Sprawa Żaka - Fragment L
Promienie słońca spadały z nieba ogrzewając me zgięte
wpół ciało. Czując narastający ból w lędźwiowym odcinku grzbietu, postanowiłem
się wyprostować. Stęknąwszy przy czynieniu tego, zwróciłem w myślach uwagę na
to, jak męcząca może być praca w
ogrodzie. Przed oczami miałem mroczki, które w połączeniu z ostrym światłem
tworzyły otępiający kalejdoskop. Niestety nie miały mnie one ochoty opuścić i z
każdą chwilą się nasilały. Ruszyłem więc chwiejnym krokiem ku ławce znajdującej
się niedaleko. Nie dotarłbym do niej, gdyby nie czyjaś pomoc.
– Dziękuję – rzekłem, ciężko
siadając.
– Powinieneś uważać – zwrócił
mi uwagę znajomy damski głos – Robi się zimniej, ale słońce nadal praży.
– Tak… – mruknąłem, zamykając
oczy i opierając głowę na rękach.
Siedziałem tak przez chwilę,
aż nie doszedłem do siebie. Wtedy rozwarłem powieki i podniosłem wzrok.
Chciałem jeszcze raz podziękować osobie, która mi pomogła, lecz ku memu
zdziwieniu nikogo nie dostrzegłem. Rozejrzałem się więc wkoło, by utwierdzić
się w świadomości, iż jestem sam. Być może czas spędzony na ławce był dłuższy
niż zakładałem? Możliwe, iż na chwilę zemdlałem, ale… Głowa niezwykle bolała
mnie od tych rozmyślań. Porzuciłem je więc, postanawiając udać się do kuchni po
szklankę wody.
Komentarze
Prześlij komentarz