Sprawa Żaka - Fragment XX
Niewyraźny
jęk wyrwał się z moich ust, gdy otępiony umysł powrócił do
zaległego na łóżku ciała. Po chwili powieki odsłoniły źrenice,
aby mogły doświadczyć promieni słonecznych. Te zaś niezbyt do
tego zachęcone, zmniejszyły swą średnicę. Niespodziewane
westchnienie, wywołało delikatny podmuch, który podrażniwszy mą
szyję, sprawił iż wierzgnąłem. W tym momencie leżąca na mnie
dziewczyna, rozbudziła się ze swego delikatnego snu i przeciągnęła
się, mrucząc niczym kot. Kolejno ziewnęła, ponownie drażniąc
powietrzem me receptory i powodując moją odruchową ucieczkę.
– Dalej
śpisz? – mruknęła niezadowolona z faktu, iż została
obudzona.– Nie. Po prostu dmuchasz mi na szyję. –
oświadczyłem jej.– Nie wiedziałem, iż jesteś taki
wrażliwy. – zamruczała z wyraźną nutką sadyzmu w głosie.
Po
tym poświęciła trochę czasu, aby się nade mną poznęcać. W
końcu, gdy już nachapała się mym cierpieniem, wstała i udała
się do łazienki.
– A
ja?! – zawołałem, by przypomnieć się, iż jestem związany.
Odpowiedź
nie nadeszła. Zacząłem więc kombinować i w kilka chwil, używając
zębów, udało mi się uwolnić jedną rękę. Potem było już
prościej. Uwolniwszy się wreszcie, usiadłem na skraju łóżka i
zakasłałem. Z ciekawością spojrzałem na dłoń, którą
przesłoniłem usta i nic na niej nie dostrzegłszy, wzruszyłem
ramionami.
– O!
Dałeś radę sam. – lekkie zaskoczenie rozbrzmiało w głosie
blondynki, która właśnie opuściła łazienkę, owinięta w
ręcznik – Mogłeś zaczekać.– Mogłaś
mnie od razu rozwiązać. – odgryzłem się.– Yhym… –
wydała z siebie dźwięk, łapiąc za bieliznę leżącą na
krześle, a następnie wróciła do łazienki, gdzie zaczęła brać
prysznic.
Czując
zapas sił, zgromadzony podczas snu, podniosłem się i znalazłem
swój bagaż. Wyciągnąwszy z niego ciuchy, ubrałem się. Kolejno
ruszyłem do wyjścia, gdzie ubrałem płaszcz i buty. Wystrojony w
swój codzienny ubiór, opuściłem mieszkanie. Mając przeczucie, iż
wycieczka po schodach, to nie najlepszy pomysł, ruszyłem do windy.
Zjechałem nią na parter i wyszedłem na zewnątrz. Pogoda nie była
całkowicie sprzyjająca, gdyż mimo czystego nieba i dość wysokiej
temperatury, powiewał zdradliwy, zimny wiaterek. Złapałem więc za
kołnierz i zakryłem nieco swą szyję. Tak ruszyłem do kościoła.
Komentarze
Prześlij komentarz