Sprawa Żaka - Fragment LIV

 Słońce zalewało gorącymi promieniami świat, przedstawiając cudowny obraz lata. Stanąwszy nad fontanną, spojrzałem w taflę wody, by zobaczyć w niej odbicie nieznanego mi bruneta. Zdziwiony przypatrywałem się mu, a ono mi. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż niespodziewanie ktoś na mnie wpadł, tym samym wpychając mnie do przeźroczystej cieczy. Zareagowałem błyskawicznie, próbując uchronić się prze upadkiem. Niestety dłonie poślizgnęły mi się na dnie fontanny, przez co wpadłem do niej w całej swej okazałości. Mimo, iż jak najszybciej spróbowałem wyjść z wody, byłem już kompletnie mokry. Nie to jednak zaprzątało moją głowę. Bardziej martwiła mnie moja torba, która zawierała dokumenty wymagane do zapisania się na uczelnię. Otwarłszy ją, zamarłem. Wszystko zdążyło przemoknąć. Rozdrażniony, rozejrzałem się wkoło, aby zobaczyć biegnącą dziewczynę, obracającą głowę, by na mnie spojrzeć. Nasze spojrzenia spotkały się na moment, by błyskawicznie się rozstać. W tym momencie już wiedziałem, iż ona była przyczyną mego nieszczęścia. Narastające zrezygnowanie skutecznie zniechęciło mnie jednak do pościgu. Westchnąłem więc i podszedłem do stojącej niedaleko ławki, aby spróbować wysuszyć na niej swoje rzeczy.
            Przyjemny jesienny wiatr dmuchał co chwila w me oblicze, łagodząc ciepło promieni słońca, chowającego się za nielicznymi chmurami. Odgłos wody wyrzucanej przez fontannę i spadającej ku tafli wody działa niezwykle relaksująco. Czytany zaś przeze mnie artykuł nużył mnie tak bardzo, iż niezwykle łatwo odpływałem gdzieś myślami. Mimo to starałem się z nim zapoznać i mieć go z głowy.
            – Hej – kobiecy głos uratował mnie od męki, na którą się skazywałem. – Czy my się skądś nie znamy?
            Opuściwszy trzymany przed oczami druk i spojrzawszy na nieznajomą, od razu rozpoznałem z kim mam do czynienia.
            – Jak miło, iż przynajmniej kojarzysz osobę, którą wepchnęłaś do fontanny – odparłem kąśliwie.
            – Och… – speszyła się rozmówczyni – Tak myślałam, iż to ty.
            Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, poczęła grzebać w plecaku, z którego po chwili wydobyła srebrny termos i metalowe kubki.
            – Widziałam cię tu dość często i w sumie nie byłam pewna, czy to ty.  Męczyła mnie jednak trochę ta sprawa z fontanną i tak pomyślałam, iż powinnam przeprosić. Więc w końcu się zebrałam i podeszłam zapytać – tłumaczyła, przysiadając się obok i rozlewając ciepłego, brązowego płynu do naczyń.
            Skończywszy, podała mi z uśmiechem kubek, oczekując chyba, iż go odbiorę. Mój podejrzliwy wzrok zmusił ją jednak do wyjaśnień.
            – To herbata. Przeprosinowa.
            Usłyszawszy to, odebrałem ostrożnie naczynie i już miałem się napić, gdy usłyszałem dumnie wypowiedziane słowa:
            – Moja własna mieszanka.
            Momentalnie zamarłem. Rzut oka na płyn i powąchanie go nie wywołało u mnie najlepszej reakcji. Spojrzawszy jednak kątem oka na biorącą łyk dziewczynę, przemogłem się. Zaraz po połknięciu naparu, pojawił się słodko-gorzki posmak, który coś mi uświadomił. To nie była rzeczywistość. Z tym przekonaniem podniosłem się, pozostawiając ciało bruneta na ławce i zacząłem iść przed siebie. Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej, pochmurniej i bielej.
            Zimne płatki śniegu poczęły lądować na mojej głowie, gdy zorientowałem się, iż stoję przed fontanną i spoglądam w niewyraźne zwierciadło tafli lodu. Mimo, iż wkoło panowała cisza, wiedziałem, iż ktoś się zbliża. Poznałem to po chrupaniu śniegu, które dopiero teraz dotarło do mej świadomości.
            – Tak sądziłam, iż to ty – odezwała się kobieta, której krótkie blond loki ujrzałem po chwili w tafli lodu. – W sumie kto inny miałby to być? Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto nosiłby taki płaszcz.
            – Trudno, abyś spotkała. Jest jedyny w swoim rodzaju – odparłem, nie kwapiąc się nawiązanie kontaktu wzrokowego.
            – Robiony na zamówienie? – zaciekawiła się.
            – W ramach prezentu.
            – Yhym… – mruknęła, rozpoczynając ciągnące się nieco zbyt długo milczenie.
            Nie wiedzieć czemu nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Prawdę powiedziawszy jej obecność zaczynała działać mi na nerwy.
            – Stęskniłam się – wyznała smutnym głosem, spostrzegając, iż pragnę odejść. – Tak jak teraz tu z tobą jestem, to wydaje mi się nawet jakby czas naszej rozłąki był wiecznością.
            – Od kiedy jesteś taka poetycka? – rzuciłem kąśliwie.
            – Udręka czyni poetę, nie? – zaśmiała się, próbując obrócić wszystko w żart.
            – Kto wie? – Poprawiłem torbę na ramieniu i odszedłem, nie zaszczyciwszy rozmówczyni spojrzeniem.

*****


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI