Sprawa Żaka - Fragment XLV
– Widzę, iż byłeś w domu bracie. – Spokojny głos o niskim
tonie momentalnie wyciągnął mój umysł na powierzchnię.
– Po czym poznałeś braciszku? – rzuciłem
może zbyt kąśliwie, rozwierając powieki i spoglądając na mężczyznę w brązowej
szacie, który usadowił się koło mnie.
– Szybko do nas wróciłeś – rozmówca
zignorował mą wypowiedź. – Co się stało?
– Potrzebuję mocniejszych papierosów –
odparłem, wyciągając z kieszeni srebrną papierośnicę i zapalniczkę.
Następnie dobyłem jednego papierosa i
wsadziłem go sobie w usta. Nie zdążyłem go jednak odpalić, gdyż jegomość w
habicie odebrał mi przedmiot, którego w tym celu potrzebowałem.
– Wiesz, iż nie musisz tak żyć… – pełne
żałości westchnięcie wzbudziło we mnie irytację.
– Zabawne, iż kiedyś ludzie uważali, iż
srebro jest zabójcze dla kogoś takiego jak ja – rzekłem, odbierając swą
własność.
Po tym odpaliłem w końcu papierosa i
schowawszy zapalniczkę z powrotem do kieszeni kontynuowałem:
– Wiem. Mógłbym zostać żniwiarzem dusz.
Aczkolwiek ludzie chyba już w to nie wierzą. Czyli bardziej upiorem? Te są w
modzie chyba. Tylko musiałbym zabijać. Prędzej więc okrzyknęli by mnie
mordercą. Seryjnym, jeśli byłbym odpowiednio sprytny. To byłoby męczące… Zawsze
jednak są oddziały paliatywne. Tylko do tego potrzebne byłyby mi studia…
– Wiesz, iż nie o to mi chodzi! –
podburzył się rozmówca.
– Wiem… – westchnąłem zrezygnowany –
Jednak mam wrażenie, iż to nie jest wyjście. Potrafię żyć tylko tak, jak czynie
to teraz.
– To cię wykańcza! – Przejęcie, które
docierało do mnie wraz z tymi słowami podbudowywało mnie na duchu.
– Cóż… I tak żyję na kredyt – zaśmiałem
się, jakbym opowiedział naprawdę udany żart. – Poza tym… Lubię palić.
– Chyba bardziej robić jej na złość –
mężczyzna zaśmiał się razem ze mną.
– Czy ja wiem? Niby chciała, abym
rzucił, ale równocześnie dała mi to na
urodziny – powiedziałem, wyciągając na moment papierośnicę i zapalniczkę z
kieszeni.
– Któż pojmie kobiecą logikę? –
biadoląc, jegomość wzniósł ręce ku niebu, jakby kierował pytanie do samego
Boga.
– Kto wie? – zapytałem
retorycznie, chowając przedmioty.
Po tym nastała chwila ciszy.
Podczas niej rozkoszowaliśmy się ciepłem słońca i śpiewem ptaków, które
postanowiły zawitać w klasztorze. W końcu mój towarzysz podniósł się i
przeciągnął ze stęknięciem. Skończywszy obrócił się ku mnie i rzekł przyjaźnie:
– Witaj z powrotem bracie.
– Dziękuję – odparłem i
również się podniosłem, by ruszyć razem z moim rozmówcą w głąb klasztoru.
Komentarze
Prześlij komentarz