Sprawa Żaka - Fragment XLVII
Miauknięcie kota przywitało mnie o poranku, gdy rozwarłem swe powieki. Ciepłe promienie słońca, wpadające przez niewielkie okno ogrzewały czubek mojej głowy, która opierała się o nieco zdrętwiałą rękę. Uświadomiwszy sobie, iż znajduję się w pozycji siedzącej, wyprostowałem się i rozejrzałem wkoło. Niewiele wiedząc przez zamglony wzrok, przetarłem oczy palcami. Spojrzawszy po raz kolejny na świat, dostrzegłem rudy, koci ogon, opuszczający celę przez uchylone drzwi. Wezbrałem w płuca znaczną ilość zimnego powietrza i ziewnąłem, przeciągając się. Po tym podniosłem się na równe nogi z zamiarem udania się do łazienki. Postąpiwszy krok, wstrzymałem się jednak i odsunąłem stopę. Z zaskoczeniem uświadomiłem sobie, iż na podłodze nie ma niczego, co mogłoby ją zranić. Było to o tyle dziwne, iż do tej pory miałem nieodparte przekonanie, iż właśnie coś takiego się tam znajduje. Po chwili zadumy, wzruszyłem na to ramionami i wyszedłem na korytarz, aby załatwić wszystkie swoje poranne potrzeby.
Komentarze
Prześlij komentarz