Demon: Pożeracz Dusz
– Ćśś… Już dobrze –
szepczesz do głowy opierającej się o twą pierś – Wystarczy. Dałeś z siebie
wszystko. Możesz już odpuścić. Możesz zamknąć oczy i iść spać.
Zabarwione na czerwono kaszlnięcie spada na twoją przemokniętą posoką koszulę. Nie przejmujesz się tym jednak. Klęczysz dalej i mierzwisz mokre włosy wykrwawiającego się na ciebie osobnika.
– Nie powinni cię tu przysyłać. Nie ciebie… – Wymawiając te słowa czujesz jak odbiorca twych słów, stara się ostatkiem sił wznieść złapany w dłoń sztylet i wbić ci go w serce.
– To okrutne – stwierdzasz, czując jak w tych oczach poczynają tworzyć się łzy – Naprawdę wolałbym umrzeć zamiast ciebie.
Wtem kładziesz rękę na drżącym ostrzu, które powoli wzbija się w powietrze i z użyciem minimalnej ilości siły, odbierasz je od umierającego.
– Już wystarczy – szepczesz do niego po raz kolejny, prześlizgując zimną stalą po jego gardle.
Roniąc kilka łez spoglądasz jak razem z wypływem karminowej cieczy, umyka udręczona dusza. W ostatnim geście przyjaźni pozwalasz jej się wymknąć i odejść do zaświatów, gdzie jej miejsce.
– To nie twoja wina… – wypowiadasz, odkładając na bok zmarłego i podnosząc się do pionu. – Nigdy nie miałeś szansy uciszyć bicia czarnego serca w mej piersi.
Po tych słowach wzdychasz głęboko i przez roztrzaskane na kawałki drzwi opuszczasz domostwo, w którym się znajdujesz. Natychmiastowo twe oczy zostają zaatakowane przez idyllicznie piękny, jasny poranek. Przymrużasz więc je i bierzesz głęboki wdech, napawając się chłodem zmieszanym wilgocią powietrza. Te wspaniałe doznania rujnują ci jęki bólu i strachu, a także odgłosy czołgania się. Zniesmaczony postanawiasz uciszyć denerwujące dźwięki, które do tej pory udawało ci się ignorować. Rozwierasz więc powieki i w trakcie, gdy twe źrenice zaczynają dostosowywać się do natężenia światła, zmierzasz w kierunku niewyraźnego kształtu, snującego się po ziemi. Po kilkunastu krokach docierasz do niego, aby dojrzeć kobietę w ubraniu bojowym, która ciągnie swe połamane nogi, zostawiając po sobie czerwoną smugę.
– Pewnie jest ci ciężko… – odzywasz się do niej, a ona nagle przyśpiesza, jakby to miało jej w czymś pomóc.
Przewróciwszy gałkami ocznymi, przyśpieszasz kroku i wyprzedzasz odbiorczynię swoich słów. Następnie kucasz czekając, aż ta dopełznie do ciebie. Ta jednak zmienia kierunek, w którym podąża, nie chcąc uświadomić sobie swojego końca. Wzdychasz więc ponownie i podnosisz się. Tym razem podchodzisz do swej ofiary i wbijasz jej trzymany w dłoni sztylet między kręgi. Jej krzyk przeszywa przestrzeń, gdy kończyny bezpowrotnie zostają oddzielone od mózgu.
– Pozwoliłbym Ci żyć – zaczynasz – ale ani ty już tego nie pragnie, ani ja nie mogę sobie pozwolić na marnowanie dusz.
Wypowiedziawszy te słowa, wysuwasz ostrze z jej ciała i odwracasz ją na plecy. Spoglądając na jej przepełnione łzami oczy, nachylasz się nad jej twarzą i przybliżasz swe wargi do jej.
– Ćśś… – szepczesz starając się uciszyć jej skomlenie – Już dobrze.
Kolejno wbijasz jej sztylet w serce i spoglądając na utratę blasku jej oczu, odbierasz jej duszę w śmiertelnym pocałunku. Czyniąc to, czujesz jak czarne serce w twej piersi przyśpiesza. Zupełnie jakby radowało się z tego uczynku. Skończywszy odsuwasz się od swej ofiary i rozkładasz na okrytej rosą trawie. Obrzucając wzrokiem niebo pokryte białymi chmurami napawasz się rozpływającą się po twym ciele energią. Wiesz, iż powinieneś wstać, zabrać potrzebne ci rzeczy i ruszać w drogę, nim odnajdzie cię kolejny oddział, aczkolwiek pragnienie zatrzymania się w błogiej chwili jest zbyt silne. Leżysz więc niczym w letargu nie przejmując się otaczającym cię światem.
Zabarwione na czerwono kaszlnięcie spada na twoją przemokniętą posoką koszulę. Nie przejmujesz się tym jednak. Klęczysz dalej i mierzwisz mokre włosy wykrwawiającego się na ciebie osobnika.
– Nie powinni cię tu przysyłać. Nie ciebie… – Wymawiając te słowa czujesz jak odbiorca twych słów, stara się ostatkiem sił wznieść złapany w dłoń sztylet i wbić ci go w serce.
– To okrutne – stwierdzasz, czując jak w tych oczach poczynają tworzyć się łzy – Naprawdę wolałbym umrzeć zamiast ciebie.
Wtem kładziesz rękę na drżącym ostrzu, które powoli wzbija się w powietrze i z użyciem minimalnej ilości siły, odbierasz je od umierającego.
– Już wystarczy – szepczesz do niego po raz kolejny, prześlizgując zimną stalą po jego gardle.
Roniąc kilka łez spoglądasz jak razem z wypływem karminowej cieczy, umyka udręczona dusza. W ostatnim geście przyjaźni pozwalasz jej się wymknąć i odejść do zaświatów, gdzie jej miejsce.
– To nie twoja wina… – wypowiadasz, odkładając na bok zmarłego i podnosząc się do pionu. – Nigdy nie miałeś szansy uciszyć bicia czarnego serca w mej piersi.
Po tych słowach wzdychasz głęboko i przez roztrzaskane na kawałki drzwi opuszczasz domostwo, w którym się znajdujesz. Natychmiastowo twe oczy zostają zaatakowane przez idyllicznie piękny, jasny poranek. Przymrużasz więc je i bierzesz głęboki wdech, napawając się chłodem zmieszanym wilgocią powietrza. Te wspaniałe doznania rujnują ci jęki bólu i strachu, a także odgłosy czołgania się. Zniesmaczony postanawiasz uciszyć denerwujące dźwięki, które do tej pory udawało ci się ignorować. Rozwierasz więc powieki i w trakcie, gdy twe źrenice zaczynają dostosowywać się do natężenia światła, zmierzasz w kierunku niewyraźnego kształtu, snującego się po ziemi. Po kilkunastu krokach docierasz do niego, aby dojrzeć kobietę w ubraniu bojowym, która ciągnie swe połamane nogi, zostawiając po sobie czerwoną smugę.
– Pewnie jest ci ciężko… – odzywasz się do niej, a ona nagle przyśpiesza, jakby to miało jej w czymś pomóc.
Przewróciwszy gałkami ocznymi, przyśpieszasz kroku i wyprzedzasz odbiorczynię swoich słów. Następnie kucasz czekając, aż ta dopełznie do ciebie. Ta jednak zmienia kierunek, w którym podąża, nie chcąc uświadomić sobie swojego końca. Wzdychasz więc ponownie i podnosisz się. Tym razem podchodzisz do swej ofiary i wbijasz jej trzymany w dłoni sztylet między kręgi. Jej krzyk przeszywa przestrzeń, gdy kończyny bezpowrotnie zostają oddzielone od mózgu.
– Pozwoliłbym Ci żyć – zaczynasz – ale ani ty już tego nie pragnie, ani ja nie mogę sobie pozwolić na marnowanie dusz.
Wypowiedziawszy te słowa, wysuwasz ostrze z jej ciała i odwracasz ją na plecy. Spoglądając na jej przepełnione łzami oczy, nachylasz się nad jej twarzą i przybliżasz swe wargi do jej.
– Ćśś… – szepczesz starając się uciszyć jej skomlenie – Już dobrze.
Kolejno wbijasz jej sztylet w serce i spoglądając na utratę blasku jej oczu, odbierasz jej duszę w śmiertelnym pocałunku. Czyniąc to, czujesz jak czarne serce w twej piersi przyśpiesza. Zupełnie jakby radowało się z tego uczynku. Skończywszy odsuwasz się od swej ofiary i rozkładasz na okrytej rosą trawie. Obrzucając wzrokiem niebo pokryte białymi chmurami napawasz się rozpływającą się po twym ciele energią. Wiesz, iż powinieneś wstać, zabrać potrzebne ci rzeczy i ruszać w drogę, nim odnajdzie cię kolejny oddział, aczkolwiek pragnienie zatrzymania się w błogiej chwili jest zbyt silne. Leżysz więc niczym w letargu nie przejmując się otaczającym cię światem.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz