Sprawa Żaka - Fragment LIII
Szron osadzony na szybie, rozpraszał promienie słoneczne,
oszczędzając moim oczom wysiłku. Stwardniała miętowa guma w ustach zaczynała
męczyć żwacze. Z głośników płynęła abominacją muzyki. Ja zaś milczałem,
spoglądając raz na krajobraz miasta, raz na odbicie niebieskich oczu, które w ogóle
do mnie nie pasowały. W głowie miałem pustkę, którą rozkoszowałem się jak
najwybitniejszym deserem. Przez to nie zauważyłem kiedy samochód się zatrzymał,
a taksówkarz zapytał o zapłatę. Otrząsnąwszy się z letargu, dokonałem
płatności. Następnie złapałem swą torbę i wysiadłem. W skąpanej w bieli
rzeczywistości, w której się znalazłem, panowała przyjemnie niska temperatura.
Dałem sobie chwilę, aby się nią nacieszyć i ruszyłem przed siebie. Po kilku
krokach zatrzymałem się jednak. Przede mną stała bowiem brama, stanowiącą
wejście na teren uczelni. Nie do końca uśmiechało mi się przekroczenie jej
progu. Westchnąłem więc i rozejrzałem się wkoło. Dojrzawszy znajdujący się
niedaleko śmietnik, postanowiłem wyrzucić pozbawioną już smaku gumę. Uczyniwszy
to zebrałem się w sobie i wkroczyłem wreszcie na teren uczelni. Mój umysł
odruchowo kazał mi zwrócić uwagę na słodko-gorzki posmak drapiący me gardło.
Przywyknął do niego tak bardzo, iż nie zauważył, iż tym razem go nie było.
Przyznam szczerze, iż dziwnym
było nie czuć tego… wszystkiego. Świat był taki… zwykły. Zupełnie jak kiedyś.
Byłem normalnym człowiekiem, a przynajmniej takie kłamstwo mogłem sobie
wmawiać. Mimo, iż cały ten czas spędzony w klasztorze pozwolił mi na zgranie
swej duszy z ciałem, nie mogłem odeprzeć prawdy o tym, iż me ciało było jedynie
marionetką na delikatnych sznurkach.
Wiesz, iż nie musisz tak
żyć… Wspomnienie przeleciało mi
przez głowę.
– Wiem… –
mruknąłem, sięgając po zaległą w kieszeni papierośnicę.
W ostatniej chwili
zrezygnowałem jednak z jej wyciągnięcia. Miałem pracę do wykonania. Poza tym…
Nie chciałem jeszcze do tego wracać. Zamknąłem więc oczy i skupiłem się na
otoczeniu. To pozwoliło mi stwierdzić, iż w powietrzu wisiało jakieś zło.
Gdybym poświęcił szukaniu jego źródła dłuższą chwilę, być może bym je odnalazł.
Niestety nie pozwolił mi tego uczynić rudy kocur, który przypałętał się nie
wiadomo skąd i począł się łasić. Zirytowany otworzyłem oczy z zamiarem
odkopania go na bok. Gdy jednak go ujrzałem, skonfundowałem się.
– Czy ja cię już gdzieś nie
widziałem? – zapytałem, łapiąc go w dłonie i podnosząc na wysokość swego
oblicza.
Oczywiście
nie otrzymałem odpowiedzi. Nie mniej spoglądając w żółte ślepia zwierzęcia, nie
mogłem odeprzeć bardzo dziwnego wrażenia, krążącego na skraju świadomości.
–
Wymyślam sobie… – oświadczyłem, odstawiając kota na ziemię.
Następnie
ruszyłem przed siebie, nie do końca zdając sobie sprawę, gdzie idę.
Komentarze
Prześlij komentarz