Najemnik - Fragment IV

Pozostawszy w obozowisku, Artem odpoczywał. Nie spodziewał się jak bardzo wyczerpał swoje siły podczas łamania zaklęć poprzedniego dnia. Tym bardziej uważał to za niebywałe osiągnięcie, gdyż mimo dwustu lat te stare czary trzymały się niemal jak nowo utkane. Siedząc przy ognisku i obserwując swych towarzyszy, którzy co jakiś czas pojawiali się z koniami obładowanymi złotem, zastanawiał się nad jedną rzeczą. Powietrze wydawało mu się jakieś inne. Nie umiał tego określić, ale miał wrażenie jakby w przestrzeni coś się działo. Było to jednak tak odległe, iż jego wycieńczone zmysły nie potrafiły tego wyraźnie dostrzec. Martwiło go to, aczkolwiek wiedząc, iż za niedługo będą się stąd zbierać, uspokajał się nieco.
     – Już niedługo – powtarzał samemu sobie, układając się do snu.
     Po tym zamknął oczy i oddał swój umysł krainie snów.



Przeraźliwy krzyk rozniósł się echem po zamkowych korytarzach, wyrywając najemnika z otchłani sennego marazmu. Mimo, iż nie odzyskał on pełni sił, czuł się pobudzony jak nigdy. Poderwał się więc i złapał za swój miecz. Gdy do jego uszu dotarł kolejny wrzask i okrutny huk, zorientował się, iż biegnie w jego stronę. Wiedział, iż cokolwiek się nie stało, nie było to niczym dobrym. Przyśpieszył więc kroku i wnet wpadł do pomieszczenia, które służyło niegdyś za bibliotekę. To co zobaczył, stanęło mu wielką gulą w gardle. Oto przed sobą miał rozszarpane ciało uczonego i swego towarzysza ledwo broniącego się przed wysokim, wychudłym, humanoidalnym stworzeniem o obliczu kruka, które dzierżyło potężny miecz w jednej z rąk. Bez zastanowienia ruszył w odsieczy, aczkolwiek w chwili, w której zamachnął się swym orężem na istotę, ta nabiła drugiego najemnika na swe długie szpony i rozpłatała go na pół. Zbyt rozproszony tym wydarzeniem, nie zauważył, czy dosięgnął swego przeciwnika. Wykonał więc kolejny atak i tym razem przekonał się, iż jego broń przeszła przez niego jak przez powietrze, nie czyniąc mu szkody. Przerażony zechciał się wycofać. Niestety w tym momencie padło uderzenie, które nie dość, iż ledwo zablokował, to jeszcze rzuciło nim jak szmacianą lalką. Uderzywszy z impetem w regały z książkami, stracił dech. To uniemożliwiło mu ostrzeżenie swych współbraci, którzy w tym momencie wpadli do pomieszczenia. Bezmyślnie rzucili się na istotę, tracąc swoje życia. Jedynymi którzy uchronili się przed podłym losem, byli Karol i Damian, z których jeden trzymał się nieco z tyłu, a drugi podbiegł do Artema.
     – Nic ci nie jest? – dostał pytanie.
     – Nie… – wydusił z siebie – Wycofaj…
     – Taki jest plan – rozległa się odpowiedź, po której otrzymał pomoc w podniesieniu się.
     Następnie obaj mężczyźni opuścili pomieszczenie zostawiając za sobą Karola, który niestety wydał z siebie ostatni dech, gdy to robili. Sytuacja nie była najlepsza, gdyż przerażająca postać natychmiastowo podążyła ich śladem. Uciekali więc ile sił w nogach, mając nadzieję iż uda im się przynajmniej dotrzeć do koni. Nadzieja, jak powiadają, jest jednak matką głupich i zdała ona im się na nic. Szerokie cięcie rozpłatało powietrze sięgając pleców Damiana, który bezwiednie upadł na swego przyjaciela. Obaj mężczyźni szykowali się już na nieuchronną śmierć, gdy nagle głosy uczonych i koni odciągnęły od nich istotę. W niedługiej chwili dało się słyszeć kolejne wrzaski i rżenie zarzynanych koni. To już był koniec. Nie było żadnej nadzieli. Tak przynajmniej myślał Artem. Damian zaś mimo bycia rannym, podniósł się i poderwał go z ziemi.
     – Nie umrzemy tutaj – oświadczył.
     Po tym oboje zaczęli biec przed siebie szukając jakiegoś schronienia. Nie mogąc dostrzec żadnego pomieszczenia, które by się nadawało, dotarli schodów, prowadzących do jednej z wież. Czując za plecami obecność bezlitosnego stworzenia, wspięli się nimi na sam szczyt, gdzie znaleźli pomieszczenie z nienaruszonymi drzwiami. Wpadli więc do wnętrza i dostrzegłszy jakąś szafę, zabarykadowali przejście. Po tym oparli się o ścianę i osunęli bezsilnie. W tym momencie Artem spostrzegł, iż nadal trzyma w dłoniach złamany w walce miecz. Odrzucił go więc na bok i westchnął głęboko. Nie wiedzieć czemu począł się po chwili śmiać, wywołując tym tę samą reakcję u Damiana.
Jego towarzysz musiał jednak przestać, gdyż zaczął dusić go okropny kaszel.
     – Pamiętasz jak cię znaleźliśmy? – zagaił, przecierając usta z tego co odkrztusił.
     – Jak przez mgłę – odrzekł Artem.
     – Nie lubiłem cię wtedy – wyznał.
     – Ja ciebie też.
     Po tych słowach oboje znów wybuchli krótkim śmiechem, który skończył się kaszlem tak jak poprzedni.
     – Wiesz? Mogłem mieć lepszego przyjaciela – mówił Damian ledwo oddychając – ale cieszę się, iż miałem ciebie.
     – Chyba ci odbiło ze strachu, bo gadasz głupoty – odpowiedział rozmówca, do którego jeszcze nie docierało co się dzieje.
     – Idę… – westchnął – i mam nadzieję, iż prędko się nie spotkamy.
     – Co ty bredzisz? – zapytał Artem, czując jak po policzkach spływają mu łzy.
     W tym momencie spojrzał na swego przyjaciela skąpanego w blasku księżyca i dostrzegł to, czego nie chciał zaakceptować jego umysł. Był on niebywale blady i siedział w kałuży krwi, która dość szybko sączyła się z jego grzbietu.
     – Nie… – próbował zaprzeczyć temu widokowi – Nie możesz mi tego zrobić. Mieliśmy tu nie umierać.
     – Mieliśmy tam nie umierać – poprawił go Damian. – Teraz ty nie możesz umrzeć tutaj. Obiecaj mi, iż przeżyjesz.
     – Jak…? – chciał zapytać, aczkolwiek zostało mu to przerwane.
     – Obiecujesz?
     – Obiecuję – odparł, spoglądając jak z jego towarzysza uchodzi dusza.
     Nie wiedział jak zareagować. Jego umysł nie był w stanie pojąć tego co się właśnie działo. Czuł się jakby został wyciągnięty ze swego ciała i postawiony za szklaną ścianą, aby zza niej oglądać rzeczywistość. Nie mógł już spoglądać na truchło przyjaciela. Obrócił więc głowę w stronę księżyca, który po chwili został przesłonięty chmurami. W ciemności, która zapanowała zaczął słyszeć melodię, wygrywaną przez pozytywkę.
     Oszalałem. Przebiegło mu przez myśl.
     Jakieś jednak przeczucie mówiło mu, iż nie utracił zmysłów i dźwięk, który słyszał był rzeczywisty. Podniósł się więc ciężko i rozejrzał po pomieszczeniu. Nie dość, iż nic nie widział, to nie mógł określić, gdzie znajduje się źródło niecodziennego dźwięku. Zdjął więc powoli rękawiczkę i zacisnął pięść, aby otwierając ją, wytworzyć niewielki płomień. Ta sztuka niestety mu się nie udała i jedyne co wywołał to małe iskry. Nie wiedząc czemu muzyka stała się też głośniejsza. Spróbował więc raz jeszcze i osiągnął ten sam skutek. Sfrustrowany tym, iż mu nie wychodzi, zacisnął pięść po raz ostatni i skupił na niej całą swą wolę. W tym momencie dźwięk pozytywki osiągnął niebywałe natężenie, powodując wibracje całej przestrzeni. Dodatkowo coś zaczęło z ogromną siłą walić w drzwi. W końcu Artem otworzył dłoń i uwolnił moc, którą udało mu się zgromadzić. Efektem tego nie był płomień, jak pragnął, a rozbłysk i wybuch nici źle utkanego zaklęcia, które znajdowało się w pokoju. Wydarzenie to oślepiło najemnika i posłało go z impetem na ścianę, odbierając mu świadomość.


*****

Fragment III                                                   Wyrwane strony                                              Fragment V

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI