Sprawa Żaka - Fragment LV
Brązowy kot podążał za mną
od jakiegoś czasu. Miałem przez to wrażenie, iż mnie śledzi. Przypomniawszy
sobie jednak, iż chyba widziałem go w kościele, uspokoiłem się. Pewnie po
prostu zmierzał tam gdzie ja. Ignorowałem więc jego obecność, póki nie dotarłem
pod drzwi świątyni. Tam zatrzymałem się i spojrzałem na towarzyszące mi
zwierzę, które również stanęło w miejscu. Gapiłem się przez chwilę na nie, a
ono na mnie.
– Co jest
z tymi kotami? – mruknąłem, kucając i wyciągając rękę, by przywołać kota.
Ten nie wykonał żadnego ruchu.
Postanowiłem się więc przybliżyć, czym go niestety spłoszyłem. Skrzywiłem się
na to i podniosłem na równe nogi, by wkroczyć do kościoła. Charakterystyczne
zapachy drewna i kadziła momentalnie wypełniły me nozdrza. Nie byłem zbyt
dobrze nastawiony do tych doznań, aczkolwiek nie mogłem powiedzieć, iż mi
wybitnie przeszkadzały. Zignorowałem je więc i nie dostrzegłszy żadnego
księdza, ruszyłem do drzwi zakrystii. Znalazłszy się przy nich, zapukałem i
przekroczyłem ich próg.
– Szczęść Boże – rzekłem do
młodego księdza, który zaszokowany moim widokiem, zapomniał języka w gębie.
– Szczęść Boże – odparł,
ogarnąwszy się – Przepraszam najmocniej. Całkowicie się pana nie spodziewałem.
– W zasadzie jestem tu
prywatnie – wyjaśniłem, siadając naprzeciw rozmówcy. – Przyszedłem tylko
zapytać, jak wszystko wygląda.
– Oh… To nie słyszał pan? –
zasmucił się ksiądz. – Kilka dni temu zaginęła studentka i zginął student.
Stąd to zło wiszące w
powietrzu. Pomyślałem, przetrawiając tragiczną wiadomość.
– Miałem przeczucie, iż zdarzy
się coś złego, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. – W głosie mężczyzny
słychać było wyraźne przejęcie.
– To przeczucie nie odeszło?
– Mam wrażenie, jakby stało
się nawet silniejsze.
– Niedobrze… – mruknąłem pod
nosem. – Mógłbym zobaczyć miejsce zdarzenia i ciało?
– Myśli pan… – zaczął, lecz
chyba bał się dokończyć. – Niech pan zaczeka.
Po tych słowach poderwał się
na nogi i szybkim krokiem opuścił pomieszczenie. Trochę zaskoczyło mnie to
wydarzenie, aczkolwiek nie na tyle, aby
samemu wstać. Dopiero dziwne przeczucie, przekonało mnie do wyjścia z
zakrystii.
Znalazłszy
się w transepcie, nie dostrzegłem niczego niecodziennego, prócz brązowego kota
wylegującego się na ołtarzu. Oblepiał mnie on swym wzrokiem, potęgując dziwne
przeczucie. Zirytowany, postanowiłem go zignorować i opuścić kościół.
Zmierzając do skąpanego w promieniach słońca wyjścia, czułem narastające
ciepło, które po znalezieniu się na zewnątrz, przerodziło się w gorąco letniego
dnia.
–
Ile można na ciebie czekać? – zapytała z udawaną pretensją dziewczyna, której
nie mogłem dostrzec przez okrutną jasność, atakującą me oczy.
–
Mogłaś wejść do środka – odparłem, walcząc, by moje źrenice w końcu
przystosowały się do panujących warunków.
–
Przecież wiesz, iż nie przepadam za kościołem – żachnęła się, po czym zawołała
wesoło – Chodź wreszcie, bo się spóźnimy!
Chciałem za nią podążyć,
aczkolwiek kłująca biel światła wciąż zalewała moje oczy. Począłem więc
przecierać mocno powieki, co niespodziewanie okazało się pomocne i w niedługim
czasie przywróciło mi wzrok. Dzięki temu mogłem rozejrzeć się po skąpanym w
śniegu otoczeniu i dostrzec zmierzającego w moim kierunku księdza.
–
Proboszcz właśnie wszystko załatwia – oświadczył z daleka, a znacząco
zmniejszywszy odległość miedzy nami dodał – Na razie może pan zobaczyć
mieszkanie.
Gdy zaś przy mnie w końcu
stanął, podał mi klucze.
–
Proboszcz wrócił? – zaciekawiłem się.
–
Już dawno, ale zaraz znów wyjeżdża.
–
Zabiegany z niego człowiek.
–
Taka widocznie Boża wola.
–
Widocznie – odparłem, mając zamiar odejść. Szybko jednak sobie coś
uświadomiłem. – Zostawiłem torbę na zakrystii.
–
Nie szkodzi. – Machnął na to ręką. –
Mogę ją panu przechować.
–
Dziękuję – mruknąłem, po czym ruszyłem w kierunku akademików.
Komentarze
Prześlij komentarz