Demon: Fragment V (N)
Nie mija dłuższa chwila, a twa
rozmówczyni pojawia się z powrotem. Zasiada obok ciebie z uśmiechem i bierze
się za pałaszowanie swego posiłku. Po skończonej kolacji, zaczynasz odczuwać
ogromną senność, która manifestuje się głębokim ziewnięciem.
– Może pójdziesz już spać? –
proponuje ci kobieta – Miałeś dzisiaj wyczerpujący dzień.
– Chyba tak. – odrzekasz sennie.
– Zaprowadzę cię do pokoju. – oświadcza rozmówczyni podnosząc się i odbierając od
ciebie pusty talerz i kubek.
Ty również stajesz na równe nogi i w tym
momencie zaczynacie iść. Wkroczywszy do domostwa lekarka szybko zahacza o
kuchnię, gdzie pozostawia naczynia. Po tym wraca do ciebie i łapie cię pod
rękę, aby wprowadzić po schodach na piętro i tam skierować cię do odpowiednich
drzwi. Znalazłszy się w pokoju, od razu rzucasz się na łóżko i nawet nie myśląc
o ściąganiu z siebie ciuchów zaczynasz pogrążać się w sen. Niestety twoja
towarzyszka nie pozwala ci od tak zasnąć i ściąga z ciebie pas kontuszowy,
koszulę, spodnie i skarpetki.
– Niektórzy nazwali by to
gwałtem. – komentujesz jej poczynania.
– Jesteś moim pacjentem. – odrzeka.
– To jeszcze gorzej. – mówisz zaśmiawszy się.
W końcu zostajesz przykryty kołdrą.
Układasz więc swoje ciało w wygodnej pozycji i znów dajesz się owładnąć urokowi
snu. Już prawie zasypiasz, gdy nagle ostra igła przebija tkanki na twoim prawym
przedramieniu.
– Ałć. – mówisz, choć
praktycznie nie czujesz żadnego bólu.
– Dobranoc. – rzuca lekarka skończywszy dawać ci zastrzyk, a następnie opuszcza
pomieszczenie.
Ty
zaś w końcu poddajesz swą świadomość i zanurzasz się w nicość.
Poruszasz się ciemnymi,
rozświetlanymi jedynie przez nikłe światło pojedynczych, białych żarówek
korytarzami pustego szpitala. W budynku tym brak jest okien i wszędzie tam
gdzie może panuje ciemność lub przeraźliwy półmrok. Idziesz powoli ze
świadomością, iż powinieneś się bać. Strach jednak nie chce przyjść. Pozostaje
uśpiony na dnie świadomości. Próbujesz sobie przypomnieć co tu robisz, lecz
jedyne co pamiętasz to uczucie spadania. W głowie panoszy ci się myśl
przestrzegając cię przed spojrzeniem za siebie. Na grzbiecie zaś czujesz dotyk
ostrych niczym brzytwy szponów. Kroczysz więc powoli nie znając swego celu.
Wnet na granicy swego słuchu zaczynasz wyłapywać delikatne szepty. Nie potrafisz
ich zrozumieć, aczkolwiek masz wrażenie, iż przywołują cię do siebie. Pokusa
podążania ku nim jest zbyt silna, abyś mógł ją zwalczyć. Przyśpieszasz więc
nieco. To okazuje się być jednak błędem. Odgłosy twych kroków zagłuszają
wszelakie dźwięki i przyprawiają cię o ciarki. Spowalniasz więc i zaczynasz
nasłuchiwać szeptów. Mijasz kolejne rozwidlenia i puste pokoje. Starasz się
uniknąć uderzenia o pozostawiony na dość wąskim korytarzu sprzęt szpitalny.
Niespodziewanie mijając jeden z dobrze oświetlonych bocznych korytarzy,
zauważasz kątem oka rąbek śnieżnobiałej sukienki znikający w wejściu do jednego
z pomieszczeń. Wtem masz wrażenie, iż słyszysz kobiecy chichot, aczkolwiek nie
możesz tego z pewnością stwierdzić. Chcesz podążyć w kierunku, w którym
ujrzałeś to zjawisko, aczkolwiek rozum podpowiada ci, abyś zignorował to
wydarzenie i podążał dalej mrocznymi korytarzami. Choć raz słuchasz głosu
rozsądku i nie stawiasz kroku ku oświetlonemu korytarzowy, a kontynuujesz swą
wędrówkę przez ciemność. Jednakowoż po kilku krokach coś się w tobie łamie.
Cofasz się, czując jak ostre szpony ciemności wbijają się w twój grzbiet
odbierając ci dech. Nie przerywasz jednak i cofasz się dalej. W końcu czując,
iż jesteś przebity na wskroś i nie masz siły dalej walczyć, odwracasz się. W
tym momencie cały opór znika i orientujesz się, iż tak naprawdę nic za tobą nie
ma. Ty zaś nie jesteś niczym poprzebijany. Ruszasz więc swobodnie do
jaśniejącego korytarza, a wkroczywszy w niego poczynasz wędrówkę ku pokojowi,
gdzie dostrzegłeś rąbek sukienki. Stanąwszy przed nim dostrzegasz czarne niczym
smoła drzwi, które blokują przejście. Nie chcąc się teraz poddać łapiesz z
przekonaniem klamkę i naciskasz ją. Tak przejście staje przed tobą otworem,
zalewając cię nieskazitelnie białym światłem, którego ostrość zmusza cię do
przesłonięcia oczu. Niestrwożony postępujesz kilka kroków i przekraczasz czarny
próg.
Komentarze
Prześlij komentarz