Najemnik - Fragment II
Wraz z pierwszym brzaskiem najemnicy przebudzili się i zaczęli przygotowywania. Jedni zajęli się końmi, a inni sprzętem. Ktoś oczywiście wziął się również za przygotowywanie śniadania. W końcu obudzili się też uczeni, którzy również przygotowali potrzebne im przedmioty. Gdy zaś wszyscy się posilili, a słońce podniosło się na tyle wysoko, iż niepotrzebne były żadne inne źródła światła, nadszedł czas na pracę.
– Artem. Chodź tu! – zawołał dowódca, a gdy najemnik się do niego zbliżył, dodał ciszej – Twoim zdaniem jest znaleźć skarbiec. Jeśli naprawdę nikt tu nie zaglądał od dwustu lat, to powinno coś w nim być.
– Tak jest – odrzekł ten.
– Dobrze – przytaknął, po czym odezwał się głośniej do reszty – Damian zostaje w obozie. Karol i Artem sprawdzają, czy w zamku coś się na nas nie czai. Pozostali idą z uczonymi. Zrozumiano?
– Tak! – odparli wszyscy jak jeden mąż, po czym zabrali się do wykonywania rozkazów.
Artem zaś podszedł jeszcze do Damiana, aby rzucić mu jakąś kąśliwą uwagę.
– Tylko się nie zjedz wszystkich naszych zapasów – rzucił.
– Bardzo zabawne – odparł mu ten. – Ty postaraj się potknąć na jakichś schodach.
– Nie musisz się o to martwić – zapewnił go.
– Mam nadzieję, bo nie chce mi się jak zawsze za tobą latać.
– Kto tu za kim lata? – żachnął się.
– Ja za tobą. Idź już, bo mam cię dość – odgonił go, zasiadając przy ognisku.
– Do zobaczenia – rzucił niczym zmysłowa kochanka.
– Ta… Spadaj.
Krocząc starymi, podziemnymi korytarzami Artem cieszył się, iż w ostatniej chwili przypomniał sobie o lampie. Bez niej oczywiście mógłby wyczarować sobie źródło światła, ale fakt iż ostatnim razem, gdy użył magii, poczuł coś dziwnego, przestrzegał go przed uczynieniem tego. Nie mniej przeczesywał stare mury w poszukiwaniu bogactwa. Nie należało to do najprostszych rzeczy, gdyż wędrował już od dłuższego czasu, a nic podobnego do skarbca nie udało mu się znaleźć. Co gorsza schodził bez przerwy coraz niżej i niżej, czując narastający w głowie lęk. Po ponad dwustu latach mogło się z tą budowlą stać w końcu wszystko i w każdym momencie mogła zacząć się sypać. Poza tym wszystkim czuł jak głód, który niedawno zaspokoił suszonym mięsem, zaczyna narastać.
– Ech… – westchnął przeciągle.
Z jednej strony chciał już wracać, ale z drugiej wiedział, iż nie warto było wracać z pustymi rękami. Musiał znaleźć cokolwiek. Kontynuował więc swe poszukiwania, aż w końcu dotarł do pomieszczenia, z którego nie dało się iść już dalej.
– Świetnie – mruknął, bojąc się iż szedł tyle drogi na nic.
Następnie zaczął rozglądać się wkoło i sprawdzać ściany, czy podłogę. Nie znalazł nic. Usiadł więc zrezygnowany na posadzce i zamknął oczy. Miał dość. Był zmęczony i głodny, a musiał jeszcze wrócić. W zasadzie mógł się oddać się na moment znużeniu, aczkolwiek…
– Nie! – krzyknął podnosząc się gwałtownie – Nie, nie, nie!
Znajdował się w jakimś starym zamku, z dala od swoich towarzyszy, a umysł podpowiadał mu sen. Tak nie mogło być. Podbudowawszy się więc, miał już iść, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Gdzieś na granicy świadomości wyczuwał coś, co mógłby określić jako mechanizm. Zagłębił się więc w to uczucie i wnet uświadomił sobie, czym ono jest.
– Ha! – wyrzucił z siebie radośnie – Znalazłem!
Przez kilka chwil czuł się cudownie, aczkolwiek wnet uświadomił sobie, iż uczynienie czegokolwiek w tym pomieszczeniu wymagałoby użycia magii. To zaś była wizja, której nieco się bał. Zaczął się więc zastanawiać i po chwili zdecydował, iż wróci do obozowiska i skonsultuje tę kwestię z dowódcą.
Wydostając się z podziemi zamku, Artem nie mógł spodziewał się późnego popołudnia, czy wieczora. Jakież było jego zaskoczenie, gdy okazało się, iż słońce już zaszło. Przez to zaczął rozmyślać nad tym jak bardzo stracił rachubę czasu. Dziwiło go to tym bardziej, iż miał ze sobą lampę, dzięki której mógł określić godzinę. Zastanawiając się nad tym, spojrzał na ilość łatwopalnego płynu w jej zbiorniku i dostrzegł, iż nie zostało go wiele.
– Muszę się pośpieszyć – mruknął do siebie, przyśpieszając kroku.
Na szczęście zdołał dotrzeć do obozowiska nim jego lampa zgasła.
– Gdzie tyle byłeś? – wypalił Damian, gdy tylko go zobaczył.
– Zgubiłem się trochę – odparł Artem, a następnie zbliżył się do swego dowódcy, aby zdać mu raport.
– Mam gdzieś twoje przeczucia i co mówi ten staruch – stwierdził ten, wysłuchawszy go. – Jeśli tam jest złoto, to chcę się do niego dostać. Jutro pójdziesz tam i zrobisz co do ciebie należy.
– Oczywiście. Tylko to może trochę zająć.
– Postaraj się to zrobić jak najszybciej – padł rozkaz – Pamiętaj, iż jak coś znajdziesz od razu masz mi zameldować.
– Tak jest – odparł Artem.
– Idź coś zjeść – rzucił mu dowódca, kończąc rozmowę.
Mężczyzna z wielką chęcią udał się to uczynić. Problem w tym, iż gdy już nałożył sobie porcję i usiadł, by ją spożyć, zaczepił go Damian.
– Znalazłeś coś?
– Tak – rzekł z pełnymi ustami.
– Co?
– Ech… – westchnął. – Mogę zjeść?
– No tak – odparł rozmówca, aczkolwiek nie mogąc się powstrzymać, zadał kolejne pytanie – Złoto?
– Zaklęcie. Być może otwiera drzwi do skarbca – odparł przełknąwszy, co miał u ustach.
– Będziesz je zdejmował?
Pytanie to było tak idiotyczne, iż Artem spojrzał się na swego towarzysza jak na kogoś niedorozwiniętego.
– Dobra. Nie chcesz mówić, to nie. Idę spać. – po tych słowach najemnik wstał i udał się do swego posłania, gdzie położył się i szybko zapadł w sen.
– Artem. Chodź tu! – zawołał dowódca, a gdy najemnik się do niego zbliżył, dodał ciszej – Twoim zdaniem jest znaleźć skarbiec. Jeśli naprawdę nikt tu nie zaglądał od dwustu lat, to powinno coś w nim być.
– Tak jest – odrzekł ten.
– Dobrze – przytaknął, po czym odezwał się głośniej do reszty – Damian zostaje w obozie. Karol i Artem sprawdzają, czy w zamku coś się na nas nie czai. Pozostali idą z uczonymi. Zrozumiano?
– Tak! – odparli wszyscy jak jeden mąż, po czym zabrali się do wykonywania rozkazów.
Artem zaś podszedł jeszcze do Damiana, aby rzucić mu jakąś kąśliwą uwagę.
– Tylko się nie zjedz wszystkich naszych zapasów – rzucił.
– Bardzo zabawne – odparł mu ten. – Ty postaraj się potknąć na jakichś schodach.
– Nie musisz się o to martwić – zapewnił go.
– Mam nadzieję, bo nie chce mi się jak zawsze za tobą latać.
– Kto tu za kim lata? – żachnął się.
– Ja za tobą. Idź już, bo mam cię dość – odgonił go, zasiadając przy ognisku.
– Do zobaczenia – rzucił niczym zmysłowa kochanka.
– Ta… Spadaj.
Krocząc starymi, podziemnymi korytarzami Artem cieszył się, iż w ostatniej chwili przypomniał sobie o lampie. Bez niej oczywiście mógłby wyczarować sobie źródło światła, ale fakt iż ostatnim razem, gdy użył magii, poczuł coś dziwnego, przestrzegał go przed uczynieniem tego. Nie mniej przeczesywał stare mury w poszukiwaniu bogactwa. Nie należało to do najprostszych rzeczy, gdyż wędrował już od dłuższego czasu, a nic podobnego do skarbca nie udało mu się znaleźć. Co gorsza schodził bez przerwy coraz niżej i niżej, czując narastający w głowie lęk. Po ponad dwustu latach mogło się z tą budowlą stać w końcu wszystko i w każdym momencie mogła zacząć się sypać. Poza tym wszystkim czuł jak głód, który niedawno zaspokoił suszonym mięsem, zaczyna narastać.
– Ech… – westchnął przeciągle.
Z jednej strony chciał już wracać, ale z drugiej wiedział, iż nie warto było wracać z pustymi rękami. Musiał znaleźć cokolwiek. Kontynuował więc swe poszukiwania, aż w końcu dotarł do pomieszczenia, z którego nie dało się iść już dalej.
– Świetnie – mruknął, bojąc się iż szedł tyle drogi na nic.
Następnie zaczął rozglądać się wkoło i sprawdzać ściany, czy podłogę. Nie znalazł nic. Usiadł więc zrezygnowany na posadzce i zamknął oczy. Miał dość. Był zmęczony i głodny, a musiał jeszcze wrócić. W zasadzie mógł się oddać się na moment znużeniu, aczkolwiek…
– Nie! – krzyknął podnosząc się gwałtownie – Nie, nie, nie!
Znajdował się w jakimś starym zamku, z dala od swoich towarzyszy, a umysł podpowiadał mu sen. Tak nie mogło być. Podbudowawszy się więc, miał już iść, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Gdzieś na granicy świadomości wyczuwał coś, co mógłby określić jako mechanizm. Zagłębił się więc w to uczucie i wnet uświadomił sobie, czym ono jest.
– Ha! – wyrzucił z siebie radośnie – Znalazłem!
Przez kilka chwil czuł się cudownie, aczkolwiek wnet uświadomił sobie, iż uczynienie czegokolwiek w tym pomieszczeniu wymagałoby użycia magii. To zaś była wizja, której nieco się bał. Zaczął się więc zastanawiać i po chwili zdecydował, iż wróci do obozowiska i skonsultuje tę kwestię z dowódcą.
Wydostając się z podziemi zamku, Artem nie mógł spodziewał się późnego popołudnia, czy wieczora. Jakież było jego zaskoczenie, gdy okazało się, iż słońce już zaszło. Przez to zaczął rozmyślać nad tym jak bardzo stracił rachubę czasu. Dziwiło go to tym bardziej, iż miał ze sobą lampę, dzięki której mógł określić godzinę. Zastanawiając się nad tym, spojrzał na ilość łatwopalnego płynu w jej zbiorniku i dostrzegł, iż nie zostało go wiele.
– Muszę się pośpieszyć – mruknął do siebie, przyśpieszając kroku.
Na szczęście zdołał dotrzeć do obozowiska nim jego lampa zgasła.
– Gdzie tyle byłeś? – wypalił Damian, gdy tylko go zobaczył.
– Zgubiłem się trochę – odparł Artem, a następnie zbliżył się do swego dowódcy, aby zdać mu raport.
– Mam gdzieś twoje przeczucia i co mówi ten staruch – stwierdził ten, wysłuchawszy go. – Jeśli tam jest złoto, to chcę się do niego dostać. Jutro pójdziesz tam i zrobisz co do ciebie należy.
– Oczywiście. Tylko to może trochę zająć.
– Postaraj się to zrobić jak najszybciej – padł rozkaz – Pamiętaj, iż jak coś znajdziesz od razu masz mi zameldować.
– Tak jest – odparł Artem.
– Idź coś zjeść – rzucił mu dowódca, kończąc rozmowę.
Mężczyzna z wielką chęcią udał się to uczynić. Problem w tym, iż gdy już nałożył sobie porcję i usiadł, by ją spożyć, zaczepił go Damian.
– Znalazłeś coś?
– Tak – rzekł z pełnymi ustami.
– Co?
– Ech… – westchnął. – Mogę zjeść?
– No tak – odparł rozmówca, aczkolwiek nie mogąc się powstrzymać, zadał kolejne pytanie – Złoto?
– Zaklęcie. Być może otwiera drzwi do skarbca – odparł przełknąwszy, co miał u ustach.
– Będziesz je zdejmował?
Pytanie to było tak idiotyczne, iż Artem spojrzał się na swego towarzysza jak na kogoś niedorozwiniętego.
– Dobra. Nie chcesz mówić, to nie. Idę spać. – po tych słowach najemnik wstał i udał się do swego posłania, gdzie położył się i szybko zapadł w sen.
Komentarze
Prześlij komentarz