Upadek
Chciałbym usłyszeć płacz. Pomyślałem spoglądając przez witraż na szybujące w
przestrzeni płatki czarnego śniegu.
Choć to pragnienie naszło mnie dopiero teraz, czułem, iż rodziło się we mnie od kiedy… Właśnie. Od kiedy co? Umarłem? Czułem się na to zbyt żywy. Z drugiej jednak strony nie mogłem stwierdzić, iż żyłem. Trwałem raczej w półstanie. Na krawędzi życia i śmierci.
Ostatnie co pamiętam to ciężar, uczucie spadania i odgłos uderzeń zegara, który nagle ustał. Zamarzł dla mnie czas. Nowy dzień, nowy rok miał nigdy nie nastać. Potem było zimno. Boleśnie. Próbując podnieść się z uprószonej białym śniegiem ziemi, czułem ciążące mi w piersi serce. Wszędzie panował półmrok. Wieczny jak się potem dowiedziałem, gdyż nie wschodziło tu słońce. Nie zapadała noc. Nie byłem wtedy sam. Otaczały mnie inne półprzeźroczyste, ludzkie postacie z krwisto czerwonymi sercami, poszarganymi czarnymi smugami blizn. Widziałem strach i niezrozumienie wypisane na ich obliczach. Widziałem czyiś krzyk. Czyiś płacz. Lament ukruszony paranoicznym śmiechem. Przestrzeń jednak przejęta była ciszą. Jakbym oglądał sztukę pantomimiczną.
Wtem zaczął padać śnieg. Płatki koloru popiołu, poczęły szybować ku ziemi w tanecznym pląsie. Było w tym coś pięknego, do momentu, gdy pierwsza śnieżynka nie dotknęła czyjejś głowy. Serce osobnika, któremu się to przydarzyło, zaczęło wykrwawiać się przez otwierając się rany i wraz z tym czeznąć. Wylewająca się ciecz była tak ciemna, iż niemal granatowa. Zalewając jego istnienie, zmieniała go z wolna w posąg. Ten próbował uciekać. Wyciągał przy tym ręce, jakby szukając pomocy. Ta jednak nie mogła nadejść, gdyż wszyscy szukali już schronienia w panicznym transie. Niektórym się to udało. Niektórym nie.
Choć to pragnienie naszło mnie dopiero teraz, czułem, iż rodziło się we mnie od kiedy… Właśnie. Od kiedy co? Umarłem? Czułem się na to zbyt żywy. Z drugiej jednak strony nie mogłem stwierdzić, iż żyłem. Trwałem raczej w półstanie. Na krawędzi życia i śmierci.
Ostatnie co pamiętam to ciężar, uczucie spadania i odgłos uderzeń zegara, który nagle ustał. Zamarzł dla mnie czas. Nowy dzień, nowy rok miał nigdy nie nastać. Potem było zimno. Boleśnie. Próbując podnieść się z uprószonej białym śniegiem ziemi, czułem ciążące mi w piersi serce. Wszędzie panował półmrok. Wieczny jak się potem dowiedziałem, gdyż nie wschodziło tu słońce. Nie zapadała noc. Nie byłem wtedy sam. Otaczały mnie inne półprzeźroczyste, ludzkie postacie z krwisto czerwonymi sercami, poszarganymi czarnymi smugami blizn. Widziałem strach i niezrozumienie wypisane na ich obliczach. Widziałem czyiś krzyk. Czyiś płacz. Lament ukruszony paranoicznym śmiechem. Przestrzeń jednak przejęta była ciszą. Jakbym oglądał sztukę pantomimiczną.
Wtem zaczął padać śnieg. Płatki koloru popiołu, poczęły szybować ku ziemi w tanecznym pląsie. Było w tym coś pięknego, do momentu, gdy pierwsza śnieżynka nie dotknęła czyjejś głowy. Serce osobnika, któremu się to przydarzyło, zaczęło wykrwawiać się przez otwierając się rany i wraz z tym czeznąć. Wylewająca się ciecz była tak ciemna, iż niemal granatowa. Zalewając jego istnienie, zmieniała go z wolna w posąg. Ten próbował uciekać. Wyciągał przy tym ręce, jakby szukając pomocy. Ta jednak nie mogła nadejść, gdyż wszyscy szukali już schronienia w panicznym transie. Niektórym się to udało. Niektórym nie.
Schroniliśmy się w pobliskim kościele, gdzie z poczuciem
bezpieczeństwa postanowiliśmy przeczekać nieprzychylną nam pogodę. Długo nie
działo się nic. Ktoś płakał. Ktoś kogoś przytulał. Ktoś próbował się
skomunikować. Wszystko to w nieubłaganej ciszy.
Dopiero, gdy śnieg przestał padać, na zewnątrz pojawiło się
żółto-pomarańczowe światło. Jego źródłem okazała się stara lampa zawieszona na
długim kosturze potężnej, acz krępej postaci, odzianej w podarte szmaty. Z
zaciekawieniem i z korcącym pragnieniem znalezienia się bliżej światła,
przyglądałem się tej snującej się powoli istocie, zmierzającej ku utkwionym w
pozach przerażenia ludzkich posągach. Obserwowałem jak docierając do celu,
dobyła z połów ubrania długi nóż o wężowatym ostrzu. Za jego pomocą rozcinała
zastygłe klatki piersiowe, z których wnętrza następnie wydobywała sczezłe
serca, służące jej za pożywienie. Niestety, czy może stety, nie było mi dane
dostrzec jej oblicza, gdyż to skrywane było przez zamaszysty kaptur. W końcu
postać skończyła swą ucztę i powolnym krokiem odeszła.
Trochę minęło nim ktoś postanowił opuścić pozornie bezpieczny kościół. Potem długo nie wracał, aż w końcu nie wrócił nigdy. To przestrzegło wszystkich przed wychodzeniem na zewnątrz. Pozostawaliśmy więc na miejscu, obserwując pojawiające się co jakiś czas opady czarnego śniegu. Trwało to dopóki niektórzy z nas nie poczęli stawać się… puści. Wpierw obojętnieli. Potem przestawali się ruszać. Na końcu zaś ich serca przestawały bić, a na miejscu ich oczu pojawiała się nieprzenikniona ciemność. Widząc jak kilka osób tak kończy, postanowiliśmy jednak spróbować swych szans na zewnątrz. Opuściliśmy więc kościół w nadziei na lepsze.
Rozglądając się strachliwie, przemierzaliśmy ulice opustoszałego miasta. W każdej chwili gotowi byliśmy do ucieczki. Na szczęście na swej drodze nie napotykaliśmy nic prócz zdradliwych cieni i nieokreślonych istot, przemykających się na granicy wzroku. Po niedługim spacerze dotarliśmy do jakiegoś parku, z którego sączyła się poświata żółtopomarańczowego światła. Czując bijące od niego ciepło i spokój zaczęliśmy iść ku jego źródłu. Z każdym krokiem czuliśmy się coraz lepiej, aczkolwiek moją świadomość bombardowało jedno wspomnienie. Obraz pożeranych przez krępą postać serc, wybudził mnie z dziwnego transu i kazał schować się z jednym z drzew. Moi towarzysze podążali zaś dalej, aż w końcu dotarli do zgromadzenia istot podobnych do tej, którą widziałem przed kościołem. Te widząc to, dobyły swych noży i rozpruły ich klatki piersiowe, z których wydobyły krwisto czerwone, wciąż pulsujące serca. Zamiast je pożreć, złożyły je na niewielkim ołtarzu z kości i skóry. Następnie rozcięły swe ciała, z których wydobyły po jednym, bijącym czarnym sercu. Te też położyły na ołtarzu i poczęły czekać. Po chwili podłoże spowiła dość gęsta mgła i zza drzew wyłoniła się humanoidalna postać o czaszce wielkiego kruka, miast głowy, a także niebieskich ognikach miast oczu. Pod długą, brązową szatą przepasaną ciemnozłotym sznurem widać było jej wychudłe kończyny, które nie widywała się być zdolne do uniesienia przypasanego do boku długiego miecza. Ostatnim elementem, który rzucił mi się w oczy była niezapalona lampa wisząca na sznurze. Po dostrzeżeniu jej, przestałem przywiązywać uwagę do wyglądu istoty, gdyż ta zbliżywszy się do ołtarza, zebrała znajdujące się na nim serca i zaczęła je pożerać. Skończywszy sięgnęła do swej lampy i wystawiła ją przed siebie. Niebieski ogień zapłonął na moment w jej wnętrzu. Żółtopomarańczowe płomienie wydawały się karmić jego blaskiem, aż same nie stały się mocne i wyraziste. Wtem upiór o głowie z kruczej czaszki zgasił swą lampę i zaczął się oddalać, zabierając ze sobą wijącą się po podłożu mgłę. Ja zaś z zamkniętymi oczami, starałem się ignorować ciepłe i kojące światło, skupiając się na strachu przed straszliwym losem. Niestety przyciągało mnie ono zbyt mocno i powolnym krokiem kroczyłem ku swej zagładzie. Tym co mnie uratowało, był czarny śnieg, który zaczął sypać z zachmurzonego nieba. Jakby go wyczuwając krępe postacie poczęły odchodzić, aż całkowicie zniknęły z blaskiem swoich lamp, pozostawiając mnie w półcieniu. Ledwo utrzymując się na nogach, znalazłem prowizoryczne schronienie w dziurze, znajdującej w pniu ogromnego dębu.
Przeczekawszy opady wróciłem do kościoła, gdzie wciąż znajdowali się zamarli w bezruchu ludzie o nieprzeniknionej ciemności miast oczu. Nie wiedząc co czynić, usiadłem przy jednym z okien i pozwoliłem swym oczom biernie chłonąć, znajdujący się za witrażem, szary świat. Nie mam pojęcia ile przy nim spędziłem. Nie wiedziałem też, czy miało to jakieś znaczenie, kiedy czas wydawał się być jedynie abstrakcją. Trwałem więc w bezruchu, czując jak me serce z każdą chwilą słabnie i zwalnia. W pewnym momencie zaczął padać śnieg. W mojej świadomości zaś pojawiła się jedna myśl: Chciałbym usłyszeć płacz.
Trochę minęło nim ktoś postanowił opuścić pozornie bezpieczny kościół. Potem długo nie wracał, aż w końcu nie wrócił nigdy. To przestrzegło wszystkich przed wychodzeniem na zewnątrz. Pozostawaliśmy więc na miejscu, obserwując pojawiające się co jakiś czas opady czarnego śniegu. Trwało to dopóki niektórzy z nas nie poczęli stawać się… puści. Wpierw obojętnieli. Potem przestawali się ruszać. Na końcu zaś ich serca przestawały bić, a na miejscu ich oczu pojawiała się nieprzenikniona ciemność. Widząc jak kilka osób tak kończy, postanowiliśmy jednak spróbować swych szans na zewnątrz. Opuściliśmy więc kościół w nadziei na lepsze.
Rozglądając się strachliwie, przemierzaliśmy ulice opustoszałego miasta. W każdej chwili gotowi byliśmy do ucieczki. Na szczęście na swej drodze nie napotykaliśmy nic prócz zdradliwych cieni i nieokreślonych istot, przemykających się na granicy wzroku. Po niedługim spacerze dotarliśmy do jakiegoś parku, z którego sączyła się poświata żółtopomarańczowego światła. Czując bijące od niego ciepło i spokój zaczęliśmy iść ku jego źródłu. Z każdym krokiem czuliśmy się coraz lepiej, aczkolwiek moją świadomość bombardowało jedno wspomnienie. Obraz pożeranych przez krępą postać serc, wybudził mnie z dziwnego transu i kazał schować się z jednym z drzew. Moi towarzysze podążali zaś dalej, aż w końcu dotarli do zgromadzenia istot podobnych do tej, którą widziałem przed kościołem. Te widząc to, dobyły swych noży i rozpruły ich klatki piersiowe, z których wydobyły krwisto czerwone, wciąż pulsujące serca. Zamiast je pożreć, złożyły je na niewielkim ołtarzu z kości i skóry. Następnie rozcięły swe ciała, z których wydobyły po jednym, bijącym czarnym sercu. Te też położyły na ołtarzu i poczęły czekać. Po chwili podłoże spowiła dość gęsta mgła i zza drzew wyłoniła się humanoidalna postać o czaszce wielkiego kruka, miast głowy, a także niebieskich ognikach miast oczu. Pod długą, brązową szatą przepasaną ciemnozłotym sznurem widać było jej wychudłe kończyny, które nie widywała się być zdolne do uniesienia przypasanego do boku długiego miecza. Ostatnim elementem, który rzucił mi się w oczy była niezapalona lampa wisząca na sznurze. Po dostrzeżeniu jej, przestałem przywiązywać uwagę do wyglądu istoty, gdyż ta zbliżywszy się do ołtarza, zebrała znajdujące się na nim serca i zaczęła je pożerać. Skończywszy sięgnęła do swej lampy i wystawiła ją przed siebie. Niebieski ogień zapłonął na moment w jej wnętrzu. Żółtopomarańczowe płomienie wydawały się karmić jego blaskiem, aż same nie stały się mocne i wyraziste. Wtem upiór o głowie z kruczej czaszki zgasił swą lampę i zaczął się oddalać, zabierając ze sobą wijącą się po podłożu mgłę. Ja zaś z zamkniętymi oczami, starałem się ignorować ciepłe i kojące światło, skupiając się na strachu przed straszliwym losem. Niestety przyciągało mnie ono zbyt mocno i powolnym krokiem kroczyłem ku swej zagładzie. Tym co mnie uratowało, był czarny śnieg, który zaczął sypać z zachmurzonego nieba. Jakby go wyczuwając krępe postacie poczęły odchodzić, aż całkowicie zniknęły z blaskiem swoich lamp, pozostawiając mnie w półcieniu. Ledwo utrzymując się na nogach, znalazłem prowizoryczne schronienie w dziurze, znajdującej w pniu ogromnego dębu.
Przeczekawszy opady wróciłem do kościoła, gdzie wciąż znajdowali się zamarli w bezruchu ludzie o nieprzeniknionej ciemności miast oczu. Nie wiedząc co czynić, usiadłem przy jednym z okien i pozwoliłem swym oczom biernie chłonąć, znajdujący się za witrażem, szary świat. Nie mam pojęcia ile przy nim spędziłem. Nie wiedziałem też, czy miało to jakieś znaczenie, kiedy czas wydawał się być jedynie abstrakcją. Trwałem więc w bezruchu, czując jak me serce z każdą chwilą słabnie i zwalnia. W pewnym momencie zaczął padać śnieg. W mojej świadomości zaś pojawiła się jedna myśl: Chciałbym usłyszeć płacz.
*****
Och, to nie mój styl pisania :( Ale widać i słychać gdzieś w głowie, że bardzo angażujesz się w styl i słownictwo, którego używasz. Jestem pełna podziwu między innymi dla Ciebie, bo wciąż dodajesz kolejne teksty, a ja z laptopa parę lat temu usunęłam ponad sto pięćdziesiąt stron książki, którą pisałam. Wytrwałości! :)
OdpowiedzUsuń