Sprawa Żaka - Fragment VI
Spowity rosą
poranek na dziedzińcu ośrodka dla psychicznie chorych zdawał się rześki, mimo
swej lekkiej grozy. Takie miejsca zawsze przyciągały zbłąkane dusze. Czy było
to z powodu, iż większość pacjentów była jedną nogą po drugiej stronie, czy iż
byli na tyle łatwi do opętania, nigdy nie dociekałem. Nie zniechęcała mnie
jednak ta atmosfera. Wręcz przeciwnie. Miała ona w sobie coś mistycznego, coś
co i mnie przyciągało. Poczułem to ewidentnie w momencie otwarcia głównych
drzwi i przekroczenia progu budynku. Momentalnie zdałem sobie sprawę z tego ile
czasu i wysiłku potrzeba było poświęci temu miejscu, lecz oparłem się pokusie i
zgasiwszy papierosa, skierowałem się ku recepcji.
– Dzień dobry. – rzekłem do osobnika zasiadającego za
ladą – Ja w sprawie pani Agat…
– Proszę iść prosto tamtym korytarzem. Przedostatnie drzwi. – przerwał mi,
momentalnie dedukując kim jestem.
– Dziękuję. – odparłem, a następnie skierowałem się tam, gdzie zostało mi
polecone.
Dotarłszy pod
drzwi zapukałem trzykrotnie i słysząc niewyraźne zaproszenie, wkroczyłem do
wnętrza.
– Dzień dobry. – odezwał się do mnie mężczyzna koło
sześćdziesiątki ubrany w granatowy garnitur.
– Dzień dobry. – odrzekłem zamykając za sobą przejście i podchodząc by zasiąść
naprzeciw niego.
– Pan w sprawie pani Agaty? – zagaił, a widząc moje zdawkowe skinienie kontynuował
– Tak jak panu mówiłem przez telefon, pacjentka trafiła do nas w stanie
katatonii, całkowicie nieświadoma. Przez kolejne tygodnie mimo iż jej stan
fizyczny się poprawił, jej świadomość nadal nie powracała.
– Tak, ale ona wtedy nie robiła czegoś, czy… – zasugerowałem.
– Nie rozumie mnie pan. To było tak, jakby nikogo nie było w jej ciele. Pusty
wzrok. Brak świadomych ruchów, reakcji, czegokolwiek.
– Kompletne warzywo? – rzuciłem, po czym ugryzłem się w język.
– Ja bym tego tak nie ujął, ale jeśli jest panu łatwiej tak to zinterpretować,
to tak. – odrzekł rozmówca.
– Yhym… A czy mógłbym ją zobaczyć?
– Niestety aktualnie zajmuje się nią rodzina, więc to z nimi musiałby pan
rozmawiać. – oświadczył.
– Rodzina? – zdziwiłem się – Jak to?
– Pani Agata została uznana za nieszkodliwą, a my nie mamy na tyle miejsca, aby
wszystkich tu przetrzymywać. Poza tym… Nie jesteśmy spółką charytatywną, a
utrzymanie pacjenta kosztuje, nie mówiąc już o personelu. – wyjaśnił, a
następnie podał jakąś teczkę w moją stronę dodając – zrobiłem dla pana kopię
akt pani Agaty i zapisałem telefon do rodziny. Jeśli naprawdę chce się pan z
nią zobaczyć, proszę się z nimi skontaktować. Jednak… Może pan przemyśleć tę
sprawę, gdyż uważam, iż nie warto nękać rodziny, gdy i tak nic się pan nie dowie.
– Dziękuję. – rzekłem, odbierając dokumenty, a następnie podniosłem się i
zmierzając do wyjścia rzuciłem jeszcze – Wezmę pana radę pod uwagę. Do
widzenia.
– Do widzenia. – usłyszałem zamykając za sobą drzwi.
Następnie
wyszedłem na dziedziniec, gdzie wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i
wsadziwszy sobie jednego do ust, odpaliłem go. Dym wypełniający moje płuca,
momentalnie stłumił szum otoczenia i słodko–gorzki posmak w gardle. Westchnąłem
otwierając teczkę, aby na szybko przejrzeć jej zawartość w poszukiwaniu
odpowiedniego numeru, a gdy tylko go znalazłem, wyciągnąłem telefon i wykonałem
połączenie.
Komentarze
Prześlij komentarz