Upadek: Blask Białych Świec

 Ogarniający me jestestwo, nieprzejrzysty błękit począł blaknąć, pozwalając tym samym na rozbudzenie się mej świadomości. Wpierw powracałem do siebie bardzo powoli, aczkolwiek gdy błękit zniknął ostatecznie, pozostawiając po sobie czerń, odzyskałem nagle trzeźwość. Z pełnią władzy nad ciałem, przejrzałem na oczy, by zostać zaskoczony obrazem połyskującego czerwienią ostrza, przebijającego mą pierś i kobiety o białym sercu. Nie wiedziałem, jak na to zareagować i prawdę powiedziawszy, nie byłem w stanie tego uczynić. Było to wynikiem tego, iż nieznajoma wycofała swą broń, a ja nie miałem siły, aby utrzymać się na nogach. Upadłem więc bezwładnie na posadzkę z czarnego szkła i spoglądając w odbijające się w niej białe światło świec, utraciłem, dopiero co odzyskaną, świadomość.
            Z poczuciem, jakbym obudził się z niezwykle długiego, męczącego snu, rozwarłem powieki. Oczom mym ukazała się szklana, ubrudzona zaschniętą, czarną mazią posadzka. Z poczuciem ogromnego wyczerpania zacząłem się podnosić. Znalazłszy się na klęczkach zrobiłem sobie przerwę i rozejrzałem się wkoło. Znajdowałem się we wnętrzu jakiejś katedry, zbudowanej w całości z czarnego szkła i oświetlonej białym światłem zalegających wszędzie świec. Niedaleko mnie leżała roztrzaskana czaszka wielkiego kruka, złamany miecz i pordzewiała latarnia, pozbawiona swego niebieskiego płomienia. W mym umyśle od razu pojawiły się rozmyte obrazy, których nie potrafiłem złożyć w całość. Zignorowawszy je na razie, sięgnąłem ku latarni, dzięki czemu zwróciłem uwagę na noszącą ślady oparzeń, sczezłą kończynę górną. Odruchowo spojrzałem na drugą, która wyglądała tak samo. Następnie złapałem latarnię i zbliżywszy się na czworaka do kilku, leżących przy sobie świec, spojrzałem ku obliczu, odbijającemu się w szklanej posadce. Widok spopielonych tkanek pokrywających cienką warstwą kości twarzoczaszki i ziejących pustką oczodołów, momentalnie przywołał wspomnienie niebieskiego ognia, obejmującego me ciało.
            To był błąd…
            Napatrzywszy się, spróbowałem odpalić latarnię od jednej ze świec i niemal nie wypuściłem jej z rąk, kiedy biały płomień przeskoczył do jej wnętrza, sprawiając, iż cała rdza odpadła, ujawniając wyglądający jak nowy, srebrny metal. Posiadając już źródło światła, dźwignąłem się do pionu i powolnym krokiem opuściłem katedrę.

*****

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI