Upadek - Fragment X
Wiem, iż istniało takie uczucie. Przyjemność z jedzenia. Rozkosz rozpływająca się po ciele wraz z pierwszym kęsem. Wewnętrza radość. Pamiętałem. Dlaczego więc tego nie czułem? Serca tryskające jasnoczerwoną krwią, mimo wykwintnego smaku, pogłębiały rozpacz, zrodzoną wraz z pierwszym kęsem. Nie wiem dlaczego, gdy wgryzłem się w soczysty mięsień, poczułem zawód i pustkę. Nie wiem dlaczego nie przestałem jeść, jeśli psychicznie to jedzenie w ogóle mi nie smakowało. Wręcz się nim brzydziłem. Może po prostu liczyłem, iż zaspokoiwszy głód, odczuję jakąś ulgę? Jeśli tak, byłem głupi. Łaknienie me bowiem nie gasło. Pomimo przepełniającego się żołądka, odruchów wymiotnych i poczucia, iż więcej nie dam rady, wciąż czułem, iż muszę jeść. Pożerałem więc serce za sercem, czując się coraz gorzej. Zatracałem się. Cóż jednak innego miałem poza jedzeniem?
Nie wiem dlaczego tu byłem. Nie wiem dlaczego jadłem. Miałem dość, a jednocześnie potrzebowałem więcej. Moje obrzydliwie otyłe ciało nie pozwalało mi jednak sięgnąć po kolejny kęs. Mimo to nie przestawałem próbować. Byłem tak zdesperowany. Nagle odczułem, iż upadam. Spotkanie z podłogą nie należało do najprzyjemniejszych. W pierwszej chwili spróbowałem się podnieść. To oczywiście mi się nie udało. Wierzgnąłem tylko moimi tłustymi kończynami i znieruchomiałem, starając się złapać tchu. Leżąc i łapczywie łapiąc powietrze, dostrzegłem fragment nogi krzesła, który nie wytrzymał naporu mojego cielska. W końcu do mnie dotarło, co ze sobą zrobiłem. Łzy popłynęły rzewnie z mych oczu. Tak samo bezużyteczne jak ja. Nie miałem nic. Byłem sam. Zamknięty w więzieniu z własnego ciała. Bezsilny. Żałosny. Przypomniałem sobie nawet po co tu przyszedłem. Chciałem ją znaleźć. Chciałem ją znowu spotkać. Tylko wszystko zepsułem.
Leżąc w samotności i głodując, począłem się wyciszać. W zasadzie wszystko zaczynało się stawać takie… nijakie. Jak wcześniej. Wracałem do życia bez smutku, czy radości. Do spokoju. Moje ciało traciło też na wadze, więc odzyskiwałem sprawność ruchową. Po jakimś czasie, gdy mogłem się już podnieść, zacząłem ćwiczyć i przygotowywać się na czekającą mnie wspinaczkę. Wszystko powracało do normy. Było dobrze.
Stojąc przed ogromną strukturą, próbowałem rozgryźć, jak się na nią
wspiąć z kosturem w dłoni. W pewnym momencie wpadłem na genialny pomysł.
Znalazłem miejsce, gdzie ktoś wcześniej wykonał kilka cięć i używając moich
szponiastych palców, wykonałem niewielkie nacięcia. To pozwoliło mi na
oderwanie kawałka naskórka, z którego uczyniłem pas. Zawiesiłem osobno
latarnię, tak by znajdowała się przy boku, a kostur wetknąłem sobie za plecy. W
końcu począłem się wspinać. Mimo, iż nie było to łatwe, nie poddawałem się.
Miałem bowiem cel, który musiałem osiągnąć. Poza tym potrzebowałem opuścić to
miejsce.
Nie wiem jak długo mi to
zajęło, ale po okrutnym wysiłku, w końcu udało mi się dotrzeć na szczyt.
Odsapnąwszy chwilę, zacząłem iść przed siebie, aby znaleźć jakieś wyjście.
Podróż ta, podczas której musiałem się jeszcze kilka razy wspinać dała mi
odpowiedź na to, gdzie się znajdowałem. Znalazłem się bowiem na obliczu
olbrzyma, pokrytym wylewającą się z ust, czarną krwią.
Co tu się stało? Zapytałem,
przypatrując się jego prawemu, rozciętemu oku.
Niestety nie dane było mi
poznać odpowiedzi. Zszedłem więc z ogromnej głowy i stanąwszy na czarnej,
lustrzanej posadzce, rozejrzałem się wkoło. Pośród ciemności dostrzegłem
stojące otworem srebrne wrota, które w porównaniu do tłustego olbrzyma wydawały
się małe. Szybko ruszyłem ku nim i tym razem bez żadnych wątpliwości,
przekroczyłem ich próg.
*****
Spis treści
Fragment XI
Komentarze
Prześlij komentarz