Zjawa - Rozdział VIII
Rozłożonego
na łóżku i uwięzionego w sennej pułapce młodzieńca, obudziło gwałtowne otwarcie
drzwi. Poderwał się więc gwałtownie, dobywając leżącego pod poduszką pistoletu
i dopadł do ściany.
– Młody! Gotowy jesteś? –
zawołał znajomy męski głos.
W tym momencie jego bijące
szybko serce zwolniło, napięcie z barków osłabło, a umysł zmniejszył swą
wrażliwość na bodźce.
– Tak, tak. Prawie – odrzekł,
wychodząc zza osłony i przechodząc do salonu.
– Gotowy?! Człowieku! Jesteś w
gatkach! – gościowi ewidentnie nie spodobał się jego widok.
– Naprawdę muszę tam iść? –
zapytał zrezygnowany, podchodząc do kanapy, na której leżał już przygotowany
garnitur.
– Chcesz być na tym przyjęciu.
Przynajmniej z tego powodu, iż don ma nam pewnie coś do przekazania, nim
wykituje. – padła odpowiedź, po której rozmówca, udał się do kuchni.
– Ej no! Na przyjęciu coś
zjesz! Nie ogołacaj mnie z moich zasobów! – jęknął, zaczynając się ubierać.
– Poszedłem tylko po wodę –
oświadczył mężczyzna, gdy wrócił, a napiwszy się z trzymanej w dłoniach butelki
dodał – Jak to możliwe, iż ty jeszcze żyjesz? Wyglądasz gorzej niż… niewolnik
jakiś.
– O to pytasz? – zapytał,
eksponując blizny na swoim ciele, które potrafiły być na tyle rozległe, by
obejmować cały bark, albo na tyle długie, aby przechodzić z karku, aż do dołu
podkolanowego. – Terapia u doktora Pawła. Jakieś prochy i takie tam inne.
Młodość. Szczęście. Dobre geny.
– Długo nie pożyjesz, jak tak
dalej pójdzie… – rozległo się ciche mruknięcie.
– Spokojnie. Planuję dobić do
pięćdziesiątki. Potem mogę umierać. Najlepiej, aby mnie ktoś zastrzelił.
Czysto. Bez cierpienia – odrzekł, ubrawszy się i schowawszy swą broń. –
Idziemy?
– Idziemy – potwierdził
rozmówca, po czym oboje opuścili mieszkanie, by udać się do stojącego na
parkingu blokowiska samochodu.
Dwóch
mężczyzn w czarnym aucie wjechało powoli na zamknięty teren rozległej
posiadłości. Starszy z nich siedział w miarę dobrym humorze za kierownicą,
podczas gdy młodszy przez zaciemnioną szybę spoglądał z niezadowoloną miną na
niebo.
– Oj nie bądź taki – rzucił
kierowca.
– Nienawidzę takich imprez.
Wszyscy ci idioci ubrani w stroje wieczorowe jak jakieś marionetki i tylko
udają, iż cię lubią, albowiem dziadek odzywa się do ciebie częściej niż do nich
– prychnął pasażer.
– Może będzie ta twoja…
Cholera zawsze zapominam jej imienia. Ma… Ga… Albo jakaś Ja… No wiesz. Ta z
baru – zagaił, próbując skupić się na parkowaniu miedzy dwoma bardzo drogimi
samochodami.
– Justyna? – zapytał
młodzieniec, po czym jęknął nieznośnie, chowając twarz w dłoniach.
– No co znów z nią jest nie
tak? – zdenerwował się, gasząc silnik.
– Nic. Nie. Nic takiego. Po
prostu… Jest kobietą – opowiedział, wychodząc z auta.
– Co jej znów takiego
zrobiłeś? – spytał, wysiadając zaraz za nim.
– Od razu ja zrobiłem! To ona
zniknęła bez słowa na ponad rok. A z resztą… – w ostatniej chwili zrezygnował z
żalenia się. – Poza tym. Ona nie jest z rodziny. Po kiego miałaby się tu
pojawić?
Wypowiedziawszy te słowa,
wkroczył na teren ogrodu, na który odbywało się przyjęcie i niemal natychmiast
wyłapał wzrokiem blondynkę, o której rozmawiali. Ta zaś momentalnie dostrzegła
jego, jakby wyczuwszy, iż właśnie się pojawił.
– Cholera… – przeklną pod
nosem i już miał zwrócić, gdy towarzysz pchnął go niezbyt delikatnie i
zakrzyknął, aby uprzykrzyć mu życie.
– Justynko! Jakże ja dawno cię
nie widziałem! Jak sobie radzisz w życiu?! – razem z tymi słowami, zaczął
zbliżać się do niej, pociągając za sobą przyjaciela.
– Świetnie. Naprawdę dobrze mi
się wiedzie. A tobie? – odpowiedziała z uśmiechem, przykrywającym głębokie
przejęcie.
– Nie mogło być lepiej.
Rodzina zdrowa. Dzieci jakoś radzą sobie w szkole. Żona nadal mnie nienawidzi.
Nic nowego – oświadczył, a następnie spoglądając w bok, wybrał sobie ofiarę i
zaczepiwszy ją uciekł, za wszystko wcześniej przeprosiwszy.
Stworzywszy
w ten sposób niekomfortową sytuację, zniknął gdzieś w tłumie.
– Hej – mruknął chłopak, nie
patrząc kobiecie w oczy.
Dzisiejszego dnia naprawdę nie
miał ochoty z nikim rozmawiać, a co dopiero z nią.
– Hej – odparła mu dziewczyna.
– Muszę ci powiedzieć coś ważnego, a ostatnio w ogóle się nie odzywasz.
Ja się cholera nie odzywam?! Rzucił pełne wściekłości pytanie w
myślach, jednocześnie odrzekając bezemocjonalnie:
– Jestem zajęty.
– Ach tak… – mruknęła
rozmówczyni, ewidentnie wpadając w rozterki.
Widząc
to młodzieniec wykorzystał sytuację.
– Wybacz – rzucił, zaczynając
odchodzić.
–
Hej! – dziewczyna zechciała go zatrzymać, lecz on tylko przyśpieszył kroku.
Przez
chwilę myślał, iż będzie ścigany, aczkolwiek szybko zorientował się, iż nic
takiego nie miało miejsca.
Przynajmniej
to mam z głowy… Pomyślał, wzdychając ze zrezygnowania.
Dwie,
czy trzy godziny wędrował po ogrodzie od miejsca do miejsca, starając się
unikać wszelkich zaczepek do rozmowy. W końcu jednak stwierdził, iż ma dość i
musi opuścić to działające mu na nerwy zbiorowisko. Nie zdążył niestety się
ewakuować, albowiem nagle został złapany za kołnierz przez swego przyjaciela.
– Jesteś potrzebny –
oświadczył ten poważnie, po czym wbrew jego woli zaciągnął go do wnętrza
ogromnej posiadłości.
– Co jest? – zapytał, gdy
oboje znaleźli się w korytarzu czwartym piętrze, gdzie mijali znaczne ilości
ochroniarzy.
– Nie wiem, ale nie wygląda to
dobrze – mruknął rozmówca w odpowiedzi.
Po tym mężczyźni szli kawałek
w milczeniu, aż dotarli pod dwuskrzydłowe drzwi, które momentalnie stanęły
przed nimi otworem. Przekroczywszy je, znaleźli się w dusznym pomieszczeniu, w
którym znajdowali się najważniejsi członkowie rodziny i znienawidzony przez
wszystkich blondwłosy syn dona.
– Czego? – zapytał młodszy z
wejścia, nie przejmując się do kogo mówi.
Wiedział bowiem, iż mógł sobie
na to pozwolić. Nie usłyszawszy odpowiedzi, rozejrzał się po pomieszczeniu i
dopiero teraz dostrzegł zalegającego w łóżku starca, który przywoływał go
delikatnym ruchem dłoni. Zastosowawszy się do polecenia mężczyzny bledszego niż
sama śmierć, zbliżył się do łóżka i nachylił. Gdy tylko jego ucho znalazło się
tuż przy ustach starca, ten wycharczał bardzo trudne do zrozumienia słowa, po
czym pozwolił sobie skonać. Usłyszawszy je, młodzieniec wyprostował się i
przeleciał wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych. Grobowe miny i
nieprzerwana cisza sprawiły, iż na jego oblicze wpełzł delikatny uśmiech. Nie
wiedział co bawiło go w tej sytuacji i nie za bardzo miał ochotę się dowiadywać.
Wypiął tylko pierś, rozkładając ręce na boki i rzekł:
– Niech żyje król.
Wszyscy zgromadzeni zbledli,
jakby właśnie mieli stracić przytomność. Mimo to pochylili się lekko, w celu
oddania honorów nowemu donowi. Tylko jedna osoba zalała się czerwienią złości i
sięgnęła do kabury po broń. Osobnikiem tym był nie kto inny jak stojący gdzieś
przy drzwiach syn poprzedniej głowy rodziny. Nim ktokolwiek zdążył zareagować,
chłopak oddał strzał. Dopiero, gdy jego dźwięk rozerwał przestrzeń, kilku
mężczyzn zareagowało i obezwładniło strzelca. Po tym wszyscy spojrzeli na
młodego dona, który bezmyślnie wpatrywał się w rzucającego się wściekle
napastnika.
– Zabierzcie go – rzekł,
zaczynając odczuwać pieczenie na szyi.
Następnie sięgnął do
ogarnianego bólem miejsca, by wyczuć mokry i ciepły płyn, spływający po jego
ciele. Skonsternowany spojrzał na swe palce, by dojrzeć na nich czerwień krwi.
– Ech… – westchnął obojętnie,
nim zakręciło mu się w głowie i stracił przytomność.
Rozłożony
na kanapie detektyw wybudził się nagle ze snu. Czuł się nad wyraz wypoczęty i
rozbudzony. Jedyne co mu doskwierało, to piekący ból szyi, który nie wiadomo
skąd się wziął. Nie było to jednak coś wielkiego. Postanowił więc ów
niedogodność zignorować. Zrobiwszy to, zechciał się podnieść i rozciągnąć, lecz
szybko uświadomił sobie, iż to nie będzie możliwe ze względu na śpiącą na nim
dziewczynę. Wpierw zapragnął dojść do tego jak znalazł się w takiej sytuacji,
aczkolwiek szybko uznał, iż nie jest mu ta wiedza do niczego potrzebna.
– Tobie tak wygodnie? –
zapytał wiedząc, iż nie ma co liczyć na odpowiedź.
Po tym znalazł optymalne
sposób na wygramolenie się spod swej towarzyszki tak, by jej nie obudzić.
Uczynił więc to i już w niedługim czasie cieszył się wolnością. W ramach jej
uczczenia przeciągnął się i wypił łyk zimnej kawy, której nie zdążył wcześniej
dokończyć. Następnie podszedł do okna i otworzył je, aby przewietrzyć wnętrze.
Wtedy spostrzegł, iż słońce wdzięczy się jeszcze na nieboskłonie. Zaczął więc
poszukiwania swego telefonu, w celu określenia dokładnej godziny i gdy w końcu
go znalazł przeczytał wyświetlające się cyfry na głos.
– Piętnasta dwadzieścia
siedem…
Oznajmiwszy to, dosłyszał
charakterystyczne skrzypienie skóry na kanapie i spoglądnąwszy w tamtą stronę
dostrzegł Annę, która dopiero co przebudzona, przecierała oczy.
– Gdyby życie było tak piękne
jak ty – zaczął, a gdy dziewczyna spojrzała się na niego zaspana, pozwolił
sobie skończyć – nigdy nie chciał bym go stracić.
Następnie widząc, iż
odbiorczyni jego słów, nie rozbudziła się na tyle, aby go zrozumieć, udał się
do swej sypialni, gdzie odnalazł elementy swego codziennego ubioru i zaczął się
w nie ubierać.
– Jedziemy na posterunek!
Muszę coś załatwić! – zawołał, a gdy już się ubrał i powrócił do salonu,
zreflektował się – Ciuchy masz mokre.
Wtem zorientował się, iż Anny
nie ma w zasięgu wzroku. Skierował więc swe kroki do łazienki, skąd usłyszał
jakieś dźwięki. Dotarłszy na miejsce, zaobserwował ubierającą się w ściągnięte
z suszarki ciuchy kobietę. Gapił się na nią bezczelnie, aż przypomniał sobie o
czymś takim jak przyzwoitość. Wtedy odwrócił się i udał do drzwi, by tam
założyć buty, płaszcz, jak również kapelusz. W niedługim czasie dołączyła do
niego Anna, która obdarzyła go wzrokiem, oznajmiającym, iż podglądanie będzie
miało swoje konsekwencje. Zignorowawszy to opuścił mieszkanie i gdy tylko jego
towarzyszka uczyniła to samo, zamknął drzwi z charakterystycznym szczękiem
zamka.
–
Czy dobrze liczyłem, czy my minęliśmy pięć radiowozów na sygnale po drodze? –
zapytał detektyw, wysiadając z auta.
– Może – otrzymał niezwykle
zdawkową odpowiedź od swej towarzyszki.
– Uwielbiam treściwość twych
wypowiedzi… – mruknął, nie czekając aż wysiądzie.
Po kilkunastu krokach i kilku
schodkach wkroczył dumnie do komisariatu, w którym wiało niecodziennymi
pustkami.
– Aha… – podsumował widok, a
następnie skierował się do kobiety, która gdyby nie zajęta rozmową z dwoma
osobami, starałaby się jak zwykle zwrócić jego uwagę. – Dzień dobry Kasiu.
Gdzie są wszyscy?
– Panie detektywie! Dobrze, iż
pan jest! Ci państwo przyszli do pana – oświadczyła, wskazując mu swoich
rozmówców.
Oni zaś odwrócili się w jego
stronę ukazując mu swe oblicza.
– Ah… Pan… Nie pamiętam
imienia, ale kojarzę z twarzy i pani… – próbował sobie przypomnieć imiona
istot, na które spoglądał. Nie mogąc jednak tego osiągnąć, postanowił zakończyć
swe zdanie tym, co zaobserwował – Strasznie blada. Wszystko dobrze?
– Taką mam cerę… – dziewczyna
westchnęła jakby była niezwykle zmęczona.
– Taa… – mruknął na to, a następnie,
gdy zorientował się, iż Anna stoi obok niego, zapytał – Co państwo dla mnie
mają?
– Odnośnie tego co pan pytał.
Chodzą plotki, iż ktoś sprzedawał dokumentacje medyczną podejrzanemu typowi… –
student zaczął mówić, brzmiąc na zestresowanego.
– Wiecie jak wygląda? Gdzie
dochodziło do handlu? – przerwał, chcąc sobie oszczędzić ogólnej historyjki i
dojść do konkretów. – Błagam! Do sedna.
– Yyy… Eee… Znaczy… –
rozmówca, którego schemat rozmowy rozpadł się, nie potrafił zebrać myśli.
– Był raz w Komitecie –
westchnęła blada studentka, wyciągając z paczki papierosa i łapiąc go między
wargi – Chodził jakby miał spuścić komuś wpierdol. No i śmierdział formaliną.
Skończywszy zdanie wyjęła
zapalniczkę i ruchem kciuka wznieciła niewielki płomień.
– Ej! Ej! Ej! Tu nie wolno
palić! – podniecił się nagle detektyw, po czym wciągnął jej z buzi papierosa i
wyciągnąwszy własną zapalniczkę, sam go zapalił.
– Ej….! – jęknęła dziewczyna,
hamując się przed pobiciem policjanta.
– Później Ci odkupię –
oświadczył, a następnie zwrócił się do Katarzyny – Niech pani zaprowadzi ich do
tego naszego artysty od siedmiu boleści. Może strzeli jaki portrecik. Przy
okazji niech ich ktoś przesłucha.
– Dobrze panie detektywie –
odpowiedziała kobieta, od razu zabierając się za zlecone jej zadanie.
– My zaś pojedziemy do tego
Komitetu i spróbujemy się czegoś dowiedzieć– rzekł ni to do Anny, ni to do
innych, a następnie ruszył do wyjścia, mając nadzieję iż współpracownica ruszy
za nim.
Czarny
samochód zatrzymał się przy zaraz przy wejściu, nad którym widniał jaśniejący
szyld z napisem: „Komitet”. Gdy tylko silnik zgasł, detektyw i jego protegowana
wysiedli z pojazdu, by wkroczyć do wnętrza lokalu. Podążając w jego głąb,
dotarli do baru, gdzie znudzony barman przeglądał coś na telefonie.
– Witam pana – okazujący
odznakę mężczyzna odezwał się. – Będę miał kilka pytań.
– Dzień dobry panie władzo –
odparł odbiorca jego słów, podnosząc wzrok znad ekranu.
– Proszę mi powiedzieć. Zna
pan dobrze swoich klientów? – rozpoczął detektyw, ściągając kapelusz.
– Wie pan… – barman wypuścił
ciężko powietrze z płuc. – Różni ludzie tu przychodzą, ale są stali bywalcy,
których znam lub kojarzę.
– A widział pan ostatnimi
czasy kogoś nowego, kto się bardziej wyróżniał? – pytając o to oparł się o bar
i zamiast patrzeć na swego rozmówce, rozglądał się wkoło.
– Nie. Nie kojarzę… Chociaż!
Był taki jeden. Starszy facet. Chodził charakterystycznie no i śmierdział
formaliną i innymi takimi rzeczami – oświadczył, a widząc brak większego
zainteresowania przedstawiciela władzy, zaczął wyjaśniać – Głównie mam młodszą
klientelę, a poza tym trudno nie zapamiętać gościa, który śmierdzi jakby
dopiero co wyszedł z prosektorium.
– Oczywiście – mruknął i
zmienił temat – Są tu kamery?
– Są, aczkolwiek coś się stało
z systemem i to nie zostało jeszcze naprawione.
– Rozumiem… – westchnął, mając
już zamiar wyjść, gdy rozmówca zwrócił na coś uwagę.
– Ale bank naprzeciwko ma
monitoring i może tamte kamery łapią wejście do nas!
– Byłby pan w stanie rozpoznać
tego osobnika, o którym rozmawiamy? – detektyw założył kapelusz i wreszcie
zaszczycił spojrzeniem mężczyznę, z którym rozmawiał.
– Myślę, iż tak… – odparł mu
ten wątpiąco.
– Dobrze. Ma pana kto
zastąpić? – zapytał, uderzywszy lekko w blat.
– Norbi! Przejmij bar! – rzucił
rozmówca do siedzącego przy jednym ze stolików blondyna.
– Idziemy – stwierdził na to
detektyw, a następnie ruszył ku wyjściu.
Pozostała dwójka podążyła za
nim i po chwili wszyscy znaleźli się na ulicy, którą przekroczyli, celem udania
się do banku naprzeciw. Znalazłszy się w ów budynku, od razu zwrócili się do
jakiegoś pracownika, który zaprowadził ich do dyrektora placówki. Ten zaś po
krótkiej wymianie zdań wezwał informatyka, który wyciągnął nagrania z
odpowiedniego okresu. W końcu wszyscy stanęli przed ekranem laptopa i zaczęli
oglądać czarno–białe nagrania. Znudzony tym wszystkim detektyw, postanowił
wyjść z pomieszczenia bez zbędnych wyjaśnień.
– Gdzie pan idzie? – zmartwiła
się jego towarzyszka.
– Pomyśleć nad sensem życia –
odrzekł jej, po czym wyszedł na korytarz.
Tam skierował się ku łazience
i gdy tylko do niej wkroczył westchnął głęboko. Dopiero teraz zaczął się
zastanawiać, czy jego organizm czegoś od niego żąda. Po chwili stwierdził, iż
czuje lekkie parcie na pęcherz. Wszedł więc do jednej z kabin i załatwił swe
potrzeby. Po tym podszedł do zlewu i zaczął myć swe ręce. Przy tym skupił się
na swej twarzy. Nie mógł wyjść z podziwu ilu większych i mniejszych defektów
zdolny był się na niej dopatrzeć. Tym jednak co najbardziej przykuło jego uwagę
był brak fragmentu małżowiny usznej. Nagle przeszył go niespotykany ból, w
okolicy na którą spoglądał i w myślach pojawił mu się przerażający obraz,
sugerujący w jakiej sytuacji otrzymał tę ranę. Zniknął on jednak szybko za
sprawą jakiegoś osobnika, który postanowił wkroczyć do pomieszczenia.
– Dzień dobry – odezwał się
ten.
– Dobry – odrzekł detektyw, a
następnie zamknął dopływ wody i nawet nie myśląc o wysuszeniu mokrych części
swego ciała, wyszedł na korytarz.
Znalazłszy się na nim,
zechciał wyjść na zewnątrz i usiąść sobie, by pooddychać nieświeżym powietrzem
miasta. Niestety poczucie obowiązku i myśl o niezadowoleniu jego
współpracownicy, sprawiły iż powrócił do odpowiedniego pokoju.
– Jak wam idzie? – zapytał
zmęczonym i zrezygnowanym głosem.
– Znaleźliśmy go. Informatyk
właśnie zgrywa nam odpowiednie nagrania – odparła Anna.
– Dobrze. Poczekam przy aucie
– oświadczył, a następnie zwrócił się na pięcie, by zrealizować swe słowa –
Zabierz pana z nami. Złoży zeznania.
Wyszedłszy na zewnątrz,
całkowicie zignorował istnienie pobliskiej ławki i usiadł na schodku przy
wejściu. Dopiero teraz zorientował się, iż ogarnia go lekka duszność i dziwne
uczucie pustki w piersi. Chcąc zwalczyć te odczucia, zamknął oczy i zaczął
głęboko, a także powoli oddychać. Nie minęła chwila, gdy osiągnął sukces i znów
czuł się normalnie. Westchnął więc
głęboko i popatrzył się w niebo, by zorientować się jak tego nie robił. Nagle
uczuł pragnienie bycia wiatrem, który przemyka się po niebiosach bez żadnych
zobowiązań, zmartwień, czy radości. Pozwolił sobie przez pewien moment o tym
pomarzyć. W końcu uznał jednak, iż pora wrócić na ziemię, po której i tak
stąpał zbyt lekko. Uczyniwszy to, podniósł się i zaczął iść w stronę auta. Przy
tym wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił do centrali. Nie musiał tego
robić, ale chciał kogoś podenerwować, a idealną osobą do tego, był pewien
dyspozytor, który był bardzo tkliwą osobą i akurat miał swoją zmianę.
–
Doktor Paweł, tak? – zapytał rozsiadając się w fotelu i kładąc nogi na swoim
biurku – Mam nadzieję, iż to ten gość jest za wszystko odpowiedzialny. Chcę już
skończyć tą sprawę. Chociaż to by było trochę dziwne, gdybyśmy go tak nagle
znaleźli…
Powiedziawszy to założył ręce
za głowę i zamkną oczy. Miał poczucie, iż chce się nad czymś zastanowić,
aczkolwiek nic nie przychodziło na myśl. Zagłębiał się więc w swoją pustkę
umysłową, aż niemal udało mu się zasnąć. Niemal, gdyż ktoś zrzucił jego stopy z
biurka, skutecznie go rozbudzając. By dowiedzieć się, któż jest za to
odpowiedzialny, opuścił ręce i rozwarł powieki. Dzięki temu ujrzał przed
stojącą przed nim Annę, która nie wyglądała na zbyt zadowoloną z jego
zachowania. Nic nie mówiąc usiadła na krześle obok i zaczęła się w niego
wpatrywać. Czujący się w tej sytuacji niekomfortowo detektyw, zechciał się
odezwać, aczkolwiek zrezygnował z tego pomysłu. Nie wiedział bowiem, co jest
przyczyną takiego zachowania jego protegowanej. Postanowił więc zaczekać, aż ta
coś powie. Nie spodziewał się jednak, iż spędzi tak niemal pół godziny. W końcu,
gdy dotarł do niego ten fakt, zirytował się i poderwał gwałtownie. Stojąc na
równych nogach, zorientował się, iż niestety nie ma pojęcia co zrobić. Z tego
powodu do irytacji poczęło dołączać poczucie głupoty.
– Zadzwoń jak go znajdą –
rzucił władczo i zaczął iść w stronę wyjścia, zastanawiając się, gdzie mógłby
się udać.
Donośne
skrzypienie rozniosło się po pustej klatce schodowej, rzucając na wszystko
nieprzyjazny czar odrzucenia. Było to co najmniej dziwne, gdyż zwykle dźwięk
ten nie czynił czegoś takiego. Detektyw pozwolił więc zalegnąć na moment ciszy,
aby przekonać się, czy niepokojący nastrój się utrzyma. Niestety tak też
właśnie się stało. Zaniepokoiło to mężczyznę na tyle, iż odruchowo położył dłoń
na broni. Następnie, w akompaniamencie skrzypienia zamykających się drzwi,
zaczął powolnymi krokami wspinać się po klatce schodowej.
– Mogliby to cholerstwo
naoliwić – mruknął pod nosem, ściągając z siebie płaszcz, by ten w razie
jakiegokolwiek konfliktu nie skazał go na śmierć.
Rozglądając się przy tym
uważnie, dostrzegł zaschnięte krople krwi, zdobiące niektóre stopnie. Po
kilkudziesięciu schodkach znalazł się w końcu przy wejściu do mieszkania
Złotowłosej. Tutaj dostrzegł coś, co
przekonało go do dobycia pistoletu. Tym czymś był bardzo znajomy zapach i
niedomknięte drzwi, które po otwarciu ukazały konkretne pobojowisko. Ewidentnie
miała tu miejsce jakaś szamotanina i to dość brutalna, sądząc po licznych
śladach zaschniętej krwi. Idąc jej tropem, detektyw trafił do sypialni, gdzie w
otoczeniu okrwawionych ścian i kałuży czerwonego płynu znalazł martwego
osobnika, który nie dość, iż wyglądał jakby miał rozmiary stojącej w pobliżu
szafy, to wydawał się dziwnie znajomy. Próbując sobie przypomnieć skąd może go
znać, detektyw zaczął odczuwać rosnący ból głowy. Zrezygnował więc z prób
wysilenia umysłu i zbliżył się, aby zbadać zwłoki. Pierwszym, co rzuciło mu się
w oczy, była ich bladość i pokaźnych rozmiarów nożyczki wbite w przyśrodkową
powierzchnię lewego uda. To całkowicie tłumaczyło przyczynę śmierci. Pozostało
jedynie określić jej prawdopodobny czas. Odłożył więc broń do kabury i ubrawszy
rękawiczki medyczne, które zawsze nosił w kieszeni, zaczął poszukiwać plam
opadowych. Znalezienie ich i zbadanie nie zabrało wiele czasu, a pozwoliło mu
stwierdzić, iż delikwent pożegnał się z życiem co najmniej dwanaście godzin
wcześniej. Obecność stężenia pośmiertnego sugerowała zaś, iż zwłoki nie miały
jeszcze trzech dni. Biorąc zaś pod uwagę, kiedy detektyw widział Złotowłosą,
zgon najprawdopodobniej nastąpił w ciągu ostatnich dwóch dni.
Stwierdziwszy
to, podniósł się na równe nogi i zaczął rozglądać. Dokładnie analizując
otoczenie, starał się zrekonstruować to, co się wydarzyło w tym mieszkaniu.
Przeszedłszy i obejrzawszy tak całe mieszkanie, zaczął składać wydarzenia w
całość.
Nie
było śladów włamania, wiec Złotowłosa zapewne otworzyła napastnikowi drzwi.
Zaatakowana, wycofała się do…
Już
na początku napotkał istotny problem. Ślady walki znajdowały się bowiem zarówno
w sypialni jak i w kuchni. Ruszył więc do niezbadanego jeszcze pomieszczenia,
gdzie wśród rozbitych naczyń i licznych czerwonych plam, dostrzegł zakrwawiony
nóż. Widok ten skonsternował go. Zagubiony w swoich myślach, udał się do
sypialni, gdzie jeszcze raz zbadał ciało osiłka. Nie znalazłszy na nim żadnych
ran kłutych, sugerujących cios nożem, postanowił rozejrzeć się dokładniej. Po
wnikliwych poszukiwaniach udało mu się znaleźć pustą strzykawkę z zagiętą igłą,
którą ewidentnie na kimś użyto. Z nią w dłoni usiadł na łóżku i spojrzał ku
korytarzowi. Tam, na ścianie, dostrzegł czerwoną smugę, rysującą się tuż przy
podłodze. Odłożywszy trzymany w dłoniach przedmiot na bok, wstał i wyszedł z
pokoju, by jej się przyjrzeć. W tym momencie coś zaczęło tworzyć się w jego
umyśle. Powrócił więc do drzwi wyjściowych i zaczął od nowa.
Złotowłosa
otworzyła drzwi. Zaatakowana, wycofała się do sypialni. Tam uśmierciła
napastnika nożyczkami i została otumaniona. Wybiegła na korytarz, gdzie się
wywróciła i ubrudziła ścianę okrwawioną dłonią. Dlaczego jednak pobiegła do
kuchni?
Z
tym zapytaniem, udał się do pokoju, o którym pomyślał. Spoglądając na ślady
krwi i obraz pobojowiska domyślił się odpowiedzi.
Napastników
było dwóch. Jeden gonił ją do sypialni. Drugi wkroczył, gdy wybiegła na
korytarz. Nie mając wyjścia, uciekła do kuchni, gdzie zaczęła się bronić. To co
jej wstrzyknięto, zaczynało jednak działać. Przewyższona w sile i otępiona,
zdołała godzić przeciwnika nożem. Niezbyt głęboko sądząc po śladzie krwi na
ostrzu. W końcu osunęła się nieprzytomna.
Skończywszy rekonstrukcję
wydarzeń, zorientował się, iż ciężko mu się oddycha. Ściągnął więc rękawiczki i
opuścił mieszkanie. Znalazłszy się na klatce schodowej, odnalazł swój płaszcz i
złapawszy go w wolną dłoń, udał się na zewnątrz. Kręciło mu się w głowie, gdy
pokonywał ostatnie schody i otwierał drzwi w akompaniamencie przerażającego
skrzypienia zawiasów. Mając mroczki przed oczami i tracąc oddech, nie wiedział
jak dotarł do pobliskiej ławki. Nie przejmował się tym jednak, albowiem nie
dość, iż się dusił, to miał wrażenie, iż biała pustka wyżera wnętrze jego
klatki piersiowej. Nie miał pojęcia jak z tym zawalczyć. Oddychał więc szybko i
płytko, coraz mocniej tracąc kontakt z rzeczywistością.
W
nieprzeniknionej ciszy otoczenia, na zalanym czerwienią podłożu stał wpół
przytomny detektyw. Drgawki przebiegały po jego ciele, sugerując, iż coś było
nie tak. Podniósł więc rozmazany wzrok, by ujrzeć sztuczne światło, odbijające
się od złotych i srebrnych powierzchni. W wyniku tego poczuł okrutne nudności. Zamknął
więc oczy i spróbował opanować odruch wymiotny. Nie było to jednak zbyt
pomocne, gdyż w zapewnianej przez powieki ciemności, cały świat pulsował.
Mężczyzna
nie wiedział jak przetrwałby ten koszmar, gdyby nie niespodziewany dzwonek
telefonu, który rozdarł przestrzeń, czyniąc ją wyrazistą jak nigdy.
– Gdzie jesteś? Znaleźliśmy go
– odezwał się głos ze słuchawki, gdy tylko połączenie zostało odebrane. – Facet
znajduje się w budynku starego, opuszczonego szpitala. Tego na obrzeżach
miasta.
– Jak tam z żoną? –
wypowiedział pierwsze słowa, które przyszły mu na myśl.
W
tym samym czasie, przetarł wolną ręką oczy i rozejrzał się wkoło. Ku swemu
zdziwieniu dostrzegł, iż stoi na środku kościoła i zakłóca modlitwę kilku
staruszkom, które właśnie mordują go wzrokiem.
– Źle – odparł rozmówca, po
czym ponowił pytanie – Gdzie jesteś?
– W kościele – oświadczył, po
czym wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wsadził sobie jednego do ust.
– Od kiedy chodzisz do
kościoła?
– Od kiedy jesteś dziewczyną w
żakiecie? – odparł kąśliwie. – Myślałem, iż to jej kazałem się powiadomić.
– Nie odbierałeś od niej.
– Aha… – mruknął, oddalając
telefon od ucha, aby spojrzeć na liczne powiadomienia o nieodebranych
połączeniach.
– Dotrzesz na miejsce, czy mam
cię zgarnąć? – zapytał głos ze słuchawki.
– Dam sobie radę – westchnął,
po czym rozłączył się i odłożył telefon do kieszeni.
Następnie znalazł w połach
płaszcza zapalniczkę i odpalił trzymanego w ustach papierosa. Zaciągając się
niezdrowym dymem, uprzytomnił sobie, gdzie się znajduje. Westchnął więc,
opróżniając płuca z kancerogennych związków i krocząc po czerwonym dywanie,
wyszedł na zewnątrz.
Detektyw wysiadł z auta z niemrawą miną i ruszył w stronę rozmawiających ze sobą beztrosko policjantach.
– Macie go? – zapytał, gdy tylko przy nich stanął, a widząc ich zmieszane miny zezłościł się i okrutnym tonem rzekł – Na co wy idioci czekacie?! Nie znacie się na swojej robocie, czy co?! Ile już tu stoicie?! Czy wy do ku…?!
Nagle zza jednego ze stojących niedaleko pojazdów wysunęła się Anna, na której widok zamilkł. Mimo, iż nie wyrzucił z siebie całej złości, postanowił zakończyć wypowiedź.
– Idziemy – oznajmił, chcąc mieć już tę operację za sobą.
Po tym ściągnął kapelusz i płaszcz, by odłożyć je do najbliższego auta, z którego wydobył kamizelkę kuloodporną, krótkofalówkę i latarkę. Wyposażony w nie, sprawdził broń i spojrzał jeszcze raz na zespół, który jakby nie dosłyszał jego słów.
– Ogłuchliście?! Ruchy! – wrzasnął na nich i ruszył w stronę wejścia do opuszczonego szpitala.
Przekraczając dwuskrzydłowe drzwi wejściowe, ruszył w jeden korytarzy. Za nim podążyło kilku policjantów, którzy na kolejnych rozwidleniach i schodach odłączali się od niego, aż w końcu został sam, słysząc jedynie informacje przekazywane przez radiowęzeł.
