Sprawa Żaka - Fragment LIX
Przestrzeń była jakaś gęstsza, a świat zdawał się inny. Z
nieba prószył śnieg, który budził niemiłe wspomnienia. Do tego dochodziło
drapanie w gardle, które próbowało się przebić przez posmak dymu papierosowego,
nadal prześladującego me drogi oddechowe.
– Cholera – przekląłem, nie
mogąc otworzyć głównych drzwi do kościoła.
Lekko poirytowany udałem się
na tyły świątyni, aby spróbować szczęścia, przy znajdującym się tam wejściu.
Dotarłszy na miejsce, stanąłem jak wryty. Oczom mym ukazał się bowiem obraz
młodego księdza, leżącego w kałuży krwi przy otwartym aucie. W pierwszym
odruchu ruszyłem ku niemu i w międzyczasie sięgnąłem po telefon. Przypomniawszy
sobie jednak, iż urządzenie nie działa, schowałem je do kieszeni i zabrałem się
za oględziny mężczyzny. Był nieprzytomny, wciąż tracił krew, ale oddychał.
Momentalnie zacząłem szukać jego telefonu, którego niestety nigdzie nie mogłem
znaleźć. Trafiłem za to na leżące w śniegu kluczyki i fragmenty zakrwawionego
wiertła, które niegdyś u księdza zostawiłem.
Muszę wezwać pomoc. Pomyślałem
rozglądając się wkoło.
Niestety
nigdzie nie widziałem żywej duszy, a mimo później pory w budynkach wkoło, nie
świeciło się żadne światło. Byłem gotowy zacząć biegać po całym osiedlu, by
kogokolwiek znaleźć, aczkolwiek świadomość, iż nie mam na to czasu skutecznie
wybijała mi ten pomysł z głowy. Pozostała mi tylko jedna opcja, którą mimo, iż
miałem tuż przed sobą, podświadomie odrzucałem. W końcu jednak musiałem zwrócić
na nią uwagę i nie podziałało to na mnie zbyt dobrze. Gdy bowiem spojrzałem ku
siedzeniu kierowcy, zakręciło mi się w głowie. Nie mogłem siąść za kierownicą.
Nie ważne jak bardzo nie próbowałem, od wypadku nigdy mi się to nie udało.
Spoglądając jednak na umierającego mężczyznę, zebrałem w sobie jakieś siły i
się przemogłem. Podniosłem księdza i położyłem go na tylnych siedzeniach.
Następnie usiadłem na miejscu kierowcy, zamknąłem drzwi i włożyłem kluczyki do
stacyjki. W pierwszych chwilach moja dłoń nie chciała wykonać najmniejszego
ruchu. Wziąwszy jednak głęboki wdech i powtarzając sobie w myślach o
wykrwawiającym się osobniku, uruchomiłem silnik. Nie byłem pewien co się stało
dalej, gdyż momentalnie mnie odcięło i poczułem się jakbym śnił na jawie.
Widziałem tylko światła i niewyraźne obrazy, wymieszane z dźwiękami, których nie
mogłem wyróżnić, czy opisać. Chaos ten przerywany był momentami ciszy,
ciemności i uczucia, iż zbliża się coś przerażającego, czego nie mogłem
uniknąć. Trwałem w tym stanie, póki nie nacisnąłem hamulca i nie wypadłem z
pojazdu. W głowie mi szumiało i nie mogłem się w pełni skupić na otoczeniu.
Mimo to byłem świadomi, iż dojechałem na podjazd dla karetek przy szpitalnym
oddziale ratunkowym. Ignorując zbliżające się do mnie osoby, otworzyłem tylne
drzwi i zacząłem wyciągać rannego księdza. Ludzie, którzy się do mnie zbliżyli
szybko zorientowali się co się dzieje i zajęli się poszkodowanym. Ja zaś
przekonany, iż nie muszę już walczyć o przytomność, poddałem się otępieniu
ogarniającemu mój umysł i wpadłem w spiralę ciemności, która zawiodła mnie w
miejsce, gdzie było tak okropnie zimno.
Komentarze
Prześlij komentarz