Sprawa Żaka - Fragment I
Brud osadzony
na szybie, rozpraszał promienie słoneczne, oszczędzając moim oczom wysiłku.
Smak miętowej gumy w ustach pozwalał mi zaś przezwyciężyć głód panoszący się po
pustym żołądku. Niestety nic nie powstrzymywało dźwięków, płynących z
głośników, przed bombardowaniem moich uszu abominacją muzyki. Nie fatygowałem
się z proszeniem kierowcy o wyłączenie radia, czy zmianę stacji, gdyż miałem
świadomość jak niewiele trasy zostało do pokonania. Milczałem więc, spoglądając
na krajobraz ruchliwego miasta. W głowie miałem pustkę i nie starałem się z tym
walczyć. Przez to nie zauważyłem kiedy samochód się zatrzymał, a taksówkarz
podał mi kwotę do zapłaty. Po dokonaniu płatności, otworzyłem drzwi i
wkroczyłem w ogarnięty gorącem świat. Zanim zdążyłem się ogarnąć, usłyszałem
trzask drzwi bagażnika i jakieś słowa mojego kierowcy.
– Dziękuję. – rzekłem odbierając od niego mój bagaż.
Stałem przed
bramą stanowiącą wejście na teren uczelni. Westchnąłem, poprawiając torbę na
ramieniu i wkroczyłem na obiekt, tak rozległy, iż spokojnie można by uznać go
za osobne miasto. Pierwszym co mnie uderzyło był unoszący się w powietrzu
słodki posmak. Chrząknąłem dwukrotnie, aby pozbyć się go z mego gardła, lecz
jedyne co wskórałem to gwałtowne uczucie gorzkości zanikające w nienaturalną
słodycz.
– Potraktuj to jako urlop… – wymruczałem słowa mojego
przełożonego.
Następnie
wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Gęsty dym
przelatujący przez me drogi oddechowe momentalnie stłumił me zmysły i stępił
narastające napięcie. Odprężony rozejrzałem się wkoło i podążyłem w kierunku, w
którym powinny znajdować się akademiki.
Drzwi windy
rozsunęły się wraz z wysokim dźwiękiem dzwonka, pozwalając mi wyjść. Począłem
więc to czynić i niespodziewanie wpadłem w jakąś ogarniętą pośpiechem istotę.
– Przepraszam. – usłyszałem kobiecy głos, nim zostałem
wyminięty.
Nie zdążyłem
odpowiedzieć, gdyż wejście do windy zamknęło się pozostawiając mnie jedynie ze
wspomnieniem blond loków i zapachu, który wydawał mi się dziwnie znajomym.
Pewnie poświęciłbym temu przypadkowemu wydarzeniu kilka myśli, gdyby nie
burczenie w brzuchu, przypominające mi o braku jakiegokolwiek posiłku od wielu
godzin. Dzięki niemu zamiast stać w zamyśleniu na korytarzu, ruszyłem do swojego
pokoju. Wkroczywszy do niego, trzasnąłem jednymi drzwiami, by otworzyć drugie.
Gdy w końcu stanąłem w klitce, która miała mi służyć za mieszkanie, upuściłem
torbę na podłogę i usiadłem na łóżku. Przesłoniłem na moment oczy dłońmi i nie
wiedząc kiedy zmorzył mnie sen.
Okrutny lament
niesiony przez zimne, nocne powietrze dotarł do moich uszu, aby wydrzeć mnie z
błogich rąk brata śmierci. W pierwszym odruchu wyciągnąłem poduszkę spod głowy,
aby położyć ją na niej. Gdy jednak uświadomiłem sobie, iż ten dźwięk nie
wydobywa się z ludzkiej krtani i dodatkowo zaczyna przyprawiać mnie o ból
głowy, usiadłem na skraju łóżka. Przetarłszy twarz i przeczesawszy włosy, ziewnąłem głęboko. Przez moment
pragnąłem znów się położyć, aczkolwiek niemiłosierny hałas skutecznie mnie od
tego odwiódł. Wstałem więc i w pierwszym odruchu, wsadziłem sobie w usta
papierosa. W ostatniej chwili powstrzymałem się przed jego zapaleniem. Gasząc
płomień zapalniczki, westchnąłem głęboko. Nie potrafiłem już znieść nawet
najzwyklejszego lamentu.
– Kończę się… – mruknąłem łapiąc się za coraz bardziej
bolącą skroń.
Po tym
wyszedłem z pokoju i przez klatkę schodową udałem się na dach. Znalazłszy się
na nim zachwiałem się i poleciałem na drzwi, przez które przez moment
przeszedłem. Cierpienie i osłabienie, które ogarnęły moje ciało zwalały mnie z
nóg. Gorycz w gardle wywoływała odruch wymiotny. Robiąc kilka głębokich
wydechów zebrałem w sobie siły i począłem iść w kierunku, z którego dochodził
płacz i krzyk. Bardzo szybko dotarłem do krawędzi budynku, gdzie postać młodej
dziewczyny wylewała z siebie tysiące łez. Zbliżywszy się do niej i usiadłszy
obok, wyjąłem papierosa z ust.
– Czy mogłabyś przestać? – zapytałem pocierając skronie.
Momentalnie
przestrzeń zalała cisza, przerywana już cichszym łkaniem.
– Kim jesteś? – otrzymałem zapytanie.
– Kimś komu nie dajesz się wyspać. A ty? – odbiłem, przewracając w palcach
papierosa.
– Wiktoria. – odparła, spoglądając na mnie ze zdziwieniem.
– Dlaczego płaczesz?
Nie
odpowiedziała. Miast tego znów poczęła ryczeć niczym małe dziecko.
– Wiktorio! – wycedziłem przez zaciśnięte z bólu zęby,
znów ją uciszając – Usiądź proszę.
Bez żadnych
sprzeciwów wykonała me polecenie.
– Lubisz spoglądać w niebo? – spytałem, wskazując palcem
w górę – Gwiazdy są piękne tej nocy.
– Śmiesznie pachniesz. – rzuciła nieco się uspokoiwszy.
– Uznam to za komplement.
Nie wiedzieć
dlaczego moje słowa sprawiły, iż się zaśmiała.
– Co tu robisz? – zaciekawiła się.
– Nie dajesz mi spać. – odparłem bez ogródek.
– Przepraszam… – szepnęła przecierając mokre policzki.
– Nie szkodzi. Ostatnimi czasy i tak nie sypiam dobrze.
– Praca?
– Praca – powtórzyłem jej słowa.
Po tym
siedzieliśmy przez moment w ciszy, kiedy w końcu postanowiła odpowiedzieć na
moje pytanie.
– Kacper… Mój chłopak… – zaczynając zdanie, zawiesiła się
na moment – Nakryłam go z inną.
Myślałem, iż
zaraz wybuchnie ponownie płaczem, lecz na szczęście zdołała się powstrzymać.
– I przyszłaś tu, gdyż…?
– Potrzebowałam powietrza. – wyjaśniła.
– Rozumiem. Kochałaś go. – wypowiedziawszy te słowa, zrobiłem przerwę, aby
zadać kolejne pytanie – Dlatego postanowiłaś skoczyć?
Odpowiedziała
mi cisza przerywana łkaniem.
– Samobójcy ponoć nie idą do nieba. – westchnąłem nim
lament rozpoczął się na nowo.
Następnie
przytuliłem odchodzącą od zmysłów dziewczynę.
– Ćśś… Każdy zasługuje na wybaczenie. – zapewniłem ją, a
następnie począłem się modlić.
Zagubiwszy się
w modlitwie, ocknąłem się dopiero, gdy kula gorącego słońca, poczęła się
wyłaniać zza horyzontu, oświetlając mą twarz. Otworzyłem oczy z poczuciem ulgi
i w końcu odpaliłem papierosa, który tkwił między mymi palcami. Przez moment
czułem się niezwykle odprężony, lecz ból brzucha, wywoływany głodem, i senność
szybko odebrały mi tę przyjemność. Chciałem się więc podnieść i udać się do
pokoju, aby zjeść jakieś śniadanie, lecz wtedy usłyszałem głos, który wydał mi
się znajomy.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. – odrzekłem, odwracając głowę, aby spojrzeć z kim mam
przyjemność.
Pierwszym co
rzuciło mi się w oczy, były gęste blond loki na głowie zbliżającej się ku mnie
dziewczyny.
– To ty na mnie wpadłaś? – zapytałem przypominając sobie
wydarzenia z poprzedniego dnia.
– Tak. – odparła, zaśmiawszy się i wystawiwszy język – Przyszedł pan zobaczyć
wschód słońca?
– Nie. – oświadczyłem, rzuciwszy okiem na zjawisko, a następnie podniosłem się
na równe nogi.
W tym momencie
rozmówczyni znalazła się tuż przy mnie. To pozwoliło mi wyczuć jej zapach,
który wydawał mi się niezwykle znajomy. Niestety substancje z papierosa,
którego paliłem, stłumiły moje zmysły na tyle, iż po chwili przestałem go czuć.
– Lubisz wschody słońca? – zapytałem, przyglądając się
jej.
– Podoba mi się nastrój, w który mnie wprowadzają. – powiedziała nieco
stłumionym głosem.
Nagle
poczułem, iż sceneria stała się nieco zbyt intymna. Odsunąłem się więc od
dziewczyny, a następnie, mając możliwość ucieczki, podążyłem ku drzwiom na
klatkę schodową. Wkroczywszy na nią wypuściłem powietrze, które przez ostatnią
chwilę trzymałem w płucach bez powodu. Wtem zakręciło mi się w głowie, a oczy
ogarnęły mi mroczki. W tym momencie stwierdziłem, iż kiepskim pomysłem będzie
dokańczanie papierosa. Zgasiłem więc go o poręcz i powoli zszedłem na swoje
piętro. Po tym błyskawicznie odnalazłem swój pokój i wkroczywszy do jego
wnętrza rzuciłem się na łóżko.
Komentarze
Prześlij komentarz