Kroczył powoli w półcieniu, który coraz bardziej przeradzał się w ciemność, ze względu na zbierające się na zewnątrz czarne chmury. W pewnym momencie przestrzeń spowił taki mrok, iż musiał dobyć z kieszeni latarkę taktyczną. Oświecając nią drogę, przeklął pogodę, a ta jak na złość się pogorszyła. Momentalnie z nieba lunął ciężki deszcz, wśród którego odezwały się potężne grzmoty. W efekcie ponury korytarz zaczął być nieregularnie oświetlany blaskiem błyskawic.
– Cholera… – rozległo się, gdy światło latarki zaczęło słabnąć, by szybko zaniknąć – Tylko tego brakowało.
Tak został skazany na łaskę błysków, które bardziej niż pomagać, utrudniały mu widzenie. Szedł więc niepewnie, z poczuciem iż za każdym rogiem coś się czai. Nie mógł wytrzymać tego napięcia. Coś mówiło mu, iż ta sytuacja nie skończy się dobrze. Postanowił się jednak wziąć w garść i zaczął porządnie sprawdzać każdy pokój, który mijał.
Niewiele zajęło mu dotarcie do końca korytarza, gdzie wszedł do jakiegoś większego pomieszczenia. Tam zbliżył się do okna, by poobserwować chaos panujący na zewnątrz. Nieustanne błyśnięcia światła oślepiały go i wnet jego umysł przywołał jakieś wspomnienie, w którym oślepiony ostrym światłem lampy, leżał na zimnym stole. Wnet przeszył go niesamowicie natężony ból. Uczucie to wyrwało go z urojenia i pozwoliło dosłyszeć roznoszące się po budynku echo strzałów. Zareagował nań błyskawicznie. Nawet nie wiedział kiedy zaczął biec, kierując się przekazanymi przez krótkofalówkę informacjami. Pędził z całych sił, aż nie zaczął poważnie zwalniać. Wszystko przez ranny bok, który zaczął zalewać jego zmysły piekącym bólem. Mimo tego nie zatrzymał się i w końcu dotarł do celu, który znajdował się w jednej z sal operacyjnych.
Stanąwszy w jej progu, ujrzał trącane spazmami ciało osobnika w lekarskim kitlu, z którego przyozdobioną raną postrzałową szyi, jeszcze nie skończyła tryskać krew. Niedaleko niego zaś opartą o ścianę i uspokajającą oddech Annę. Przyjrzawszy się jej, dostrzegł trzymany w dłoni skalpel, który skapywał jeszcze świeżą krwią i taki sam wzrok, jaki miała, gdy zaatakowała go w alejce.
– Dawno się nie widzieliśmy Aniu – rzekł chowając broń do kabury i wkraczając do pomieszczenia.
W odpowiedzi dostał przepełnione intencją mordu spojrzenie. W tym samym momencie na salę wpadło dwóch policjantów, którzy rozeznawszy się szybko w sytuacji, przekazali reszcie odpowiednie informacje.
– Szybcy jesteście – rzucił detektyw, nim zapytał – Karetka?
– Na miejscu. – padła szybka odpowiedź.
– Niech któryś ją zabierze – powiedział, wskazując na swą protegowaną – Załatwcie zespół przy okazji.
Dopiero po tych słowach, zorientował się jak szybko oddycha. Postarał się więc uspokoić oddech, a przy tym zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Pierwszym co rzuciło mu się w oczy, prócz leżących na stole operacyjnym i przykrytych jakąś szmatą zwłok, było radio z wbudowanym odtwarzaczem płyt. Niewiele myśląc zbliżył się do niego i wcisnął przycisk, który zalał pomieszczenie wygrywaną na pianinie muzyką klasyczną. Na ten dźwięk jeden z policjantów, który nie wyszedł z Anią, podskoczył z zaskoczenia. Zorientowawszy się jednak, co się stało, uspokoił się i powrócił do oględzin leżącego w kałuży krwi, martwego mężczyzny.
Detektyw zaś znalazł pudełko z rękawiczkami medycznymi, z którego wyjął jedną parę i nałożył ją na dłonie. Następnie podszedł do ciała znajdującego się na stole prosektoryjnym i odsłonił je. Momentalnie rozpoznał spoglądające na niego, puste oczy, bladą cerę i kaskady złotych włosów. Ten obraz z początku nie wywołał u niego żadnych emocji, lecz im dłużej mu się przypatrywał, tym mocniejsze stawało się odczucie pustki, rosnące w jego piersi. Przesłonił więc na powrót oblicze zmarłej i wyszedł na korytarz, gdzie po kilku krokach, uświadomił sobie, iż jego bok przeszywa dziwnie tępy ból. Spodziewając się, iż rozdarł szwy, w znajdującej się w nim ranie, zdjął kamizelkę, by zaobserwować splamioną czerwienią koszulę.
– Cholera… – zaklął.
Miał wrażenie, iż wszystko co się dzieje, przerasta go. Oparł się więc o ścianę, by osunąwszy się po niej, usiąść na podłodze. W tym momencie naszła go chęć na papierosa. Niestety nie miał żadnego przy sobie. Westchnął więc głęboko i zamknął na moment oczy. Potrzebował zebrać siły, aby być w stanie się podnieść i opuścić ten przeklęty budynek.
Komentarze
Prześlij komentarz