Demon: Fragment III (N)
Drzwi taksówki odzywają się wyraźnym
trzaskiem, gdy twa ręka zaczyna swobodnie opadać ku swej naturalnej pozycji.
– Dziękuję bardzo. –
docierające do ciebie kobiece słowa wydają się być nieco zbyt odległe.
– Nie ma za co. – odpowiedź na nie padająca, również nieco umyka twej
świadomości – Do widzenia.
– Do widzenia… – mruczysz czując suchość w ustach.
Po tym łapiesz stojący obok bagaż w dłonie
i ruszasz w kierunku dwupiętrowego, drewnianego domu, rysującego się przed
twymi oczami. Obok siebie słyszysz wyraźne kroki, manifestujące swą obecność
charakterystycznym chrupaniem kamyków. Na razie nie padają kolejne słowa. Tak
ci się przynajmniej zdaje. Nie możesz tego do końca stwierdzić, gdyż dręczące
cię zmęczenie zagłusza większość bodźców. W końcu spod tych stóp odzywa się
odgłos butów uderzających o drewno. Zmuszasz się więc do większego skupienia i
teraz stojąc przed drzwiami pukasz.
– Mam klucze. – rzuca w tym
samym momencie twa towarzyszka grzebiąc w swym podręcznym bagażu.
Nie nadąża z ich znalezieniem, gdy
przejście otwiera się na oścież ukazując kobietę w wieku około siedemdziesięciu
lat z lekką nadwagą i ciemno–bordowymi włosami. Gdy tylko ją dostrzega, rzuca
się jej na szyję i przytula z czułością.
– Cześć córcia. Nie miałaś
przyjechać za dwa dni? – pada zdziwione pytanie.
– Chciałam wam zrobić niespodziankę. – odpowiada jej twa towarzyszka z
uśmiechem.
– Wcześnie jesteś. – odzywa się nagle męski głos, po którym następuje dźwięk
zębów uderzających o drewno.
– Tata! – lekarka momentalnie przerzuca się na mężczyznę, który właśnie się
pojawił.
Ściska go mocno, a po chwili, gdy
odstępuje kawałek, karci go.
– Miałeś nie palić!
– Nie palę. Tylko nie mogę odwyknąć od trzymania fajki w ustach. – wyjaśnia
dostrzegając w tym samym czasie twoją, niepozorną osobę, stojącą obok – A ty chłopcze
wyglądasz jak śmierć.
– Tato!
– Dziadek!
Obie kobiety krzyczą na niego za jego
nietaktowność. On zaś wyciąga do ciebie rękę w geście przywitania. Uściskasz ją
w odpowiedzi, lecz robisz to tak słabo, iż na jego twarzy pojawia się wyraźny
grymas.
– Witam cię w moim domu. Może
wejdziesz i napijesz się czegoś? – proponuje zaciskając zęby na drewnianym
ustniku fajki.
Ponieważ nie reagujesz, spogląda wymownie
w stronę dam.
– Panie muszą się sobie
wygadać. – dodaje, po czym odwraca się i wkracza do wnętrza izby.
Ty zaś nie wiedząc co ze sobą począć,
ruszasz za nim zabierając ze sobą bagaże.
– Połóż je w korytarzu. –
słyszysz od niego, gdy ten wkracza do kuchni.
Wykonujesz jego polecenie, a następnie udajesz
się za nim. Wkroczywszy do kuchni dostrzegasz jak twój rozmówca nalewa wody do
czajnika i stawia go na kuchence gazowej.
– Jesteś członkiem Zakonu. –
bardziej stwierdza niż zapytuje.
– W trakcie inicjacji. – odrzekasz czując słabość w nogach i opierając się o
ścianę.
– Pijesz kawę, czy herbatę? – pyta przeglądając szafki w poszukiwaniu naczyń.
– Obojętnie. – mówisz przecierając twarz.
– Nie spodziewaliśmy się ciebie. – wyznaje ściągając czajnik, który właśnie
zaczął piszczeć z gazu – Oczywiście gość w dom, Bóg w dom. Musisz wybaczyć nam
jednak nieprzygotowanie.
– Przepraszam za kłopot. Ja również się nie spodziewałem.
– Taka już jest ta dziewczyna… – wzdycha, biorąc napary do rąk i podchodząc z
nimi do stołu – Usiądziesz?
W odpowiedzi odpychasz się lekko od ściany
i podchodzisz do krzesła, na którym zasiadasz. Po tym łapiesz postawiony przed
tobą napój i wpatrujesz się w jego intensywny, czarny kolor.
– Bez obrazy, ale… – zaczyna mężczyzna
ewidentnie skrępowany pytaniem, które chce zadać.
W tym momencie docierają jednak do waszych
uszu odgłosy kłótni.
– Miałem właśnie iść poprawić
runy. – mówi szybko, starając się przyciągnąć twą uwagę.
– Z chęcią panu pomogę jeśli to nie problem. – odpowiadasz mu z uśmiechem.
Po tym obydwoje wstajecie i nawet nie
upiwszy nic ze swoich kubków, przemieszczacie się z powrotem do korytarza, z
którego starzec bierze swe narzędzia. Następnie wychodzicie przez werandę na
zewnątrz i zaczynacie kierować się w stronę najbliższego z kamieni runicznych.
– Wybacz pytanie, ale jak to
się stało, iż przeklęty został przyjęty w szeregi Zakonu? – pada po chwili
ciszy.
– Ta klątwa została już spłacona. Pozostał po niej tylko znak. – odpowiadasz niechętnie.
– Przepraszam. Myślałem… – rozmówca pragnie się wytłumaczyć.
– Nie szkodzi. Nawykłem. – mówisz krótko i twardo, nie pozostawiając pola do
polemiki.
W tym momencie najbliższą przestrzeń
przeszywa odgłos drewna uderzającego o zęby.
– Poprzedni właściciel tej
posiadłości był przeklęty. To jest jego rodzina. – mężczyzna zaczyna mówić co
chwila przygryzając ustnik fajki – Legenda mówi, iż pewnej srogiej zimy, gdy
wszyscy domownicy przymierali głodem i zimnem jego przodek udał się z swym
synem pierworodnym do lasu. Minęło kilka dni nim pan domu powrócił. Nie było z
nim syna. Za to spiżarnie były pełne, a drewna na opał było pod dostatkiem. Od
tamtej pory każdej zimy, mężczyzna szedł z kimś do lasu i po jakimś czasie
wracał sam, a rodzina nigdy nie cierpiało z głodu, czy zimna. Lata mijały, gdy
pewnego razu do domostwa zawitał pewien nieznajomy. Został ugoszczony jak
najlepiej mógł i w zamian postawił te kamienie, na których wyrył runy.
Wyrzekając ostatnie słowa rozmówca zwolnił
kroku i wyciągnął dłoń, aby pokazać na znajdujący się niedaleko kawałek skały.
– Od tamtej pory nie trzeba
było chodzić do lasu, aby rodzina przetrwała zimę. Lecz biada była temu
domownikowi, który bez uwagi przekroczył granicę run. Słuch po nich ginął. –
dokańcza opowieść przystając i wyciągając pudełko z zapałkami z kieszeni.
– Co stało się z poprzednim właścicielem? – zapytujesz zaciekawiony.
– Któż wie? – zapytuje bez przejęcia, a następnie odpala zapałkę, aby rozpalić
tytoń w fajce.
W momencie, w którym kawałek drewna
zajmuje się ogniem uwalniając nieco dymu, czujesz jakby po twoich kościach coś
przepełzło niczym nagle wzburzone węże. Do tego cały las, otaczający posesję
wzburza się szelestem, jakby coś w nim się właśnie wybudziło.
– Znasz się na runach? –
najzwyczajniejsze pytanie otrząsa cię z tych dziwnych odczuć sprawiając, iż
wydają się być one jedynie wymysłem twej wyobraźni.
– Niezbyt. – odrzekasz spoglądając podejrzliwie ku linii drzew.
– Mój znajomy zielarz, Panie świeć nad jego duszą, mawiał, iż runy są jak
kobiety. Nigdy ich nie pojmiesz. Za to jeśli masz talent… Poczujesz. – mówiąc
te słowa starzec śmieje się do rozpuku.
– Pan je czuje? – intrygujesz się.
– Czasami mam takie wrażenie. – odpowiada ci, a następnie łapie dłuto i młotek,
którymi rozpoczyna poprawki pierwszej z run.
Komentarze
Prześlij komentarz