Timber
Korony drzew zadrżały nad śladami nagich stóp,
Zakłócając
ciszę zachodzącego słońca
Krucho, dźwięcznie i
fałszywie
Puste obietnice kłamstw zagubione na drodze,
Bez
wskazówki zakończenia
Złote nici snów splatane pojedynczą łzą
Zbyt słabe, by
pozostać
W łasce blasku bladych gwiazd
Nic wielkiego
Czas
więcej ich przyniesie
Poukładany świat stracił znów kontrolę
Przed odbiciem
niebieskiego nieba
Zapadł się sam w siebie
Nie mogąc
znieść wszystkiego
To go załamało
Brudne płomienie zasiane na polach
Tańczące ku uciesze
bólu
Delikatnie wrzeszcząc
Przemawiając językami
strachu
Szalejący deszcz, zmył przeszłości treść
Zbyt ciężką,
by ją znieść
Nic w tym wyjątkowego
Teraźniejszość
nie trwać będzie wiecznie
Każda myśl pomyślana, upadła na kolana
Podeptana głuchym
śmiechem, okazała się za stara
Zbyt nieokiełznana
Zbyt
naganna
Poza skromną sceną przedstawienia
Poklask z echem swym
wybrzmiewał
Na świadectwo sztuki potępienia
Komentarze
Prześlij komentarz