Sprawa Żaka - Fragment LVI
Drzwi windy otworzyły się wraz z wyraźnym dźwiękiem
dzwonka, ukazując mi obraz pustego korytarza i stojącego w nim czarnego kota.
Skrzywiłem się na to, gdyż miałem już dość widoku tych cholernych sierściuchów.
Następnie wyszedłem z windy i skierowałem się do odpowiedniego mieszkania. Na
nieszczęście zwierzak postanowił pójść za mną. Odczuwając lekką irytację,
aczkolwiek nijak nie reagując, dotarłem w końcu na miejsce. Pomieszczenie, w
którym się znalazłem nie miało w sobie nic wyjątkowego, prócz rozbitego okna i
niewielkiego bałaganu, wywołanego zapewne szamotaniną. W zasadzie nie miałem tu
czego szukać. Dodatkowo zaczynałem odczuwać wyczerpanie. Usiadłem więc na
skraju piętrowego łóżka, stojącego niedaleko i przetarłem oczy. Nie wiedziałem,
czy ze mną jest coś nie tak, czy to miejsce tak na mnie wpływało. Tak, czy siak
musiałem zebrać się w sobie i dokończyć, co zacząłem.
Otworzyłem
więc oczy i rozejrzałem po uprzątniętym pokoju, po którym krzątała się
rudowłosa dziewczyna, gorliwie czegoś szukająca.
– Gdzie to jest?! – jęknęła lekko
sfrustrowana.
– Może
zostawiłaś w domu.
W odpowiedzi dostałem
spojrzenie, które ewidentnie mówiło, abym się zamknął. To więc też zrobiłem.
Jako jednak, iż siedzenie w miejscu zaczynało mi się już nudzić, podniosłem się
i podszedłem do stojącej koło okna szafki z książkami. Tam szybko
zainteresowałem się starym zeszytem, który wydał mi się jakiś inny. Sięgnąłem
więc po niego i zacząłem go przeglądać, tylko po to, by dostrzec w nim dziwne
pismo, którego nie rozumiałem.
–
Co to? – zapytałem, grzebiącej po torbach rudowłosej.
–
Pamiątka po babci – odparła, dostrzegłszy, co trzymam w rękach. Następnie
zbliżyła się i odebrała zeszyt. – To wszystko co mi po niej zostało.
–
Czemu?
–
Dom, w którym mieszkała, spłonął niedługo po jej śmierci. – Temat nie wydawał
się wywierać na dziewczynie większego wrażenia.
–
Przykro mi.
– Niby to był jakiś
niedopałek, od którego się wszystko zapaliło, ale we wsi uważali babcię za
czarownicę, także kto wie.
–
Yhym… – nie wiedziałem co odpowiedzieć. Czułem też, iż zbliża się niewygodna
cisza. Dlatego też spróbowałem zmienić temat. –
Znalazłaś?
–
Nie – Rudowłosa brzmiała na zrezygnowaną.
–
To może napijemy się innej?
–
Którą?
–
Tę z pomarańczą? Kojarzy mi się z zimą.
–
Nie lubię zimy – bąknęła niezadowolona.
–
Oj marudo… – zaśmiałem się. – Wypijmy tę herbatę i chodźmy na spacer.
–
Ale jest zimno…
–
Ale umówiliśmy się, iż pójdziemy do lasu.
–
Ech… No dobra – mruknęła, po czym poczłapała do kuchni.
Ja
zaś spojrzałem przez okno, by nacieszyć wzrok spadającymi płatkami śniegu.
Niespodziewanie,
podmuch wiatru zmusił mnie do opuszczenia powiek. Czując się lekko otępiony,
przetarłem oczy, a następnie na nie przejrzałem. Nie wiedzieć czemu, stałem
przed rozbitym oknem i wpatrywałem się w rozpościerający się w oddali obraz
miasta. Momentalnie zachciało mi się palić. Sięgnąłem więc odruchowo po
papierośnicę, aby zorientowawszy się co robię, odłożyć ją do kieszeni.
–
Ech… – westchnąłem ze świadomością, iż czeka mnie jeszcze wizyta w
prosektorium.
Następnie
skierowałem się do wyjścia i opuściłem mieszkanie. Zamykając je, usłyszałem
dzwonek i odgłos otwierającej się windy.
–
O hej! – zawołał głos znajomej blondynki. – To twój pokój?
–
Mam wrażenie, czy ty mnie śledzisz? – odparłem kąśliwie.
–
Rozgryzłeś mnie. – Zaśmiała się donośnie. – Idę na dach. Idziesz ze mną?
–
W zimie na dach, to chyba nie zbyt dobry pomysł. – W mym głosie pobrzmiewała
wyraźna niechęć.
–
No chodź. Będzie fajnie. – powiedziała, kierując się na klatkę schodową.
Ja
zaś stałem z pustką w głowie, nie do końca przekonany co zrobić. W końcu jednak
podążyłem za dziewczyną i w niedługim czasie znalazłem się na ośnieżonym dachu
budynku.
–
Uwielbiam zimę! – ucieszyła się, podskakując dookoła. – Świat jest pokryty
takim mięciutkim, białym puchem!
–
Uważaj – ostrzegłem, spoglądając na jej krótkie blond loki, wtórujące jej
skokom.
–
W ogóle… – Zatrzymała się nagle. – Mam do Ciebie pytanie. Jak to jest z tymi
duchami? Skąd wiesz, iż duch jest duchem? Jak one wyglądają? Są przeźroczyste?
–
Hmm… – zamyśliłem się na moment. – Dla normalnego człowieka spotkanie z duchem
jest jak sen, który zapomina się zaraz po przebudzeniu.
–
Normalnego?
–
Dla kogoś kto powrócił do życia, wszystko jest jak sen.
–
Powrócił do życia? To jak śmierć kliniczna?
–
Coś takiego… – mruknąłem, a nie chcąc wchodzić w dalszą dysputę, dodałem – Mam
coś do zrobienia.
Po tych słowach odwróciłem się
na pięcie i wróciłem do budynku.
Komentarze
Prześlij komentarz