Upadek - Fragment IX
Rozdział II: FAMES
POŻERACZ SERC
Skurcze
czarnego serca rozchodziły się od dłoni na całe ciało, z każdym uderzeniem
rosnąc na sile. Mgła spowijająca umysł, poczęła się rozrzedzać. Kim byłem?
Gdzie byłem? Co robiłem? Z każdą chwilą, mój umysł zaczynał podsuwać mi
odpowiedzi na te pytania.
Stałem pośród pnących się ku
chmurom drzew. Przed ołtarzem z ich korzeni, na który właśnie odkładałem czarny
mięsień. Nie byłem sam. Tłum potworów z gasnącymi latarniami czynił to samo. Zaraz
po tym jak skończyliśmy, białe, oślepiające światło rozbłysło na moment. Gdy zaś
znikło, śnieżnobiały kruk wzleciał ku niebu, by szybko zniknąć w szarych
chmurach.
Jak, gdyby nigdy nic wszystkie
istoty poczęły się rozchodzić. Tylko ja stałem jeszcze w miejscu, nie
opuszczając wzroku. W końcu jednak mój przymglony umysł zaatakował głód i
przeczucie, iż zaraz spadnie popiół. Spojrzałem więc na świecącą silnym żółtym
płomieniem latarnię, zawieszoną na mym kosturze i nie odczuwszy od niego
żadnego ciepła, opuściłem polanę.
Krocząc
przez skąpany w żółci świat poszukiwałem serc, które zaspokoiły by mój głód.
Choć mogłem się temu oprzeć. Dlaczego miałbym? Nadawało mi to jakiś cel. Dawało
jakąś przyjemność. Poza tym nie czekało mnie tak naprawdę nic. Pustka. Zimno.
Samotność. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej chciałem jeść.
Jakby na życzenie, dostrzegłem
na granicy rzucanego przez latarnię światła jakąś postać. Odruchowo
przyśpieszyłem kroku. Niestety po kilkunastu krokach zorientowałem się, iż
wcale się do niej nie zbliżam. Sfrustrowany głodem, który zaczął mnie mocniej
dręczyć, postanowiłem nie odpuszczać.
Śledziłem te istotę, aż pod
ogromne, srebrne wrota, przed którymi się zatrzymała. W końcu zacząłem się zbliżać
i dostrzegać jej smakowite serce. Co dziwne, mój głód zamiast narastać, został
niespodziewanie przytłumiony. Widziałem gdzieś już bowiem to śnieżnobiałe serce
i gdybym mógł przyjrzeć mu się dokładniej, doszedł bym do tego gdzie. Wrota
jednak rozwarły się i postać, którą śledziłem wkroczyła w zionącą z nich
pustkę, znikając mi z oczu. Mimo, iż w myślach zatrzymałem się zawiedzony, me
ciało podążało dalej i zatrzymało się dopiero w obliczu mroku, którego nawet
światło mej latarni nie potrafiło rozproszyć. Tu stanąłem przed wyborem. Iść
dalej, czy zostać i szukać słodkich serc do pożarcia. Poszedłbym, ale się
bałem. Zostałbym, ale… Tam była ona. Nim zorientowałem się, iż podjąłem
decyzję, wykonałem krok i przekroczyłem próg wrót.
Na
czarnej, lustrzanej posadzce wkoło masywnego, dębowego stołu zalegały krzesła,
złote świeczniki, naczynia i jedzenie, które się w nich wcześniej znajdowało.
Na widok ten zaburczało mi w brzuchu. Byłem taki głodny. Zignorowałem to
jednak. Ważniejsza bowiem była ona. Za nią tu przyszedłem. Musiałem ją znaleźć.
Zacząłem więc odchodzić od stołu. Po kilkunastu krokach natrafiłem niestety na
ogromną, miękką, strukturę, pokrytą grubą skórą. Nie mogąc przez nią przejść,
postanowiłem ją obejść. W efekcie zatoczyłem
elipsę i przekonałem się, iż jestem uwięziony. Nie mogłem się przebić
przez dziwną strukturę, o czymś przekonałem się, napotkawszy miejsce, w którym
ktoś próbował wyciąć sobie drogę wyjścia i uczynił tylko niewielkie nacięcia.
Jedynym wyjściem pozostawała wspinaczka. Tylko byłem na to zbyt głodny.
Odczuwając burczenie w brzuchu, odwróciłem się do zdemolowanego stołu.
Muszę coś zjeść.
Z tym przekonaniem
podszedłem do niego i odstawiłem kostur. Następnie podniosłem jedno z
przewróconych krzeseł, na którym usiadłem i z zaskoczeniem odkryłem, iż część
stołu oświetlana przez moją latarnię, była schludnie zastawiona i otoczona
miskami wypełnionymi krwistoczerwonymi, bijącymi sercami. Ten widok tak wzmógł
mój głód, iż momentalnie rozpocząłem ucztę.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz