Upadek: Pożeracz Serc
Powolne, acz silne bicie serca kołysało mym zastygłym przy oknie ciałem. Zupełnie jakby chciało mnie pobudzić do życia. Szkoda tylko, iż jak inne osoby w kościele pozostawałem pusty na jego wezwania. Nie obchodziło mnie już nic, prócz ogarniającej mnie pustki. Pragnąłem jej się poddać i już z tym wszystkim skończyć. Pragnąłem… To właśnie był problem. Zakończenie istnienia tak jak zasypianie było aktem biernym. Dlatego też mimo, iż odpływałem z każdym momentem czułem coraz rzadsze, aczkolwiek mocniejsze uderzenie w mojej klatce. Jeszcze mogłem się poddać, aczkolwiek popełniłem ten mały błąd, którym było chwilowe skupienie się na pompującym krew narządzie. Nagle pobudzenie, które przez to doświadczyłem, rozwarło me oczy i rzuciło mym ciałem gwałtownie w przód. Kawałki szkła poleciały razem ze mną na szarą kostkę, gdy me wierzgnięcie wyrzuciło mnie przez okno. Czując szalone bicie mego serca, wpatrywałem się w ogarnięte stalowym kolorem chmur niebo. Gdybym miał łzy, zapłakałbym. Niestety nie miałem nawet o nich wspomnienia. Dźwignąłem się więc powoli na równe nogi i obejrzałem swe ciało. Uświadamiając sobie, iż nie krwawi ono, powyjmowałem z siebie kawałki szkła. Kolejno rozejrzałem się wkoło. Co teraz? Pytanie zaświdrowało w mych myślach. Czułem się zmęczony, prawie bezsilny. Do tego moje perspektywy nie rysowały się w jakikolwiek sposób pozytywnie. Spojrzałem na potłuczony witraż zaległy na ziemi. Kiedyś pewnie przestraszyłbym się tego co podsunęła mi podświadomość. Teraz jednak bez drgnięcia powieką kucnąłem i złapałem za jeden z większych kawałków szkła. Po tym ruszyłem z powrotem do świątyni, gdzie podszedłem do jednej z zastygłych w bezruchu postaci. Bez żadnego zawahania wbiłem w jej klatkę piersiową szklany przedmiot i zacząłem ciąć. Otworzywszy szeroką ranę, począłem wyłamywać żebra. W końcu dotarłem do zmarniałego serca. Wyrwawszy je, zacząłem mu się przyglądać. Jakieś przeczucie mówiło mi, iż nie powinienem tego robić, aczkolwiek było już za późno na odwrót. Wgryzłem się więc w czerwony mięsień z poczuciem jakbym podpisywał wieczny wyrok na własną duszę. Nazbyt słodka, gęsta ciecz w mig wypełniła moje usta, gdy zacząłem przeżuwać pierwszy kęs. Zalała mnie przy tym tak wielka rozkosz, iż nie zauważyłem kiedy spożyłem cały organ i rzuciłem się do innej osoby, by wydobyć z niej następny. Delektując się posiłkiem, zaczynałem odczuwać w sobie niebywałą siłę. Do tego miałem wrażenie, iż zaczynam słyszeć dźwięk żeber, które łamałem. W końcu jednak serca się skończyły. Stanąłem wtedy pośród potworności, którą uczyniłem, z czarną mazią oblepiającą me dłonie i usta, a także niezaspokojonym głodem, który krzyczał, iż pragnie więcej. Ja zaś nie potrafiąc mu się oprzeć złapałem za kawałek witrażu, którym rozwarłem wszystkie klatki piersiowe i ruszyłem na zewnątrz w poszukiwaniu kolejnych serc do pożarcia.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz