Sprawa Żaka - Fragment LVII

 – Dzień dobry – zwróciłem się do mężczyzny, stojącego przy wejściu i palącego papierosa.
           – Dobry – odparł zmęczonym głosem, zgniatając papierosa o kosz i wyrzucając go.
            Następnie bez słowa wszedł do budynku i skierował się do kostnicy. Oczywiście podążyłem za nim i szybko znalazłem się przy ciele młodego chłopaka. Jego widok nie był przyjemny dla oka ze względu na obrażenia. Mimo to zamierzałem mu się bliżej przyjrzeć.
            – Został wypchnięty – oświadczył nieznajomy.
            – Przez dziewczynę? Tę co zaginęła.
            – Jeśli tak, to musiała być bardzo silna – powiedziawszy to, wskazał na klatkę piersiową, na której widniały wyraźne wgłobienia po dłoniach.
            – Yhym… – mruknąłem niepocieszony.
            Byłem już praktycznie pewien, iż to co się stało, nie było normalne. Możliwe również, iż miało związek z obecnością tylu duchów na uniwersytecie.
            Cholera. Przekląłem w myślach z irytacją i zrezygnowaniem.
            – Dziękuję – odezwałem się do mężczyzny, po czym opuściłem pomieszczenie.
            Czyniąc to, ujrzałem śnieżnobiałego kota, który przemknął mi koło nóg i pobiegł do wyjścia. Byłem na tyle zmęczony, iż nawet nie przejąłem się tym wydarzeniem i po prostu wyszedłem z budynku.
            Zbrązowiałe liście na koronach drzew rzucały przyjemny cień na polanę, na której się znalazłem. Och jak miejsce to cudownie na mnie działało! Aż pragnąłem stać się z nim jednością. Wziąłem więc głęboki wdech i… Zakaszlałem.
            – Połknąłeś owada?! – zaśmiała się towarzysząca mi ruda dziewczyna, klepiąc mnie po plecach.
            – Możliwe. – Uśmiechnąłem sztucznie, spoglądając na splamioną czerwienią dłoń.
            – Co jest możliwe? – nagłe pytanie, przywróciło mnie do skąpanej w śniegu rzeczywistości.
            – Wszystko – odparłem mężczyźnie, który opuścił kostnicę.
            – Aha… – rzucił odpalając trzymanego miedzy palcami papierosa.
            – Dużo pan pali.
            – Nie skończyłem poprzedniego. ­– Wzruszył ramionami.
            – Yhym… – mruknąłem i ruszyłem przed siebie, na tyle powolnym krokiem, aby móc utrzymać równowagę.
            Czułem się bowiem nieco otępiony. Jakbym nie mógł do końca uchwycić tego co mnie otaczało.
            – Cholera… – Wyciągnąłem w końcu papierośnicę z kieszeni, by sobie zapalić.
            Gdy tylko dym papierosa wypełnił moje płuca, doszedłem do siebie. Me zmysły zostały przytępione, a mgła zalewająca umysł się rozproszyła, przywracając mi trzeźwość myślenia.
            Miałem odwiedzić tę kobietę. Przypomniałem sobie opróżniając płuca ku niebu. Na szczęście nie było na to za późno. Wystarczyło więc wezwać taksówkę i udać się na spotkanie.

*****


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI