Sprawa Żaka - Fragment LXI

 Wzniósłszy powieki, ujrzałem oświetlaną światłem słabej lampy sypialnię. Zbyt zmęczony i senny, by wstać, zakasłałem i przechyliłem głowę w bok. Wpatrując się w ciemny kąt, zaczynałem odnosić wrażenie, iż coś tam widzę. Nie potrafiłem tego wyjaśnić, ale czułem, iż to coś zbliża się do mnie małymi kroczkami. Z jednej strony się tego bałem, a z drugiej przynosiło mi to spokój. Nie myślałem jednak nad tym zbyt długo, gdyż w pokoju pojawiła się nagle rudowłosa, która bełkocząc niezrozumiałe słowa, podeszła i założyła mi coś na szyję. Następnie pocałowała mnie i kazała odpoczywać. Zbyt zmęczony na myślenie, chętnie jej posłuchałem i znów zanurzyłem się w sen.

 

Obudziwszy się, czułem się pełen sił, jak nigdy dotąd. Od wielu dni mój stan się poprawiał, ale dziś czułem się jak nowo narodzony. Wyrwałem się więc z łóżka, załatwiłem poranne potrzeby, ubrałem i udałem do wyjścia. Nim jednak zdążyłem pociągnąć za klamkę, zreflektowałem się nagle. Od jakiegoś czasu nie widziałem mojego kota. Byłem tak przejęty sobą, iż wcześniej tego nie spostrzegłem. Już miałem go zacząć szukać, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich rudowłosa.
            – Wcześnie dziś wstałeś. Jak się czujesz? – zapytała, wkraczając do wnętrza.
            – Dobrze. Widziałaś może Kicię? – zapytałem lekko zmartwiony.
            – Nie. Może gdzieś wyszła?
            – Jest kotem domowym… – mruknąłem, wymijając rozmówczynię.
            – Gdzie idziesz?
            – Poszukać jej.
            To powiedziawszy opuściłem budynek.

 

­Poirytowany wparowałem do domu i udałem się do kuchni. Zaraz za mną weszła rudowłosa, proklamująca litanię pretensji.
            – Czego ty ode mnie chcesz?! – wydarłem się, tracąc cierpliwość. – Mam się przestać z nią spotykać, bo ci się nie podoba?!
            Po tym dziewczyna zamilkła, a ja odwróciłem się w stronę zlewu, by nalać wody do czajnika.
            – Myślałem, iż jesteś moją przyjaciółką… – westchnąłem, nastawiając czajnik.
            W końcu odwróciłem się w stronę rozmówczyni, która dziwnie zamilkła. Stanąwszy z nią twarzą w twarz, zobaczyłem szybki ruch, po którym objęła mnie ciemność i okrutny ból lewego oka. Nie wiedząc co się dzieje, postawiłem chwiejny krok w tył, po którym padłem na podłogę. Wtem ból zaczął słabnąć na rzecz niebywałej błogości i senności. Dzięki temu uniosłem powieki i mglistym spojrzeniem, spojrzałem w sufit. Było w nim coś pięknego, czego nie potrafiłem opisać. Tak przynajmniej mi się wydawało, gdyż spoglądając ku niemu, budziła się w mej klatce mieszanka nostalgii, radości i smutku. Z tymi uczuciami począłem oddawać się w objęcia słodkiego snu. Czyniąc to, odczułem zaś sunięcie w przestrzeni, po którym nastąpił powolny upadek.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI