Demon: Fragment 11
– Co ja wam mówiłam?! – odzywa się zdenerwowany kobiecy głos –
Macie tu nie ściągać żadnych leśnych stworzeń!
Po tym rozlega się dźwięk pordzewiałych zawiasów i otworzyły się drzwi drewnianego domu. Wraz z tym na zewnątrz wychodzi postać młodej kobiety, która ma w swoim wyglądzie coś z lisa. Oprócz oczywistych szpiczastych, zwierzęcych uszu, czterech puszystych ogonów i ostrych pazurów, których nie da się nie zauważyć. Ta poirytowana postać przebiega wzrokiem po małych stworzeniach sprawiając, iż wszystkie trzęsą się z przestrachu, tworząc charakterystyczny szum liści. Po tym podnosi dłoń, jakby mając zamiar im coś uczynić, gdy nagle spostrzega twoją osobę. Zdziwienie i zmieszanie momentalnie spływa na jej oblicze.
– To ty! – stwierdza gniewnie i zaczyna iść – Ty naprawiłeś barierę! Ty zabrałeś mi możliwość odzyskania mojego pióra! Zapłacisz mi za to!
Wypowiadając ostatnie słowa zamachuje się ręką i rozcina pazurami twój brzuch. Tnie jednak na tyle płytko, iż wywołuje jedynie okropnie piekące rany, z których zaczyna cieknąć krew. W tym samym momencie, w którym kończy ten ruch, odskakuje od ciebie z syknięciem.
– Przeklęty! – wyrzuca z siebie, zmieniając swą postać w bardziej zwierzęcą i przerażającą.
Nagle jej nieskazitelna twarz przemienia się w pysk najeżony ostrymi kłami. Całe ciało obrasta sierścią tak ostrą, iż samo patrzenie się na nią rani. Całą postura zaś rozbudowuje się, tak iż przed sobą zamiast kobiety, widzisz potężnego i przerażającego lisa.
– Wynoś się! Wynoś i nie wracaj! – wrzeszczy groźnie, gdy ty uwolniony upadasz tępo na ziemię.
Dzięki adrenalinie i konkretnej dawce strachu podnosisz się błyskawicznie i o nic nie pytając wbiegasz w ścianę krzewów za sobą, a przebiwszy się przez nią zaczynasz biec bez opanowania z dala od tego miejsca. Czujesz w sobie ogromne pokłady energii, o które nigdy byś się nie posądzał. Do tego uświadamiasz sobie, iż nagle znów masz zdolność wyczuwania znajdującej się wkoło ciebie energii. To pozwala ci stwierdzić, iż nic cię nie goni. Mimo to nie zwalniasz kroku. Pędzisz bez opamiętania, aż nie wybiegasz z lasu na dobrze znana ci polanę. Sam nie wiesz jak do niej docierasz i jak to robisz w tak krótkim czasie, ale wcale się tym nie przejmujesz. Wciąż biegniesz wiedząc, iż dopiero za barierą będziesz bezpieczny. W końcu, gdy tylko pokonujesz jej granicę, padasz wycieńczony. Oddychasz szybko i głęboko starając się uzupełnić braki tlenowe w organizmie. W ogóle nie czujesz ran ciętych na swoim brzuchu, choć masz ich świadomość. Rozkoszujesz się faktem, iż znajdujesz się za ścianą energii, którą ewidentnie wyczuwasz. Szybko jednak zaczynasz zauważać fakt, iż twoje zmysły zaczynają słabnąć i wnet przestrzeń na powrót staje się zwykła. Nie mając więc pewnego poczucia, iż znajdujesz się w bezpiecznym miejscu, podnosisz się z trudem i zaczynasz biec, choć teraz już wolniej, w stronę domu swej lekarki. Docierasz do niego w czasie, który nazwałbyś wiecznością i stając przed wejściem, robisz kilka głębszych wdechów. Uspokajasz się nieco i wtedy wkraczasz do wnętrza. Starasz się stawiać kroki, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Albo to działa, albo wszyscy są na tyle zajęci, gdyż nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Idąc korytarzem dostrzegasz jak blondwłosa kobieta i jej ojciec siedzą w salonie przed telewizorem, oglądając codzienne wiadomości. Gdzieś w innym pokoju słyszysz krzątającą się pewnie przy sprzątaniu gospodynię. Kontent z swojej anonimowości wkraczasz na schody i jak najnaturalniej udajesz się na piętro, do aktualnie okupowanego przez ciebie pokoju. Nim jednak tam docierasz, decydujesz się pójść do łazienki, aby ogarnąć rany, które zaczynają boleć. Wykonawszy swoje postanowienie stajesz przed umywalką i zaczynasz przemywać swój brzuch. Skończywszy sięgasz do szafki, w której dogodnym przypadkiem znajduje się apteczka. Używasz więc jej zawartości do odkażenia i opatrzenia rany. Skończywszy idziesz do swego pokoju i tam rzucasz się wycieńczony na łóżko. Leżąc przysłaniasz swe oczy przedramieniem i jęczysz przez moment gardłowo. Po tym koncentrujesz się na ustabilizowaniu swego oddechu. Podczas tego zaczynasz czuć coraz większą senność, której bez żadnej walki postanawiasz się poddać. Nim jednak pozwalasz się obtulić objęciom Morfeusza, słyszysz wibracje telefonu świadczące zapewne o tym, iż twoja luba odczytała w końcu twą wiadomość.
Po tym rozlega się dźwięk pordzewiałych zawiasów i otworzyły się drzwi drewnianego domu. Wraz z tym na zewnątrz wychodzi postać młodej kobiety, która ma w swoim wyglądzie coś z lisa. Oprócz oczywistych szpiczastych, zwierzęcych uszu, czterech puszystych ogonów i ostrych pazurów, których nie da się nie zauważyć. Ta poirytowana postać przebiega wzrokiem po małych stworzeniach sprawiając, iż wszystkie trzęsą się z przestrachu, tworząc charakterystyczny szum liści. Po tym podnosi dłoń, jakby mając zamiar im coś uczynić, gdy nagle spostrzega twoją osobę. Zdziwienie i zmieszanie momentalnie spływa na jej oblicze.
– To ty! – stwierdza gniewnie i zaczyna iść – Ty naprawiłeś barierę! Ty zabrałeś mi możliwość odzyskania mojego pióra! Zapłacisz mi za to!
Wypowiadając ostatnie słowa zamachuje się ręką i rozcina pazurami twój brzuch. Tnie jednak na tyle płytko, iż wywołuje jedynie okropnie piekące rany, z których zaczyna cieknąć krew. W tym samym momencie, w którym kończy ten ruch, odskakuje od ciebie z syknięciem.
– Przeklęty! – wyrzuca z siebie, zmieniając swą postać w bardziej zwierzęcą i przerażającą.
Nagle jej nieskazitelna twarz przemienia się w pysk najeżony ostrymi kłami. Całe ciało obrasta sierścią tak ostrą, iż samo patrzenie się na nią rani. Całą postura zaś rozbudowuje się, tak iż przed sobą zamiast kobiety, widzisz potężnego i przerażającego lisa.
– Wynoś się! Wynoś i nie wracaj! – wrzeszczy groźnie, gdy ty uwolniony upadasz tępo na ziemię.
Dzięki adrenalinie i konkretnej dawce strachu podnosisz się błyskawicznie i o nic nie pytając wbiegasz w ścianę krzewów za sobą, a przebiwszy się przez nią zaczynasz biec bez opanowania z dala od tego miejsca. Czujesz w sobie ogromne pokłady energii, o które nigdy byś się nie posądzał. Do tego uświadamiasz sobie, iż nagle znów masz zdolność wyczuwania znajdującej się wkoło ciebie energii. To pozwala ci stwierdzić, iż nic cię nie goni. Mimo to nie zwalniasz kroku. Pędzisz bez opamiętania, aż nie wybiegasz z lasu na dobrze znana ci polanę. Sam nie wiesz jak do niej docierasz i jak to robisz w tak krótkim czasie, ale wcale się tym nie przejmujesz. Wciąż biegniesz wiedząc, iż dopiero za barierą będziesz bezpieczny. W końcu, gdy tylko pokonujesz jej granicę, padasz wycieńczony. Oddychasz szybko i głęboko starając się uzupełnić braki tlenowe w organizmie. W ogóle nie czujesz ran ciętych na swoim brzuchu, choć masz ich świadomość. Rozkoszujesz się faktem, iż znajdujesz się za ścianą energii, którą ewidentnie wyczuwasz. Szybko jednak zaczynasz zauważać fakt, iż twoje zmysły zaczynają słabnąć i wnet przestrzeń na powrót staje się zwykła. Nie mając więc pewnego poczucia, iż znajdujesz się w bezpiecznym miejscu, podnosisz się z trudem i zaczynasz biec, choć teraz już wolniej, w stronę domu swej lekarki. Docierasz do niego w czasie, który nazwałbyś wiecznością i stając przed wejściem, robisz kilka głębszych wdechów. Uspokajasz się nieco i wtedy wkraczasz do wnętrza. Starasz się stawiać kroki, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Albo to działa, albo wszyscy są na tyle zajęci, gdyż nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Idąc korytarzem dostrzegasz jak blondwłosa kobieta i jej ojciec siedzą w salonie przed telewizorem, oglądając codzienne wiadomości. Gdzieś w innym pokoju słyszysz krzątającą się pewnie przy sprzątaniu gospodynię. Kontent z swojej anonimowości wkraczasz na schody i jak najnaturalniej udajesz się na piętro, do aktualnie okupowanego przez ciebie pokoju. Nim jednak tam docierasz, decydujesz się pójść do łazienki, aby ogarnąć rany, które zaczynają boleć. Wykonawszy swoje postanowienie stajesz przed umywalką i zaczynasz przemywać swój brzuch. Skończywszy sięgasz do szafki, w której dogodnym przypadkiem znajduje się apteczka. Używasz więc jej zawartości do odkażenia i opatrzenia rany. Skończywszy idziesz do swego pokoju i tam rzucasz się wycieńczony na łóżko. Leżąc przysłaniasz swe oczy przedramieniem i jęczysz przez moment gardłowo. Po tym koncentrujesz się na ustabilizowaniu swego oddechu. Podczas tego zaczynasz czuć coraz większą senność, której bez żadnej walki postanawiasz się poddać. Nim jednak pozwalasz się obtulić objęciom Morfeusza, słyszysz wibracje telefonu świadczące zapewne o tym, iż twoja luba odczytała w końcu twą wiadomość.
Komentarze
Prześlij komentarz