W pogoni za Florence Nightingale - M.H.


Cóż może powiedzieć osobnik, którego egzystencja jest bezsensowna jak kierunek, który obrał w celu pogłębiania swej wiedzy? Niezbyt wiele, a dodatkowo, ku szyderczemu śmiechu innych, którzy go otaczają, również nic szczególnego. 

Padnie pytanie retoryczne, gdyż odpowiedź na nie, zawsze będzie wiązać się z goniącą chordą, przyszłych pielęgniarek i pielęgniarzy lub, nie wiem co gorsze, przyszłych lekarek i lekarzy. 

Czy prawo do narzekania mają tylko studenci medycyny? 

Teraz możesz, Drogi Czytający, stanąć przed wyborem która grupa ma użyć wdzięcznego sprzętu jakim są widły, aby Cię zabić. 

Jako, że posiadam nikłą nadzieję, że uniknę spotkania z jakąkolwiek wściekłą chordą, spróbuję ponarzekać. O, przepraszam, opowiedzieć jak ja, studentka pielęgniarstwa, odmierzam czas. Kiedy zaczyna się mój tydzień? W niedzielę, gdy musem, jakże ważnym dla późniejszej mej skromnej egzystencji, próbuję znaleźć umiejscowienie na mapie, punktów w których odbywam zajęcia praktyczne. Jest to spory sukces, mając na uwadze, iż nie jestem tam stałym bywalcem, o wa!

Pierwszy raz stawiam swoje niepewne kroki w tych placówkach. 

Co dalej? 

Poranek, wczesny, ciemny, słonko nie ma nawet zamiaru pocieszyć mnie promyczkiem. Wściekły alarm próbuje mnie zbudzić. Wielokrotnie mam wrażenie, iż mój telefon poci się od wysiłku, jakim jest wydarcie mnie z ciężkiego snu. Próbuję się zwlec, by później gorączkowo odliczać pozostały do wyjścia czas. W biegu szykuję sobie wodę, w pocie czoła lustruję lodówkę, w której nie raz, smakowite kąski leżą tylko na półce mojej ( w sumie już byłej) współlokatorki (nikt nie potrafi ze mną wytrzymać, taki dar od Boga). Krzywię się do jedynego światła poranka, jakim jest wątły, żółty blask skromnej żarówki wspomnianej wcześniej lodówki. Składam uprzednio przeprasowany (okupiony poparzeniami) mundurek, chowam go do plecaka, z jakimś szczątkowym pożywieniem, i wodą. 

Otwieram szafę. 

Z moich ust nigdy nie wydobywa się jakże sztampowy tekst „nie mam się w co ubrać!”, moje usta powtarzają tylko „SZYBCIEJ!”. 

Z jednej strony lubię zajęcia praktyczne w szpitalu, wiem, że nie mam się co silić na makijaż i wymyślną fryzurę, gdyż muszę porządnie związać włosy, odsłonić swoje odstające uszy, co powoduje że wyglądam po prostu bardzo źle. Taki urok osobisty. A można zaoszczędzić pół godziny i dłużej nie rozstawać się ze swoim kochankiem, łóżkiem. 

W tempie przekraczającym prędkość światła ubieram nakrycie wierzchnie, o dziwo, ostatnie mrozy (ponad minus piętnaście stopni!), zmusiły mnie do ubrania czapki, rękawiczek i zasunięcia kurtki, ci którzy mnie znają osobiście dobrze wiedzą, że jest to nadzwyczajne zjawisko. 

KLUCZE. 

Jedno, zamknąć swój przybytek. Ale co ważne również, trzeba odpalić furę! 

Myślisz może, Drogi Czytelniku, że chodzi o samochód? BŁĄD. Rower, mojego drugiego kochanka. Wspominałam już, że jestem poligamistką? 

Cudowne uczucie mijać korki, wychodzić później niż koleżanka z pokoju obok, a być na czas w szpitalu. To dzięki właśnie jemu, mojemu rowerowi. Niezastąpionemu w moim życiu. 

Co dalej? 

Zajęcia praktyczne, proszę Państwa. 

7:00 SZPITAL NA GÓRCE 

Toaleta pacjenta. Kroplówki, odłączanie, przełączanie. Karmienie pacjentów. Opróżnianie cewników.  

Wożenie pacjentów na zabiegi, wracanie z nimi na oddział. Przyjmowanie nowych. Zmiana pościeli. Mierzenie podstawowych parametrów życiowych. Pomoc pacjentom w siadaniu, wstawaniu, chodzeniu. Bieganie z próbkami do laboratorium mikrobiologicznego lub serologii. Przynoszenie sprzętu, jego dezynfekcja, podłączanie pacjentów do kardiomonitorów… 

To wszystko na bardzo małej powierzchni, gdyż gastroenterologia, to w tym szpitalu, tylko przedsionek chirurgii. 

Ale przede wszystkim, naszym podstawowym obowiązkiem, jest być przy pacjencie, towarzyszyć mu w cierpieniu, wspierać i aktywnie słuchać. 

Zapłata? 

Uśmiech pacjenta. 

Cóż, uniwerek nie chce sypnąć nawet złamanym groszem… 

Po godzinie czternastej wychodzę ze szpitala i nie wracam do swojego grajdołka, o co to, to nie! Pędzę dalej na ćwiczenia z farmakologii. Ewentualnie wykład z patologii, bądź psychologii. 

Po zajęciach, wracam i marzę… 

Nie o przyszłości, nie o jedzeniu, nawet nie o prysznicu… 

Marzę o śnie, głębokim i nieprzerwanym. 

Świadomość iż się nie ziści, jest iście frustrująca. Następny dzień, pobudka o piątej trzydzieści i powtórka z rozrywki. 


I co Wy robicie na tym pielęgniarstwie? Zbijamy bąki, relaks i chill.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI