Sprawa Żaka - Fragment XV


     – Zimno… – westchnąłem, spoglądając przez oszronione okno, na krótkie, blond loki, ganiające przez śnieg za niewielką, czarną kulką sierści, która trzymała w pysku wełnianą czapkę.

      Doświadczywszy ciszy, spowodowanej wyłączeniem się ekspresu do kawy, obróciłem głowę, by dostrzec jak ostatnie krople czarnego płynu, wpadają w biel stworzonej z mleka pianki. Wtem złapałem kubek i wziąłem mały łyk, pozwalając ciepłu, zalać moje gardło i przełyk. To uczucie wraz z gromkim śmiechem i odgłosami szczekania, koiło me zmysły. Niespodziewanie wpadałem na wspaniały pomysł. Otworzyłem więc okno, aby oświadczyć go bawiącej się z psem istocie, lecz podmuch lodowatego powietrza, zmusił mnie do zamknięcia oczu.

– Zimno... – słowa wypłynęły z mych ust w postaci białego obłoku.

      Zimno. Jedna myśl przebiegła mi przez głowę, gdy świadomość wypływała na powierzchnię oceanu nicości. Zimno. Powtórzyła się ponownie, gdy umysł uświadomił sobie zdrętwienie ciała. Sfrustrowane oczy, pragnące dostrzec coś poza ciemnością, zawalczyły z szronem, zlepiającym powieki i otworzyły się na wszelakie promienie świetlne. W mig zalane zostały ciepłym światłem, ulicznej lampy. Z ust, wyrwał się kolejny obłok, który tym razem niósł ze sobą pełen zrezygnowania jęk. Spływające z objętego ciemnym granatem nieba, szarawe płatki śnieżnego puchu, umykały na boki, gdzie stawały się bordowe od, ogarniającej wzrok, krwi.

– Zimno… – następny obłok uleciał ku niebiosom, umykając moim uszom.

     Jedynie odgłosy trzaskającego ognia rozpraszały panujące milczenie. Czas biegł nieubłaganie, lecz trudno było zgadnąć, czy robił to powoli, czy może gonił niczym szaleniec. Wydawało się to nie mieć żadnego znaczenia. Zupełnie jak wszystko inne. Nagle, choć może też po dłuższej chwili, skrzypienie śniegu, ugniatanego przez ciężkie buty, zapowiedziało przybycie nieznajomego. Na jego polecenie odezwały się odgłosy kolejnych kroków. Te jednak były szybsze i bardziej zorganizowane. Gdy przybyły, ciemność pojawiła się ponownie. Jakieś cienie poruszały się wkoło mego niewzruszonego żadnymi bodźcami ciała. Po chwili światło lampy znów trafiło w me źrenice. Tym razem było jednak wymieszane z pojawiającymi się w regularnych odstępach, niebieskimi i czerwonymi błyskami. Nagle poczułem, iż niebo zbliża się ku mnie, a zaległy na mnie śnieg, zsypuje się na boki. Wszystko wkoło zaczęło pędzić i zmieniać się w rozmazaną grę światło–cieni. W pewnej chwili spowolniło jednak. Tak bardzo, iż niemal zamarło. Zupełnie jakby chciało podkreślić ciężar i istotność chwili. Moje zalane głęboką czerwienią oczy, wpatrywały się w niewyraźne postacie, szarpiące coś, co wyglądało jak drzwi samochodowe. Wysiłek z jakim to robiły, wydawał mi się niebywale wielki, tak jakby siłowali się na próżno ze śmiercią. Nagle ich wysiłki przyniosły efekt i przestrzeń rozdarło przeraźliwe skrzypienie.

– Zimno… – ciche słowo wypłynęło spomiędzy drżących warg.

     Widok bladego ciała wciągniętego z chłodni, przyprawiał mnie o dreszcze. Nie mogłem pogodzić się z rzeczywistością. Jak to wszystko się mogło wydarzyć? Czemu ona leżała tu teraz w objęciach śmierci? Pytania przelatywały mi przez głowę, gdy ktoś próbował się przebić do mojej świadomości. Poczułem rękę na moim ramieniu. Ktoś próbował mnie pocieszyć. Zaczynało mi brakować powietrza. Kręciło mi się w głowie. Miałem nawet wrażenie jakbym gdzieś z oddali słyszał płacz dziecka. Rozejrzałem się w poszukiwaniu wyjścia. Tak trudno było mi je znaleźć w srebrnym połysku wyposażenia kostnicy. Wnet ponownie usłyszałem skrzypienie. Odwróciłem się, by ujrzeć zamykanie się srebrnych drzwiczek i usłyszeć dudniące uderzenie.

– Zimno… – oświadczały łzy, które zamarzając podczas upadku, roztrzaskiwały się o beton.

     Ktoś rzucił przekleństwem. Ktoś wybuchł płaczem. Umysł nadal nie wierzył w to co się działo. Tylko kryształki lodu niesione przez wiatr i uderzające w zaczerwienione policzki, nie pozwalały mu na odrzucenie rzeczywistości. Zimny dreszcz przebiegł po karku, gdy w przestrzeni rozniósł się dźwięk przesuwania grobowej płyty.

– Ciężko mieć koszmary, gdy życie samo w sobie funduje nam największe okropieństwa. – mój własny głos przywrócił mnie do zmysłów, wraz z łykiem gorzkiej kawy, który poprzedził ich jego wybrzmienie.

     Skóra ogromnego fotelu, w którym byłem zatopiony, wydawała się taka obca. Zupełnie jak cały gabinet, w którym się znajdowałem. Poczucie zlitowania, zmartwienia, sztucznej empatii. Zbierało mi się od tego na wymioty. Musiałem wyjść. Złapać trochę świeżego powietrza. Podniosłem się więc i ruszyłem do drzwi, po których przekroczeniu, znalazłem się na dachu jakiegoś bloku. Oślepiające promienie wynurzającego się zza horyzontu słońca, zmusiły mnie do przesłonięcia oczu. Wszystko było takie spokojne. Idylliczne niemalże. Jednak oddychało mi się ciężko. W głowie się kręciło, a ciału brakowało energii. Usiadłem więc i oparłem plecami o jakiś element budowli. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, z której zamiast papierosów, wyciągnąłem fragment wiertła. Gdy wpatrywałem się w niego z zaciekawieniem, powietrze wzburzyło się i zawiał porywisty wiatr.

– Zimno… – wyrwało się z mych ust, w momencie, w którym uderzył w moje jestestwo.

     Naraz ogarnął mnie silny kaszel. Przesłoniłem więc usta wolną dłonią. Następnie przełknąłem ślinę, chcąc pozbyć się słodko–gorzkiego posmaku, który gościł w moim gardle. Na nic się to jednak zdało. Schowałem więc trzymany w ręce przedmiot do kieszeni, z zamiarem zastąpienia go papierosem, gdy do mych uszu dotarł przepełniony zmartwieniem, kobiecy głos.

– Co ty tu robisz?! – obraz słońca został mi przesłoniony przez blond czuprynę.
– Miałem okropny sen… – wychrypiałem w odpowiedzi.
– Zostawiłem cię na chwilę, a ty wlazłeś na dach! Pogięło cię do reszty?! – rozbrzmiała złość.

     Przełknąłem ciężko ślinę przez podrażnione gardło i spróbowałem wstać.

– Nawet nie wiem jak tu się znalazłem. – wybełkotałem, pozwalając sobie pomóc, a następnie zakasłałem kilkukrotnie.
– Nie ważne. Musisz wrócić do łóżka. – usłyszałem stanowcze oświadczenie.
– Może to nadal mi się śni… – rzuciłem niedbale tak, iż nie dało się mnie zrozumieć.
– Chyba przywiążę cię do łóżka, żebyś znów nigdzie nie uciekł. – usłyszałem, nim mój umysł odrzucił całą rzeczywistość i zagłębił się znów w ocean nicości.



*****

Fragment XIV                                                   Spis treści                                                Fragment XVI

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI