekko zdziwione
damy rozejrzały się, tylko po to by zaobserwować brak ich walizek. Jedynie
Hrabia potraktował całą sytuację jako wielce naturalną, choć samemu się tego
nie spodziewał. Wszyscy ruszyli więc do ogromnych, matowych, metalowych drzwi w
kolorze czerni.
- Czy tu wszystko jest czarne? – mruknęła młoda dziewczyna
do matki.
- Ci! – skwitowała jej pytanie.
- Ci! – skwitowała jej pytanie.
Nagle hrabia
zaśmiał się wesoło i rzekł:
- To rodzinne moje drogie dziecko!
Gdy wszyscy
znaleźli się w przeogromnym korytarzu wejściowym osobliwie ubrany mężczyzna
odezwał się ponownie.
- Widzę, że pan tego domu, jest bardzo zajęty.
- Niech szanowny hrabia i panie wybaczą. Niestety pan musiał koniecznie wyjechać dziś z zamku, aby móc uczestniczyć w uroczystości zaślubin w Jabłkowym Dworze. Nie mógł odrzucić zaproszenia. Ma słabość do mieszkańców jego ziem. Kocha wszystkich jak swoje dzieci, a oni kochają go jak ojca.
- Rozumiem.
- Z tego też powodu spotkanie odbędzie się jutrzejszego wieczora. Wszyscy wypoczną i będą myśleć trzeźwo, jak określił to mój pan.
- Oczywiście. Proszę wybaczyć moją wścibskość, jednak pragnę zapytać, co stanie się z paniami, gdy my będziemy sobie obradować?
- Niestety nie wiadomo mi tego.
- Niech szanowny hrabia i panie wybaczą. Niestety pan musiał koniecznie wyjechać dziś z zamku, aby móc uczestniczyć w uroczystości zaślubin w Jabłkowym Dworze. Nie mógł odrzucić zaproszenia. Ma słabość do mieszkańców jego ziem. Kocha wszystkich jak swoje dzieci, a oni kochają go jak ojca.
- Rozumiem.
- Z tego też powodu spotkanie odbędzie się jutrzejszego wieczora. Wszyscy wypoczną i będą myśleć trzeźwo, jak określił to mój pan.
- Oczywiście. Proszę wybaczyć moją wścibskość, jednak pragnę zapytać, co stanie się z paniami, gdy my będziemy sobie obradować?
- Niestety nie wiadomo mi tego.
Starszy jegomość stanął
nagle przy jednymi z drzwi i rzekł:
- O to pański pokój szanowny panie Hrabio. Kolacja odbędzie
się w za godzinę w jadalni wieczorowej.
- Dziękuję i do zobaczenia na kolacji. – odpowiedział z lekkim ukłonem i wszedł do pokoju.
- Panie zaś proszę za mną. – powiedział starzec i ruszył dalej korytarzem.
- Dziękuję i do zobaczenia na kolacji. – odpowiedział z lekkim ukłonem i wszedł do pokoju.
- Panie zaś proszę za mną. – powiedział starzec i ruszył dalej korytarzem.
Kobiety podążyły
za nim. Szli tak chwilę w milczeniu. Gdy dotarli do kolejnego z pokoi
gościnnych mężczyzna zatrzymał się i powiedział:
- Proszę się rozgościć.
Suknie na dzisiejszy wieczór rozłożone zostały na łożach.
- Dziękujemy bardzo. – odpowiedziała starsza z dam, przekraczając próg.
- Dziękujemy bardzo. – odpowiedziała starsza z dam, przekraczając próg.
Stary sługa
zamknął drzwi i odszedł.
- Zauważyłaś mamo, że bardzo szybko przeszłyśmy długą drogę?
Ten budynek jest ogromny, a my w tak krótkim czasie dotarliśmy na drugi jego
koniec. – powiedziała zamyślona dziewczyna.
- To jest jak sen… Niepokoi mnie to. Jeszcze te suknie. Skąd znali nasze rozmiary? – skonsternowała się oglądając prostą, lecz delikatną kreację.
- Mamy godzinę. Zastanawiam się tylko jak my trafimy do tej jadalni… - mówiła oglądając meble i wystrój wnętrza.
- Na razie trzeba nam odświeżyć się po podróży. Zdejmuj ciuchy. Wyszorujemy cię porządnie. – rozkazała srogo matka, prowadząc córkę do łazienki i starając się zedrzeć z niej ubranie.
- To jest jak sen… Niepokoi mnie to. Jeszcze te suknie. Skąd znali nasze rozmiary? – skonsternowała się oglądając prostą, lecz delikatną kreację.
- Mamy godzinę. Zastanawiam się tylko jak my trafimy do tej jadalni… - mówiła oglądając meble i wystrój wnętrza.
- Na razie trzeba nam odświeżyć się po podróży. Zdejmuj ciuchy. Wyszorujemy cię porządnie. – rozkazała srogo matka, prowadząc córkę do łazienki i starając się zedrzeć z niej ubranie.
Starszy mężczyzna
szedł samotnie korytarzem, co chwila przyśpieszając i z powrotem zwalniając
kroku. Lekko podenerwowany starał się wyglądać jakby nie miał zmartwień i
uczuć. Szedł i szedł. Droga mu się nieskończenie dłużyła. Gdy w końcu dotarł
pod wybrane drzwi, wziął głęboki wdech i zapukał. Odpowiedziała mu cisza.
Otworzył więc drzwi na wydechu i wchodząc zobaczył swego, w pół rozebranego
pana.
- Och… Witaj Daranie. Jak ci minął wieczór? – zapytał
uśmiechając się szeroko.
Sługa podszedł
szybkim krokiem do niego i zdzielił go w potylicę.
- Auć! Aż tak źle? Coś jej się dzieje? Ma jakieś powikłania?
Wiesz… Trochę wyszedłem z wprawy.
- Nigdy więcej nie będę świecił za pana oczami przed pańskimi gośćmi. Tym bardziej przed ich szanownymi żonami.
- Puszysta hrabina? Wiem. Z nią nie ma przebacz. Ale wszystko się dobrze skończyło, czyż nie? – zapytał wybierając strój na wieczór.
- Oczywiście. Wspominał pan o dziewczynie? Coś się stało?
- Nie… No co ty…. Nic. – odrzekł wielce zajęty oglądaniem jakiegoś płaszcza.
- Nigdy więcej nie będę świecił za pana oczami przed pańskimi gośćmi. Tym bardziej przed ich szanownymi żonami.
- Puszysta hrabina? Wiem. Z nią nie ma przebacz. Ale wszystko się dobrze skończyło, czyż nie? – zapytał wybierając strój na wieczór.
- Oczywiście. Wspominał pan o dziewczynie? Coś się stało?
- Nie… No co ty…. Nic. – odrzekł wielce zajęty oglądaniem jakiegoś płaszcza.
Starszy jegomość
zdzielił go ponownie.
- Nie za dobrze się pan bawi?
- Nie? Przecież jeszcze została kolacja.
- Pan coś pił?
- Tak. Wodę.
- Proszę chuchnąć.
- Nie? Przecież jeszcze została kolacja.
- Pan coś pił?
- Tak. Wodę.
- Proszę chuchnąć.
Mężczyzna
chuchnął w stronę rozmówcy.
- Widzę, że wesele udane. Sugeruję nie odzywać się za dużo
na kolacji. – rzekł, powracając do swej bezemocjonalnej formy.
- Chyba skorzystam z rady. Ubiorę to? – odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Strój pojedynkowy? Jakaś specjalna okazja?
- Tak. Mam zamiar zmierzyć się z sam wiesz kim.
- Tym dzieciakiem, co podkrada panu słodycze? – zapytał ze zdziwieniem w głosie.
- Nie... Hrabiną. Tą wiesz… - po tych słowach zaczął gestykulować posturę kobiety, o której mówił.
- Ach tak. W takim razie, radzę założyć do tego ten oto płaszcz. Do twarzy w nim panu. Młoda dama będzie zachwycona.
- Mówisz? Niech więc tak będzie.
- Chyba skorzystam z rady. Ubiorę to? – odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Strój pojedynkowy? Jakaś specjalna okazja?
- Tak. Mam zamiar zmierzyć się z sam wiesz kim.
- Tym dzieciakiem, co podkrada panu słodycze? – zapytał ze zdziwieniem w głosie.
- Nie... Hrabiną. Tą wiesz… - po tych słowach zaczął gestykulować posturę kobiety, o której mówił.
- Ach tak. W takim razie, radzę założyć do tego ten oto płaszcz. Do twarzy w nim panu. Młoda dama będzie zachwycona.
- Mówisz? Niech więc tak będzie.
Mężczyzna ubrał
się i wyszedł na korytarz razem ze swoim sługą. Wtedy oboje ruszyli powoli w
stronę jadalni.
- Gdzie idziesz?
– zapytała kobieta.
- Pójdę już powoli do jadalni. Przejdę się przy okazji. – odpowiedziała młoda dziewczyna.
- Dobrze. Tylko się nie zgub.
- Tak, tak. – odrzekła wychodząc na korytarz. Skręciła w prawo i zaczęła iść, podziwiając wszystko na około.
- Pójdę już powoli do jadalni. Przejdę się przy okazji. – odpowiedziała młoda dziewczyna.
- Dobrze. Tylko się nie zgub.
- Tak, tak. – odrzekła wychodząc na korytarz. Skręciła w prawo i zaczęła iść, podziwiając wszystko na około.
Spacerowała
powoli, gdy nagle zobaczyła otwarty pokój. Wkroczyła do niego. Było to
niewielkie pomieszczenie, w którym znajdował się kominek, niewielka kanapa,
pełno książek, nieduży balkon i wielkie biurko, którego wierzch pokryty był
niezwykle pięknym szkłem. Na ów meblu leżała wielka, otwarta księga. Młoda dama
podeszła do niej i spojrzała na zapisaną stronę. Pośród monologu narratora
znajdował się niedługi wiersz.
„ Świecidełek pełen
krąg.
Złote blaski brudnych rąk.
Coś tam w kącie błyska się.
Brylantowo lśniący sen.
Sreber zastawiony pełen stół.
Pod nim żądzy zionie dół.
Bursztynowy wzrok ogarnia dźwięk.
Ametystu wstaje lęk.
Pereł skapie ciężki deszcz.
Na platyny startej wierzch.
Rubinowa spływa łza.
Szmaragdowy smak gęstego zła.
Diamentowe słowa pustych dni.
Na to nie pomoże nic.
W mahoniowej trumnie żądza trwa.
Jedwabiście delikatna… lalka.”
Złote blaski brudnych rąk.
Coś tam w kącie błyska się.
Brylantowo lśniący sen.
Sreber zastawiony pełen stół.
Pod nim żądzy zionie dół.
Bursztynowy wzrok ogarnia dźwięk.
Ametystu wstaje lęk.
Pereł skapie ciężki deszcz.
Na platyny startej wierzch.
Rubinowa spływa łza.
Szmaragdowy smak gęstego zła.
Diamentowe słowa pustych dni.
Na to nie pomoże nic.
W mahoniowej trumnie żądza trwa.
Jedwabiście delikatna… lalka.”
Dziewczyna po
przeczytaniu go spojrzała w stronę drzwi balkonowych, przez które wzierało
światło padające z dwóch pierwszych księżyców. Przez chwilę poczuła się
wyjątkowo. Prawie jak osoba, która napisała to małe dzieło. Nagle poczuła się
jednak nieswojo. Czuła jak ciarki przechodzą jej po plecach. Miała wrażenie, że
coś za nią stoi. Zamknęła więc książkę i wybiegła szybko z pokoju. Skierowała
się przeciwnie do kierunku, z którego przyszła. Po niedługim biegu postanowiła
się zatrzymać. Bała się, że się zgubiła, lecz niespodziewanie zobaczyła przed
sobą bladą postać starszego człowieka.
- Proszę za mną. – rzekł jegomość bez emocji.
- Pan Daran, tak? – zapytała szczęśliwa.
- Pan Daran, tak? – zapytała szczęśliwa.
Mężczyzna nie
odpowiedział. Odwrócił się plecami do młodej kobiety i ruszył przed siebie. Ta
zaś szybko podążyła za nim. Po chwili dotarli do dużego otwartego pokoju z
wielkim, zastawionym już stołem i ogromnym balkonem.
- Dziękuję pa… - chciała podziękować jednak osoby, która ją
przyprowadziła już nie było.
Dziewczyna stała
samotnie i zastanawiała się co teraz ma zrobić. Niespodziewanie usłyszała głosy
i zbliżające się kroki w korytarzu. Nie wiedzieć z jakiego powodu przeraziła
się i schowała w kącie za dużym kobiercem. Ktoś stanął przy zamkniętych
drzwiach.
- Co teraz Daranie? – zapytał podenerwowany głos.
- Co ma pan na myśli? Teraz wejdzie pan i zaczeka, aż wszyscy dotrą na kolację.
- Chodzi mi o tą młodą damę. Wiesz… Ja nie za bardzo umiem radzić sobie z kobietami. Zrobię z siebie głupka.
- I może za to pana pokocha.
- Daranie… Doradź coś. Masz w tym doświadczenie.
- Mój panie, bez urazy, lecz kobiety same padały w me ręce, w czasach mej młodości. Byłem wielbiony jak bóg.
- Yhym… Czyli to o to ci chodzi, gdy mówisz, że dzikie plemiona są prymitywne? – zapytał sarkastycznie.
- Chodzi panu o prezent na dzień imienia, prawda? Mówiłem panu, iż to niespodzianka. Nie chce jej chyba pan zepsuć.
- No nie… - weschnął jak zbite z tropu dziecko.
- No więc wejdzie tam pan. Stanie sobie na balkonie i będzie pan podziwiał księżyc. Panie uwielbiają wrażliwych i tajemniczych mężczyzn.
- Może masz rację. Pójdę na żywioł. Jakby co, to ją ogłuszę i zaknebluję. – zażartował.
- Zbladł pan trochę. Czy coś się panie stało?
- Oczywiście. Otóż widzisz drogi Daranie. Ja nie jestem twoim panem. – odpowiedział spokojnie z piorunującą powagą.
- Co ma pan na myśli? Teraz wejdzie pan i zaczeka, aż wszyscy dotrą na kolację.
- Chodzi mi o tą młodą damę. Wiesz… Ja nie za bardzo umiem radzić sobie z kobietami. Zrobię z siebie głupka.
- I może za to pana pokocha.
- Daranie… Doradź coś. Masz w tym doświadczenie.
- Mój panie, bez urazy, lecz kobiety same padały w me ręce, w czasach mej młodości. Byłem wielbiony jak bóg.
- Yhym… Czyli to o to ci chodzi, gdy mówisz, że dzikie plemiona są prymitywne? – zapytał sarkastycznie.
- Chodzi panu o prezent na dzień imienia, prawda? Mówiłem panu, iż to niespodzianka. Nie chce jej chyba pan zepsuć.
- No nie… - weschnął jak zbite z tropu dziecko.
- No więc wejdzie tam pan. Stanie sobie na balkonie i będzie pan podziwiał księżyc. Panie uwielbiają wrażliwych i tajemniczych mężczyzn.
- Może masz rację. Pójdę na żywioł. Jakby co, to ją ogłuszę i zaknebluję. – zażartował.
- Zbladł pan trochę. Czy coś się panie stało?
- Oczywiście. Otóż widzisz drogi Daranie. Ja nie jestem twoim panem. – odpowiedział spokojnie z piorunującą powagą.
Po tych słowach
dało się słyszeć oddalające się kroki jednego z mężczyzn. Gdy ucichły, rozwarły
się drzwi i do środka wkroczył wysoki, młody, blady jak ściana jegomość z szyderczym
uśmiechem na twarzy. Schowana dziewczyna coraz bardziej nie rozumiała sytuacji
i coraz mocniej zaczynała się bać. Blady osobnik zaczął zbliżać się w jej
stronę. Po chwili przystanął niedaleko niej i wyjął ze stojącej tam gabloty
dwie szable.
- Idealne. Czy masz ochotę na szable?! A może jednak wolisz
rapiery?! – krzyknął do postaci odzianej w czerń, stojącej w progu otwartego
już wejścia na balkon.
Postać nie
odpowiedziała. Złapała tylko lecącą w jej stronę broń i stanęła w pozycji do
walki.
- Dobrze więc. Rozgrzejmy się. – mówił jegomość, ściągając z
siebie bogato zdobiony, czarny płaszcz.
Mężczyźni natarli
na siebie. Ostrza uderzały o siebie ustawicznie. Wszystko działo się tak
szybko, iż nie było widać co się tak naprawdę dzieje. Nagle walczący dali sobie
chwile oddechu. Oboje byli lekko poranieni.
- Czy to już pora przyśpieszyć ich kroki? – zapytał z
szyderstwem i nienawiścią w głosie blady dżentelmen.
Panowie natarli na
siebie ponownie, a powietrze wypełniające pokój zgęstniało. Dziewczyna ledwo
trzymała się na nogach, starając się nie stracić przytomności. Jej umysł nie
potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. Niespodziewanie rozszedł się potężny wybuch
energii, alarmujący wszystkich w posiadłości. Z korytarza zaczęły dochodzić
głośne krzyki i odgłosy biegnących osób. Mężczyźni walczyli dalej, gdy nagle
ubrana na czarno postać cięła od dołu raniąc głęboko, od bioder aż po szyję
swego przeciwnika, który z szalonym uśmiechem na twarzy odsłonił się i rzucił
na ostrze. Po tym ataku, jegomość opuścił gardę skonfundowany sytuacją. Raniony
przeciwnik niespodziewanie wyprowadził kontrę, rozcinając bok nieznajomego. Ten
zaszokowany upadł na ziemię. W drzwiach naraz pojawił się tłum gości. Wśród
nich znajdował się Hrabia, który widząc całą sytuację, natychmiastowo ruszył do
pomocy.
- Ty! – krzyknął w stronę napastnika.
Ten zaś wstał z
trudem i zaczął biec w stronę balkonu. Gdy znajdował się już na świeżym
powietrzu i odbijał się właśnie od balustrady, spojrzał jeszcze w tył, tylko po
to by zobaczyć, jak zza kobierca w kącie wybiega młoda dama, chwyta wiszący na
ścianie łuk, strzałę, a następnie strzela. Odwracając wzrok jegomość w czerni,
stracił oddech. Uczuł jak jego klatkę piersiową przeszywa ostry grot strzały.
Strzał był na tyle mocny, iż popchnął go do przodu uniemożliwiając mu
jakikolwiek ratunek przed upadkiem.
Mężczyzna spadł w wielką przepaść i wylądował na skraju klifu. Ledwo
łapiąc się życia i resztek świadomości, starał się uniknąć szponów błogiego
snu. Oddychał z trudem, walcząc o każdy krótki oddech, okupywany przeogromnym
bólem w płucach i gardle. Z jego oczu zaczęły spływać łzy, a z buzi wylewała
się gęsta ślina zmieszana z krwią i błotem.
- Dałeś się przechytrzyć! Twoi uniżeni słudzy zdradzili cię!
Jesteś słaby. Zawsze byłeś. Nie przeszedłeś drogi przodków, a chciałeś posiąść
naszą moc! Tak oto kończą marni głupcy! Jak się czujesz, gdy zdradza cię twój
własny sługa-cień?! – odezwała się niezliczonymi głosami cienista postać, która
wyłoniła się z cieni.
Następnie podeszła
do niego, pochyliła się, złapała za głowę i szepcząc coś w niemym, nieznanym
języku wydarła z niego, powodując największe możliwe cierpienie, całą jego moc
i to co ją mu dawało.
- To ci się już nie przyda. Mamy nową panią, która zrobi z
tego lepszy użytek. Żegnaj i niech pochłonie cię ciemność. – odezwał się już
jeden, dobrze znany umierającemu głos.
Po tych słowach
istota zrzuciła swą ofiarę z krawędzi i odeszła rozpraszając się w półmroku.
Mężczyzna zaś spadał nie czując nic. Po chwili odebrało mu wzrok i inne zmysły.
Nawet nie wiedział kiedy wpadł w przepastną, ciemną toń, która obłapiała jego
ciało i umysł, chcąc zabrać je w ostateczną drogę.
Wszyscy goście
nadal stali w osłupieniu w drzwiach. Przy umierającym, bladym mężczyźnie znajdował
się tylko Hrabia i dziewczyna ściskająca jeszcze łuk, z którego strzelała.
Starali się go uspokoić i pomóc mu, jednak ich starania były na marne. Ranny
jegomość tylko uśmiechnął się miło i kładąc młodej damie lodowatą dłoń na
policzku, przyciągnął ją delikatnie do siebie i pocałował. Jego niewiarygodnie
gładkie i zimne wargi stykały się z jej. W tym pocałunku przekazał jej całą moc
i władzę. Po tym uleciał jak szary dym. Będący przy nim hrabia wściekał się
przez łzy, że dopuścił do takiego stanu rzeczy. Niespodziewanie do pokoju
wkroczył Daran i jak gdyby nigdy nic podszedł do młodej kobiety, pokłonił się
nisko i zapytał bez emocji:
- Moja pani. Co rozkażesz?
Komentarze
Prześlij komentarz