Zjawa - Rozdział IX
Słabe
kopnięcie w kostkę wybudziło leżącego na tanich, plastikowych krzesełkach
detektywa. Mimo odzyskania świadomości, brak było u niego chęci poruszenia się
i zsunięcia z oczu kapelusza, by sprawdzić co się dzieje. Niestety ból wywołany
nierównością powierzchni, na której zalegał, zmusił go do zmiany pozycji.
– Mamy wezwanie. Podwieźć Cię?
– usłyszał głos znajomego ratownika, przewracając się z boku na plecy.
– Cześć Piotrek. Często się
ostatnimi czasy widujemy – odparł, unosząc lekko kapelusz, by spojrzeć na
rozmówcę – Która jest?
– Koło dziesiątej.
– Rzucicie mnie koło rynku?
Mam ochotę na pomarańcze – zapytał, podnosząc się niechętnie do siadu – Jakie
wezwanie?
– Nadciśnienie... – rozległo
się pełne rezygnacji westchnięcie.
Skąpana
w słońcu miejska dżungla tętniła specyficznym tempem życia. Wkoło mruczały i
dymiły liczne auta, uchwycone w korku ulicznym niczym wizja artysty na płótnie.
Ludzie na chodnikach snuli się niczym wpółżywe istoty, starające się
przeciwstawić sile wiatru, miotającego nimi w wszelakich kierunkach. Pośród
tego, blady niczym zjawa, kroczył powolnym i kuśtykającym krokiem detektyw w
czarnym płaszczu. Jego oblicze okupował grymas boleści, niezadowolenia i
zmęczenia. Na czole zaś jawiło się kilka kropel zimnego potu, który nie chcąc
spłynąć ku dołowi chował się w cieniu, rzucanym przez niewielki rąbek
kapelusza. Mimo tak nieprzyjemniej aparycji, mężczyzna czuł się w swym wnętrzu
nieoczekiwanie dobrze. Głównym tego powodem były myśli o idyllicznej krainie,
do której planował się udać, zaraz po złożeniu szefowi wypowiedzenia. Nic nie
mogło zmącić tych marzeń. Nic, prócz świdrującego skroń bólu, który nie
wiedzieć czemu, znów zaczął go atakować.
Na
szczęście nie był on tym razem na tyle silny, aby nie można było go stłamsić.
To więc detektyw uczynił i wnet wkroczył na targ, do którego dotarł. Miejsce to
było nad wyraz zapełnione przez tłum ludzi, dla których maniery i kultura
wydawały się nie istnieć. Mimo to z niewielkimi trudnościami, których ze
względu na działające nadal leki nie odczuwał, dotoczył się do jedynego
straganu z pomarańczami. Znalazłszy się przy nim, począł oglądać owoce
wdzięczące się w słonecznym blasku.
– Detektywa naszła ochota na
pomarańcze? Cóż to za okazja? Jakiś postęp w sprawie? – odezwał się otyły
mężczyzna z wąsem, który właśnie podszedł.
– Szykuję się na urlop Donie.
Niezwykle długi i pozbawiony zmartwień urlop – odparł rozmarzonym głosem.
– Przydałby ci się garnitur na
taką okazję. Znam nawet dobrego krawca – rzekł ewidentnie zniesmaczony.
– Czy zawsze musisz przynosić
mi informacje, które swą istotnością niszczą me plany i marzenia? – westchnął
ciężko, odkładając złapany wcześniej w dłoń owoc.
– Każdy z nas ma jakiś
obowiązek, który musi należycie wykonać. Każdy gra jakąś rolę.
– Oczywiście… – mruknął – Co
dla mnie masz?
– Jest taki zakład na
Lipińskiej. Od jakiegoś czasu zamknięty. Właściciel to całkiem… specyficzna
osoba. Ponoć przychodziły tam przesyłki, które dziwnie pachniały. Moje źródło
mówi, iż nasz krawiec zostawał często na noc. Poza tym istnieje pomieszczenie,
do którego nikomu nie można było wchodzić.
– Mam się włamać, czy może
twoje źródło… – nie zdążył dokończyć, gdyż w ramach odpowiedzi, poszybowały ku
niemu klucze.
– Lipińska siedemnaście –
powiedział rozmówca, po czym począł się oddalać, dodając – Życzę miłego urlopu.
Im prędzej się ulotnisz, tym lepiej.
Nie racząc odpowiedzieć,
detektyw spojrzał na trzymany w dłoni pęk kluczy, by następnie schować go do
kieszeni i rozpocząć przedzieranie się przez tłum, by opuścić teren targowiska.
Jeszcze nie zdążył się zirytować popychającymi go nieznajomymi, gdy przestrzeń
rozdarły odgłosy strzałów. Momentalnie wszyscy spanikowali i poczęli się
taranować, aby uciec. Rozpętał się chaos, pośród którego liczyło się tylko to,
by nie zostać zadeptanym. Detektyw miał jednak inny cel, którym było dostanie
się do miejsca strzelaniny. Począł się więc przepychać i w niedługim czasie
znalazł się na opustoszałej przestrzeni, którą zdobiło ciało postrzelonego
Dona.
Umysł
detektywa przetwarzał wszystkie informacje w takim tempie, iż czas wydawał się
płynąć w zwolnionym tempie. Dzięki wyuczonym odruchom, broń była już w dłoni, a
oczy szukały strzelca. Wyłapanie go w spanikowanym tłumie nie było jednak
możliwe. Całe więc skupienie przeniosło się na rannego, który niezwykle szybko
się wykrwawiał.
Detektyw
momentalnie przypadł do niego i wyciągnął telefon, by zadzwonić na pogotowie.
Rozmawiając z dystrybutorem, starał się zatamować krwawienie. Był na tym tak
skupiony, iż nie zauważył, kiedy ktoś go złapał i zaczął odciągać od
umierającego. Wpierw opierał się temu chwytowi, lecz, gdy tylko uświadomił
sobie, iż należy od do ratownika, poddał się. Miał wrażenie, iż słyszy jakieś
pytania. Niestety były one tak odległe, iż trudno było mu cokolwiek zrozumieć.
Do tego ból głowy, który niedawno począł go dręczyć właśnie nabrał na sile.
Na
szczęście detektyw wiedział jak sobie z tym poradzić. Zamknął więc oczy i
zaczął uspokajać oddech. Dzięki temu po dłuższej chwili doszedł już do siebie
na tyle, iż mógł w całkiem dobrym stanie reagować na otoczenie.
–
Wdech – rzekł lekarz przykładający zimny stetoskop do grzbietu zasiadającego na
kozetce detektywa.
Ten zaś wykonał polecenie,
mimo iż dopiero co zaczynał wydech. Po tym dostał jeszcze kilka poleceń, które
zaburzył jego oddech, lecz kilka chwil później badanie zostało zakończone.
– Może pan się już ubrać –
rozległo się pozwolenie, przy akompaniamencie odkładanego narzędzia, które
służyło mu do osłuchiwania.
Po tym mężczyzna w kitlu
zasiadł przy swym biurku. Jego pacjent począł zaś zakładać koszulę. Zapadła
cisza, którą przerywały tylko szeleszczące papiery i kliknięcia myszki
komputerowej.
– Nie wygląda to dobrze –
doktor odezwał się nagle z westchnięciem. – Jeśli spojrzy pan na...
– Przepisze mi pan jakieś leki,
czy mogę sobie już iść? – rozmówca przerwał mu nagle, rysując na jego twarzy
zmartwienie.
– Czy pan rozumie swój stan?
– Jak najbardziej rozumiem.
Mogę już iść? – zapytał lekko już poirytowany.
– Dobrze… Przepiszę panu coś…
– Lekarz zaczął wypisywać nazwy leków na recepcie.
– Dziękuję – odparł detektyw i
niemal wyrwał podawaną mu kartkę papieru.
Następnie zbliżył się do
wyjścia, gdzie zdjął swój kapelusz i płaszcz z wieszaka, które na siebie szybko
nałożył. Po tym wyszedł na korytarz i wkładając receptę do kieszeni ruszył
powolnym krokiem na zewnątrz. Znalazłszy się w blasku popołudniowego słońca,
przysłonił oczy spoglądając w niebo. Już miał westchnąć i rozpocząć wędrówkę do
domu, gdy usłyszał lekkie chrząknięcie. Zwróciwszy się odruchowo w stronę, z
którego dotarło, dostrzegł swą współpracownicę.
– Anna? – zdziwił się.
Ta zamiast mu odpowiedzieć,
wyciągnęła tylko do niego rękę, jakby oczekując, iż coś zostanie jej podane.
Niestety nie zrozumiana zmuszona była podejść do detektywa i przeszukać jego
kieszenie. W końcu znalazła kartkę papieru zapisaną nazwami leków. Szybko ją
przejrzała i weszła do budynku, aby udać się do apteki, by tam wykupić co
trzeba.
– Zaczekaj – rzuciła tylko
zanim się oddaliła.
– Dobrze… – westchnął,
wydobywając z kieszeni papierosy i zapalniczkę, by w końcu sobie zapalić.
–
Załatwmy to szybko i chodźmy do domu – rzucił detektyw wysiadając z auta.
Po tym zbliżył się do budynku
z niewielkim, choć dobrze widocznym szyldem zakładu krawieckiego i spróbował
otworzyć wejście. To jednak pozostawało zamknięte, o czym zapewniała nawet
tabliczka wywieszona za szybą. Niezniechęcony tym faktem, wyciągnął z kieszeni
pęk kluczy i próbując każdy z nich w końcu otworzył drzwi. Następnie wkroczył
do trochę zakurzonego i oświetlonego blaskiem dnia pomieszczenia. Momentalnie
uderzył go lekki odór denaturatu, który unosił się w powietrzu. Skrzywił się
więc odruchowo i zaczął przeszukiwać lokal.
W
niedługim czasie dotarł do schodów na tyle zakładu, które prowadziły do
piwnicy. Zszedłszy nimi stanął przed zamkniętymi drzwiami.
– O tym chyba mówił don… –
mruknął, ponownie sięgając po klucze.
Ku jego niezadowoleniu żaden
nie pasował do zamka. Cmoknął więc z dezaprobatą i zamarł na moment. Po jego
głowie krążyły różne myśli, z których jedna wydała się być dość dobrym
pomysłem. Zadziałał więc zgodnie z nią i oparłszy się o ścianę, aby mieć jak
najwięcej miejsca, kopnął w zamek, który pod wpływem siły uderzeniowej wyłamał
się. Odgłos, który rozniósł się po zakładzie, przestraszył nic nieświadomą Annę,
która aż pisnęła z przestrachu.
– Zwariowałeś?! – wrzasnęła
przybiegając do niego.
Detektyw
chciał rzucić jakąś ciętą ripostą, aczkolwiek silny odór denaturatu uderzył
razem z otwarciem drzwi w jego nozdrza. Zakaszlał więc i przesłonił nos przedramieniem.
Po tym wkroczył do zaklętego ciemnością pomieszczenia, gdzie dzięki światłu
wpadającemu przez wejście do niego, znalazł włącznik światła na ścianie.
Gdy
tylko go użył mrok rozproszył się, uwidaczniając tym samym pracownię krawiecką,
która na pierwszy rzut oka nie wyglądała na wyjątkową. Jedynym co było nie tak
w tym pomieszczeniu, to rozbite naczynia z przeźroczystym płynem i wiszące na
środku pokoju zwłoki.
– Cholera… – rzucił, a
wciągnąwszy w płuca nieco smrodu, zakaszlał.
Po tym zbliżył się do martwego
osobnika, aby dokładniej go zbadać. Czyniąc to rozejrzał się po podłodze
szukając stołka, na którym miałby stać zmarły, gdyby jego śmierć miała być
samobójstwem. Dostrzegł go momentalnie, lecz zanotował sobie, iż należy się
przyjrzeć jego pozycji, gdyż ta nie do końca go do siebie przekonywała.
Znalazłszy się przy ciele spojrzał jeszcze o co zaczepiony był sznur,
oplatający się wkoło szyi ofiary. Okazało się, iż był to jakiś wystający z
sufitu hak.
W
końcu wziął się za oględziny ciała. Zakładając rękawiczki, rozpoczął
poszukiwania plam opadowych, które okazały się utrwalone. Po tym wziął się za
poszukiwania innej niż powieszenie przyczyny śmierci. Nie udało mu się jej
znaleźć, aczkolwiek udało mu się zauważyć coś ciekawszego. Otóż zmarły posiadał
na swym policzku ślady zadrapania, ułożone tak, jakby ktoś starał się
przesłonić mu usta. Dodatkowo jego paznokcie były nad wyraz czyste.
Dostrzegłszy
to wszystko, detektyw postanowił przyjrzeć się pomieszczeniu jeszcze raz.
Uczyniwszy to spostrzegł, iż jest w nim coś nie tak. Z jednej strony istniały w
nim ślady walki, a z drugiej wydawało się być ono zbyt poukładane.
Ktoś
chciał zatrzeć ślady zbrodni? Zadawszy sobie to pytanie zauważył coś
niezwykle dziwnego. Otóż pośród igieł, nici, guzików, zamków i kto wie czego
jeszcze, nie mógł znaleźć żadnych nożyczek.
Coś
tu było ewidentnie nie tak i należało się temu dokładnie przyjrzeć. Niestety w
tym momencie ciało detektywa uświadomiło mu jak źle oddziałuje na nie wdychanie
oparów denaturatu. Postanowił więc opuścić zakład i pooddychać trochę świeżym
powietrzem. W wyniku tego w kilka chwil znalazł się na chodniku, gdzie tak
naprawdę do niego dotarło jak bardzo dusił się we wnętrzu.
– Zadzwoń po zespół – rozkazał
Annie, która wyszła na zewnątrz razem z nim.
Następnie,
przyglądając się swej protegowanej, zanurzył się w toczącą się w jego głowie
burzę myślową. Miał wrażenie, iż układa się ona w jakiś sensowny ciąg,
aczkolwiek gdy tylko próbował go dostrzec, wszystko rozpraszało się przez
jakieś wspomnienia i informacje, których prawdziwość wydawała się wątpliwa. Do
tego jego skroń zaczynał zalewać straszny ból. W końcu jego wysiłki spełzły na
niczym, gdyż nie wiedząc czemu, stracił możliwość pełnego skupienia. Czując, iż
w takim stanie na nic się nie zda, odwrócił się na pięcie i oddalił bez słowa.
W
niewielkim, zamkniętym między ścianami z szarego betonu pokoju panował
kompletny bezdzwięk, zdolny doprowadzić każdy umysł do szaleństwa. Tworzył on
idealną symfonię z nieprzeniknionym mrokiem, panoszącym się ze względu na brak
jakiegokolwiek źródła światła. W spartańskich warunkach tego pomieszczenia nie
było miejsca dla niczego prócz wiadra i pordzewiałej pryczy ze starym
materacem, na której to zasiadał młody chłopak.
Osobnik
ten tkwił jakby w letargu. Nic nie zwiastowało, iż miałby się ruszyć. Uczynił
to jednak i stanąwszy na równe nogi, podszedł do stalowych drzwi. Otwarcie ich,
pozwoliło mu wyjść na opustoszały korytarz, który jak pokój ozdobiony był
surowym betonem. Znalazłszy się na nim, bez ostrzeżenia puścił się w bieg. Po
kilkudziesięciu krokach otoczenie przeinaczyło się w zarzucony śniegiem,
iglasty las. Ta przestrzeń nie była już tak stoicka jak betonowy pokój.
Powietrze przecinały zatrzymane w czasie ślady po pociskach i powstałe w wyniku
licznych wybuchów fragmenty ziemi, zmieszane z odłamkami drzew.
Bieg
młodego osobnika trwał, póki nie przebiegł on tuż obok jednej z eksplozji. Gdy
to się stało, czas nagle ruszył, by w mgnieniu oka rzeczywistość zalał okrutny
pisk, wymieszany z najczystszą bielą.
–
Stary… Ale cię odcięło… – zaśmiał się wpółprzytomny, rozłożony na skórzanej
kanapie osobnik w masce przeciwgazowej.
–
Ta… – odmruknął młodzieniec, zalegający na podłodze.
–
Ćśś… Weź głęboki wdech – polecił rozmówca.
Chłopak
wykonał rozkaz i opuszczając powieki, zaciągnął haust ogarniętego gęstym dymem
powietrza. Trzymając go w płucach, odczuł wirowanie, które przerodziło się w
uczucie spadania. Gdy to przeminęło, w przestrzeni pojawiły się odgłosy
przyśpieszonego oddychania i bicia serca.
–
Trzymasz się? – zapytał znajomy głos jegomościa po pięćdziesiątce.
–
Tak – odparł na nie młodzieniec, orientując się, iż jego ciało jest źródłem
dźwięków.
–
To rusz się i pomóż mi z tymi ciałami.
Ogarnąwszy
ciężki oddech, otworzył oczy, spodziewając się obrazu zdemolowanego pokoju.
Dostrzegł jednak coś innego. Przez jego źrenice wpadły promienie świetlne,
które wcześniej odbiły się od każdej powierzchni wnętrza niewielkiej
biblioteki.
–
Oh! – Zaskoczona dziewczyna, układająca książki na półkach, niemal nie spadła z
drabiny. – Nie zauważyłam pana!
–
Mam lekki krok – oznajmił, by zapytać – Jest Ojciec?
–
W warsztacie – odparła, schodząc na podłogę. – Zaraz go zawołam.
Po
tym pobiegła na zaplecze, zostawiając młodzieńca samego. Ten zaś, by nie stać
bezsensownie w miejscu, zaczął przeglądać zaległe na półkach książki. Nie
zeszło mu na tym zbyt wiele czasu, gdy niespodziewanie drzwi wejściowe
otworzyły się z wyraźnym odgłosem trąconego dzwonka. Dźwięk ten momentalnie
skupił na sobie całą jego uwagę, sprawiając iż na moment cała przestrzeń
zanikła. Po chwili, gdy dzwonienie poczęło cichnąć, rzeczywistość zarysowała
się obrazem bankietu w usianej złotem i srebrem restauracji. Stojący na krześle
blondyn właśnie przestał uderzać nożem o kieliszek z szampanem.
–
Panie i panowie! – uspokoił rozgadany tłum – Zebraliśmy się tu dziś, aby
opłakiwać odejście naszego cudownego dona, a za razem radować się nadejściem
nowego! Mam nadzieję, iż młoda krew u sterów naszej rodziny, doda nam wiatru w
żagle i pozwoli osiągnąć sukcesy o jakich nam się nie śniło!
Po
tej wypowiedzi spojrzał na nie już tak młodego osobnika i dodał:
–
Twoje zdrowie!
Jakby
na rozkaz wszyscy zawtórowali tym słowom i razem z blondwłosym osobnikiem
opróżnili swe kieliszki.
–
Na zdrowie – mruknął ten w odpowiedzi i podniósł do ust stojącą przed nim
szklankę z wodą, aby wziąć z niej symbolicznego łyka.
Odłożywszy
ją, westchnął zaś i rozejrzał się po pomieszczeniu. Przepełnione było one
ogromną ilością emocji, głosów, spojrzeń i zapachów. To stłoczenie nie działało
dobrze na zmysły nowego dona, który podniósł się i bez słowa wyszedł na
korytarz.
Znalazłszy
się na nim, oparł się o ścianę i osunął powoli. Usiadłszy zaś ciężko na
podłodze dostrzegł, iż przestrzeń znów uległa zmianie. Ściany korytarza zalały
się przyozdobioną złotymi znakami czerwienią. Nowoczesne oświetlenie rzucające
białe światło, przeinaczyło się w lampy o wyglądzie przynoszącym na myśl
azjatyckie kultury, z których padały słabe, żółte promienie.
–
Ech… – westchnął w odpowiedzi na ból z kilku ran powstałych w wyniku dźgnięcia,
uderzenia, czy postrzału.
Dobrze,
iż miał na sobie kamizelkę, gdyż jego pierś jak i plecy były obolałe od uderzeń
pocisków. Szkoda, iż to jeszcze nie był koniec i za winklem czekał na niego
kolejny przeciwnik.
Jeszcze
trochę. Pomyślał sobie i przeładował broń. Następnie dźwignął się ciężko na
równe nogi i począł uspokajać oddech. Z tego co pamiętał za zakrętem stało
kilka donic, które wyglądały jakby mogły wtrzymać ostrzał z pistoletu. Chociaż
nawet jeśli nie były w stanie tego zrobić, lepsza taka osłona niż żadna.
Wezbrał więc powietrza w płuca i mając wrażenie, iż czas zwalnia, wybiegł zza
osłony. Jego przeciwnik postąpił podobnie, co poskutkowało wymianą strzałów.
Działo się to tak szybko i wolno za razem, iż mężczyzna nie był w stanie
określić kiedy znalazł się za doniczką. Za to wyraźnie czuł pieczenie w miejscu
gdzie powinien być płatek ucha i ciepłą krew spływającą mu po szyi. Nic innego
nie wydawało zwracać na siebie uwagi. Założył więc, iż udało mu się wyjść z
wymiany ognia prawie bez uszczerbku na zdrowiu.
Z
tym konceptem spróbował zobaczyć czy jego przeciwnikowi udało się przeżyć.
Wychyliwszy na moment głowę nie dostrzegł żadnego ruchu. Dodatkowo prócz
cichej, dobiegającej nie wiadomo skąd muzyki nie słyszał nic. Wrócił jednak za
osłonę i odczekał chwilę, by rozeznać się w sytuacji ponownie. To pozwoliło mu
potwierdzić założenie, iż przeciwnik nie przeżył, albowiem zdołał dojrzeć
nieruchome ciało zaległe na podłodze korytarza. Odetchnąwszy z ulgą, podniósł
się i ostrożnie wyszedł zza osłony. Przygotowany do oddania dodatkowych
strzałów, począł iść przed siebie. Po kilku krokach miał oddać dodatkowy
strzał, aby upewnić się, iż przeciwnik jest martwy, gdy nagle coś go uderzyło.
Nie.
Jego umysł zechciał zakłamać rzeczywistość, gdy ciało przyśpieszyło kroku,
by w mgnieniu oka znaleźć się i klęknąć przy ofierze strzelaniny.
– Nie – powtórzył, czując jak w jego pierś zaczyna wyżerać od wnętrza biała
pustka.
Przy
tym uniósł zmarłą osobę i położył sobie jej głowę na kolanach. Drżącymi dłońmi
odgarnął jej długie, blond włosy z niebywale bladej twarzy i spojrzał w
pozbawione życia, jasnozielone oczy. Chciał coś powiedzieć. Chciał zapłakać.
Niestety uczucia, które przed chwilą go trawiły, zdążyły już zniknąć. Nie było
po nich żadnego śladu, prócz wspomnienia, iż kiedyś istniały.
Świadomy
toczącej jego umysł anhedoni, obrócił głowę ku znajdującemu się po jego boku
oknu, by dojrzeć w nim swe odbicie. Gdy zaś to czynił, rzeczywistość zalała
kompletna ciemność, a szyba prezentująca obraz skąpanego w ogniu miasta,
zmieniła się w zwierciadło, w którego głębi stał mężczyzna w czarnym płaszczu i
kapeluszu. Osobnik ten cechował się pełnym niezrozumienia wzrokiem, którym
przypatrywał się młodszemu mężczyźnie po drugiej stronie przeźroczystej tafli.
Dopiero gdy ów młodzieniec zbliżył się do niego i spojrzał w jego oczy, coś do
niego dotarło. Z ich dwoje to on był odbiciem. Do tego skrzywionym w taki
sposób, aby mógł zrealizować niemożliwe marzenie. Wszystkie emocje, które do
tej pory czuł, były jedynie konstruktem umysłu, który nigdy nie potrafił ich
prawdziwie odczuć, a jedynie starał się je kopiować.
Prawda
ta niczym kamień uderzyła w zwierciadło i razem z nim rozbiła przestrzeń na
drobne kawałki, tworząc kalejdoskop wspomnień, przez który tylko jedna
świadomość była zdolna przejrzeć.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz