Kanion
Jak to się niby...? W
jaki misterny sposób się to dzieje? Znów jesteś śpiący.
Wyczerpany do cna. Czemu odpoczynek nie odnawia sił? Czemu tak
trudno przychodzi?
–
Ech… – wzdychasz, wisząc w dwóch trzecich wysokości kanionu,
na krawędzi jakiejś skały.
Przynajmniej
nie jest tak źle. Trzymasz się jedną ręką. Oczywiście. To
przecież wywołuje skrajny dramatyzm w tych wszystkich filmach
akcji. Szkoda, iż nie jesteś jednym z tych nadludzi, na których
fabuła się zawsze skupia i nie możesz się wspiąć poświęcając
dwie krople potu. Latać też nie umiesz. Zejść w dół? Tak. Na
pewno. Chciałbyś. Czego jeszcze pragnie twoja dusza? Pewnie
uratować się od zatracenia, ale my nie o tym. Rozmyślamy o tej
dziwniej ubranej kobiecie, stojącej po drugiej stronie kanionu.
Zamiast wezwać pomoc, sterczy tam w swojej bordowo-złotej szacie
jak z jakiejś gry i śpiewa coś w niezrozumiałym dla ciebie
języku. Jakaż ona jest denerwująca. Nie wiedzieć czemu, wyzwala w
tobie niepohamowany gniew, osłabiający nie tylko umysł, ale takiż
ciało.
–
Może teraz przyleci smok, którego wzywa i mnie uratuje. –
mruczysz pod nosem z niewielką nadzieją.
Niestety nic z tego się nie dzieje i wisisz dalej jak skończony idiota. Mijają kolejne chwile. Nie możesz już znieść ciągłego zawodzenia tej wspaniałej śpiewaczki.
– Czy to jest mój wybór? Wieczne, przynajmniej przez jakieś piętnaście minut, cierpienia tutaj lub nieskończone w piekle? No chyba, iż papież zmienił zasady i teraz samobójcy chodzą do nieba.
Szkoda, iż nie wiem jak to wygląda w innych wierzeniach. Może przestałbym się bać. – mówisz do siebie spoglądając w dół, aby dostrzec dno. Zrobiwszy to, wzdychasz ze zrezygnowaniem i zwalniasz swój chwyt – No nic…
W tym momencie dzieje się coś szokującego. Lecisz! Fruniesz w połowie wysokości kanionu i nie możesz powstrzymać się od śmiechu, wywoływanego przez absurd sytuacji, a także ból dłoni, którymi ściskasz ostre jak brzytwa łuski.
– Nie może być. – szepczesz do siebie, starając się zapamiętać, aby podziękować tej dziwnej kobiecie, która tak zgrabnie jęczała wniebogłosy.
Normalnie po dłuższej chwili nieustannego lotu zacząłbyś się denerwować i myśleć jak zejść na ziemię, jednak los zdaje się być na tyle miły, iż działa zanim zdążysz zastanowić się nad takimi drobnostkami. Przekonujesz się o tym, leżąc na przewspaniałym dnie, kanionu, nad którym przed chwilą szybowałeś. Brak wspomnień o upadku, rekompensujesz bólem głowy i zakrwawionym kamieniem, które zdradzają ci, co przyczyniło się do twego spotkania z ziemią. Nie wiesz jak, ale jakimś niewypowiedzianym cudem żyjesz. Zanim zaczynasz dziękować za to komukolwiek, dostrzegasz krzątające się wokół ciebie małe, włochate, płowe zwierzaczki, przenoszące jakieś rzeczy. Nie zastanawiając się długo postanawiasz im pomóc i tak dźwigasz kamienne tablice, na których wyryte są nieznane ci wzory. Zanosisz je do jednej z wyrw, która zdaje się być jaskinią prowadzącą w głąb ziemi. Nie przejmujesz się tym do momentu, gdy docierasz do przejścia, w którym stoi szara istota, przypominająca nieco wizję istoty pozaziemskiej z lat osiemdziesiątych. Nakazuje ci ona gestem kończyny wędrówkę w dół jaskini. Tak więc z najwyższą kulturą wystawiasz mu język i odwracasz na pięcie, w celu opuszczenia tego miejsca. Niestety w tym momencie zostajesz obalony i podniesiony przez liczne, małe istoty, które porzuciły noszenie kamieni, aby cię powstrzymać. Następnie zostajesz zaniesiony w głąb jaskini. Mija chwila lub dwie, po których docierasz do przestronnego, bogato urządzonego salonu. W tym momencie odzyskujesz swą wątpliwą wolność. Rozglądasz się więc w koło, podziwiając przepiękne skóry różnych zwierząt i inne cudne przedmioty. Podczas swojego zajęcia dostrzegasz również dwójkę wysokich łysoli w garniturach, pilnujących wejścia.
Niestety nic z tego się nie dzieje i wisisz dalej jak skończony idiota. Mijają kolejne chwile. Nie możesz już znieść ciągłego zawodzenia tej wspaniałej śpiewaczki.
– Czy to jest mój wybór? Wieczne, przynajmniej przez jakieś piętnaście minut, cierpienia tutaj lub nieskończone w piekle? No chyba, iż papież zmienił zasady i teraz samobójcy chodzą do nieba.
Szkoda, iż nie wiem jak to wygląda w innych wierzeniach. Może przestałbym się bać. – mówisz do siebie spoglądając w dół, aby dostrzec dno. Zrobiwszy to, wzdychasz ze zrezygnowaniem i zwalniasz swój chwyt – No nic…
W tym momencie dzieje się coś szokującego. Lecisz! Fruniesz w połowie wysokości kanionu i nie możesz powstrzymać się od śmiechu, wywoływanego przez absurd sytuacji, a także ból dłoni, którymi ściskasz ostre jak brzytwa łuski.
– Nie może być. – szepczesz do siebie, starając się zapamiętać, aby podziękować tej dziwnej kobiecie, która tak zgrabnie jęczała wniebogłosy.
Normalnie po dłuższej chwili nieustannego lotu zacząłbyś się denerwować i myśleć jak zejść na ziemię, jednak los zdaje się być na tyle miły, iż działa zanim zdążysz zastanowić się nad takimi drobnostkami. Przekonujesz się o tym, leżąc na przewspaniałym dnie, kanionu, nad którym przed chwilą szybowałeś. Brak wspomnień o upadku, rekompensujesz bólem głowy i zakrwawionym kamieniem, które zdradzają ci, co przyczyniło się do twego spotkania z ziemią. Nie wiesz jak, ale jakimś niewypowiedzianym cudem żyjesz. Zanim zaczynasz dziękować za to komukolwiek, dostrzegasz krzątające się wokół ciebie małe, włochate, płowe zwierzaczki, przenoszące jakieś rzeczy. Nie zastanawiając się długo postanawiasz im pomóc i tak dźwigasz kamienne tablice, na których wyryte są nieznane ci wzory. Zanosisz je do jednej z wyrw, która zdaje się być jaskinią prowadzącą w głąb ziemi. Nie przejmujesz się tym do momentu, gdy docierasz do przejścia, w którym stoi szara istota, przypominająca nieco wizję istoty pozaziemskiej z lat osiemdziesiątych. Nakazuje ci ona gestem kończyny wędrówkę w dół jaskini. Tak więc z najwyższą kulturą wystawiasz mu język i odwracasz na pięcie, w celu opuszczenia tego miejsca. Niestety w tym momencie zostajesz obalony i podniesiony przez liczne, małe istoty, które porzuciły noszenie kamieni, aby cię powstrzymać. Następnie zostajesz zaniesiony w głąb jaskini. Mija chwila lub dwie, po których docierasz do przestronnego, bogato urządzonego salonu. W tym momencie odzyskujesz swą wątpliwą wolność. Rozglądasz się więc w koło, podziwiając przepiękne skóry różnych zwierząt i inne cudne przedmioty. Podczas swojego zajęcia dostrzegasz również dwójkę wysokich łysoli w garniturach, pilnujących wejścia.
–
Witaj ponownie. Jak tam moja córka? – zagaduje przygruby osobnik
siedzący w szerokim fotelu i palący ogromne cygaro, którego
przysiągłbyś, przed chwilą tu nie było.
Chcesz mu coś odpowiedzieć, choć nie masz zielonego pojęcia, o coż może chodzić, jednak w tym momencie do wnętrza wchodzą jakieś istoty i zaczynają mówić w nieznanym ci języku.
– Nie teraz! Nie teraz! Później! – krzyczy mężczyzna machając na nich dłonią, aby wyszli.
Ty zaś tylko stoisz, wpatrzony w ogień, płonący w kominku i zastanawiasz się w co ty takiego znowu się wpakowałeś.
Chcesz mu coś odpowiedzieć, choć nie masz zielonego pojęcia, o coż może chodzić, jednak w tym momencie do wnętrza wchodzą jakieś istoty i zaczynają mówić w nieznanym ci języku.
– Nie teraz! Nie teraz! Później! – krzyczy mężczyzna machając na nich dłonią, aby wyszli.
Ty zaś tylko stoisz, wpatrzony w ogień, płonący w kominku i zastanawiasz się w co ty takiego znowu się wpakowałeś.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz