Sprawa Żaka - Fragment X


     Dotarcie do odpowiedniego miejsca, nie zajęło mi długo, tym bardziej, iż zamiast używać kładki, przekroczyłem rzekę za pomocą łącznika między nowym i starym budynkiem wydziału. Stojąc już przed wejściem do budynku nie wyczuwałem nic innego, czym nie byłaby przesiąknięta cała ta uczelnia. Sięgnąłem więc do kieszeni, aby bezmyślnie wyciągnąć z niej paczkę papierosów i zapalniczkę. W czasie, gdy to robiłem, przypałętał się do moich nóg bezpański kot. Zaczął bezczelnie ocierać się o moje nogi, póki na niego nie spojrzałem. Wtedy uniósł swą głowę i skierował swe szkliste oczy wprost ku moim. Wpatrywaliśmy się tak przez chwilę w siebie póki nie wsadziłem sobie w usta papierosa i nie zacząłem go odpalać. W chwili, w której gęsty dym zaczął wypełniać me płuca, kocur czmychnął nie wiadomo gdzie. Nie przejmując się tym faktem, wkroczyłem do wnętrza. Mimo nieładu jaki w nim panował, miejsce to wyglądało mi jakby było mocno wykorzystywane przez ludzi do różnorakich rzeczy. W tym momencie cieszyłem się, iż wypełniający moje drogi oddechowe dym, tłumił moje zmysły, chroniąc mnie tym samym przed utrzymującym się w powietrzu zapachem. Zacząłem się nieco rozglądać, lecz nic nie przykuło mej uwagi. Po chwili niewielki rumor zmroził mi krew w żyłach. Błyskawicznie obróciłem się w stronę, z której dochodził dźwięk.

– To tylko kot… – mruknąłem do siebie z ulgą, widząc zarys zwierzęcia, przemykający między meblami.

     Wpierw pomyślałem, iż to ten sam, który zaczepił mnie na zewnątrz, lecz począłem wątpić w tę tezę, gdy usłyszałem chór miauknięć, po którym dostrzegłem tłum świecących oczu, wpatrujących się we mnie.

– Dobra… – rzuciłem z niepokojem.

     Wnet jeden z kotów przypałętał mi się do nóg i otarłszy o nie, zaczął gdzieś iść. Mając przeczucie, iż chce mi coś pokazać, ruszyłem za nim. Po kilkunastu krokach, znalazłem się w kącie pomieszczenia, które służyło niegdyś za kuchnie. Pod swoimi stopami, zauważyłem jakąś klapę. Rzuciłem okiem na kota, który począł ją drapać, a następnie z wyraźnym skrzypieniem zawiasów otworzyłem sobie przejście do piwnicy. Wtem powoli począłem schodzić po niepewnych schodach, trzeszczących pod każdym mym krokiem. Wraz ze mną zbiegło kilka z zwierzaków. Gdy znalazłem się na dole, wyciągnąłem zapalniczkę i niewielkim płomieniem rozświetliłem sobie pomieszczenie. Nie było one duże, aczkolwiek śmierdziało w nim tak mocno, iż musiałem zgasić papierosa i przesłonić usta rękawem. Było to niewiele, a jakoś pomagało. Co ciekawe zapach ten zdawał się nie przeszkadzać tłumowi kotów, który się tam znajdował, a wręcz je przyciągał. Nie chciałem zastanawiać się co tu zginęło, ale musiałem zapytać samego siebie, jak ludzie którzy tu częściej przebywali, mogli tego nie czuć. Starałem się jak najdokładniej sprawdzać pomieszczenie, choć wszystkie moje zmysły kazały mi się stamtąd wynosić. W końcu miałem się poddać i wracać na górę, gdyż zaczynało mi się już kręcić w głowie i robić niezwykle duszno. Poza tym nie do końca przepadałem za kotami, a co dopiero za taką ich ilością. Wtem jednak spostrzegłem coś na podłodze, co odbijało światło płomienia z mej zapalniczki. Podniosłem to i z zdziwieniem spostrzegłem, trzymam w dłoni fragment jakiegoś wiertła. Automatycznie zechciałem westchnąć, lecz wtem zorientowałem się, iż brakuje mi powietrza. Nagle uświadomiłem sobie, iż w uszach słyszę okropny pisk i odczuwam ogromny ciężar na klatce piersiowej. Nogi zaczynały się pode mną uginać. Próbując utrzymać się przy świadomości, zbliżyłem się do schodów, aby przynajmniej wydostać się z piwnicy. Po kilku stopniach poczułem jak spadam i na moment mnie zamroczyło. Następne co pamiętam, to wypadnięcie z impetem na zewnątrz i wezbranie głębokiego wdechu zimnego, wieczorowego powietrza. Po chwili szybkiego i płytkiego oddechu, w końcu złapałem jakieś sensowne tempo pochłaniania tlenu atmosferycznego. Gdy wreszcie doszedłem do zmysłów, dotarło do mnie, iż całkowicie straciłem poczucie czasu, a w dłoni wciąż trzymam znaleziony w domostwie przedmiot. Momentalnie poczułem ochotę na papierosa. Sięgnąłem więc do kieszeni i zostawiwszy tam trzymany w dłoni przedmiot, wyjąłem paczkę z zapalniczką, a chwilę później czułem już gęsty dym wypełniający me płuca. Rozkoszując się okropnym smakiem mojego nałogu, odchyliłem głowę w tył, aby przyjrzeć się nocnemu niebu. W niedługim czasie do moich uszu dotarły odgłosy kroków, które zignorowałem myśląc, iż to jakichś przypadkowy przechodzień.

– Pana się tu nie spodziewałam. – usłyszałem znajomy głos.

     Opuściłem więc głowę i spojrzałem ku blond czuprynie, która nie wiedzieć czemu, kradła mą uwagę.

– Mógłbym rzec to samo. – odparłem, uwolniwszy dym z moich dróg oddechowych.
– To co pan tu robi… – patrząc mi prosto w oczy, zrobiła wymowną pauzę – ...panie detektywie?
– Ha. – wydałem z siebie krótki dźwięk, po którym zaciągnąłem się kolejną dawką toksyn z papierosa – Gratuluję. Odkryłaś mój sekret.

     Po tym dałem sobie chwilę. Nie, aby zebrać myśli, czy zrobić cokolwiek innego. Po prostu zapragnąłem chwilowej ciszy.

– Zastanawiam się. – skłamałem zamyślonym głosem.
– Nad czym? – zapytała, przysiadając się.
– Gdzie zabierzesz mnie na drugą randkę. – wypowiedziawszy te słowa, otworzyłem usta, aby pozwolić dymowi samoistnie się ulatniać.
– Znam jedno miejsce, gdzie można zagrać w rzutki. – odparła radośnie.
– Wyśmienicie. – odrzekłem, zaraz po skierowaniu wzroku ponownie ku niebu i opróżnieniu płuc.



*****

Fragment IX                                                    Spis treści                                                  Fragment XI

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI