Sprawa Żaka - Fragment III
Niepocieszony,
iż nie udało mi się nikogo zastać na plebani, wspinałem się po kilkunastu
schodkach prowadzących do kościoła. Miałem nadzieję, iż zastanę w nim osobnika,
którego poszukuję i będę miał tę rozmowę za sobą. Gdy tylko przekroczyłem próg
dwuskrzydłowych drzwi, zalał mnie przyjemny chłód i cień. Niestety w tym samym
czasie mój zmysł węchu został podrażniony przez charakterystyczny zapach
starego drewna, kadzidła i perfum starszych pań. W gardle zaś pojawił się
słodko-gorzki smak, który wywołał u mnie odruch sięgnięcia po papierosa.
Westchnąłem głęboko, powstrzymując go. Następnie rozejrzałem się wkoło i
szczęśliwie dostrzegłem osobnika w sutannie krzątającego się przy ołtarzu.
– Szczęść Boże! – rzuciłem, ruszając ku niemu – Zastałem
proboszcza?
– Szczęś… – zaczął, odwracając się, lecz gdy dostrzegł z kim na do czynienia
znieruchomiał. Dopiero gdy się do niego znacznie zbliżyłem przeżegnał się,
mamrocząc – Mój Boże…
– Spokojnie. To tylko ja. – odrzekłem mu, a następnie ponowiłem pytanie – Jest
tu gdzieś proboszcz?
– Nie… Wyjechał służbowo. – odparł ogarniając się nieco.
Wypuściłem
ciężko powietrze z ust. To nie był jakiś ogromny problem, gdyż nie
potrzebowałem jego pomocy, lecz zostałem zapewniony, iż ją uzyskam.
– Wiadomo kiedy wraca?
– Nie, ale wybrał się do Watykanu, więc pewnie szybko nie wróci. – odparł rozmówca,
którego wiek dopiero po tej wypowiedzi mi się uświadomił.
– Młody jesteś. – rzekłem – Przepraszam, iż wystraszyłem.
– Nie. To ja przepraszam. Byłem zamyślony. – odpowiedział szybko, a następnie
wskazał ręką na zakrystię i dodał – Napije się pan czegoś?
– Dziękuję. – odmówiłem, a następnie ruszyłem, gdzie pokazywał.
Gdy usiedliśmy
przy jakimś biurku, zapytał ponownie, czy czegoś nie chcę, a gdy znów
zaprzeczyłem, nalał sobie wody i wziął łyka.
– Proboszcz mówił, iż ktoś do nas zawita, ale nie
spodziewałem się, iż to będzie pan. – wyznał uśmiechając się, by ukryć wstyd.
– Postanowiłem nieco odpocząć i zająć się pomniejszymi sprawami. –
oświadczyłem, a następnie przeszedłem do sedna – Uczelnia nie będzie miała ze
mną problemu?
– Nie powinna, ale jeśli coś by się działo, proszę się do mnie z tym zgłosić.
– Oczywiście. – westchnąłem, a następnie zapytałem zaciekawiony – Co im powiedzieliście?
– Jest pan detektywem badającym sprawę dawnego zaginięcia.
– Yhym… A co to za sprawa? – spytałem nie mając pojęcia o co chodzi.
W tym momencie
mój rozmówca przypomniał sobie o czymś i sięgnął po jakąś teczkę, którą
następnie mi podał.
– Tu powinno być wszystko. – oświadczył.
– Zapoznam się z tym. – obiecałem i zacząłem się
podnosić, gdy nagle dostałem kolejne pytanie.
– Dawno pan przyjechał?
– Wczoraj po południu, ale byłem zmęczony, więc postanowiłem przyjść dzisiaj. –
wyznałem, ponownie się usadawiając – Byłbym wcześniej, ale niezbyt się
wyspałem, więc…
– Studenci? – rzucił retorycznie.
– Nie. Duch samobójcy. – odrzekłem, a widząc zaciekawienie w oczach księdza,
rozwinąłem swą wypowiedź
– Chodziła plotka o tym, iż w nocy słychać cichy płacz
na ostatnim piętrze. W zasadzie wchodząc do budynku już wiedziałem, iż coś tam
jest. Kiedy jednak obudził mnie ten płacz, wiedziałem iż plotka nie była
plotką. Wstałem więc i zabrałem się do pracy. Zeszło mi do rana. Strasznie
silny był z niej duch. Na szczęście nieszkodliwy. Szkoda tylko, iż odebrała
sobie życie przez jakiegoś faceta.
– Czyli to prawda, iż skoczyła z miłości? – pytanie to trochę wytrąciło mnie z
równowagi.
– Każdy ma jakiś powód. – stwierdziłem, a następnie przyjrzałem się swemu rozmówcy
i doszedłszy do wniosku, iż może mi się przydać dodałem – Jak na przykład duch
staruszki w tym kościele.
W tym momencie
młody ksiądz poderwał się z krzesła lekko przestraszony.
– Żartuje sobie pan? – stwierdził, szukając
potwierdzenia.
– Czy wyglądam jakbym sobie żartował? – zapytałem poważnym tonem – Gdy
wchodziłem modliła się o swego wnuczka. Była nim niezwykle przejęta. Zna ksiądz
łacinę?
– Tak. Dlaczego pan pyta? – wypowiadając te słowa, jeszcze nie wiedział co go
czeka.
– Proszę usiąść w drugiej ławce, po lewej od wejścia i się pomodlić. W intencji
zmarłych i samych siebie.
– Proszę? – nadal nie rozumiał o co mi chodzi.
– Jest tak przejęta innymi, iż zapomniała o sobie. Niech pomodli się w swojej
intencji, aby mogła w końcu udać się na wieczny spoczynek. – odparłem podnosząc
się z siedziska i kierując się do wyjścia.
– Skąd pan to wie? – zapytał podążając za mną.
– Takie przeczucie. – odparłem mu, a następnie napomniałem – Tylko w łacinie.
Inaczej ksiądz do niej nie dotrze.
W końcu
opuściłem progi świątyni, przez tylne wyjście i wyjąłem z kieszeni paczkę
papierosów, aby wsadzić sobie jednego w usta i odpalić. Dym, który wypełnił
moje płuca wraz z wdechem przyniósł mi nagłą ulgę, usunął narastający ból
głowy, słodko-gorzki posmak i wyciszył otoczenie. Rozkoszowałem się chwilę tym
błogostanem, aż w końcu ruszyłem przed siebie. Jeszcze nie miałem pomysłu czym
się zajmę, lecz jedno wiedziałem na pewno. Musiałem dość szybko zapoznać się z
zawartością teczki, aby móc sprawiać pozory.
Komentarze
Prześlij komentarz